nie chcę i już. odpycha mnie wszystko: od rosnącego brzucha, poprzez poród,
opisywaną wielokrotnie namiętność przelewaną na dzieci kosztem męża, po fakt,
że jeśli miałabym takie dziecko jak ja sama, to już sobie mogę współczuć,
strasznie dawałam popalić rodzicom.
przeraża mnie też odpowiedzialność, pomijając kwestie materialne (bo to dla
mnie rozumie się samo przez się, że gdyby kiedyś, to dopiero kiedy będzie mnie
stać na pieluchy, wózki i inne takie).
rzecz nie w tym, że dzieci nie lubię, bo lubię, od małych aż po dorosłe... ale
z daleka. emocjonuję się maturami moich korepetytantów, dziwię światu tych
maleńkich i cieszę się ze znajomymi które po kolei zaciążają.
kiedyś mi mówiono, smarkata jesteś, jak się ma 16, 18, 20, 22 lata to jest to
naturalne że się nie chce a potem przechodzi. ale mi bliżej już do
trzydziestki niz dalej, i zero instynktu, zero parcia.
niemąż chce, na szczęście powstrzymuje go sytuacja finansowa - włos na głowie
staje, jest młodszy ode mnie, a chce! więc pewnie kiedyś dziecko będzie, i
pewnie będzie kochane, c'est la vie. ale zobowiążę go do podpisania kontraktu,
że będzie sie nim zajmował, przewijał, kapał i pokazywał świat. może to efekt
wychowania, mną zajmował się ojciec, targał na spacery, kąpał i przewijał, a
może... sama nie wiem czego.
nie chodzi absolutnie o kwestię obrzydzenia kupkami i ulewaniem (to raczej nic
strasznego po posiadaniu zestawu kot+kuweta czy pies robiący niespodziankę na
środku pokoju, albo wyciskanie szesnastoletniemu staremu psu gruczołów
okołoodbytniczych).
generalnie: wolę zwierzęta. głupio brzmi? równocześnie bardzo chętnie czytam
to forum i inne dotyczące dzieci. ciekawi mnie, jak są wychowywane, miłe są
historyjki o rosnących maluchach, a w problemach z nastolatkami widzę siebie
samą sprzed nie tak znowu dawna

cholera, nie chcę i już. i z biegiem dni coraz bardziej upewniam się, że nie
obudzę się kiedyś z palącą myślą: róbmy dziecko tu i teraz!!! jeśli kiedyś
będzie, to zapewne z powodu nacisku niemęża, rozsądku (zdrowie...).
czy ktoś jeszcze tak ma? nie planuję zgodnie z dzisiejszą modą dziecka po
trzydziestce celowo. 27 wiosna na karku, a mnie się nie spieszy. instynkt
przelany na zwierzęta? po smierci mojego kota akurat zdarzyło się tak, że u
znajomych nastapił wysyp małych kociaków. chodziłam do nich i czułam się chyba
tak, jak kobieta która bardzo chce mieć dziecko a nie może, i zagląda do
cudzych wózków (a mieć nowego kota nie mogę do dzisiaj jeszcze przez pewien
czas z pewnych względów, psy nie zaakceptowałyby nowego lokatora i trzeba
czekać na własne, niewynajmowane mieszkanie i unormowanie się sytuacji z
długotrwałymi wyjazdami).
zamiast planować, że w przyszłości to będzie pokoik dziecinny, to drugi pokoik
dziecinny a dzieci poslemy do tego przedszkola, planuję, że kiedy juz
osiądziemy na stałe w jakimś miejscu, w domu pojawi się para: i kot, i pies
(trójka psów mieszka z rodzicami, chociaż przyjeżdżam, wyprowadzam i karmię to
ciężko byłoby je zabrać do siebie ze względu na to, że są "zasiedziałe" u
rodziców, chociaż to parę minut drogi spacerkiem).
minie to? ktoś tak miał? nie chodzi o osoby które dzieci nie lubią i już. ja
lubię, ale nie chcę własnych. po prostu.