Dodaj do ulubionych

Life is brutal...

03.06.12, 21:54
Wiem, że jakiś czas temu był wątek o dorabianiu, ale postanowiłam reaktywować temat. Jest nam coraz ciężej finansowo. Właśnie podnoszą nam czynsz, który w tej chwili i tak jest już kosmiczny. Mąż zarabia cały czas tyle samo, ja mam świadczenia rodzinne, w tym świadczenie pielęgnacyjne, więc nie mogę podjąć pracy, zresztą nie wiem czy byłby to dobry pomysł, żeby zostawić 10-cio i 11-stolatka z cukrzycą na kilka godzin dziennie samych sobie, bo jakby sobie pofolgowali, to bym im cukrów nie "odkręciła" przez 3 m-ce. Chyba jednak są trochę za młodzi na "samowolkę" w tym względzie. Niestety, nie mamy żadnej rodziny, której można by podrzucać dzieci chociaż na tych kilka godzin dziennie. Maluchy są za małe, żeby zostawały same, a starszaki nie mogą być bez nadzoru. Od kilku lat nie było tak ciężko finansowo. Pierwszy raz od paru lat mamy zaległy rachunek, który jest już "po terminie" ponad miesiąc. Mąż wziął parę dni temu zaliczkę, bo nie było wyjścia i wypłata będzie niższa o zaliczkę, a rachunki takie same. Do tego dochodzi mój dentysta (akurat usługa ponadstandardowa, która musi być załatwiona jak najszybciej), wycieczka szkolna syna, prezent na urodziny córki, rozwalają mi się sandały, dzieciaki sandałów w ogóle nie mają, poza jednym synem, ogólnie masakra. Od pewnego czasu co miesiąc brakuje do 10-go. Zwykle pożyczamy, albo "uśmiechamy się" do mojego taty, ale od niego więcej niż 100zł miesięcznie staram się nie brać. Coraz częściej myślę, że gdybym nie była taka głupia i nie decydowałabym się na piątkę dzieci, byłoby inaczej. Winię siebie, bo to ja nie chciałam się zabezpieczać swego czasu, a teraz jest już "po ptakach". Żebym wiedziała, że będzie tak jak jest, to w życiu bym się na tyle dzieci nie zdecydowała. No, ale jak ktoś jest głupi, to głupim chyba już pozostanie uncertain Mam cholerne, średnie wykształcenie, czyli mam jedno wielkie NIC. Po prostu nie nadaję się absolutnie do niczego. Kiedyś chciałam udzielać korepetycji z angielskiego na poziomie podstawówki i gimnazjum, ale nikt się nie zgłosił, zresztą wątpię czy potrafiłabym kogoś uczyć. To raczej był taki akt desperacji. Nie mam kompletnie pomysłu na dorobienie sobie. Myślałam o zajęciu się jakimś dzieckiem, ale kto da pod opiekę dziecko do domu, gdzie jest piątka dzieci? Wiadomo, że ktoś taki bałby się, że jego dziecko często będzie chorowało. Tak przynajmniej myślę. Na roznoszenie ulotek trzeba mieć czas, bo sama niedziela lub weekend to chyba trochę mało. Handlowanie na allegro tym, co można sprzedać po swoich dzieciach zupełnie mi nie szło, w najlepszym wypadku wychodziłam na "czysto", ewentualnie kilka złotych "do przodu", ale to dosłownie kilka złotych. Myślałam kiedyś o dotacji unijnej na rozkręcenie czegoś własnego, ale skąd pewność, że pójdzie dobrze? Nie uśmiecha mi się wpaść w prawdziwe długi. Macie jakiekolwiek pomysły? Bo jak dla mnie to na razie nie widzę żadnej perspektywy, za to jestem na siebie wściekła niesamowicie za tę swoją głupotę i totalny brak myślenia przed faktem. Prawdę mówiąc to może taka nauczka mi się po prostu należy, żebym na przyszłość wiedziała, że myśli się głową, a nie macicą.
Obserwuj wątek
    • donkaczka Re: Life is brutal... 03.06.12, 22:22
      ja bym jednak wrocila do pomyslu opieki nad czyims dzieckiem
      w polsce jest straszne cisnienie, zeby miec nianie dla siebie i bozebron zeby sie innym dzieckiem nie zajela, w niemczech normalnoscia sa tagesmutter z okolo piatka dzieci pod opieka
      i przyznam, ze ja bym wolala moje dziecko w grupie, zwlaszcza roznorodnej wiekowo - rozwojowo super sprawa
      jesli dobrze przedstawisz sprawe, naswietlisz korzysci takiego ukladu i dasz dobra cene - moge sie zalozyc, ze znajdziesz kogos chetnego
      masz doswiadczenie, zabezpieczony dom, dzieci do wspolnej zabawy - ja chcialabym tylko w takiej sytuacji miec pewnosc, ze nie bedziesz pucowac domu i zostawiac dziecka pod opieka starszakow wink inne dzieci bylyby na plus tylko
      • andaba Re: Life is brutal... 03.06.12, 22:42
        Ja tez mam piątke dzieci i opiekowałam się dzieckiem u siebie w domu. Wprawdzie "po kosztach" i dziecko było z rodziny, ale myslę, że jeżeli masz warunki, to sprawa nie jest bez szans.
        Inna opcja to opieka nad jakąs starsza osobą lub sprzatanie, ale do tego musiałabyś na kilka godzin rozesłać wszystkie dzieci do placówek, na co chyba nie masz szans, bo o ile pamiętam co najmniej jedno jest zbyt małe.

        Co mogę Ci poradzic poza pracą - jeżeli mieszkasz w bloku dowiedz się, czy ktoś nie ma do wydzierżawienia ogródka działkowego lub kawałka pola, ogrodu. Obecnie trudno o dzierżawcę, więc ludzie oddają nawet za darmo, aby nie musieć kosić. Możesz uprawiać warzywa - to spora ulga dla budżetu.
        Poza tym zaopatrywanie sie na placach hurtowych i w hurtowniach, takie np.jabłka wychodzą nawet połowe taniej niz w sklepie, a wiadomo, ze przy tylu osobach skrzynka jabłek to nic. No i można kupowac nieco tańsze, sezonowe i polskie owoce, tańsze są, a przecież witamin im tez nie brakuje. Podobnie z miesem - hurtownie, lub kupowanie bezpośrednio u producenta, tylko zamrażarkę trzeba miec sporą.

        A jakie konkretnie masz to wykształcenie?
    • mamawif Re: Life is brutal... 04.06.12, 06:28
      może jednak sprzedaż na allegro....
      można czasem dorobić . Niedużo ale zawsze.....wybierasz z lumpa co ładniejsze firmówki (NEXT,H&M) , pierzesz, prasujesz, ładne zdjęcie robisz - i na allegro.
      Czasem ceny kosmiczne potrafią być wink
      trzeba tylko umieć szperać i perełki znajdować .....
      pilnowanie dziecka też wydaje się niegłupie.....starszaki w szkole w ciągu dnia, prawda?
      • mamaanieli Re: Life is brutal... 04.06.12, 08:27

