kosheen4
24.04.05, 14:53
z rozmów które słyszałam siedząc na piętrze i gapiąc się w perukę wiszącą na
lampce: powiedziała do męża: no to już wydalio na mnie wyrok. było to po tym,
jak lekarze powiedzieli o zakończeniu chemioterapii.
tydzien później umarła. mama, Jej siostra, pojechała do niej na dzień przed
śmiercią, czuła że musi. ja tego nie poczułam. uparłam się, że pojadę do Jej
domu jeszcze przed pogrzebem, do Jej syna, mojego brata.
zawsze była taka piękna, nawet w chorobie, po odjęciu piersi, w peruce po
kolejnych dawkach chemii. pachnąca, zadbana. chciała, żeby ją skremowano, nie
życzyła sobie, żeby widział Ją ktokolwiek, cały obrzęd z wystawianiem zwłok na
widok publiczny wydawał się jej nie do przyjęcia, wyraźnie zastrzegła że NIE.
widział tylko mąż, syn... i ja.
była taka zmęczona, ale już spokojna.
odziedziczyłam po niej zestaw kosmetyków, piękną bieliznę, biżuterię. dzień po
kremacji - pogrzeb, zawartość jasnej trumny zmieściła się w czarnej,
eleganckiej urnie. kiedy na Wólce Węglowej wieźli Ją do sali gdzie oczekiwała
na spalenie, lekko przekrzywiła się tabliczka z imieniem nazwiskiem i wiekiem
- nie mogę uwolnić się od myśli, że bardzo by Ją to zdenerwowało,
perfekcjonistkę w każdym calu.
kochana moja - mama chrzestna. w kościele wyłam tak, że ledwo widziałam osoby
stojące w ławkach, czekające na swoją kolej wyjścia z kościoła.
dokładnie wiedziała, co Ją czeka, zdawała sobie sprawę ze swojego stanu,
zostawiła księdzu kartkę z ostatnim pożegnaniem dla rodziny i przyjaciół.
byłam na tej liście na najwyższej pozycji na jakiej mogłam być!!! za mężem,
synem i Jej siostrą, moją mamą!!!
kocham cię, Druga-Mamo.
teraz jest przy mnie. zapamiętałam Ją z bursztynowym wisiorem na szyi, od
czasu pogrzebu nie rozstaję się z nim. Ona zawsze pilnowała, żebym się nie
garbiła. ciężar bursztynu w srebrze przypomina mi o tym, odruchowo prostuję
plecy. czuję Jej obecność, rozmawiam z Nią. oszalałam? za dużo leków
uspokajających?
noszę żałobę. elegancką, szykowną, tak jak Ona zawsze chciała mnie widzieć,
może tylko nie w czerni, ale teraz czuję wewnętrzny przymus. ludzie nie
poznają mnie na ulicy - egzamin miałaś, czy co? można powiedzieć, że egzamin,
z życia, po Jej śmierci. tak bardzo chciała, żebym skończyła studia.
z makabrycznych artefaktów - zachowałam Jej perukę. kiedyś istniał zwyczaj że
na pogrzebie ktoś przebierał się w strój zmarłego - ja uczyniłam to w domu, po
powrocie, w ciszy, peruka, okulary i szok, tak bardzo jestem do Niej podobna.
i jeszcze ta myśl - na co to piękno, na co elegancja, po co dbałość o wygląd,
dla mnie mogłaby mieć na głowie spalona trwałą i niemodne ubrania - byleby
BYŁA. ciągle mam przed oczami siwe, naturalne włosy, krótkie, po męsku
odrastające na biednej, umęczonej lekami głowie. fioletowe paznokcie i
normalny kolor skóry, jak u zywego człowieka, świadectwo tego, jak bardzo rak
zmienia karnację, robi "naturalną" opaleniznę, maluje usta na czerwono.
cholerne choróbsko. mam więcej niż 50% szans, że też na to zejdę, ojciec ojca
zmarł na raka mózgu, matkę ojca też wyniszczył nowotwór, Ona była zaatakowana
wszędzie, kręgosłup, piersi, nerki, wątroba, ostateczne przerzuty do mózgu
dokonały dzieła.
Boże.
nie mogę się z tym pogodzić. była upierdliwa, uzależniona od porządków,
apodyktyczna... tak wiele cech od Niej przejęłam, a raczej od jakiegoś
wspólnego przodka.
codziennie jest ze mną, dodaje mi odwagi, wyniosłości, przestaję bać się
świata i ludzi, chodzę pewniej, nie boję się wyrażać swojego zdania.
tylko DLACZEGO te zmiany na lepsze odbywają się w taki bolesny sposób?
musiałam to napisać.
dziekuję za przeczytanie.
koshee