agniecha80
03.11.23, 19:17
Ktoś może pamięta mój wątek z pierwszej połowy września, gdzie opisywałam, że zaobserwowałam u męża zmiany w zachowaniu, że mamy jedno wspólne dziecko i ja mam syna 13-letniego. Na początku mój syn męża traktował jak ojca i miał z nim dobry kontakt, ale ze mąż się zmienił, to i mój nastolatek regularnie drze z nim koty. Mąż troszkę spasował, nie, nie stał się oazą spokoju, ale przynajmniej starał się nie podburzać starszego. W zeszłym tygodniu na trzy dni wyjechałam z młodszym synem, w niedzielę z rana wróciłam. I po powrocie syn wyskoczył z nowiną, co się stało, jak mnie nie było. Syn twierdzi, że mąż uderzył go w twarz. Miało się to stać w drugim dniu mojego wyjazdu. Dlaczego? Dlatego, że syn chciał wyjść do kolegi wieczorem, i mąż po zadaniu setki pytań się nie zgodził, co się naturalnie zakończyło kłótnią. Syn miał mu "wulgarnie odpyskować", i za to zarobić z liścia. Spytałam syna, czemu po tym nie zadzwonił czy nie wysłał wiadomości od razu, to mi odpowiedział, że nie chciał mnie na odległość denerwować. Mąż wzięty na "przesłuchanie" wszystkiemu zaprzeczył, a uściślając zaprzeczył, że syna uderzył, za to potwierdził wszystkie pozostałe słowa młodego, że ten chciał późno wieczorem wyjść, że była awantura i syn zaczął pyskować. Tylko w wersji męża mąż kazał synowi iść do pokoju i na tym się skończyło. Do syna od razu wystartował ze słowami, ze powinno mu być wstyd, że "perfidnie oszukujesz matkę" i zrobiła się drama, gdzie jeden przekrzykiwał drugiego. Syn swoje, mąż swoje. Mąż ma swoją wersję i swoją "jedynie najsłuszniejszą najprawdziwszą prawdę", że syn powiedział tak, bo chce, żebyśmy się kłócili i w efekcie rozstali. Kłótni jest od kilku miesięcy u nas całkiem dużo, bo nasze relacje się popsuły, czego od początku nie ukrywałam w wątku wrześniowym. Oznajmiłam mężowi, że "muszę" z dziećmi przez kilka dni pomieszkać sama bo to, czego teraz potrzebuje to spokoju na poukładanie sobie wszystkiego, bo oskarżenia syna to już na tyle grube oskarżenia, że nie mogę udawać, że takie słowa nie padły + trzeba do tego dołożyć to, jak przez ostatnie kilka miesięcy wygląda nasze małżeństwo, na co mąż, że ja i starszy syn robimy cyrk, a ja jestem niepoważna, że tak łykam jak pelikan wszystkie słowa, które wypadną z ust nastolatka, ale przystał na te parę dni. We wrz poście zawarłam informacje, że mąż jest policjantem i podejrzewam, że zmiana jego zachowania (jak np nerwowość) to skutek pracy, a mąż nie potrafi sobie poradzić z negatywnymi emocjami w mniej prymitywny sposób. Proponowałam mu terapię, ale spotkało się to ze stanowczą odmową, bo zdaniem męża jemu taka forma pomocy nie jest potrzeba.
Mąż od kilku dni zalewa mnie wiadomościami, że przenigdy by syna nie uderzył, że młody kłamie, żeby mnie przekabacić na swoją stronę i mąż pójdzie na terapię, żeby zacząć nad sobą pracować i pokazać, że mu na naszej rodzinie zależy, bo nie chce stracić tego, co ma i żebym przepytała syna, dlaczego tak skłamał. Z synem rozmawialam już na spokojnie później, ale on trzyma się swojego stanowiska, że mąż go uderzył, a jemu takie kłamstwo nie wpadłoby do głowy. Więcej mówić nie chce, unika tematu męża, ich relacji. W jakichś ważnych sprawach syn mówił prawdę, nie uciekał się nigdy do klamstwa, czyli teoretycznie i praktycznie nie mam powodu, żeby go akurat teraz podejrzewać o kłamstwo. Patrząc na całą sytuację z innej strony: tak, syn kłóci się z mężem, pyskuje mu, burza hormonów robi swoją robotę i czasem wióry lecą. Mąż ani na starsze ani młodsze dziecko ręki nie podniósł nigdy. Na mnie też nie. I w głowie zaświtała mi myśl, za którą sama się rugam jak ochłonę, że być może syn skłamał, bo wolałbym, żeby nasz związek się rozpadł, np dlatego, że wtedy byłby spokój, a nie kłótnie czy ciche dni. I "wykorzystał" okazje, że mnie nie było w domu. Jeden ma swoją rację, drugi swoją. Pierwszy raz jestem w sytuacji, że nie wiem, jak dalej rozegrać i/lub poprowadzić rozmowę (?), żeby mieć czarno na białym, który mówi prawdę, skoro jeden twardo jedno, drugi drugie?
Czy w Waszej bliskiej rodzinie miała miejsce sytuacja, że ktoś -nieważne czy dziecko czy dorosły- skłamał w sprawie, wobec której nie można być obojętnym?
"Serce" mi mówi, żeby zawsze być za dzieckiem; od kilku dni moj łeb zaprząta to zdarzenie, bo do głowy nie wpadłoby mi, że będą mnie dotyczyć takie dylematy, które zawsze były poza moim "zasięgiem".
Wracając do ogólnego sensu naszego małżeństwa z mężem: po tym, co jest teraz, rozważam rozwód, a nie ratowanie, a jeszcze we wrześniu o walce o ten związek pisałam. Mam wsparcie w bliskich, rodzice wiem, że byliby bardziej zadowoleni niż załamani, bo ich zdaniem ktoś, kto się zmienia na gorsze, nie cofnie się do stanu poprzedniego, zwłaszcza, jeżeli warunki pracy generują spory stres. Nawet jakby było nam na początku ciężko, to sama nie zostanę z dziećmi . Czy mąż pójdzie na terapię czy nie, to pokaże czas, bo teraz mówi dużo, ale co z tego wyjdzie, to już kompletnie inna sprawa, a mówić i obiecać można baardzo, baardzo dużo. I z każdym dniem osobnego mieszkania z dzieciakami analizuje ostatni rok, i utwierdzam się w tym, że będzie lepiej, jak tak pozostanie. I to planuje mężowi zakomunikować.
Ale to, który mówi prawdę, a który kłamie - dla mnie - chyba nie tylko dla mnie, a dla każdego- to ważne. Jeżeli nawet okazałoby się, że to skłamał syn, to nie zmieniłoby mojej decyzji dot naszego małżeństwa, ale wtedy czekałaby mnie też poważna rozmowa z synem, że takie kłamstwa to cios poniżej pasa. Jeżeli kłamie mąż, a prawda po stronie syna - to pozwolę sobie tego nie skomentować, bo się cisną same niecenzuralne słowa na męża.