        1. nie wiem dlaczego po prostu nie spróbujesz: ten pomysł z dzieckiem jest ok. kwestia próby - moze jednej, moze drugiej. bo obecnie to wyglada tak, ze nic nie robisz w tej sprawie tylko jęczysz ze jestes do niczego :smile nie jestes do niczego, tylko sie boisz zaczac działac. a musisz wiedziec, ze matka wielodzietna jest switnie zorganizowana i wiele umie. wiec jesli przestanie sie bac - wszystko moze! Pamietaj big_grin
        2. nie rozumiem jednego: macie dwoje duzych (!) dzieci. 10 i 11 lat to są dzieci, ktore powinny juz rozumiec swoją chorobę, i brac odpowiedzialnosc za rodzinę - w taki sposob, jaki mogą. nie traktuj ich jak dzieci dwuletnich! jedna rozmowa, dwie, trzy - wyjasnienie sytuacji, postawienie sprawy tak, zeby poczuly ze i od nich w rodzinie cos zalezy. przeciez jesli teraz ich tego nie nauczysz: odpowiedzialnosci za siebie, ale i za innych, to nauczysz zbuntowanego 14 latka? nie sądzę... nie wiem jaką masz sytuacje, oczywiscie. ale zacznij doceniac starsze dzieci, traktowac powaznie - bo z takimi dzieciakami mozna naprawde juz duzo zdzialac. pozdrawiam. A
        • agava07 Re: Life is brutal... 04.06.12, 10:55
          A ja rozumiem Gosię i jej wahania. Co za sztuka rozkręcić biznes i natychmiast zbankrutować - jak jest mało pieniążków, to szkoda stacić i to co jest, a może jeszcze do tego dopłacić sad
          Jeśli ona sama ma wątpliwości, to ten biznes też raczej się nie obroni.
          Zawsze można żyć jeszcze oszczędniej, tj. kupować tylko żywność nieprzetworzoną, latem można znaleźć jakieś bezpańskie mirabelki, jagody i poziomki w lesie, ubrania naprawiać i chodzić dalej, itd.
          Zawsze możesz zaproponować, że na próbę, na początek będziesz pracować za darmo...
          Gosiu, bardzo Cię rozumiem i życzę, aby los się w końcu odwrócił i uśmiechnął.
          • verdana Re: Life is brutal... 04.06.12, 13:16
            A moim zdaniem masz jedną możliwość zarobienia, jakiej nie ma nikt inny, czy prawie nikt. Daj ogłoszenie,że zaopiekujesz sie dzieckiem z cukrzycą. Rodzice - podobnie jak Ty - boją sie zostawiać takie dzieci pod opieką przypadkowej niani, mają ten sam problem z dziećmi "po szkole" - Ty gwarantujesz i znajopmość diety, i prowadzenie "cukrzycowej" kuchni i umiejętność pomocy w razie czego. No i oczywiście za specjalistyczną opiekę bierze msię wiecej pieniędzy. Być moze znajdziesz sporo chętnych.
            • good_morning Re: Life is brutal... 06.06.12, 14:49
              genialny pomysl, serio. wez tez pod uwage, ze tak naprawde malych dzieci w domu masz tylko trojke, a nie piatke smile
              co do samodzielnosci dzieci jesli chodzi o to, co wolno, a co nie, ze wzgledu na chorobe, musisz jakos im wpoic pilnowanie sie samemu. wiem, co mowie, bo mam dzieci alergiczne i juz jako kilkulatki wiedzialy,ze cokolwiek gdziekolwiek jest do zjedzenia, najpierw niesie sie do rodzica celem sprawdzenia skladu. a jak umialy czytac, i wiedzialy co i jak, sprawdzaly same, ewentualnie konsultowaly. nie ma lekko, ale to jest praca rodzica, one same tak sie nie zaczna zachowywac.
    • mruwa9 Re: Life is brutal... ja tez bede 04.06.12, 22:16
      a chlopcy chodza do szkoly? I jak kontroluja glikemie tamze?
      Sorry, ale to nie sa niemowlaki, tak duze dzieci zwykle calkiem dobrze rozumieja, na czym polega ich choroba i jak ja kontrolowac. W koncu nie mozesz ich trzymac pod kloszem cale zycie.
      Dla poprawy warunkow finansowych mozna zrobic dwie rzeczy: ograniczyc wydatki (rozumiem, ze nie wchodzi w rachube) albo zwiekszyc dochody.
      I wiadomo, w ktorym kirunku mozna dzialac.
      Nie pozwol, zeby cukrzyca stanowila wymowke, usprawiedliwiajaca twoje bezrobocie.
      • maman3 Re: Life is brutal... ja tez bede 04.06.12, 22:51
        Gosia, pomysł verdany jest świetny. Poza tym, ja również jestem zdania, że kilkoro dzieci w domu to atut dla dziecka z zewnątrz-próbuj. A talentów plastycznych nie masz? Na allegro można kupić półprodukty i, np., biżuterię robić.
          • pa-trynka Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 00:03
            wybacz, ale w tym momencie to chodzi o zaspokojenie doraźnych potrzeb rodziny (w której wciąż są maluchy-a przynajmniej jedna sztuka- w domu pod opieką mamy), a nie o aspiracje czy ambicje zawodowe...
            też uważam, że pomysł verdany ma sens. ewentualnie można też piec ciasta, torty, lepić pierogi, prasować etc - tak moja koleżanka podczas wychowawczego wspomagała budżet rodzinny.
          • goska81-gryfino Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 00:07
            No to odpowiadam. Po koleiwink
            1. Mimo, że mam dzieci z cukrzycą i wiem z czym to się je, to chyba jednak miałabym obawy przed wzięciem w opiekę cudze dziecko z cukrzycą.
            2. Moi faceci nie są malutkimi dziećmi, ale szczególnie młodszy działa na zasadzie: kota nie ma- myszy harcują. Czyli generalnie kiedy tylko na moment znika z pola widzenia karzącemu oku sprawiedliwości i postaci ojca lub matki, pozwala sobie na zbyt wiele. Jak np idę na zebranie do szkoły, a mąż jest akurat w pracy i chłopaki na te półtorej- dwie godziny zostają sami, często po powrocie okazuje się, że cukier nie był zmierzony, za to zjedzone zostało mnóstwo. Albo dziś rano- zapomniałam kupić Pawłowi w sobotę kredki, bo okazało się, że ma niekompletne w piórniku. Dziś rano z kolei okazało się, że nie mamy w portfelu 4zł i trzeba dać mu 10zł. Miał kupić w sklepiku szkolnym kredki i nowy długopis. Kupił, a jakże. Ale resztę wydał na słodkości. Grosza nawet nie przyniósł.Tyle dobrze, ze się przyznał co kupił, ale co z tego, jak po powrocie ze szkoły miał cukier kosmiczny.
            3. Wykształcenie mam średnie ogólne, nic więcej. Żadnego zawodu chociażby, umiejętności, wiedzy w konkretnej dziedzinie.
            4. Zdolności manualnych też żadnych. I piszę poważnie. Naprawdę w te klocki jestem "noga". Jak pomagam któremuś dziecku w jakiejś pracy do szkoły, to moje "dzieła" są porównywalne z tworami dzieciaków z klasybig_grin

            Ostatnio zastanawiam się do czego ja w ogóle się nadaję. I z przerażeniem, ale też rezygnacją stwierdzam, że jakbym miała iść na kasę w supermarkecie, to nawet tego nie umiem, bo musiałabym się dopiero nauczyć obsługiwać kasę. Myślałam nawet o ulotkach w niedzielę. Gdybym poświęciła pół niedzieli, a czasem, kiedy mąż by nie pracował, to i soboty, to może by coś z tego było. Niestety, moją główną przeszkodą jest strach. Cholernie się boję, że czego się nie złapię, to może nie wypalić. Muszę się milion razy zastanowić, zanim czegokolwiek się dotknę, a czas ucieka.
            • natalia433 Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 09:09
              współczuję ci trudnej sytuacji finansowej Gosiu ale myślę że zawsze jest jakieś wyjście.
              Opieka nad dzieckiem jest dobrym rozwiązaniem i myślę że tu miałabyś szansę podreperować trochę budżet.
              Masz 5 dzieci, część chodzi do szkoły, część do przedszkola tak? jedno dziecko zostaje z tobą w domu na cały dzień?
              Ja osobiście nie potrafię nic nie robić, od zawsze albo gdzieś dorabiam, albo prowadzę własny interes ( w tej chwili to i to i to) ale ja mam troje dzieci i czasami jest cholernie ciężko wszystko ze sobą pogodzić a co dopiero przy 5 więc rozumiem twoje obawy.
              A to że się boisz że się nie sprawdzisz i do niczego nie nadajesz to nie prawda, wszystkiego sie można nauczyć wystarczy się tylko przełamać, też taka byłam więc wiem coś o tym ale u mnie wystarczyło że się raz przełamałam a potem szło już wszystko jak z płatka.

