Cholernie sie dzis pokłócilam z mężem...

Znowu pokazał swoje prawdziwe
oblicze - co mi zrobi jak odejde... Ze bede miała przesrane i ze nigdy juz
nie będe szczęsliwa. Powiedział ze obdukcje lekaskie które mam na niego moge
sobie w buty wsadzic bo on sie nie przyzna ze to on. Bo to nie on tylko ten
mój kochas mnie uderzył... Co to jest za facet? Kóry nie potrafi sie sam
przyznac chyba przed soba ze jest kawalkiem nieodpowiedzialnego gnojka...
Nie chciałam sie kłócic bo to juz 33 tc i naprawde cieżko znosze wszystkie
stresy, w dodatku Maluch był w domu i wszystko słyszał. Ale on tak mnie
sprowokował ze zaczelam sie wydzierac, płakac i rozwaliłam ketchup o
podłoge... Potem poszłam wypłakac sie do mamy ale nerwy nadal we mnie siedza.
Nie moge zasnac, krece sie niespokojnie, Malutka w brzuszku tak
dziwnie "podskakuje"... Wypiłam juz z litr cieplego mleka i nadal nic. Staram
sie juz o tym nie myslec ale to nie takie latwe. Dlaczego ja byłam taka
naiwna i uwierzyłam mu ze wszystko sie nam uda od nowa, ze on sie zmieni, ze
on mnie KOCHA (hahaha)...