Nie wiem co mam zrobić...
W drodze do pracy codzień mijam młodziutką Rumunkę żebrzącą z
malutkim 8-12 miesięcznym dzieckiem. Jadę o 7.30 - ona tam jest,
wracam o 16.30 - ona tam jest. Czy pada, czy jest zimno, ona z tym
maluszkiem tam tkwi. Zlitowałam się kilkakrotnie i dałam jej jakieś
pieniądze. Potem przywiozłam torbę z ciepłymi rzeczami dla maluszka
(po moich dzieciach), jakies zabawki (jak mu dałam w łapki
pluszaczka to aż zaczął piszczeć z radości

, jedzenie. Po kilku
dniach podrzuciłam ubrania matce. Była bardzo wdzięczna, miała łzy w
oczach. Małego zaczęła ubierać w "moje" ciepłe ubranka. Wczoraj znów
była na skrzyżowaniu. Chłopczyk wydał mi się bardzo chory, matka
tłumaczyła mi łamanym angielskim że ma biegunkę, że kaszle, był
bardzo apatyczny i blady, "czuła" od niego kupę. "Nakrzyczałam" na
nią, żeby poszła do domu i fart chciał że jechałam w południe tą
trasą - nie było jej. Ale jakież było moje zdziwienie jak w
godzinach szczytu - czyli wtedy kiedy ja wracam do domu - znów
żebrała. No oczywiście zrobiłam jej zakupy - kupiłam małemu jakieś
dietetyczne jedzonka, słoiczki, soczki. Wiem że jestem być może
naiwna... Wiem, wiem, wiem.Ale moej serce się kraje, jak widzę tego
ślicznego, małego chłopczyka bezwładnie dyndającego w nosidełku.
Dziś jadąc do pracy zatrzymałam się zapytać, jak mały się czuje - a
matka: banany, pani daj.
Trochę mnie to przeraziło, do czego doprowadziłam i ją i siebie.
Przerosło mnie to. Mam za miękkie serce. Strasznie mi szkoda tego
dziecka ale z drugiej strony nie chcę przyzwyczajać jej do tego że
codzień dostanie ode mnie wałówkę. I co ja mam teraz zrobic?