              powodzenia Ci życzę smile
            • elgosia Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 09:11
              Gosiu, przede wszystkim nie patrz na swoje dzieci w kategorii błędu, wpadki, głupoty. Jak to mówia, "człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi". Są tacy, co się staraj ą latami i są tacy, którzy współżyją 10 dni przed owulacją i zachodzą. Możesz rzecz jasna wyciągnąć wnioski, wprowadzić jakieś metody kontroli poczęć (ja osobiście wybieram NPR), ale przyjmij
              , że dzieci to największy dar, jaki mógł Ci zostać dany. A że przy tym wyzwanie, to zwiększa tylko wartość daru smile
              Popatrz na życie optymistycznie. Dzieci chore mimo choroby i niefrasobliwości (oj, musisz coś z tym zrobić, koniecznie!) rozwijają się dobrze, pozostałe zdrowe. Macie mieszkanie, mąż ma pracę, macie zasiłki. Nie starcza dopiero od niedawna. I nie bój się pracy! Opieka nad dzieckiem to odpowiedzialność, ale już sprzątanie czy ulotki - wprost żadna! Ja roznosiłam ulotki w liceum. Dasz radę!
              I zacznijcie oszczędzać! Mówisz, że bardziej się nie da, a potem piszesz, że dajesz dziecku 10 zł, a ono wydaje całość zamiast 4-5 zł! To już jakieś 2 l mleka i parę bułek w plecy! Poza tym z oszczędności spróbuj piec chleb, a już na pewno opłaca się piec bułki, drożdżówki i wszelkie ciasta. Możesz je modyfikować diabetycznie - to duży plus. Poza tym przetwory - kup furę owoców w sezonie i rób dżemy, kompoty. To potrafi każdy. i nie załamuj się, bo raz - nie ma powodu, a dwa - nic to nie pomoże.
              • mama.rozy Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 09:20
                kochana,spójrz na to z tej strony-jesteś bez zawodu,czyli-MASZ CZYSTĄ KARTĘ.jesteś duża i masz spore,domowe doświadczenie.dasz radę zacząc nowy etap życia.serio.
                jest mnóstwo darmowych-nie wiem,gdzie mieszkasz,policealnych czy pomaturalnych szkół,które teraz czy zaraz mają nabór.to nie jest wstyd uczyc się w tym wieku.to duży sukces,bo masz życie jako doświadczenie.
                nie musisz robic mega studiów,znajdź coś rocznegó,półtorarocznego,weekendowego.cokolwiek.
                masz szansę poczuc się jak nastolatka przed wyborem drogi życiowejsmile
                głowa do góry,idzie nowewink
                • mama.rozy Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 09:28
                  i Gosiu,pamiętaj,żadna praca nie hańbi.kasa to też wysiłek i myślę,że większośc z nas musiałaby się do niej przyuczyc.mnie to by od razu wyrzucili,bo mi się cyfry myląwink
                  i jeszcze humorystycznie-kiedy szukałam rok temu pracy,zapodałam sobie na maila takie portale(gowork i jakiś tam jeszcze) i ostatnio dostałam propozycję pracy przy transporcie zwłoksmilea jako że właśnie pracę straciłam,to po macierzyńskim będę się zastanawiac,co dalejwink
      • magdak_1977 Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 10:37
        mruwa9 napisała:

        > I wiadomo, w ktorym kirunku mozna dzialac.
        > Nie pozwol, zeby cukrzyca stanowila wymowke, usprawiedliwiajaca twoje bezroboci
        > e.

        No przepraszam, dziewczyna zajmuje się piątką dzieci, w tym dwójką z cukrzycą - ja też mam piątkę i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie, żebym mogła jeszcze jakoś dorabiać... bezrobocie - zapraszam do spróbowania


        Co do Gosi:

        1. absolutnie nie tarktuj swoich dzieci jak "dopustu Bożego"!! Dziś masz ciężko, ale za chwilę sytuacja może się zpuełnie odwrócić. Dzieci są największym szczęściem, celem i sensem życia.
        2. co do Ciebie - nie jesteś beznadziejna - w końcu wychowujesz piątkę dzieci, to nie byle jaka praca. piszesz bardzo ładne maile - może jakaś praca dorywcza w lokalnej gazecie/czaspiśmie. Tam chcą zwykle na zlecenie i lubią tych, którym nie zależy na zusie i ubezpieczeniach?
        3. co do męża - czy on nie może postarać się o lepiej płatną pracę - może czegoś sie douczyć, podnieść swoje kawlifikacje? Może zabrzmi to brutalnie, ale skoro Ty zajmujesz się domem i dziećmi, to na nim przede wszytskim powinna spoczywać dopowiedzialność za utrzymanie, bo Ty masz po prostu fizycznie mniejsze możliwości z racji konieczności bycia z Małymi w domu
        4. pomoc z kościoła - u nas w parafii oddajemy niepotzrebne/wyrośnięte rzeczy - ja daję zawsze ładne, czyste, tyle że mi już niepotzrebne. Sa też zbiórki innych rzeczy, w tym spożywczych - jak się ktoś zgłosi, dostaje


        Trzymam kciuki i wierzę, że złe chwile w końcu miną...
        • zuzanna56 Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 14:26

          magdak_1977 napisała:

          > No przepraszam, dziewczyna zajmuje się piątką dzieci, w tym dwójką z cukrzycą -
          > ja też mam piątkę i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie, żebym mogła jeszcze j
          > akoś dorabiać... bezrobocie - zapraszam do spróbowania


          > co do męża - czy on nie może postarać się o lepiej płatną pracę - może czego
          > ś sie douczyć, podnieść swoje kawlifikacje? Może zabrzmi to brutalnie, ale skor
          > o Ty zajmujesz się domem i dziećmi, to na nim przede wszytskim powinna spoczywa
          > ć dopowiedzialność za utrzymanie, bo Ty masz po prostu fizycznie mniejsze możli
          > wości z racji konieczności bycia z Małymi w domu


          No tak, ale chyba sama Gosia chce pracować, tak rozumiem jej pierwszy post.

          Co do męża - myślę, że gdyby tylko mógł, to by już więcej zarabiał, widać, nie może więcej.

          Co mogę napisać? - współczuję. Oby się poprawiło. Powodzenia.
          • magdak_1977 Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 14:47
            zuzanna56 napisała:

            >
            >
            > No tak, ale chyba sama Gosia chce pracować, tak rozumiem jej pierwszy post.

            Ja zrozumiałam, że nie chce tylko musi, bo im nie stracza. Ale martwi się o dzieci w czasie, gdy ona będzie musiała pracować.
            >
            > Co do męża - myślę, że gdyby tylko mógł, to by już więcej zarabiał, widać, nie
            > może więcej.

            Powiem tak - znam wielu mężów moich koleżanek, co zarabiają "tyle ile mogą" i koniec. Wracają z pracy i mówią, że są zmęczeni, a kobity martwią się jak związać koniec z końcem. Myślę, że spora część ludzi w polsce nadal myśli, że zawód raz zdobyty ma starczyć na całe życie, a jak nie ma za to wystarczjąco kasy, to trudno, tak widać musi być. Nie znam Gosi ani jej sytuacji rodzinnej, dlatego zadaję tylko pytanie. Być może, podkreślam być może, trzeba też faceta zmobilizować do jeszcze większego wysiłku. Zawsze łatwiej dokształcać się/zdobywać lepszy zawód/lepszą pracę osobie już pacującej niż matce wychowującej piątkę dzieci i zaczynającej od zera.
            >
            > Co mogę napisać? - współczuję. Oby się poprawiło. Powodzenia.

            Ja też. I trzymam kciuki, żeby się odwróciło
            • verdana Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 14:52
              Facet zmobilizowany do większego wysiłku często da sie zmobilizować. Przestaje tylko być mężem i przede wszystkim ojcem - bo swoich dzieci nie widzi, zarabia. Gdyby tak robiłas matka, wszyscy nazwali by ją "wyrodną". Obowiązkiem ojca jest nie tylko zarabiać, ale i byc z rodziną.
              Nie mówiąc już o tym, ze tak ekspoloatowani faceci wystarczają na któtko. Odchodzą, albo padają na zawał.
              Myślę,z ę w tej sytuacji jednak nie pozostaje nic innego, jak próba dorabiania. A jak jest w weekendy? Są sklepy, które szuka pracowników na soboty i niedziele. Albo restauracje czy bary.
              • magdak_1977 Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 15:06
                Znam takich, co nie są wyeksploatowani tylko zmęczeni zyciem i to zawsze. O zdrowie też nie dbają, bo nie chce im się podejmować wysiłku ( fizycznego - ruchu). Po 8 godz pracy zasiadają przed tv. Myślę, że o zawał w takich warunkach łatwo.

                Nie myślałam o tym, żeby facet dzieci nie widział ( choć czasem tak trzeba - patrz: ludzie wyjeżdzający do pracy za granicę, jakoś nikt ich nie nazywa wyrodnymi). Ale, dla przykładu, mam znajomych, u których facet przez 10 lat nie mógł skończyć studiów, płacił za warunki i powtarzanie roku, bo mu się zwyczajnie nie chciało przysiąść do książek. A gdyby miał mgr miałby od razu większą pensję. Takie sytuacje też się zdarzają
            • zuzanna56 Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 15:09

              magdak_1977 napisała:

              > Ja zrozumiałam, że nie chce tylko musi, bo im nie stracza.

              No tak, w tym sensie chce. Podjęła taką decyzję, bo jest im ciężko finansowo, a nie z innego powodu. Można powiedzieć, że musi, bo nie ma innego wyjścia.

