jogo2
23.11.05, 22:27
Mam synka trzyletniego, który nie znosi być zagadywany przez obcych i dużo
miłych, życzliwych sąsiadów, którzy uwielbiają zagadywać do dziecka. Myślę, że
czują się wtedy tacy fajni. Wszyscy są raczej starszawi, inaczej by pamiętali,
jak ich własne dzieci "przepadały" za czymś takim. Najgorsze jest to, że
dzieciak, jak tylko taka "miła" sąsiadka otworzy buzię, wrzeszczy w
niebogłosy: Nie!!! i wiem, że naprawdę przeżywa to ciężko. Poza tym z innych
względów zrobił się nerwowy i chciałabym oszczędzić mu stresów. Ale takie
reakcje starszych pań nie zrażają, potrafią jeszcze kontynuować dialog z miłym
uśmiechem typu, a dlaczego nie, itp., itd. Sytuacja przypomina mi moje
spotkania z kociętami kiedy miałam 5-6 lat, kocięta wiały na mój widok jak
huragan, a ja chciałam je wciąż przytulać i głaskać, bo takie śliczniutkie i
puchate i byłam zła, że nie chcą siedzieć u mnie na kolanach i mruczeć.
Ale nie o tym chciałam pisać. Obok nas mieszkają sąsiedzi, nie mają dzieci,
kiedy mój synek był bardzo mały okazali mi wiele życzliwości. Potem nasze
kontakty się rozluźniły, obiecywałam sobie wprawdzie, że może zaproszę ich na
jakąś kawę, albo co, ale mam coraz mniej czasu. Ta pani nie ma za bardzo
podejścia do dzieci, tak zaobserwowałam, i mój synek niespecjalnie ją lubi.
Ona zresztą przoduje w takich pogawędkach z dzieckiem podczas spotkań na
spacerku. No i nadeszła miniona niedziela, z różnych względów miałam wyjątkowo
podły humor, wychodzimy z dzieckiem z bloku, a tu na horyzoncie pani
sąsiadka, oczywiście z jak najmilszym uśmiechem zagaała do dziecka, dzieciak w
pisk, ja, uciekając wzrokiem lekko popycham go do taksówki (bo mieliśmy jechać
taksówką) i powiedziałam sąsiadce, że jest nieśmiały i że najlepiej może
byłoby go nie zagadywać. Już wtedy jakoś poczułam, że się poczuła dotknięta,
dziś ją spotkałam na ulicy, powiedziałyśmy sobie dzień dobry i wiem że jest na
mnie obrażona.
Co zrobić, z jednej strony uważam, że powinnam stanąć w obronie dziecka, dla
ludzi takie pogaduszki to jest po prostu produkowanie się, "starają się być
mili", a dzieciak naprawdę przeżywa, do tego stopnia, że był okres, kiedy
zaczynał płakać, jak słyszał, że ktoś idzie na klatce schodowej. Zwłaszcza ta
sąsiadka, o której mowa, to był wyjątkowo oporny egzemplarz na wszelkie aluzje.
Z drugiej strony naprawdę pamiętam tym ludziom (jej i jej mężowi) dobre rzeczy
i nie chciałabym, żeby na tym stanęło.
Przy czym chciałam dodać, że uważam, że jak trochę zelżeje teraz z
"zagłaskiwaniem kotka na śmierć" to za kilka lat pewnie sam się ukłoni i powie
dzień dobry. ale na razie spotkania z tego typu miłymi ludźmi wzbudzają w nim
paniczny strach.
Pozdrawiam,
Jogo