milvet55
11.05.24, 12:19
Jak mądrze i skutecznie pomóc dorosłemu dziecku, któremu świat się wali na głowę? Córka 29 lat, jej mąż 32 lata. Po ślubie są cztery lata, w zasadzie dopiero 4 lata, a już dzieje się u nich źle. Kilka miesięcy temu córka powiedziała, że zięć dziwnie często znika z domu, żeby niby coś załatwić, zaczęły się coraz większe schody w sprawach finansowych, klotnie między nimi, ogólnie klapa. Okazało się, że zięć "wpadł" w hazard, stąd dziwne kombinacje z wychodzeniem z domu, z kasą, jego dziwne zachowania. Podobno pozaciągał długi u znajomych mniej lub bardziej ludzi i zaczęło się wszystko walić na łeb, na szyję. Kanał z góry na dół, córka w kompletnie rozsypce, próbowała nakłonić męża do leczenia, sama poszła na jakieś spotkania dla współuzależnionych, ale to w większości grupa składająca się z żon/partnerek alkoholików/narkomanów, była może 3-4 razy i odpuściła. Zięć - obiecał córce, że pójdzie się leczyć, nawet już załatwił sobie termin w poradni, poszedł, ale po wizycie stwierdził, że... on na żadna terapię nie idzie, pomoże sobie sam, co można odczytać tak, że będzie "jechał" na dupościsku, co obawiam się, że skończyć się tylko większymi problemami i on zwyczajnie wróci do nalogowego grania. Córka jest w kiepskim stanie psychicznym, nawet jak do mnie dzwoni to często płacze, opowiada, że męczy ja kontrolowanie męża, ogarnianie wszystkich finansów, żeby ten nie miał do nich dostępu, że, cytuję: "czuje, że świruje już zupełnie, mam dość wszystkiego, żyć mi się nie chce", to ONA kombinuje, jak spłacić ludzi, od których to jej MĄŻ pożyczał (na moje, że to jest jego zmartwienie i to jego zakichany obowiązek spłacić ludzi mówi, że musi mu pomóc, bo ktoś zięciowi grozi). To jest ta sytuacja, gdzie świat ci się wywraca do góry nogami. Ale rozwód/separacja/osobne zamieszkanie - córka nawet nie chce o tym słyszeć. Ona "musi go jakoś nakłonić do leczenia, zmusić do terapii, i jak to nic nie da, to dopiero wtedy podejmie inne kroki". Tylko czy ona w ogóle ma taką moc sprawczą, żeby męża nakłonić do leczenia skoro on podjął decyzje, że da radę sam? Ja już widzę same czarne scenariusze, boję się o córkę, że w końcu nie wytrzyma tego, co się u nich dzieje. Plusem jednym jedynym jest to, że nie mają dzieci. Ale co dalej? Jak ja mogę pomoc, co zrobić? Nie umiem udawać, że nic się nie dzieje, skoro widzę, że mi się dziecko posypało pod względem psychicznym tak jak nigdy wcześniej. A takie życie to życie jak na tykającej bombie, bo nikt nigdy nie wie, czy zięć nie odwali czegoś.