              Co do męża Gosi - zupełnie nie wiemy przecież jaki ma zawód, ile godzin dziennie pracuje, czy ma szanse na podwyżkę. Może już pracuje bardzo dużo i nie widuje dzieci, nie wiem. A może 8 godzin dziennie, a w domu nic nie robi - tego także nie wiemy.
                • zuzanna56 Re: Life is brutal... ja tez bede 05.06.12, 15:28
                  Myślę, że dziewczyny mają rację z tą pracą dorywczą. Ja też jestem kompletnym antytalentem manualnym, na takiej biżuterii to bym nic raczej nie zarobiła. W tej sytuacji, wiedząc, że Gosia ma średnie wykształcenie, nie bardzo lubi prace ręcznewink oraz że ma czas tylko w określonych godzinach,że ma pięcioro własnych dzieci (co do męża to jeszcze nie wiemy, czy np. w soboty zająłby się dziećmi, bo może pracuje) to raczej nie ma za wiele możliwości wyboru pracy dorywczej. Ale opieka nad innym dzieckiem to jest chyba sensowna praca, o ile to się da ogarnąć. Nie wiemy ile godzin dziennie część dzieci jest w szkole/przedszkolu, czy tylko jedno dziecko zostaje z Gosią w domu, czy własne dzieci często chorują. Wiecie co, ja jestem jak najbardziej za pracą kobiet, za tym, aby ciężar utrzymania nie spadał tylko na męża, ale jakoś akurat w tym wypadku (nie wierzę, że to piszęwink) może faktycznie lepiej aby mąż pomyślał o pracy dodatkowej? Chyba że Gosia będzie pracować dosłownie kilka godzin w tygodniu.
    • stefania1939 Re: Life is brutal... 05.06.12, 10:59
      Uważam, że pomysł Verdany jest świetny. Jeszcze jedno chcę tu dopisać. Ja pochodzę ze Szczecina, znam te tereny, jeżdżę tam często do rodziny. Do Gryfina jeździmy do Aqaparku.
      Moja kuzynka sprzedała małe mieszkanie i kupiła dom na terenie byłego NRD. Bajecznie tanio. Mieszkając tam choćby 10 min od granicy otrzymywalibyście 800 zł zasiłku na jedno dziecko, jak nie lepiej. Twój mąż nie musiałby zmieniać pracy, liczy się tylko zameldowanie.
      • maman3 Re: Life is brutal... 05.06.12, 12:24
        Gosia, Twoim największym problemem jest krzywe spojrzenie na siebie i Waszą sytuację-masz niską samoocene, jesteś przemęczona, boisz sie podjęcia jakichkolwiek kroków, boisz się konsekwencji działań. Nie ryzykujesz-nie jedziesz. Piszę to w pełni świadoma Twojego stanu, bo podobny przechodziłam, choć mam zdrowe dzieci-i tu na pewno było mi łatwiej. Nie bój się zmian. Stefania ma dobry pomysł. Verdana też- nie obawiaj się, że nie dasz rady, bo to nieprawda. Musisz tylko spokojnie wszystko sobie w głowie poukładać, rozpisać na kartce, przespać, znowu spojrzeć na plany. Żeby dorobić-mozna wziąć dziecko do opieki, można też gotować posiłki dla osób, które tego nie moga robić-taki mini catering. Idź do kościoła, o ile macie tam serdecznych księży-może dadzą Ci namiary na potrzebujących takiej pomocy. Ja w ciężkich czasach piekłam ciasta do knajpy. Nie pękaj, najgorszym grzechem jest poddanie się.
        • magdak_1977 Re: Life is brutal... 05.06.12, 12:38
          Jak zwykle popieram Mamanwink

          Przede wszytskim nie możesz siebie winić za wszystko, a takie wrażenie bije z Twojego pierwszego postu. Dałaś dzieciom zycie, dbasz o nie i dom, starasz się, zajmujesz nimi najlepiej jak umiesz. Sytuacja finansowa jest zawsze przejściowa - i ta dobra, i ta zła.

          Też myślałam o takim gotowaniu na zamówienie - np. dla ludzi, którzy dużo pracują i nie mają na to czasu ani ochoty. Ja na przykład bardzo chętnie skorzystałabym z takiej usługi - mój mąż pracuje bardzo dużo, dzieci nie chodzą do świetlic/przedszkoli i czynności typowo domowe robię ich kosztem tzn. nie spędzam tego czasu z nimi a bym tak wolała. Tak samo z prasowaniem - oddaję firmie, bo nie mam kiedy zrobić sama. powieś takie ogłoszenie, może ktoś będzie zainteresowany
      • mamaanieli Re: Life is brutal... 05.06.12, 12:57

        Jedna z dziewczyn napisała: "Twoim największym problemem jest krzywe spojrzenie na siebie i Waszą sytuację-masz niską samoocene, jesteś przemęczona, boisz sie podjęcia jakichkolwiek kroków, boisz się konsekwencji działań. Nie ryzykujesz-nie jedziesz". Podpisuje sie całkowicie, pod każdym słowem. Masz dzieci, jest trudno. Więc przynajmniej spróbuj działać, żeby było lepiej.



        Największa stajenna ranga
        nie zmieni osła w mustanga...
        • goska81-gryfino Re: Life is brutal... 05.06.12, 16:44
          Ależ odzew! Dzięki dziewczynywink No to tak:
          Mąż z zawodu jest stolarzem budowlanym, który nie potrafi w tym zawodzie nic i nie chciałby nawet w nim pracować, a taki zawód zdobył, bo nie miał innej możliwości w tamtym momencie. Pracuje w porcie przy przeładunkach, ma trochę uprawnień np na zmechanizowany, ciężki sprzęt przeładunkowy (wieże, wywrotnice wagonów), ale są to uprawnienia wewnątrzzakładowe sad Zapisuje się do pracy na weekendy, robi nocki, kiedy akurat są, ale to działa tak, że np zapisuje się w piątek na sobotę lub weekend i czeka czy do niego zadzwonią, czy nie, bo raz biorą do pracy jednych, raz drugich. Czasem złapie 2-3 soboty (chyba 150zł więcej do wypłaty za jedną sobotę, jakoś tak), a raz żadnej. Czasem mają też "dwunastki" (12h), ale to najczęściej w okresie zimowym, nie wiem od czego to zależy. Ma znajomego, który ma pub, a są u nas imprezy kulturalne i podróżnicze (zapraszam- WŁÓCZYKIJ- GRYFIŃSKI FESTIWAL MIEJSC I PODRÓŻY) i ta knajpa jest takim miejscem, gdzie ci wszyscy ludzie się zbierają i wtedy od czasu do czasu mąż rozwoził ludzi późną nocą po kwaterach, wioskach itp. Ma też wujka na wsi, gdzie czasem jeździ pomagać w gospodarstwie, na polu i coś tam zawsze z tego jest. Paliwo, ziemniaki, niekiedy pieniądze. Cały czas myśli o tym jak tu dorobić chociaż parę złotych i nie siedzi na tyłku, bo są tygodnie, że dzieci widzą go rano przed wyjściem do szkoły, a zasypiają, kiedy on jeszcze z pracy nie wrócił, a weekendy też się takie zdarzają. Po takim tygodniu jest tak zorany w niedzielę, że nie ma ochoty nawet na spacer iść. Ba, kolega dzwoni wieczorem- "Wpadaj na piwko do pubu!" a on NIE IDZIE BO JEST ZMĘCZONY. Dla mnie szok, bo jakby mi kumpela zadzwoniła z taką propozycja, to bym wszystko rzuciła dla tej godziny rozmowy. Czasem nawet uciekamy się do nie do końca uczciwych metod, byle jakoś dać radę z zakupem podręczników na przykład; akurat u męża z pracy można dostać zwrot poniesionych kosztów za wysłanie dzieci na kolonie, można dostać za darmo odpady węgla, a opał drogi, więc ktoś go z pocałowaniem ręki weźmie za pół ceny. Od pewnego czasu zdarza mi się wystawić na aukcję ciuchy po dzieciach, które dostałam od kogoś za free. Fakt, że lwią część oddaję dalej, ale na sprzedaż też czasem wystawiam. Wcale się z tym wszystkim zbyt dobrze nie czuję, ale niekiedy nie ma innego wyjścia. Z ciuchami większych problemów nie mam, bo niewiele muszę dokupować, choć i tak jak już kupuję, to używane z reguły. Mam brata, który ma 14 lat i siostrę, która ma 6 lat. Żona mojego taty zostawia lepsze rzeczy dla moich dzieciaków. Piwnice mam niemal pełną takich rzeczy. Niestety, akurat sandałów w odpowiednich rozmiarach nie mam aktualniesmile W Kościele mamy chody, od czasu do czasu z tych "chodów" korzystamysmile
          Musze się z tym wszystkim spokojnie przespać i chyba faktycznie dam ogłoszenie o opiece nad dzieckiem w wieku przedszkolnym (bo dwójki wózkowych fizycznie nie ogarnę). Tyle dzieci się do przedszkoli nie dostało, że w czasie wakacji może ktoś będzie akurat szukał takiej pomocy. Już pytałam znajomych na nk i Fb. A póki co poszukam jakiejś "ulotkarni" na soboty i niedziele. Gotować komuś bym się obawiałabig_grin A prasować więcej niż mam swojego? NIEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!! Z przerażeniem patrzę jak moja kupka do prasowania rośnie, a pranie się nie kończybig_grin No i postanowiłam już, że na Sylwestra też jakiegoś "dziecia" przygarnę lub do jakiegoś pójdę poniańczyć.
          Ps. Chyba jakiś lepszy humor dzisiaj mam.
          • blizniaki14 Re: Life is brutal... 05.06.12, 17:27
            Chyba rzeczywiście najlepsza dla ciebie byłaby ta opieka nad jakimś przedszkolakiem. Moja kumpela miała mamę chorą na cukrzycę i dzięki temu pracowała jako niania dla dzieci z cukrzycą, myślisz,że się nie bała na początku? pewnie,że tak, ale dała radę smile
            z pieniędzmi to jest tak raz są, raz ich brak i spotkać to może każdego, czy wykształcony, czy nie... Więc głowa do góry, dasz radę coś zmienić.
            sama mam 31 lat i szukam pracy już 2-3 lata, tzn od czasu przeprowadzki, w poprzednim mieście co chwilę miałam ofertę i praca na mnie czekała wręcz, a tu jest kicha i szukam i szukam, a studia mam skończone. Też miałam doły, wiedzę na każdym kroku,że bez znajomości w tym mieście małe szansę,ale daję sobie jeszcze rok.Wierzę,że w końcu znajdę smile Jak nie to pomyślę nad swoim biznesem.
            powodzenia!
            • magdak_1977 Re: Life is brutal... 05.06.12, 17:36
              Gosia-masz dobrego prawowitego męża, fajne dzieci-będzie dobrze, los się na pewno odmieni. Jak coś mądrego mi przyjdzie do głowy to napiszę.

