Wiecie co, może wredna jestem, ale zaczynam mieć dość ..
Koleżanka z którą wcześniej moze nie przyjaźniłyśmy się, ale ostatnie lata często razem coś robiłyśmy (wyjazdy, wyjścia do kina, pogaduszki) zachorowała, ciężko zachorowała. Ja rozumiem, że to mocno przeżywała. Sama nie wiem jak bym zareagowała w jej sytuacji i czy chciałabym kogokolwiek na oczy widzieć. Ale tak zwyczajnie przestała się odzywać do mnie z dnia na dzień. Ja do niej piszę, dzwonię, proponuję, a ona mnie zbywa. I tak kilka razy z rzędu. Myślałam, że czymś ja uraziłam, albo stwierdziła że to za kiepskie towarzystwo dla niej, było mi mega przykro, poczułam sie odrzucona. Przestałam ją nagabywać o spotkania. Po czym po kilku miesiącach się dowiaduję przypadkiem, że ona jest chora. Więc znowu jest głupio mi było, że ja o niej źle myślałam, że się nie domyśliłam, że nie wsparłam bardziej... Odnowiłyśmy kontakty, po leczeniu jest dobrze, starałam się spędzać czas razem, zapraszać, aktywować żeby nie siedziała w dołku psychicznym.. Przez jakiś czas to działało, po czym znowu piszę, dzwonię, proponuję i jestem olewana, na maile odpowiedź jednym zdaniem albo wcale. Ja rozumiem, że jest strach, że jest skupiona na sobie i swojej chorobie, że może nie mieć ochoty. Że co rozmawiamy to ona o tym że inni powinni być bardziej taktowni wobec niej, bo jakaś koleżanka to zawiodła bo nie zadzwoniła, a inna była za bardzo ciekawska co do choroby a co ja to interesuje...
Nie wiadomo jak dogodzić.
Ale cholercia może moje życie też nie jest idealne i mam słabsze dni kiedy bym chciała dostać cień zainteresowania od innych?
Druga znajoma, z dawnych lat, od 10ciu w Holandii. Od lat w kiepskim związku małżeńskim, żali się na pasywnego bierno-agresywnego męża, żali że nie może id niego odejść bo przecież dzieci i kasa. Równocześnie budują dom, wyjeżdżają na wakacje, na fejsie zdjęcia rodzinne. A ona co rusz do mnie albo teksty że jest dobrze i że mąż zrobił w domu co mu kazała i było miło, postarał się, a za kilka dni płacz że wszystko w domu musi sama robić bo mąz bierny i "przewróciło się niech leży" i wychowanie dzieci też tylko na jej głowie, później teksty że prosiła go żeby coś zrobił a on rzucał do niej kuwami i ona właśnie musi łykac prychotropy i leci w dołek i depresję... I tłumaczę i wspieram i pocieszam i zawsze pogadam jak ma dołek żeby jej było lżej, i podsyłam literaturę, linki, nagrania z youtuba do przerobienia .. i jak kilka razy wspominała, że ma taki ból emocjonalny, że musi sie napić alkoholu bo tylko wtedy puszcza, to zawsze tłumaczę, żeby tak nie robiła bo się uzależni a nie pokona depresji, że może iść na grupę wsparcia u nich w mieście.. Zapewniała, ze to tylko incydent, że wie ze to niebezpieczne. I kolejny raz nakręcili z mężem awanturę nie wiadomo o co, więc płacze że ma dość, a ja wspieram, i rozmawiam pół nocy, i zali się że ma myśli samobójcze i tylko dla dzieci musi żyć, i rozmawiam, i zachęcam do kolejnej terapii i zmian w małżeństwie.... a ona dziękuje za pomoc i ...pisze, ze właśnie wypiła dużą szklankę wódki i weźmie jeszcze psychotropy żeby przestało ją boleć..
Dżizas!
Aaaaaaaaaaaaaaaaa!
Możecie mną wstrząsnąć i ustawić priorytety?