              Gotowania bym się nie bała-najwyżej na początek możesz się umówić, że będziesz brała tylko za produkty. A ciasta, torty? Na to zawsze jest zbyt. Ja nie piekę i naprawdę,spore pieniądze zostawiam czasem w cukierni.

              Pozdrawiam ciepło i więcej dobrego nastroju mimo kłopotów życzę
    • stefania1939 Re: Life is brutal... 05.06.12, 18:53
      Gośka, mogę cię skontaktować z moją kuzynką, gdybyś chciała ją odwiedzić, czy z nią pogadać. Ona sama ma troje dzieci. Tam gdzie ona mieszka i tak sami Polacy mieszkają. Nawet w przychodni czy w szpitalu polscy lekarze. Ja bym się na twoim miejscu zastanowiła.
      Tam opiekunki do dzieci także są bardzo potrzebne, bo same młode rodziny z małymi dziećmi się tam przeprowadzają. Jest instytucja tagesmuti. A Niemcy oddają te domy za bezcen dosłownie. Możesz przecież na początek pojechać i zobaczyć jak jest, daleko nie masz.
      • andaba Re: Life is brutal... 05.06.12, 19:02
        Stefanio, a jak jest ze szkołą dzieci? Czy dzieci musza chodzić do niemieckiej szkoły - w końcu tam zapewne też jest obowiązek szkolny, czy mogą do polskiej i jak by wyglądało dowożenie przez granicę tych dzieci?

        Czy dwa miejsca zameldowania i życie w Polsce, a zasiłki z Niemiec? (Nie powiem, żeby mni sie coś takiego podobało).
        • stefania1939 Re: Life is brutal... 05.06.12, 19:16
          Najlepiej pojechać i zapytać. Podobno mogą się uczyć w Polsce. Moja kuzynka dała do niemieckiej szkoły, a w domu przerabia z nimi polskie podręczniki, aby dzieci były dwujęzyczne. Ja też nie wiem, czy mi by się do końca podobało. Ale takie zjawisko po prostu istnieje, że Polacy tam się przenoszą na masową skalę, czy to nam się podoba czy nie. A pracują w Polsce, bo tam jednak pracy nie ma. Wszystko zależy od stopnia determinacji, czy też rozpaczy po prostu.
          Niemcy w sumie się z tego cieszą , bo ktoś jednak rewitalizuje te upadające miejsca, z których dosłownie wszyscy Niemcy już wyjechali.
            • zuzanna56 Re: Life is brutal... 06.06.12, 07:30
              Verdana, tu nie chodzi o pracę dla Gosi, tu chodzi o dodatkowy dochód dla rodziny, bo jest im bardzo ciężko, a tym dochodem będzie zasiłek. Tak to rozumiem przynajmniej z opisu.
              • natalia433 Re: Life is brutal... 06.06.12, 08:37
                najpierw trzeba się dowiedzieć jak to jest z tymi zasiłkami, ja też mieszkam w DE i tutaj dla obcokrajowców musi być meldunek , pobyt i u nas podstawą do otrzymania zasiłków na dzieci było zaświadczenie o tym że mamy pracę ( w naszym przypadku działalność) to nie jest takie wszystko hop siup. No i z tego co wiem osoba na zameldowana na terenie Niemiec ma obowiązek być też ubezpieczona na terenie Niemiec i nie wiem jakby to się miało w stosunku kiedy praca jest w Polsce? A opłacanie sobie samemu składki ubezpieczenia rodzinnego to koszt około 150-200 euro miesięcznie( zależy od ilości osób w rodzinie).
                • verdana Re: Life is brutal... 06.06.12, 09:05
                  Zasiłek? No przepraszam bardzo - przenosi.ć do niemioeckiej szkoły dwoje chorych dzieci (stres nie jest wskazany przy cukrzycy), wyjeżdżać od rodziny, aby pobierać za granicą zasiłek na dzieci? Ani to uczciwe, ani to rozsadne. Można oczywiście emigrować, gdy gdzieś znajdzie sie naprawdę dobrą pracę, ale i wterdy trzeba liczyć się z kosztami, jakie poniosą starsze dzieci (a poniosą, niestety, wszystkie znane mi dzieci , które wylądowały w obcej szkole bez znajomości jezyka mają problemy jeszcze jako dojrzali ludzie...).
                  • mamapodziomka Re: Life is brutal... 07.06.12, 17:33
                    Ale przeprowadzka rozwiazala by takze problem opieki nad dziecmi, w Niemczech miala by prawo do przedszkola dla wszystkich maluchow i do swietlicy, gdzie pilnowano by diety, etc. Nie namawiam do przeprowadzki, ale akurat opieka nad dzieckiem jest rozwiazana fajnie.
                    • verdana Re: Life is brutal... 07.06.12, 20:53
                      Nie za fajnie, gdy chodzi o chore dzieci, nie znające języka. Powiedziałabym nawet, ze bardzo niefajnie, bo w ich wypadku nieumiejętność porozumienia się z opiekunami jest po prostu niebezpieczna.
                      I malutkie dziecko (a najmłodsze chyba jest bardzo małe?) - też nieszczególnie nadaje się jeszcze do instytucjonalnej opieki.
                      • mamapodziomka Re: Life is brutal... 07.06.12, 21:51
                        Jest starsze od mojej mlodszej, ktora od sierpnia idzie do przedszkola, wiekszosc rownolatkow juz dawno chodzi. U nas zreszta psychologowie po roku gonia do jakiejs formy uspoleczniania, jak nie przedszkole, to chociaz grupy zabawowe, etc wink))

                        Nie, zebym namawiala do przeprowadzki, bo to faktycznie duzy krok i duza decyzja (chociaz poprawienie jakosci zycia do poziomu, w ktorym dzieci moga jezdzic np. na kolonie, miec hobby, drobne przyjemnosci, etc sklonilaby mnie przynajmniej do pozastanawiania sie) i na pewno sporo trzeba by sie nagimnastykowac, zeby wszystko dobrze ulozyc na miejscu, ale akurat z opieka nad dziecmi nie ma duzych problemow.

                        Ja akurat znam sporo doroslych, ktorzy wyjechali z rodzicami jako dzieci szkolne i oprocz jednego zlamanego zyciorysu (ktory jednak przypisuje czemu innemu niz emigracja) wszyscy sa ogolnie zadowoleni i dobrze sobie radza. Gorzej z nastolatkami, one czesto wracaja na studia do Polski, ale to inna bajka. Emigracja z duza rodzina to na pewno ciezki kawalek chleba i latwo nie jest.
    • majenkir Re: Life is brutal... 06.06.12, 13:37
      Goska, kombinujesz jak kon pod gore.
      Dobrze Ci Verdana napisala - zajmij sie dzieckiem/dziecmi z cukrzyca. Wiesz juz "czym to sie je", masz doswiadczenie. Zarobisz, a i ludzie beda Ci wdzieczni (podejrzewam, ze w PL nie jest latwo o opiekunke do dziecka z cukrzyca). Czego tu sie bac? Przeciez i tak to juz masz na codzien.
      Ja mam "dziecko z cukrzyca" dopiero od 8 miesiecy, a juz dzis moglabym sie zajac innymi smile.
      • natalia433 Re: Life is brutal... 07.06.12, 23:19
        Verdana no proszę Cię...
        ja jako 6 latka wyjechałam z rodzicami za granicę, nigdy nie miałam z tym problemów,moje rodzeństwo (starsze) też na tym nie ucierpiało. skąd u Ciebie teza że dzieci które wyjeżdzają za granicę mają problemy jako dorośli ludzie?
        Moje dzieci po roku nauki w szkole prawie wyrównały poziom ze swoimi niemieckimi rówieśnikami. Sama bardzo się obawiałam tej przeprowadzki ze względu na dzieci ale aż sama byłam w szoku z ich "elastyczności" i tego jak szybko dopasowali się do sytuacji.

        szczerze wątpię żeby Gosia się na to zdecydowała no ale skoro temat został już poruszony to się wypowiedziałam smile
        • zuzanna56 Re: Life is brutal... 08.06.12, 07:51
          To ja jeszcze o chorobach. Nie mam co prawda dziecka z cukrzycą ani rodziny wielodzietnej, ale się wypowiem. Moja 11 letnia córka ma od urodzenia dietę, z powodu alergii pokarmowej, teraz jest już lepiej choć doszła alergia wziewna. Uczyliśmy ją, że pewne rzeczy są szkodliwe dla niej, pewnie, że nie jest to proste, ale da się. Wyjeżdża na wycieczki szkolne czy obozy, dba o siebie.
          Syn poważnie zachorował w wieku około 10 lat, to były krótkotrwałe napady nieświadomości, kilka lat brał leki przeciwpadaczkowe. Jest zdrowy, ale wiele przeszliśmy. Tracił świadomość nagle, w szkole, na lekcji, w domu. Przez parę miesięcy był jeszcze nie zdiagnozowały, potem leki od razu nie działały.Było ciężko. Ja w tym wszystkim oczywiście normalnie pracowałam, był strach, ale też dziecko było uczone odpowiedzialności, oczywiście pod okiem rodziców.
          Gosia, nie znam się na cukrzycy, ale uczyłam młodzież z cukrzycą, starszą od twoich synów, wyjeżdżali normalnie gdzieś z klasą, wiedzieli co im wolno. Trudno mi coś doradzić, ale dwoje dzieci z cukrzycą, to dla mnie nie powód, aby nie pracować. Ale pięcioro dzieci, w tym jedno malutkie, do tego mąż zapracowany - to już powód. Nie wiem, co bym zrobiła w twojej sytuacji, pewnie poszłabym do pracy za 2-3 lata. Z drugiej strony, może faktycznie iść do jakiejś szkoły, bo tylko po liceum, bez konkretnego zawodu, co tu można robić? Za jakie pieniądze, to druga sprawa.
        • alusia255 Re: Life is brutal... 10.06.12, 18:55
          No ja tez szczerze mowiac zastanowilam sie nad teza verdany. Ja w ciagu kilku lat juz 3 razy zmienilam kraj z moja trojka dzieci. Dwa razy jezyk i dzieci sa usmiechniete, zadowolone i nie widze, zadnych zaburzen w ich rozwoju psychicznym. Wrecz przeciwnie widze w tym wiele plusow, a co najwazniejsze one tez.
          • dzieciata.renata Re: Life is brutal... 10.06.12, 20:15
            Dzieci są różne, niektóre nie zaadaptują się do nowej sytuacji tak szybko. Ja sobie nie wyobrażam wyjazdu z moimi dziewczynami, po angielsku jakoś się dogadają o tyle o ile, ale uczyć się w tym jezyku nie ma mowy, nie mówiąc już o jakimś zupełnie nie znanym, nie mają drygu do języków niestety, po mniesad Do tego różnice programowe w piątej i szóstej klasie na pewno już jakieś są, no i kwestia usposobienia dziecka, moja M. np. jest dość nieśmiała, trudno nawiązuje znajomości. Dziewczyny trenują też sport, w innym kraju może to nie być takie proste. No i przywiązanie do dalszej rodziny np. dziadków też pewnie ma znaczenia, dla moich dzieci babcie i dziadek to codzienność, są bardzo związani, więc znaczne ograniczenie kontaktów na pewno by się na nich odbiło.
            • donkaczka Re: Life is brutal... 10.06.12, 20:21
              inna jest nauka w szkole a inna, gdy uczysz sie bo w tym jezyku zyjesz
              sama nie jestem szczeglnie utalentowana, a jednak sie ze sluchu w lat jezyka nauczylam, a stara baba ze mnie
              dzieci sie dostosowuja szybko i ucza jeszcze szybciej, nawet nastolatki
              tym niemniej kwestie psychologiczne pod uwage brac trzeba


              a co do trenowania - sadze ze za granica nie jest to trudniejsze smile bywa i latwiejsze i tansze
              • mruwa9 Re: Life is brutal... 10.06.12, 23:57
                No nie jestem taka pewna..opuscilismy Polske z dziecmi w wieku przedszkolnym. I stwierdzilismy, ze opowiesci, jakoby to dziecku wystarczylo pol roku na opanowanie jezyka mozna miedzy bajki wlozyc.Mojemu, w sumie bardzo mlodemu, dziecku, zajelo to pelne 2 lata, zanim otworzyl usta i zaczal mowic w tubylczym jezyku. Co przezywal do tego czasu, boje sie myslec, bo wyobrazam sobie, jaki stres musial przechodzic. Z pewnoscia bylo mu piekielnie ciezko, teraz zbliza sie do konca podstawowki, dluzej zyje tu, niz zyl w Polsce, a jego tubylczy jezyk ciagle wyraznie odstaje od jezyka rownolatkow-autochtonow.
                Mimo wszystko emigracja byla najlepsza rzecza, jaka moglismy zrobic dla naszych dzieci, ale co przezyly w zwiazku zwyjazdem, wiedza tylko one.
                • monhann2 Re: Life is brutal... 11.06.12, 16:20
                  No to mruwa, powiem Tobie, ze Twoje dziecko bylo wyjatkowo oporne. Nie wiem ile lat mieszkacie za granica ale jesli zbliza sie do konca podstawowki to musi miec jakies 14-15 lat. Od wieku przedszkolnego do prawie konca podstawowki ciagle odstaje w jezyku? Moze nie ma drygu do nauki jezykow obcych ale prawde mowiac jak sie mieszka i obcuje na codzien z jezykiem, to raczej dryg-nie dryg i tak sie szybko lapie. Mozesz nie uwierzyc ale jak moj syn poszedl do zerowki, to nie umial nic a nic po angielsku, ledwie co portrafil odpowiedziec na pytanie: "what's your name?" Po niecalym miesiacu juz sie dogadywal z kolegami i nauczycielami a po pierwszym roku nauki nie bylo slychac, ze on nie jest "tutejszy". Teraz jest juz dorosly ale akcentu pozbyl sie od razu.
                  Przeprowadzka do innego kraju jest stresem nie tylko dla rodzicow ale i dzieci ale w ogolnym rozrachunku sa same pozytywy a o to przeciez chodzi. Nic nie przychodzi latwo w zyciu.

                  • mruwa9 Re: Life is brutal... 11.06.12, 16:38
                    moje dziecko w tym momencie wlada, lepiej lub gorzej, czterema jezykami. Mowic zaczelo (po polsku) bardzo wczesnie i w wieku przedszkolnym mialo bardzo szeroki zasob slownictwa. Po wyjezdzie z Polski polski sie uwstecznil, slownictwo zawezilo, a tubylczy jezyk nigdy (jeszcze) nie zostal rozwiniety do poziomu jego jednojezycznych lokalnych rowniesnikow. Oprocz tego jest szkola z wykladowym angielskim, a w szkole dodatkowy obcy jezyk nowozytny (obowiazkowy). Z angielskiego i drugiego jezyka obcego ma celujace, natomiast polski i lokalny jezyk- spotkaly sie gdzie posrodku. Polski nie jest tak swietny jak byl we wczesniejszym dziecinstwie, lokalny sie poprawil, ale bez zachwytow. Dziecko nie lubi czytac i tu widze glowny problem. A ciezko jest zmusic kogos do lubienia czegos, czego nie lubi uncertain
              • dzieciata.renata Re: Life is brutal... 11.06.12, 18:33
                donkaczka napisała:

                > inna jest nauka w szkole a inna, gdy uczysz sie bo w tym jezyku zyjesz
                > sama nie jestem szczeglnie utalentowana, a jednak sie ze sluchu w lat jezyka n
                > auczylam, a stara baba ze mnie
                > dzieci sie dostosowuja szybko i ucza jeszcze szybciej, nawet nastolatki
                > tym niemniej kwestie psychologiczne pod uwage brac trzeba

                Ok uczą się szybko, ale różnica między przedszkolakami a gimnazjalistami jest ogromna. Zasób słownictwa i kontrukcji gramatycznych nastolatków w języku ojczystym jest prawie taki jak dorosłych ludzi, zanim młody emigrant dojdzie do tego poziomu minie trochę czasu i przez ten czas nie jest w stanie normalnie dogadywać się z rówieśnikami ani normalnie uczyć się z nimi aktualnego materiału. Niby dlaczego do gimnazjów i liceów z wykładowym innym językiem niż polski przyjmowane są dzieciaki po dokładnych testach ze znajomości języka właśnie i to tylko takie, które mają świetne możliwości intelektualne (średnia powyżej 5.0), czyli nie mają żadnych problemów z nauką czegokolwiek. A ile takich dzieci jest? Niewielki procent. Trzylatki mają znacznie uboższe słownictwo i nie rozmawiają na codzień na tak ogromną ilość tematów jak nastolatki, dlatego nie jest im potrzebna OD RAZU pełna znajomość języka, dochodzą do niej w tym samym tempie co rówieśnicy. Do tego warto też zdawać sobie sprawę z różnic kulturowych, mentalnych, w różnych krajach wydawałoby się nie tak bardzo różniących się od naszego ludzie żyją zupełnie inaczej, również dzieciaki, mają inne prawa, obowiązki, aspiracje, inaczej patrzą na świat.
                >
                > a co do trenowania - sadze ze za granica nie jest to trudniejsze smile bywa i latw
                > iejsze i tansze

                Nie chodzi o dostępność tylko o możliwość dogadania się z trenerami. Jeśli wyjechałabym dzisiaj i chciała, żeby córki od razu kontynuowały treningi nie ma szans, bo się po prostu nie dogadają po angielsku, chociaż jest to język obcy, z którym mają największą styczność na codzień i to od dawna. A w sporcie każda przerwa w treningach ma znaczenie jeśli się traktuje go poważnie a nie rekreacyjnie.
                • kasia0606 Re: Life is brutal... 11.06.12, 21:27
                  To i ja wtrace swoje 3 grosze.
                  Jestesmy we Francji 6 lat. Ja jako jedyna znalam tyle o ile jezyk. Dziewczynki i maz wcale. One poszly do szkoly miedzynarodowej z sekcja polska. Po 6 latach Ola jest jedna z najlepszych uczennic w luceum, Iza konczy pierwsza klase collegu i tez ma wysoka srednia. Ola kurs FLE czyli nauki jezyka francuskiego w szkole przeszla w niecale 6 m-cy. Powiedziano nam wtedy ze takiego dziecka jeszcze w tej szkole nie bylosmile Oprocz polskiego i francuskiego Ola uczy sie hiszpanskiego i angielskiego. We wszystkich 4 jezykach porozumiewa sie bez problemowo. Nie ma akcentu. Pisze wiersze, krotka proze. Tegoroczna nauczycielka francuskiego nie chciala nam wierzyc, ze Ola jeszcze 6 lat termu nie mowila slowa po francusku. Nauczycielka jezyka polskiego pochwalila Ole mowiac, ze po 25 wykladania jezyka nareszcie doczekala sie i wyksztalcila prawdziwego poloniste, i jak dodala z usmiechem przyszla autorke bestsellerusmile
                  Izie calkowita integracja z klasa francuska zajela 2 lata, ale dlatego ze ona byla niesmiala i rzadko zglaszala sie na lekcjach, co nauczyciele tlumaczyli nie rozumieniem jezyka. Dzisiaj po jej niesmialosci nie ma sladu.
                  Obie nie chca wracac do Polski, chetnie jezdza na wakacje, ale swoja przyszlosc widza tutaj. Ola ma tu juz wybrane szkoly od ktorych w przyszlym roku bedzie skladac dokumenty.
                  Kornelia od wrzesnia chodzi do francuskiego przedszkola. Wczesnije po francusku mowila kilka slow. Teraz gada jak nakrecona, co wiecej, wie kiedy i do kogo mowi sie po francusku a kiedy po polsku.
                  I dodam na koniec ze traume mam ja. Od dwoch lat ma ciezka depresje, z ktorej po woli wychodze dzieki wsparciu mez. To ja chce wracac, to ja nie potrafize sie tu odnalezc i nie moge czy moze nie chce zintergowac. Mimo ze mamy tu mnostwo super znajomych i naprawde spotkalam sie z duza zyczliwoscia szczegolnie w trudnym dla mnie okresie, a w Polsce poza 86cioletnia babcia i drobna rodzina nie mam nikogo bliskiego, to i tak mojej serce rwie sie do Polski.
                  Ale patrzac na moje corki zrobilam bym jeszcze raz i jeszcze raz...
                  • verdana Re: Life is brutal... 11.06.12, 22:55
                    Ale to, ze dzieci są doskonałe w szkole, nie świadczy o tym, że nie bedą miały problemów. Nie o to mi chodzi, ze tak właśnie bedzie - wcale nie musi, bo kazdy jest inny - ale własnie mam przyjaciółkę. Wyjechała z rodzicami do Kanady w wieku 15 lat - bez znajomości angielskiego. Zawsze była dobrą uczennicą, więc uznała, ze nie moze być najgorsza. Po dwóch latach była najlepsza uczennicą w klasie. Po czterech wygrywała w konkursach.
                    Wróciła do polski jako pracoholiczka i perfekcjonistka. Jej koledzy z pracy wychodzili o 16,. ona siedziała do 22, bo sprawdzała, czy się nie pomyliła, czy przecinki sa na miejscu. Jako tłumacz była doskonała, ale tłumaczenie zajmowało jej dwa razy tyle czasu, co innym.
                    Od trzech lat jest na rencie. Nie wytrzymała napiecia, związanego z normalną pracą.
                    Może , gdyby została w Kanadzie byłoby lepiej?
                    No i jak sadzisz - czy depresja matki nie ma wpływu na dzieci? Myslisz, ze nie jest lepiej mieć szczęśliwą matkę?
                  • kasia0606 Re: Life is brutal... 12.06.12, 10:05
                    Spoko Ola nie dazy do doskonloscismile Jest po prostru zdolnatongue_out
                    Wiesz ona nigdy nie raczkowala i wszyscy bardzo madrzy ludzie dookola straszyli mnie ze bedzie miala problemy w szkole bo dzieci nie raczujace gorzej sie rozwijaja intelektualnie.
                    My Polacy mamy taka przypadlosc, ze mierzymy wszystkich swoja miarkasmile Ty na przykladzie jednej kolezanki wyrokujesz ze moje dzieci skocza z nerwicsmile; Ja tu znam ponad tysiac osob, ktore albo przyjechaly z rodzicami w dziecinstwie, albo tak jak my przywiezli tu swoje dzieci. Na razie nie slyszalam zeby ktokowiek mial jakies problemy emocjonalne.
                    A wiesz ile francuzow leczy sie na depresje, chyba najwiecej w Europie. I jak to tlumaczyc skoro cale zycie spedzaja u siebie. A ile dzieci w Polsce mam problemy empcjonalne??? Tez pewnie nie malo.Mysle ze to kwestia wychowania i zaspokojenia potrzeb dziecka ma znaczenie a nie miejsce zamieszkania.
                    Zreszta nie wiem. Nie jestem ekspertem w tek kwestii ja jestem ksiegowasmile Moje 3 grosze napisalam na bazie swoich doswiadczen. Moje dzieci sa szczesliwe i radosne, otwarte i tolerancyjne. Dobrze sie ucza, sa lubiane, kazda ma spore grono przyjaciol. Nie mam powodu wyrokowac ze ten wyjazd byl dla nich czyms zlym.
                    Nie wiem czy moja depresja ma wplyw, wiem ze wracac nie chca. Widac albo moj stan ich nie obchodzi, albo sobie z nim jakos radza. Z drugiej strony nie emaptuje swoim samopoczuciem. Jestem szczesliwa mama a zycie we Francji i wynikajace z tego dla mnie emocjonalne konsekwencje nie maja nic wspolnego z moim macierzynstwem i nie przekladaja sie na relacje z dziecmi. Na moj stan zlozylo sie wiele rzeczy nie tylko sam wyjazd, w Polsce musialam zostawic umierajaca mame, i mysle ze to bardziej nie dokonca przezyta zaloba determinuje moj stan, i pewnie bedac w polsce tez przezywalabym to samo.
                    • verdana Re: Life is brutal... 15.06.12, 09:03
                      Nie na przykładzie jednej. Jako, ze moi znajomi często wyjeżdzali (znam sporo dyplomatów), a ich dzieci są już dorosłe, to widzę, ile z tych dzieci ma problemy. Nie wszystkie, ale zdecydowanie wiecej niz "przeciętna". Może gdyby wyjechali i nie wrócili, byłoby inaczej - bo wtedy dzieci nie są wykorzeniane parę razy. Ale oprócz jednej dziewczyny WSZYSTKIE dorosłe dzieci, kilkakrotnie zmieniajace kraj, mają problemy.
                      Zresztą były ogromne badania w USA, dotyczyło zbliżonego problemu - dzieci wojskowych, co 2-3 lata zmieniajacych garnizon. Wnioski były zdecydowanie ponure - dzieci nie potrafiły potem przystosować sie do normalnego zycia i nawiązywać więzi.
                      • mamapodziomka Re: Life is brutal... 15.06.12, 11:34
                        No dobrze, ale co ma jednorazowa, ostateczna emigracja wspolnego z wielokrotnym zmienianiem srodowiska? Przeciez te dzieci wojskowych pozostawaly w wiekszosci przypadkow w Stanach, a nawet jesli nie, to zyly w zamknietej, amerykanskiej bazie i chodzily do amerykanskiej szkoly, wiec problemow miedzykulturowych i jezykowych nie mialy.

                        Chociaz ja akurat znam rodzine (amerykanska) wojskowa i dzieci nie maja wiekszych problemow, raczej takie normalne, jak kazdy (bo popytaj w sprzyjajcych warunkach "zwyczajnych" doroslych czy nie maja jakiejs trauma z dziecisntwa, jak sobie radza z zyciem zawodowym i prywatnym, etc. Wiekszosc odpowie, ze ma problemy i nie zawsze sobie radzi).

                        Dodatkowo w tych badaniach wyszlo, ze dzieci "Nomadow" mialy tym mniej problemow im wiecej rodzenstwa bylo w rodzinie, bo rodzenstwo przejmowalo role tego "stalego" elementu dziecinstwa smile)) Wiec na tym forum to akurat pasuje wink)
                        • goska81-gryfino Re: Life is brutal... 15.06.12, 12:27
                          Napisałam ogłoszenia o opiece nad dzieckiem i ogólnie- pracy dorywczej. Na razie cisza. Zebym miała co zrobić z dziewczynami, poszłabym do normalnej pracy, tylko mąż twierdzi, że mniej dostanę pracując niż teraz będąc w domu, bo teraz mam 1600zł. To lepiej żebym w domu siedziała na tyłku? Ile można być darmozjadem biorącym od państwa 1600zł? K... żyć się nie chce. Po zapłaceniu wszystkich opłat i zakupach w aptece zostanie nam kilkaset zł w tym miesiącu. Zaległy prąd, raty pożyczek (nota bene- branych na podstawowe rzeczy, typu podręczniki, czy życie). Nie wiem po co ja żyję, naprawdę, chyba po to, żeby wszystko pieprzyć. Przepraszam, wściekła jestem. Do wieczora mi miniesmile
                          • gosiamamaeryka1 Re: Life is brutal... 15.06.12, 12:33
                            bez urazy - wlasciwie najpierw powinnam sie przywitac w ogole na forum, a dopiero pisac smile - chcialabym dostawac od panstwa 1,6 tys. zl i moc byc w domu z dzieciakami
                            niestety, za taka kase musze zaiw.... w pracy sad i musi to nam starczac na zycie sad
                            niestety, czasami tylko wygadanie sie pomaga smile ale patrzac na dzieci, na ich usmiechy - warto zyc smile nawet jedynie od 1 do 1 smile pozdrawiam i mam nadzieje, ze wieczorem na pewno juz humor bedzie lepszy smile

                              • blizniaki14 Re: Life is brutal... 17.06.12, 07:33
                                Ja nie dostaję od państwa nic i też teraz od 3 lat siedzę w domu w trójką dzieci (tzn one chodzą do przedszkola) sad gdybym dostawała 1600, to na razie poczekałabym z pracę wink
                                Bo tu gdzie mieszkam praca jak w ogóle cudem się znajdzie to i tak za 1tys zł niestety. Ale od kilku lat nie ma nic.
                                Tęsknię za północą Polski i swoją pracą w miejskim przedszkolu.
                                Głowa do góry, każdy ma czasem słabsze chwile. Może jeszcze raz przemyśl wydatki ja sobie też najpierw odliczam rachunki, raty, przedszkola, potem ustalam limit na tydzień i staram się tego trzymać. Nie jest wspaniale,ale nie narzekam , zawsze mogłoby być gorzej. Co roku jeździmy na wakacje po Polsce, często na wycieczki np. w góry dzięki temu lepiej nam się żyje, bo gdybym miała tylko w domu siedzieć dawno byłabym w wariatkowie wink
                                      • saphire-2 Re: Life is brutal... 19.06.12, 07:01
                                        Gosiu, jedyną radą jest praca albo, jak to woli, wyjazd do kraju, w którym ktoś wam przyzna zasiłek na dzieci. Tu bierzecie już zasiłki, twój mąż pracuje etatowo oraz dodatkowo i wam nie starcza na życie. Dzieci rosną i będziecie potrzebować jeszcze więcej pieniędzy. Nawet jeśli kiedyś przestaniesz dostawać zasiłki i pójdziesz do pracy, to z twoim doświadczeniem i wykształceniem raczej nie dostaniesz więcej, jak słusznie mówi twój mąż. Na razie więc zostaje praca dorywcza, choćby kilkaset złotych miesięcznie. Nie wiem jak układacie jadłospis, czy nie wydajecie na jakieś bzdury, ale można przyjąć, że obydwoje zarabiacie (zasiłek, mąż praca główna i fuchy) a nie starcza wam do pierwszego. Nie chcę ci tu dogadywać, nie gniewaj się, proszę, ale może jednak utrzymanie 5 dzieci w normalnej polskiej rodzinie, nie bardzo bogatej, ale właśnie typowej, po prostu nie jest możliwe, jak wiele osób mówi tu na forum.To nie do ciebie, akurat ty szczerze napisałaś i dlatego to piszę.
                                        • tolka11 Re: Life is brutal... 20.06.12, 21:21
                                          Mogę jeszcze w temacie emigracji?
                                          Mam 3 dzieci (czyli taka ze mnie wielodzietna jak z psiej budy willa), jedno niepełnosprawne. Zdecydowalismy sie na emigracje 2 lata temu, mąż z nastolatką wyjechali w II połowie zeszłego roku, ja z maluchami w ferie zimowe. Jestesmy 40latkami. Wykształconymi, ale z naszym synem i jego obciążeniami, oraz stosunkiem do pracy (praca to nie wszystko - jest jeszcze życie) było nam w Pl ciężko. Ale ja nie o tym. Mam fioła na punkcie angielskiego i moje dzieci od urodzenia były przeze mnie "dręczone" tym jezykiem. Oczywiscie akcent był byle jaki, ale cała reszta jak najbardziej ok. Wyjechaliśmy do kraju anglojęzycznego. Mlodsze pieknie podłapuja akcent, sam język jest dla nich naturalny, bo uzywany od zawsze. Nastolatka akcent ćwiczy, porozumiewa sie bez problemu. Jak poćwiczy sumiennie to pewnie wsiąknie. Czyli język oswojony wczesniej barierą nie jest. Ale jak pisze Verdana: pojechalismy, wyrwalismy dzieci i siebie z korzeniami i nie wracamy. Bo nie język i nowy swiat, ale właśnie powrót pocharatałby je mocno. A tego nie chcemy. Wyjazd to nie była decyzja na już. To były analizy, szukanie kraju, w końcu kraj, gdzie mamy przyjaciół autochtonów. wszystko przemyślane i poukładane. Własnie ze względu na dzieci.
                                          I tak. już jest nam łatwiej finansowo, młody ma opiekę o jakiej w Pl nie marzylismy, ma szansę na samodzielne życie. A o to nam chodziło.
                                          Ja za to mam przygodę zycia. Tylko mnie nie pytajcie o odczucia, bo w chwili obecnej nie są oszałamiające. Jedno wiem: narazie nie żałuję.
      • goska81-gryfino Re: Life is brutal... 22.06.12, 22:05
        Mam pocztę, choć zaglądam raz na kilka miesięcy. Na razie czekam na jakiś odzew z ogłoszeń, no i myślę. Przeprowadzka raczej nie wchodziłaby w grę. Musielibyśmy mimo wszystko zapożyczyć się, żeby móc wyjechać, a mnie też nie uśmiecha się emigracja. Mąż szpera czasem w ofertach pracy, głównie w Norwegii, ale u niego jest z kolei problem z językiem. Dogada się z niejednym (pracuje w porcie i dogadywał się już nawet z Filipińczykamibig_grin ), ale formalnie żadnego języka nie zna. Rosyjski tyle, co za czasów szkolnych, więc się nie liczysmile
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka