Dodaj do ulubionych

Horror w dziecięcych szpitalach

17.04.09, 23:22
wiem, że nie można uogólniać
że gdzieś są dobre szpitale
dobrzy lekarze i wspaniałe pielęgniarki
ale
ja, w zasadzie moje dziecko, trafiło na oddziały takie jak te opisane
z zapaleniem płuc do izolatki sraczkowej np (bo są święta i ach pani rozumie,
wygodniej jest mieć dzieci w jednej sali)
...
(ach temu spod 1 daliśmy zbyt dużą dawkę, bo schudło przez tą sraczkę, oj oj
żeby nie wyszło przez przypadek, że będzie głuche, bo matka zrobi dym)
...
oczywiście, może pani zostać? Łóżko? Na krzesełku nie łaska?
...
Jedzie pani do domu się umyć? Mąż przyjedzie? Nie?????? Ale co z tego, że
dziecko ma drzemkę, jak się obudzi to kto się nim zajmie, nie sądzisz chyba
złociutka, że pielęgniarki, będą do niego zaglądać?
...
wynocha z zabiegowego!!!
...
wypis był o 12. Ale sekretarka jest zajęta i wydrukuje hmm na 17. No co macie
robić? Czekać!! Tylko, że już butli dla dzieciaka nie będzie od 12 nie
przysługują wam posiłki...
...
co dostaje jak to co? Lekarstwo. Hehe.


www.polityka.pl/czynnik-nieludzki/Lead33,1137,287729,18/
Obserwuj wątek
    • kra123snal Re: Horror w dziecięcych szpitalach 17.04.09, 23:59
      Co do artykułu, to nikt ze mną nie rozmawiał a miałam wrazenie, że
      to ze mną wywiad. Tak właśnie było.
      • gacusia1 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 00:52
        Jestem przerazona tym,co przeczytalam.
        Moja corka miala 5 lat jak znalazla sie w szpitalu dzieciecym w
        Toruniu na badaniu gastroskopicznym. Zabieg byl umowiony. Mialam
        wybor-albo dziecko zostawic na noc w szpitalu i rano zabieg,albo
        dopilnowac niejedzenia i niepicia(zabieg w znieczuleniu ogolnym).
        WYbralam oczywiscie druga opcje. Fakt,czekalam z corka kilka
        godzin,pomimo umowionej godziny zabiegu. Personel byl mily. Wszyscy
        odpowiadali grzecznie na pytania,pielegniarka przychodzila po
        zabiegu sprawdzac jak sie mloda wybudza. Nie moge zlego slowa
        powiedziec. To malenki zabieg byl,badanie tylko,moze dlatego tak
        pozytywnie bylo?
        Co innego natomiast moge powiedziec o Izbie Przyjec na pogotowiu w
        Kanadzie...Tu koszmar jak w najgorszym filmie. Bylismy 2 razy
        (rozcieta glowa-niemowle,zwichnieta reka-2latek) i az mi sie o tym
        pisac nie chce.
    • gagunia Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 07:44
      Jak byłam za pierwszym razem - czyli po porodzie w 2003roku - to niestety
      musiałam kłapać pyskiem, bo jak siedziałam cicho to robiły co chciały Np.
      ubierały mi w czasie upałów dzieciaka w 2 kaftany i rożek i się dziwiły, że ma
      potas wysoki i straszyły wadą serca!A jak rozbierałam do samego body z krótkim
      rękawem to się darły, że za moją głupotę nie będą odpowiadać. Złożyłam skargę na
      porannym obchodzie, więc po badaniu przyniosły mi dzieciaka w cienkim ubranku z
      zakazem owijania w rożek, bo upał! Potas wrócił do normy.

      Później byłam w 2007 jesienią na dziecięcym, Młody miał duszność. Nie mogę
      narzekać na cały pobyt, ale też na dzień dobry przybrałam postawę roszczeniową .
      Kazały mi czekać w poczekalni z duszącym się i wymiotującym dzieckiem, bo lekarz
      na obchodzie. Wlazłam więc na bezczelnego z dzieckiem na izbę przyjęć i
      powiedziałam, że mają zarzygany korytarz i niech wezwą natychmiast lekarza.
      Jakoś pani doktor się znalazła zanim zdążyłam dziecko do badania przygotować.

      Niestety jak się gęby nie użyje to nie ma lekko.
    • karra-mia Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 08:05
      dwa razy na niemowlęcym w podobno wspaniałym dziecięcym szpitalu na
      śląskuuncertain Pielęgniarki oglądały katalog z avonu, siedziały na nk, ja
      pierwszą noc spałam na krześle. Odłączałam sama kroplówki, bo
      pielęgniarka powiedziała, że przy takiej ilości, jaką młody dostaje,
      to ona by musiała zamieszkać z nami na sali (??) i ma rację
      przedmówczyni, jak otwarłam pysk, jak kłapałam dziobem, to nagle
      sobie panie przypomniały, że mają dzieci na oddziale i to chore, a
      one nie są na wakacjach, tylko w pracy.
    • denea Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 09:18
      Mocny artykuł. Uważam, że naprawdę potrzeba o tym mówić.
      Ja mam świeże doświadczenia z pobytu w szpitalu z dzieckiem i nie
      było aż tak masakrycznie, jak tu czytam, ale rzeczywiście, czeski
      film. Nikt nic nie wie, a już na pewno nie rodzic.
      Kompletnie zdezorientowane matki, które próbowały w przelocie
      uzyskać jakiekolwiek informacje co do zabiegów, leczenia, zmiany
      opatrunków itd.
      Obchód polegał na tym, że lekarz przechodził przez oddział i
      ewentualnie zaglądał do swoich pacjentów. Albo trzeba go było
      przypilnować i zagadać samemu.
      Co człowiek sobie wymyślił, wyprosił, wypytał, to miał. Nie zdarzyło
      się, żeby ktoś coś podpowiedział, zasugerował ("Po cewniku może
      boleć siusiak, możemy zrobić okład, więc proszę przyjść do
      zabiegowego", "Dziecko dostaje antybiotyk, niech mu pani probiotyk
      kupi i podaje" - nic, kompletne zero).
      Ja tam potrafię być upierdliwa i dociekliwa i wali mnie, że ktoś się
      wkurza że o coś pytam i jest nieprzyjemny. Ale ludzie są rózni. Mało
      bezczelny rodzic ma przechlapane a o zostawieniu dziecka w szpitalu
      SAMEGO nawet boję się myśleć. Nie potrafię sobie tego wyobrazić !
      Rzecz jasna przyjęcie do szpitala wyglądało jak koczowanie w obozie
      dla uchodźców. Przychodzi się na IP ze skierowaniem, dzwonią na
      oddział, czy wszystko umówione i mówią, że zaraz poproszą, a potem
      trzeba czekać nie wiadomo na co z głodnym i spragnionym dzieckiem,
      bo musi być na czczo przed badaniami czy zabiegiem. My tkwiliśmy
      ponad godzinę, nie mam zielonego pojęcia PO CO.

      Smutne jest to, że wszystkim się wydaje, że głównym problemem
      polskiej służby zdrowia jest brak pieniędzy. A tu wcale nie o
      pieniądze chodzi, tylko o mentalność i podejście do - bądź, co bądź -
      PRACY, psiakrew uncertain Ja wiem, że leci serial i jest pora na kawę, ale
      nie pytam pielęgniarki o coś po to, żeby jej dokuczyć uncertain
      • guderianka Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 09:36
        Niestety -idealnie nie jest.
        Niestety mam doświadczenia szpitalne z dwójką dzieci
        Starsza wiele razy w szpitalu. W skali od 1do 10 wszystkie pobyty
        mogę ocenić na 8. Naprawdę. Mogłam z nią być prawie cały czas,
        trzymałam ją za rękę gdy zabierali ją na blok operacyjny i była
        po "głupim jasiu". Miałam swoje łóżko, personel w większości był
        uprzejmy i do rany przyłóż (te brakujące do 10 punkty to właśnie za
        kilka niemiłych "przypadków")Przez stres nie mogłam spać w nocy,
        kręciłam się po korytarzu, łaziłam na taras żeby zapalić-nikt nie
        powiedział złego słowa, a pielęgniarki chciały dać jakieś tabletki
        na sen. Nocami uczyłam się pod drzwiami ordynatora -bo tylko tam
        było światło i nikt mnie nie gonił, nie terroryzował, byłam
        wpierana. Gdy musiałam wyskoczyć na egzamin, z córką zostawała
        koleżanka i nikt nie czynił problemów. To było na Oddziale
        Ortopedycznym w szpitalu przy ul. Św. Wojciecha. Pobyt na oddziale
        nefrologicznym również na Wojciecha-pełna 10. Opieka sympatyczna,
        współczująca, skora do żartów z rodzicami co pomagało przetrwać,
        lekarze zawsze pochylali głowę nad pytaniem, odpowiadali rzetelnie,
        nie zbywali
        Z młodszą -szpital przy Unii Lubelskiej oddział pedriatryczny dla
        dzieci małych-porażka. 2 punkty na 10 i to tylko dla 2-3
        pielęgniarek z sercem. Reszta to koszmar-pielęgniarki nie
        pozwalające być w zabiegowym i moje kłótnie, przedmiotowe
        traktoeanie małych pacjnetów, przeładowane sale, zakaz wychodzenia
        na korytarz i nakaz trzymania maluchów ciągle w zakratowanych
        łóżeczkach, niekompetentni lekarze zlecający niepotrzebne zabiegi i
        rodzice traktowani jak zawalidrogi, którzy toaletę mieli na innym
        korytarzu, z odpadającymi płytkami, rzgowinami i papierosami w
        zlewie, brudem i syfem. tam też trzymali materace i łózka które
        cichcem wyciagali gdy zbliżała sie noc i spali pokotem na podłodzie
        by o 6 rano szybko je schować żeby "obchód" nie widział...brrrr
        • gku25 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 10:11
          Mój pierwszy pobyt z córką to właśnie na Wojciecha-masakra, źle postawiona
          diagnoza (wyszło 2 tygodnie później w innym szpitalu), złe leki podane
          (konsekwencja diagnozy), kupa stresu, nieprzyjemna obsługa, kompletny brak
          informacji, syf i smród. Takie mam wspomnienia z tegoż właśnie miejsca. Bardzo
          dobrze pamiętam, jak pseudo mądra pielęgniarka nakrzyczała na mnie, że
          niepotrzebnie używam drogiego Sudocremu, skoro mamy taki fantastyczny tani
          Tormentiol. Nie dało się wytłumaczyć, że moja córa akurat tej maści nie toleruje
          wcale-cóż, przecież jestem tylko głupią matką, gdzie mi tam do takiej mądrej
          pielęgniarkiuncertain
          Dodatkowo na Wojciecha mieszane były różne jednostki chorobowe(w sumie jaka to
          różnica, czy dziecko ze sraczką czy z zapaleniem płuc?). Szczytem bezczelności
          pielęgniarek było dokładanie matek z dziećmi tam, gdzie leżały dzieci bez mam. I
          zgadnijcie kto miał zmieniać pampersy tym dzieciom? Przecież nie pielęgniarki.
          Podawanie leków uspokajających dzieciom na noc to chyba tajemnica poliszynela,
          więc nawet nie będę o tym wspominać.

          Dodam jeszcze, że nie są to tylko moje wrażenia-znajoma już po mnie miała prawie
          takie same przeboje.
          • guderianka Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 10:27
            Domyślam się , że byłaś na Pediatrii? Nie mam doświadczeń stamtąd-
            opisuję oddziały an których spędziłam naprawdę dużo czasu.
            Nefrologia i Ortopedia.
            Ale podczas pobytu na nefrologii -jeszcze przed remontem gdy była
            ona na jednym korytarzu z pediatria-mogłam poobserwować tamtejsze
            warunki i...było inaczej niż u "nas "na nefrologii. Dwa światy. Raz
            poszłam z córką do sali, w której była mała 3latka, płacząca w
            łózeczku. Jej mama ze łzami w oczach prosiła by na nią spojrzec,
            zaopiekowac sie bo ona musi lecieć do domu do malucha którego karmi
            piersią. Dogladałyśmy małej. Bawiłyśmy sie znią, zagadywałyśmy,
            karmiłysmy obiadem bo nikt nie miał czasu (sic!) a na koniec
            dostałyśmy joby że się kręcimy po salach tongue_out
            • gku25 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 10:33
              Dokładnie, ja byłam na pediatrii, dwa lata temu.
              • guderianka Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 10:37
                Myślę, że generalnie oddziały pedriatryczne są traktowane jakby
                wypadły sroce spod ogona. Specjalistyczne-mają milszy personel,
                lepszy sprzęt i infrastrukturę, wiecej kadry obsługującej pacjentów-
                a co za tym idzie-może mniej frustracji ?
                • gku25 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 11:02
                  Nie wykluczam że masz rację. Byłam też z córą w szpitalu w Kowarach i tam miałam
                  w miarę kompetentną kadrę. Było kilka pokojów dla matek z dziećmi. Jak chciałam
                  coś zjeść pielęgniarki przejmowały dziecko a ja mogłam sobie wyskoczyć na zakupy
                  czy do baru. Na Wojciecha, gdyby nie moja mama, niechybnie umarłabym z głodu.
                  Więc widać że można stworzyć jakieś warunki.
                  • guderianka Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 11:13
                    Ja na Wojciecha-i uważam to za sprawiedliwie-płaciłam za łóżko i
                    pożywienie. 30zł za dobe, na koniec pobytu dostawałam rachunek.
                    Na twoim oddziale nie było takiej możliwości?
                    • gku25 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 11:25
                      Jako matka najmłodszego dziecka na oddziale miałam (fakt że bezpłatnie)
                      rozklekotane łóżko we wspólnej sali. I na tym kończyły się luksusy. Posiłki we
                      własnym zakresie. Nie było innej możliwości nawet za kasę.
                      • guderianka Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 11:31
                        sad
                        nie rozumiem skąd inne traktowanie -ten sam szpital/inny oddział sad
                        • gku25 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 14:23
                          Ech. to był jeden z najgorszych tygodni w moim życiu. Dobrze, że to już tylko
                          złe wspomnienia. Tylko dziecka szkoda, bo sześciotygodniowego malucha napakowali
                          silnymi sterydami, które okazały się całkiem niepotrzebne. Ale o tym
                          dowiedziałam się już późniejsad
                          • dzidaa Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 14:47
                            córa ma 9 miesiecy i 3 pobyty w szpitalu. W pierwszym opie...za spanie(leżenie
                            w zasadzie)na podłodze w nocy, a na pytanie to gdzie mam odpocząć walnęła jedna
                            z drugą ze rodzice mają czuwac....wez czuwaj 24 h na drewnianym taborecie, poza
                            tym od czuwania to pielegniary są.Wystawic z toreb na parapet swoich rzeczy tez
                            nie wolno było bo SANEPID dosra im kary?????lol Gada jedna z drugą ze tylko
                            najpotrzebniejsze rzeczy do szpitala mozna zabrac, a dla niej pół paczki pieluch
                            przy ostrej biegunce to za duzo i gada coby na bierząco przynosic hehe...szafek
                            brak zeby swoje pochowac.
                            W drugim szpitalu plusem było łóżko i kibelek w salce, odpłatne wprawdzie, ale
                            coś za coś. Mala jest alergiczką i wcina bebilon pepti, wtedy piła tylko
                            mleko....przywiozłam z domu w łasne, bo jedna z drugą gada ze szpital kupuje
                            tylko nan i bebilonu specjalnie dla małej kupowac nie bedą hehe.....mała była na
                            kroplówkach, które bezprzerwy sie zacinały i na moje uwagi ze znowu nie leci,
                            dostałam zjebke:przeciez nie bede tyle razy do pani przychodzic.....

                            Ale pozostawilam tego samemu sobie, poszłam do rzecznika praw pacjenta.....z
                            racji nie zapewnienie dziecku wyżywienia pomniejszyli mi koszty łóżka.
                            • protozoa Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 15:40
                              Nie pielęgniary tylko moze
                            • mama_kotula Re: Horror w dziecięcych szpitalach 22.04.09, 11:54
                              Cytata na pytanie to gdzie mam odpocząć walnęła jedna
                              z drugą ze rodzice mają czuwac....wez czuwaj 24 h na drewnianym taborecie, poza tym od czuwania to pielegniary są.


                              Skoro uważasz, że od czuwania są pielęgniary, po co nocujesz w szpitalu i narzekasz, zamiast iść do domu, wyspać się w łóżku i wrócić z samego rana?
                          • slonko1335 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 20:35
                            Byłam na pediatri na Wojciecha w grudniu a dokładniej była córka z mężem, ja
                            przyjeżdżałam dwa razy dziennie. Dla naszej całej trójki ten szpital to były
                            pięciogwiazdkowy hotel w porównaniu do Unii na której niestety miałam
                            kilkakrotnie nieprzyjemność być z dzieckiem.
                            Fakt to były tylko 3 dni, dziecko było ogólnie zdrowe a czas wypełniony
                            badaniami ale złego słowa nie mogę powiedzieć ani na pielęgniarki ani na
                            lekarzy. Wszystko mi tłumaczono, słuchano tego co mam do powiedzenia, doradzano
                            jak postępować z młodszym dzieckiem które może mieć ten sam problem co córka,
                            lekarka dała swój telefon jakbym miała pytania, korzystałam kilkakrotnie także
                            po wypisaniu córki i nigdy mnie nie zbyła, zawsze cierpliwie wszystko
                            tłumaczyła, doradzała. Alka jeszcze przez kilka tygodni pytała czy pójdziemy
                            jeszcze do szpitala bo tam fajnie było....
                  • kocianna Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 11:16
                    My leżałyśmy na pulmunologii na Niekłańskiej i nie mam nic do zarzucenia
                    personelowi. Lekarz zawsze znalazł czas, żeby porozmawiać z rodzicem,
                    pielęgniarki bardzo w porządku.
                    Oczywiście, spanie pod łóżeczkiem w śpiworze i chowanie go o 6 rano, oczywiście
                    prysznic zasyfiony (no bo jeden na oddział), ale dla rodziców była udostępniona
                    kuchenka z czajnikiem i lodówką, oczywiście, sale przeładowane - ale to wszystko
                    to kwestia braków finansowych. Czynnik ludzki jak najbardziej OK.
    • gku25 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 09:43
      Niestety muszę potwierdzić-tak jest. Cztery razy w ciągu niecałego roku byłam z
      niemowlęciem w szpitalu, z czego dwa razy zabierałam córkę na własną prośbę do
      domu-między innymi z powodu właśnie takiego traktowania.
    • asiek_k Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 09:56
      Muszę napisać chociaż jeden pozytywny komentarz.
      Mam 10-dniowe doświadczenie z oddziałem patologii noworodka i niemowlęcia w
      Dziekanowie Leśnym i nie było źle.
      Oczywiście pielęgniarki mogłyby byc mniej hałaśliwe i nie trzaskac trzwiami
      wiedząc że przestraszone maluchy śpią, ale da się przeżyc.
      Warunki oczywiscie srednie ,o co nikt nie ma pretensji, bo wiadomo, że finansowo
      szpitale nie stoją dobrze.
      Najważniejszy jest tzw "czynnik ludzki". Były pielegniarki, które starały sie
      ułatwić pobyt , ale były i takie,które chyba nie znoszą dzieci i pracują tam za
      karę.
      • haganna Re: Horror w dziecięcych szpitalach 20.04.09, 18:25
        Ja też mam doświadczenie z Dziekanowa Leśnego - tygodniowe, oddział
        zakaźny. Horror!!! Pielęgniarki aroganckie i nieprofesjonalne (źle
        pobrana krew). Lekarze zadający po 10 razy te same pytania i nie
        potrafiący postawić prawidłowej diagnozy. Oczekujący pieniędzy. W
        końcu fałszujący dokumentację medyczną!!! Rutyna. Brak informacji.
        Gronkowiec w zabiegowym.
        • protozoa Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 13:04
          Jeżeli miałas DOWODY, ze lekarz oczekiwał pieniędzy nalezało powiadomic
          prokuratora. W przeciwnym razie jest to wredne pomowienie.
          • haganna Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 16:39
            Ha ha ha, dobre!
            Wredna to ty jesteś.
            A od zbierania dowodów są odpowiednie służby.
            • kzet69 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 25.04.09, 11:57
              TE SAME słuzby potrafią też namierzyć w realu debilne forumowiczki
              rzucajaące pomówieniami o przestępstwa haganno
    • kasiak1004 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 10:25
      czesc dziewczyny
      po przeczytaniu artykulu i waszych doswiadczen ciesze sie ze
      zmienilam zdanie i nie pojechalam do polski kiedy mlody dostal
      skierowanie do szpitala. myslalam o tym przede wszystkim ze wzgledu
      na jezyk, ale na szczescie nie bylo czasu na podroz.
      my jak narazie bylismy 5 dni w dzieciecym tu w AT i ja oceniam 10
      na10. dostalismy z mlodym wlasny pokoj, codziennie rano ktos
      przychodzil i w nim sprzatal, az mi troche glupio bylo. pielegniarki
      co 1-2 godz przychodzily i pytaly sie czy czegos niepotrzebujemy.
      lekarze tez ok. przyjecie i wypis bardzo szybko i sprawnie. na droge
      do domu dwie butle z mlekiem dla mlodego.
      obserwowalam tez opieke nad dziecmi ktore byly bez rodzicow i musze
      powiedziec ze tak jak mialam obawy co bedzie jak nie bede mogla
      zostac z mlodym tak teraz spalabym spokojnie. same dzieci biegaly do
      pigul pogadac i pobawic sie. a w nocy jak niektore dzieci nie mogly
      spac bo same, bo chca do domu, to nieraz zostawaly po swoich
      dyzurach-chociaz nie wszystkie i zajmowaly sie tymi dziecmi.
      wiem, ze polskich szpitali na to wszystko nie stac, ale mam nadzieje
      ze za jakis czas to sie zmieni.
      niedlugo idziemy spowrotem do szpitala ale tym razem innego, inny
      oddzial i na dluzej i mam nadzieje ze tez bedzie ok.
      pozdrawiam
      • phantomka Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 10:47
        Mam to szczescie, ze trafilam z dzieckiem do dobrego szpitala, z
        milym personelem. Pewnie, ze moglabym sie do czegos przyczepic, ale
        jednak dzieckiem opiekowali sie ok, mnie informowali rowniez o
        wszystkich wynikach badan.
        Spotkalam jednak na pogotowiu taka wlasnie lekarke, jak te z
        artykulu. Trafilam na nia dwa razy podczas wizyty z dzieckiem w
        nocy. Za pierwszym razem jakos znioslam jej wkurw....e z powodu
        nocnych wizyt na pogotowiu. Za drugim juz ja sie wku.....m i wylalam
        na nia caly swoj jad. Powiedzialam, co sadze o takich lekarzach, o
        jej podejsciu do malego dziecka (a ze cala sprawa dziala sie jakos 2
        tyg. po naszym wypadku samochodowym, gdzie rowniez lekarze zaszli
        nam za skore, to naprawde mialam co mowic) I o dziwo nagle lekarka
        zrobila sie rzetelna i zainteresowana przypadkiem. Dala leki, kazala
        z samego rana zglosic sie na badania, itd. Bylam zaskoczona, ze na
        taka stara wyge jednak ten krzyk matki podzialal. I moze wlasnie
        warto czasem buzie otworzyc, bo milczeniem nic nie zmienimy...
        • mruwa9 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 10:59
          Ehh..chcialam cos napisac, ale nerwow szkoda... Szpital Pediatryczny
          w Bielsku-Bialej- omijajcie szerokim lukiem. Eufemistycznie mowiac-
          wehikul czasu: czlowiek sie czuje, jakby sie przeniosl wstecz o 40
          lat, reszte dopowiedzcie sobie same.. sad
        • protozoa Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 13:06
          A na mnie krzyk rodzin działa wrecz odwrotnie, jesli zachowuja się agresywnie
          wzywam ochronę. Juz parę razy wyprowadzała awanturnika poza oddział.
          • mim288 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 14:33
            Cóż niektórzy lekarze łagodnie mówiąc mineli sie z powołaniem i
            niestety krzyk, opiórkowanie z góry na dół (najlepiej przy
            otrwartych drzwiach by pół oddziłu słyszało) i wyraźna gróźba
            pójścia do prokuratury z doniesieniem powodują, że zaczynaja sie
            zachowywać mniej więcej jak ludzie o minimalnym poziomie kultury i
            coś w koncu robią. Smutne, ale niestety często prawdziwe i
            bynajmniej nie jest to kwestia pieniędzy tylko ludzi.
            • protozoa Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 15:13
              Staram sie zachowywać wobec pacjentów i ich rodzin grzecznie, ale gdy ktos
              podnosi na mnie głos przestaje być miła. Grożą prokuratorem - podpowiadam gdzie
              i dokąd maja sie udać ( jak dotąd przez prawie 20 lat nikt tego nie zrobił),
              straszą dyrekcja, telewizja, wysoko postawionymi znajomymi - prosze uprzejmie -
              jak dotąd nikt mi nic nie zrobił. Kiedyś krewki krewny usiłował mnie uderzyć
              i... miał kłopoty, kilku zostało usunietych ze szpitala przez ochronę.
              Lekarz w pracy jest urzędnikiem na słuzbie i powinien podlegac ochronie - takze
              prawnej. A swoją droga jestem ciekawa czy miałabys na tyle odwagi, aby
              "opiórkować" od góry do dołu policjanta, sędziego, urzędnika urzędu skarbowego,
              który robi Ci kontrole w firmie? Zakładam sie , ze za nic. Potulnie przyjmiesz
              mandat, będziesz rozsyłała usmieszki sędziemu i podlizywała się urzędnikowi ze
              skarbówki... bo a nuz mandat bedzie większy albo w firmie cos wykryja.
              • paskudek1 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 16:23
                pani doktor - lekarz to nie jest urzędni z US, ani policjant. lekarz ma POMAGAĆ ludziom, leczyc ich i zapisanew ma w Karcie Praw Pacjenta że MA OBOWIĄZEK informowac pacjenta lub opiekunów o przebiegu leczenia, procedurach, lekach i wzystkim co tego dotyczy. Na szćżęście moje dziecko leżało jeden raz w szpitalu ale po tych kilku dniach wiem, że inforamcja od lekarza czy pielęgniarki o tym co się zieje to jest mit i legenda. Bez wyraźnego pytania co i jak g..no bym wiedziała.
              • mim288 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 22.04.09, 10:33
                Lekarz w pracy nie jest urzędnikiem na słuzbie, tylko osobą
                wykonujacą zawód o charakterze usługowym. Szcunek należy sie
                każdemu pracownikowi, który wykonuje rzetelnie swoja pracę (i to
                dotyczy zarówno lekarza, jak i sprzątaczki), natomiast jesli osoba
                która powinna w danym czasie wykonywać swoje obowiazki zawodowe ich
                nie wykonuje, zachowuje sie niegrzecznie, czy wręcz odgrywa sie na
                chorych dzieciach, czy ich rodzicach, to nie zasługuje na szacunek.
                O ile urzędnik skarbowy robi mi kontrole w firmie (jest organem
                kontroli) to lekarz wykonuje zawód świadcząc usługę dla pacjentów
                (jest róznica). Co do policjanta, śedziego itd - owszem złożylismy
                skargę na sędziego, który zachował się nieetycznie i miał kłopoty
                (ma jakoś w sądzie sobie radzimy, tyle że dany sędzia zachowuje się
                juz prawidłowo przynajmniej wobec nas), potrafię złozyć skargę na
                urzędnika, jeżeli prowadzi postepowanie nieprawidłowo - wniosek:
                nie jestem potulna, nie rozsyłam usmieszków sędziemu, nie cuduję z
                urzednikami i uważam, że nie warto - nie jestem pieniaczem, wiem ,
                że każdemu zdarzaja się błędy, ale warto dać jasno do zrozumienia,
                że jesli ktoś przegina to nie odpuszczę, nie położę uszu po sobie
                na zasadzie "ręka rękę myję" tylko będę - czasem w mało przyjemny
                ale skuteczny sposób dochodzic tego, co po prostu powinno byc
                zrobione. A co do argumentu, że mandat będzie wiekszy - cóż jak
                uważam, że nie ma podstaw do mandatu, to nie mam takich obaw i
                potrafię się bronić.
    • mondovi Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 12:03
      do tej smutnej listy można jeszcze smiało dopisać SZOZ Matki i Dziecka w
      Poznaniu. trauma, trauma i do sześcianu trauma.
    • e_r_i_n Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 12:26
      Miała na szczescie tylko jedno spotkanie ze szpitalem - izba przyjec
      na Litewskiej. Pani doktor dopiero po kategorycznym naszym
      stwierdzeniu, ze jestesmy tu, bo nas tak na pogotowiu pokierowano,
      zaczela w miare normalnie sie zachowywac.
      Nie przeszkodzilo jej to jednak rzucic do mlodego (lat 5,5, 39
      stopni goraczki, srodek nocy), ze teraz to on bolesny zastrzyk w
      tylek dostanie. Reakcja dziecka do przewidzenia.
      Uslyszala w koncu ode mnie, ze mi tez nie jest przyjemnie, ze tutaj
      jestem, ale prosze o normalne traktowanie dziecka. Poskutkowalo,
      wiec nie ciagnelam tematu dalej.
      Teraz nasz byc moze czeka przeprawa medyczna (oby nie). I ten
      artykul mnie lekko przerazil uncertain.
      • sir.vimes A ja akurat Litewską wspominam bardzo dobrze 18.04.09, 20:07
        szczególnie, że wyjątkowo zachowywałam się jak matoł, nie miałam dokumentów i
        zadawałam najgłupsze pytania przez łzy;P

        Najlepiej jest chyba na Niekłańskiej - lekarze, pielęgniarki, cały personel
        wyjątkowo komunikatywny, sympatyczny.
        • e_r_i_n Re: A ja akurat Litewską wspominam bardzo dobrze 18.04.09, 23:25
          Wiesz, jak zwykle wszystko zalezy od ludzi. My moze trafilismy na
          malo sympatyczna lekarke.
          Natomiast faktycznie Niekłanska mi sie tylko pozytywnie kojarzy - a
          bylismy tam na ostrym dyzurze + w przychodni z zapaleniem stawu
          biodrowego Młodego.
    • evchen.ol Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 13:08
      Mój synek choruje od 22 czerwca ub. roku na nowotwór. Przez ten czas
      zaliczyliśmy wiele szpitali, izb przyjęć, prywatnych gabinetów oraz
      przychodni. Muszę przyznać, że lekarze nie potrafili przez 3
      tygodnie zdiagnozować najczęściej występującą u dzieci białaczkę.
      Małego oglądało ok. 22 lekarzy specjalistów, neurolodzy, chirurdzy,
      laryngolog, pediatra, reumatolodzy w sosnowcu gdzie leżeliśmy
      tydzień czasu. Dodam, że lekarz z forum skierował nas do hematologa
      nie widząc mojego dziecka jedynie na podstawie opisów moich i
      morfologii oraz bad. moczu. Niestety już na ten czas byliśmy w
      sosnowcu i straciliśmy następny tydzień. Wiadomość odebrałam kiedy
      już leczyliśmy się na onkologii. Podejście lekarzy którzy nas
      oglądali oceniam jako lekceważące mnie i moje sugestie dot. stanu
      zdrowia mojego dziecka. Traktowano mnie jak histeryczkę która
      zdrowemu dziecku z nieznaczną anemią wmawia chorobę.
      Szczytem była zaspana pani doktor z pediatrii wmawiająca na
      podstawie czystych badań moczu ZUM. Zapisała furagin na odczep
      się.Na reumatologii dopiero po ataku lędźwiowego bólu nie do
      wytrzymania, wicia się przez 3 godziny zrobiono tomografię. No i
      potem nie mam już żadnych zastrzeżeń- pani ordynator informuje mnie
      o podejrzeniu nowotworu i załatwia miejsce na onkologii w Chorzowie
      gdzie przewiezieni zostajemy karetką dnia następnego. Ale 3 tygodnie
      stracone na samą diagnozę w przypadku nowotworu to baaardzo dużo.
      W Chorzowie trafiamy na cudownych lekarzy, kompetentnych, ciepłych,
      zawsze służących radą. Pielęgniarki również wspaniałe, zawsze
      pomocne. Chociaż i wśród nich, nawet na takim oddziale znalazły się
      czarne owce. Ale na to nie mamy wpływu, zresztą już tam nie pracują.
      Moje zdanie jest takie- jeśli jest to oddział pediatrii, gdzie nie
      ma zbyt wielu specjalistów mamy większe prawdopodobieństwo zostać
      olani. Matka z reguły jest traktowana jak histeryczka jeśli objawy
      nie są jednoznaczne lub mają tendencję pojawiania się i zanikania.
      No i nie ma co ukrywać nie każdy lekarz jest dobry w stawianiu
      diagnozy, gdzie nie tylko liczy się wiedza ale i jej wykorzystanie.
      Przecież każdy przypadek jest indywidualny i nie musi dawać
      jednoznacznych objawów.
      Przepraszam, że tak długo.
      Pozdrawiam.
    • mama-osama Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 13:54
      kedy syn miał 2,5 roku trafiliśmy ze wstrząsem alergicznym do
      szpitala w Koninie. Lekarze byli świetni, informowali o zabiegach,
      starali się ze wszystkich sił ulżyc cierpiącemu maluchowi.
      Pielęgniarki różne, miłe Młody zagadywał a te wredniejsze ja
      prostowałam. Niestety okazało się że w szpitalu mój syn nie ma co
      jeść, nie maja kuchni specjalnie dla alergikow a dla niego jednego
      specjalnie gotowac nie będą. Po mojej wizycie w kuchni okazało się
      że panie odpowiedzialne za jadłospis nie mają pojęcia o żywieniu i
      mimo całego litania co syn może a czego nie może jeść nie potrafiły
      nic przygotować. Raz uradowane przyniosły zupę gdzie według nich
      była tylko marchewka i ziemniaki. Po moich dociekliwych pytaniach
      okazało się że jest na wywarze z kurczaka (bo na liście ne było że
      wywar z kurczaka go uczula tylko że kurczak - dla mnie było to
      oczywiste) i z włoszczyzny (w tym selera na ktorego Młody ma
      uczulenie). Dobrze że blisko mieszka moja mama i donosiła jedzenie
      bo inaczej mój sym przez tydzień żywiłby się tylko suchymi waflami
      ryzowymi które zapewniał szpital.
    • sanciasancia Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 17:05
      Miałam 11 dni wcześniaka z letalną wadą genetyczną (do momentu potwierdzenia
      wynikie kariotypu) w IMiDzie. Opieka nad dzieckiem była bez zarzutu - świadczy o
      tym to, jak długo żyło. Ale my jako rodzice przeżyliśmy gehennę - wielokrotnie
      nie informowano nas o badaniach, które przechodziło dziecko, mówiono nam
      nieprawdę o stanie zdrowia (m.in., że rokowania są dobre itp. i wszystko da się
      skorygować operacyjnie) dziecka. Po otrzymaniu wyniku badania genetycznego
      oprócz rozmowy z lek. prowadzącą, która jako jedyna starała się zachować w
      stosunku do nas w porządku, przeżylismy chyba najbardziej upokarzającą i
      bezduszną rozmowę w naszym życiu o zaprzestaniu reanimacji (na co zresztą
      byliśmy od kilku dni zdecydowani, bo domyślaliśmy się, jak ciężki naprawdę jest
      stan dziecka) z kompletnie pozbawioną empatii i antypatyczną szefową oddziału.
      Potem od zaprzyjaźnionej neonatolożki dowiedzieliśmy się, że lekarze byli w
      zasadzie pewni, na co cierpi dziecko. Po grzyba nie byli w stosunku do nas
      otwarci? Przecież mogło trafić na kogoś, kto nie ma pojęcia o medycynie i gdyby
      na początku podsycano w nim nadzieję, że dziecko przeżyje, a potem bezdusznie
      poinformowano, że jednak nie i trzeba je odłączyć od aparatury, to rodzice
      mogliby się z takie przeżycia nie podnieść. I nie mieliby nawet czasu, żeby
      jakoś spróbować to zaakceptować.
      • protozoa Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 13:11
        'byli w zasadzie pewni.....", bez potwierdzenia , bez pewności nie powinno sie
        przekazywać złych wiadomości.
        • sanciasancia Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 15:23
          Objawy były książkowe, diagnoza natychmiastowa. Nie było tylko potwierdzających
          badań laboratoryjnych (kariotyp).
          Jest DUŻA RÓŻNICA między nieprzekazywaniem niesprawdzonych złych hipotez, a
          mówieniem "jakoś to będzie, zoperuje się" (!), w sytuacji gdy ma się diagnozę.
          • protozoa Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 15:36
            Nie wiem, nie byłam przy tym, ale jestem wstanie zrozumiec kolegów. Nie mieli
            potwierdzenia diagnozy - kariotypu. Tak samo jest w przypadku nowotworu. U mojej
            teściowej były książkowe objawy, badania laboratoryjne+ obrazowe nie budzące
            wątpliwości, oboje z mężem jesteśmy lekarzami i......póki nie mielismy
            histopatologii potwierdzającej diagnoze nie usłyszelismy wyroku.
            • sanciasancia Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 18:50
              Co innego usłyszeć wyrok, a co innego dawać fałszywe nadzieje. Bo przecież
              zamiast mówić, że wszystko się ułoży i da się wyleczyć, mogliby powiedzieć, że
              na razie rokowania nie są najlepsze.
              Jeżeli ja, znając ułamek problemów dziecka, zorientowałam się szybko, że nic z
              tego nie będzie, to ktoś z odpowiednim wykształceniem i wszystkimi badaniami w
              garści i zrobił to dużo szybciej i sprawniej.
              I nie, nie jestem w stanie zrozumieć zachowania lekarzy, zwłaszcza że lekarkę
              prowadzącą było stać na uczciwość w stosunku do nas i nierozbudzanie nadziei, a
              pozostałych nie.
              Mam wrażenie, protozoa, że nie czytasz nawet tego, co napisałam, tylko uparcie
              bronisz kolegów.
    • sir.vimes Czytam, straszne - ale czasami nasuwa się pytanie 18.04.09, 20:01
      jak można być takim cielakiem?
      • epistilbit Re: Czytam, straszne - ale czasami nasuwa się pyt 18.04.09, 20:09
        Hmm można bo
        jest się po raz pierwszy rodzicem i dziecko małe
        jest się przerażonym chorobą
        po raz pierwszy jest się w takim szpitalu, rodziłam prywatnie, niestety
        prywatnej pediatrii nie ma, a te dwa szpitale to dwa światy
        bo jest się zmęczonym po nieprzespanej nocy
        bo często się od dziecka zaraza np sraczką
        bo się boi że złe zachowanie rodzica= gorsze traktowanie dziecka pzrez personel

        ale wiesz, z każdym pobytem ta cielakowatość przynajmniej u mnie zanikała, w
        końcowej fazie podpierałam się prawami z kart dziecka, prawami pacjenta itp itd
        • sir.vimes Re: Czytam, straszne - ale czasami nasuwa się pyt 18.04.09, 20:48
          Tak, ja to wszystko rozumiem i nie napisałam o tym "cielaku" protekcjonalnie.
          Tylko czasem jakby brak rodzicom podstawowej asertywności, takiej naprawdę
          minimalnej co owocuje sytuacją, w której nie tylko wielki ordynator ale cieć pod
          szpitalem może im wejść na głowę. I nie postuluję przesady w drugą stronę w
          żadnym razie...
          Polskim szpitalom wiele brakuje, lekarze (tak jak ten w tekście) niekiedy nawet
          zdają sobie sprawę z własnych braków. Ale bez widocznego sprzeciwu wobec pewnych
          zachowań IMO nic się nie zmieni.

          > ale wiesz, z każdym pobytem ta cielakowatość przynajmniej u mnie zanikała

          Tak trzymajsmile))
          • evchen.ol Re: Czytam, straszne - ale czasami nasuwa się pyt 18.04.09, 21:21
            Troszkę zmienia się punkt widzenia jeśli wiesz, że Twoje dziecko
            przebywać będzie na oddziale ciurkiem 3 miesiące, a potem z
            niewielkimi kilkudniowymi przerwami kolejne 6. A niestety personelu
            nie unikniesz, widzisz codziennie i niestety jesteś od nich zależna.
            Jeśli podpadniesz to masz prze...ne. Potrafią podłączyć ci pompę
            piszczącą co 10 min. w nocy, przyjść w nocy zapalić światło i wyjść
            trzaskając drzwiami. Podać antybiotyk lub kroplówkę w nocy w
            zabiegowym itp. Jeśli wiesz, że wychodzisz za kilka dni do domu to
            ci to wisi, ale jak masz spędzić tyle czasu moim zdaniem się nie
            opłaca podskakiwać. A niestety personel medyczny wykorzystuje
            niepewność i strach o zdrowie dziecka rodziców. Jak to mówią są
            ludzie i ludziska, w każdym środowisku.
            • sir.vimes Re: Czytam, straszne - ale czasami nasuwa się pyt 18.04.09, 22:22
              > Troszkę zmienia się punkt widzenia jeśli wiesz, że Twoje dziecko
              > przebywać będzie na oddziale ciurkiem 3 miesiące, a potem z
              > niewielkimi kilkudniowymi przerwami kolejne 6.

              Zauważam, że ja nie polecam pyskówki czy robienia awantur. tylko cierpliwe
              dążenie do np. dowiedzenia się co dziecko dostaje a nie zaakceptowaniu
              odpowiedzi "Lekarstwo". Też mi tak kiedyś odpowiedziano i uparcie drążyłam
              sprawę z miłym uśmiechem aż się dowiedziałam. Akurat nie dziecko było pacjentem
              tylko ja , ale to mało ważne.

              Pacjent, lekarze, personel, rodzina pacjenta to pewien zespół, który ma wspólny
              cel przed sobą - ja staram się o tym pamiętać nawet wśród niesprzyjających osób,
              delikatnie im to przypominać.

              Jasne, są przypadki jakichś wypaczonych potworów ale ogólnie to nie podoba mi
              się wybór między "stawianiem się i podpadaniem" a "staraniem się by nie
              podpaść". Kurczę, jednak personel medyczny to nie są klawisze z 19 wiecznego
              więzienia...

              Jak to mówią są
              > ludzie i ludziska, w każdym środowisku.

              Dokładnie, dlatego zdaje mi się, że warto starać się z każdym człowiekiem
              rozmawiać jak z człowiekiem właśnie - nie atakować go ale tez nie reagować jak
              cielę.
              • evchen.ol Re: Czytam, straszne - ale czasami nasuwa się pyt 18.04.09, 23:05
                Trzeba jednak zauważyć, że trafiając do szpitala jesteśmy pod
                wpływem silnych emocji, które nie zawsze odbierane są przez innych
                właściwie. Czasem personel pytania traktuje jak atak, my nie
                jesteśmy przyzwyczajeni do widoku krwi, wkłuwania wenflonu,
                podawania leków, dla pielęgniarki to rutyna. A rodzice potrzebują
                jedynie zrozumienia i empatii. Tego w naszych szpitalach praktycznie
                nie znajdzieszsad Powiedz jakim podłym człowiekiem trzeba być
                traktując w ten sposób rodziców(nie dzieci), których wyczekany skarb
                gaśnie na raka?? Kopać leżącego??
              • ally Re: Czytam, straszne - ale czasami nasuwa się pyt 19.04.09, 13:53
                sir.vimes, w szpitalu mamy do czynienia z typową relacją władzy (od lekarzy
                zależy czyjś los, oni mają wiedzę) i w ogóle mnie nie dziwi, że niektórzy nie
                potrafią się temu przeciwstawić.
    • lidia341 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 21:33
      Skąd ja to znam. Ech te same mialam przeżycia a nawet gorsze. Jak
      córa była w szpitalu na jelitówkę (miała 10 miesięcy), to po paru
      dniach na wizycie porannej powiedzianła mi lekarka, że jak nic nie
      bedzie się działo to mala pójdzie do domu. Pielęgniarka po obiedzie
      wyjęła wkucie. Ja ją spakowałam. Zadzwoniłam do domu po rzeczy
      (lekarki nie było ani razu by sprawdzić co z dzieckiem) i czekałam
      na wypis. Innych wypisano a ja nadal czekałam. Poszłam do lekarki a
      ona mi że dziecko zostaje. Jak sie wkurzyłam. A na pytanie dlaczego
      to ztwierdziła, że jeszcze nie ma poprawy takiej by można do domu
      wypisać. A na najgorsze było to że nie była ani razu sprawdzić i
      dopytac mnie jak córa sie dzieje. Stwierdziła że była bardzo zajęta
      no i że sama jest na oddziale. Zrobiłam awanturę i zabrałam dziecko
      do domu. Normalnie koszmar. Na samo wspomnienie to mnie szlak
      trafia. Brr..
      • protozoa Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 13:16
        Czy wiesz co się dzieje gdy lekarz jest sam na oddziale? Czy lekarka miała nie
        przyjąć innego pacjenta, nie zbadać go, nie dac mu zleceń tylko zająć się
        wypisem Twojego dziecka?
        • mim288 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 14:40
          Wiesz co sie dzieje, gdy w innym zawodzie ma sie duzo pracy -
          TRZEBA SOBIE RADZIĆ, a nie olewać innych. Jakim człowiekiem trzeba
          byc żeby tak traktowac dzieci i ich rodziców.. eee szkoda gadać.
    • katrio_na Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 22:14
      Izbe przyjec na Litewskiej znamy niestety na wylot. Czekanie jest
      tam niewyobrazalne, gdy nie zrobisz awantury to z 5 godzin kaza ci
      czekac z przelewajacym sie dzieckiem...
      O kompetencji lekarzy nie moge zlego slowa powiedziec - zawsze jak
      sie juz nami zajeli - diagnostyka i rozpoznania byly OK.

      Kiepsko wspominam IMiDz na Kasprzaka.
      Zero informacji, sama bylam pielegniarka swojego dziecka,
      niedoswiadczona mloda lekarka prowadzaca, lekarka glowna z horroru,
      do tego za 24 godzinna opieke nad swoim dzieckiem oraz spanie na
      twardym stolku musialam zaplacic niemalo crying
      Moze bym przymknela oko gdyby byli kompetentni medycznie ale
      wlasciwie doleczyli mi dziecko i tyle crying

      Nieklanska wspominam milo ale to byla chirurgia.

      IMiS w Kajetanach i na Pstrowskiego - super. Mielismy tak w sumie 3
      pobyty, kazdy znakomity. Kajetan Maly nawet nie kojarzy jako
      szpitala.
      A juz podejscie personelu do dziecka - urzeklo mnie.
      Odprowadzalam dziecko na sale operacyjna, bylo przy mnie usypiane.
      Wychodzilam. Po zabiegu bylam proszona na sale pooperacyjna i
      dziecko wybudzano przy mnie.

      Ja moge przymknac oko na warunki bo wlasciwie nie o to tu chodzi a
      polska jaka jest kazdy wie.
      Ale chamstwo, nie liczenie sie z dzieckiem, olewanie swojej pracy a
      co dla mnie najwazniejsze brak kompetencji i wiedzy - oj, tego nie
      zaakaceptuje nigdy.



      • protozoa Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 13:13
        A powiedz mi jak skrócić pobyt oczekiwania na IP skoro brakuje pediarów w
        przychodniach i tzw. lekarz rodzinny z każdą watpliwą sprawa odsyła do szpitala?
        Średni wiek pediatry to dzis ... 55 lat. Za chwilę będzie jeszcze gorzej.
    • mandziola Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 22:46
      Ja mam dziecko ze skorygowaną wadą serca i do tego wczesniaka z 33 tyg. Najpierw
      był IMID i tylko jedno zastrzeżenie do oddział neonatologii. jedna Pani doktor
      powiedziała, że dopóki moje dziecko nie nauczy sie pić z bytelki nie wyjdzie do
      domu. Więc z uporem maniaka dawaliśmy mu tą butelkę, zamiast sprowadzić doradcę
      laktacyjnego (wcześniaki maja problemy ze ssaniem).
      Potem Litewska - diagnozowanie dogłębne wady (bo, że będzie wiedziałam już w
      ciąży), badania decyzja o operacji - i tu mogę powiedzieć, że jesli o lekarzy to
      różnie- akurat moja prowadząca - doktor penconek - kobieta anioł. Zawsze
      wszystko wytłumaczyła i po sto razy odpowiadała na pytania. Pielęgniarki bez
      zarzutu, zawsze jesli musiałam wyjść i zostawic dziecko same - nie było problemu
      (fakt nie zostawał sam na długo).Zwasze delikatne i z usmiechem, skore do pomocy
      itd itp. Naprawdę same superlatywy (a spędziłam tam prawie 3 m-ce) Sale małe i
      duszne, ale to nie wina personelu, łazienki tylko dla pacjentów, ale nikt nie
      robił problemu jeśli mamy się tam myły.wszyscy spali na karimatach pod
      łóżeczkami i nie było problemu - jedynie na obchód trzeba było sprzątnąć posłanie.
      Potem Działdowska - mój syn miał tam operację. I tu lekarze bez zarzutu -
      cierpliwy doktor Wieteska, natomiast pielegniary (tak zamierzone - inaczej o
      nich nie napiszę)dramat. Siedziały pindy w kuchni, jesli chciałas cos podgrzać,
      to straszny problem i patrzenie spod oka. Kiedy wyszłam po jedzenie i wróciłam
      to mój syn po operacji kardiologicznej leżał buzią w poduszce. łazienka tez
      tylko dla pacjentów - ale dosłownie, jak która pielęgniara zobaczył, że z niej
      korzystasz - to zwracała uwagę. Dziecko po operacji kapałam z moja mamą, bo po
      prośbie o pomoc usłyszałam, że dzieci kąpią rodzice i im nic do tego. I wiele,
      wiele innych. Dla mnie Litewska i działdowska - niebo a piekło.
    • gonia28b to ja jeszcze jednego "kwiatka" dorzucę 18.04.09, 22:48
      pierwszy obchód ordynatora
      po jednej nieprzespanej nocy i tak już miałam wszystkiego dosyć,
      mimo że mój dzieć i tak spał nieprzytomny wyczerpany najpierw
      chorobą jaka go dopadła, a później przyjęciem do szpitala.
      pytam się ordynatora, czy wiadomo konkretnie, co mojemu dziecku
      dolega (chodziło mi oczywiście o przyczynę)
      doktor mnie rozłożył na łopatki odpwiedzią: ma biegunkę
      tylko tyle usłyszałam, bo chyba nie zauważyłam, że moje dziecko ma
      biegunkę, wrrrrr... uncertain
    • eilian Re: Horror w dziecięcych szpitalach 18.04.09, 23:24
      Mieliśmy niedawno wycięcie migdałka we wspomnianym szpitalu na Krysiewicza w
      Poznaniu. Zabieg prosty, pobyt na szczęście krótki, więc i moje doświadczenia
      nie aż tak traumatyczne, ale... To co wszędzie - zero informacji. Przyszliśmy na
      7, czekaliśmy na zabieg do 9:30. Spokojnie można było przyjść godzinę, czy
      półtorej później, ale to pikuś, najgorszą chwilą było gdy zabrali Małego na
      zabieg, mogłam go tylko odprowadzić do windy ("takie mamy zasady), zacisnęłam
      zęby, żeby nie denerwować dziecka, był na szczęście po głupim jasiu, więc mam
      nadzieję, że nie zwrócił na to uwagi, ja ryczałam jak głupia. Potem nie wiem co
      się z nim działo, kto się nim zajmować, kto go operował. Po powrocie z zabiegu
      oczywiście żadnego komentarza.
      Na noc został z synkiem mąż - pielęgniarka powiedziała, że na karimacie spać nie
      wolno, ale na szczęście nikt się tego nie doczepił i mąż jakoś przekimał.
      Szczerze mówiąc nie przyszło mi do głowy, że to zabronione, całą noc na tych
      cholernie niewygodnych krzesłach, to jakiś absurd?!
      Na drugi dzień czekanie na wypis, gdy w końcu go dostałam czytam co tam
      napisane, ale niewiele się dowiedziałam, zabieg nazwany jednym wyrazem i tyle.
      Pytam więc lekarkę (naprawdę grzecznie), czy mogę się dowiedzieć chociaż kto
      operował moje dziecko - zdziwiona, "po co mi ta wiedza?", gdy nalegałam stała
      się niemiła i zaczęła mnie atakować, że mam postawę awanturniczą, na końcu
      dodała, że robię nieprzyjemne wrażenie. Proste wydawać by się mogło pytanie, ale
      nie wiadomo dlaczego to taka tajemnica. No bo czego ja właściwie chcę i o co mi
      chodzi?!
      Mam nadzieję, że nigdy więcej tam nie trafimy.
      Acha, tak na marginesie, na wypisie data przyjęcia do szpitala dzień wcześniej,
      mimo, że w nim nie byliśmy (wolałam ograniczyć to do minimum rzecz jasna) i co
      za tym idzie kasa z NFZ też pewnie za dwa dni a nie jeden...
    • protozoa Re:Tak, horror dla obu stron 20.04.09, 17:26
      Zgadzam się, ze horror. Dorzucę jeszcze inne kamyczki do tej mozaiki.
      Nad główkami dzieci ( często bardzo małych) mamy gotuja sobie w czajnikach
      herbatę. Kto będzie odpowiadał za poparzenie wrzatkiem? A skutki takiego
      poparzenia w przypadku małych dzieci moga być smiertelne.
      Mamy -palaczki palą w oknach szpitalnych sal w obecności dzieci. Część wychodzi
      na papierosa i wraca tak smierdząca, że człowiekiem rzuca o ścianę.
      W salach jest garkuchnia - zapachy jedzenia unoszą sie po całym oddziale.
      Dzieci, także te małe niewiele rozumiejące, odwiedza cała rodzina - mama, tata,
      babcie, dziadkowie, rodzeństwo. W małej salce jest 5 dzieci i 15 odwiedzających.
      Nierzadko te osoby bardziej zainteresowane są soba niż chorym. Zachowują się
      głośno, nieważne, że pacjent obok spi albo jest po zabiegu czy zwyczajnie źle
      się czuje.
      Dzieci są odwiedzane przez przeziębionych lub chorych rodziców i za chwile jest
      infekcja na oddziale. Do podstawowej choroby dochodzi przywleczona przez
      odwiedzających.
      Nudzące się mamy zamieniaja korytarz w gabinet kosmetyczny ( malowanie paznokci)
      i salon towarzyski, częściej są zajęte soba niz dzieckiem.
      Dzieciom daje sie jedzenie przyniesione z domu, nie zawsze odpowiednie i świeże.
      Matki nie przestrzegają zaleceń lekarskich, same wiedza lepiej.
      O łapaniu lekarza za rękaw na korytarzu - gdy np. idzie na operację, jest PO
      PRACY !!!!!!! ALBO ZAJĘTY INNYM PACJENTEM WSPOMINAM DOŚĆ NIEŚMIAŁO.
      Rodzice uważaja, ze wszystko mozna załatwic awantura i awanturuja się. W efekcie
      wszyscy sa rozdraznieni i nie wychodzi to na dobre ani rodzicom ani
      lekarzom/pielegniarkom ani dzieciom.
      Rodzice do rozmów nie sa przygotowani. Nie potrafią odpowiedzieć na najprostsze
      pytania ( na co dziecko chorowało i kiedy) nie mają książeczek zdrowia,
      dokumentacji, nie wiedza jakie leki bierze dziecko.
      Czy wszyscy są tacy? N I E !!!!!!!!!!!!!! Sa rodzice, z którymi dobrze sie
      współpracuje, którzy są partnerami w procesie leczenia. Niestety, znaczna część
      skutecznie powiększa szpitalny horror.
      • haganna Re:Tak, horror dla obu stron 20.04.09, 18:30
        Tak, nie przestrzegam zaleceń lekarskich, które szkodzą mojemu
        dziecku, a o które lekarz nie zapytał, albo zignorował informację o
        dotychczasowym leczeniu (zdarza się często).
        Im bardziej elegancko ubrana jest matka, na tym większe złośliwości
        ze strony damskiego personelu jest narażona.
        Awantura jest JEDYNYM sposobem na to, żeby walczyć o swoje prawa w
        środowisku lekarskim - innej drogi nie ma i dobrze o tym wiesz.
        • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 08:56
          CytatAwantura jest JEDYNYM sposobem na to, żeby walczyć o swoje prawa w środowisku lekarskim - innej drogi nie ma i dobrze o tym wiesz.

          Nieprawda. Między robieniem awantury, a przyjmowaniem pozycji pasywnej, jest szeroki zakres zachowań asertywnych.

          Da się załatwić podstawowe rzeczy bez robienia awantury. Można domagać się swoich praw STANOWCZO, ale "stanowczo" nie oznacza "agresywnie".

          Agresja rodzi agresję.
          • haganna Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 12:34
            Problem w tym, że do niektórych ludzi nie dociera tekst mówiony
            spokojnym, stanowczym głosem. No po prostu jak nie hukniesz, to nie
            performuje. Smutne to bardzo, ale prawdziwe. Częste u ludzi, którzy
            byli wychowani w domu, gdzie do dzieci zwracano się krzykiem.
            Spróbuj do prostego człowieka powiedzieć "przepraszam bardzo, czy
            byłby pan uprzejmy powiedzieć mi w jakim stanie jest moje dziecko".
            Nie zrozumie o co ci chodzi.
            • protozoa Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 12:58
              Zrozumie. Proponuje jednak popatrzeć i posłuchac w jaki sposób zwracają się do
              nas chorzy i ich rodziny.
              1. Matka 18 latka awanturuje sie, ze jej syn lezy na jednej sali z Murzynem (
              miałam juz awantury o ciężki stan sąsiada, o to, ze łóżko nie jest pod oknem -
              albo jest- o to, ze na sali nie ma łazienki).
              2. Żąda sie od nas diagnozy w 5 minut. Lekarz ma spojrzec i wiedzieć a najlepiej
              uzdrowic spojrzeniem. Przykład sprzed kilku dni - 17 latek z bólami brzucha.
              Zleciłam badania, pielęgniarki pobrały, jeszcze nie dotarły do laboratorium a
              matka juz pyta co jest dziecku, a powodów może być kilkanaście.
              3. Każdy z nas ma jakieś godziny pracy, ulubiona metodą rodzin jest łapanie
              lekarza w drzwiach gdy jest juz PO PRACY!!!!!! Nieważne, że ma swoje sprawy, ze
              może chcieć odpocząć od medycyny, iść do fryzjera, zjeść obiad, miec wywiadówke
              czy umówionego dentystę. Ma być do dyspozycji rodziny, choc są lekarze dyżurni.
              4. Staram sie przekazywac złe wiadomości ( a takie też są) w spokoju bez
              swiadków i poświęcic rodzinie tak duzo czasu jak potrzeba. A tu inna rodzina,
              mimo, ze jest proszona o nieprzeszkadzanie w ciagu 15 minut 5 razy dobija sie do
              pokoju lekarskiego, bo chce wiedzieć co z ICH krewnym, bo spieszy się do pracy,
              bo musi już!!!!!
              5. Sa badania, na które, niestety sie czeka. I nie jest to mój wymysł. Jednak do
              rodzin to nie dociera. Ma być i już. I awantura gotowa.
              6. Po operacji. Rozumiem, ze rodziny się denerwuja, czekają. Wychodzimy z bloku.
              Nierzadko słaniamy sie na nogach ( postójcie pod lampa, pod maską, w skupieniu
              bez ,ozliwości napicia się, wdychając okreslone zapachy 5 godzin to zobaczycie),
              mówimy, że wszystko ok, ze zapraszamy na rozmowe za godzinę. Nieeeeeeeeeee,
              rodzina musi juz i natychmiast. Miałam matke 24-25 latka, która weszła za mna do
              ubikacji - dla personelu zreszta.
              7. Kawa. To, że chcemy sie napić kawy po sytuacji j.w powoduje agresję rodzin.
              Swoja drogą ciekawe ile kaw pija w swoich biurach wyrzucajac petentów za drzwi.
              8. Dlaczego on a nie ja.....ma lepszy pokój, szybciej zabieg, dostaje przede mną
              kroplówkę itd.
              9. Gdzie jest lekarz prowadzący???? To pytanie od lat mnie powala. A zadawane
              jest o 18-19-20. Gdy mnie o to pytaja czasem odpowiadam, ze zapewne w łóżku z
              żona uprawia o tej porze seks. Ludzie nie rozumieją, ze my nie mieszkamy w szpitalu.
              10. Łażenie w czasie obchodu - w rózne miejsca, do bufetu, ogrodu, kolegi z
              sąsiedniej sali. A potem pretensja, ze ....... no własnie że lekarz pojawia się
              po kilku godzinach, a ten s-syn zamiast czekac az pan pacjent wróci do sali
              poszedł operować.
              ======================
              Zachowanie diametralnie sie zmienia w przypadku poważnego zagrożenia
              zdrowia/życia. No, ale to juz inna bajka.
              • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 13:03
                Dokładnie, Protozoa.
                Jeśli ktoś z założenia wyskakuje z ryłem, bo sądzi, że "to jedyne wyjście" (taaak, Haganna, do ciebie piję), to niech się nie dziwi, że jest traktowany tak jak jest.
                • haganna Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 16:59
                  mama_kotula, nie - jak to powiedziałaś- "wyskakuję z ryłem" z
                  założenia, tylko na wyraźne "życzenie" aroganckiego personelu. I
                  wtedy jest to jedyne wyjście. Na chamstwo odpowiadam tym samym.
                  Bronisz profesji swojej matki, tak? Naprawdę nie wiesz, jak
                  arogancki i złośliwy bywa personel medyczny. Uważasz, że wszystko
                  jest w polskich szpitalach w porządku? Jeśli tak, to się oszukujesz.
                  • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 18:23
                    CytatNaprawdę nie wiesz, jak
                    arogancki i złośliwy bywa personel medyczny. Uważasz, że wszystko
                    jest w polskich szpitalach w porządku?


                    Napisałam niżej, ale powtórzę: CZYTAJ moje posty.
                    Nigdzie nie napisałam, że jest w porządku. Napisałam, że bywa i w porządku, i nie w porządku (choćby to, że pielęgniarki się opie...ją - co jest faktem).
                    Natomiast ty NIE przyjmujesz do wiadomości, że ktoś mógł być dobrze traktowany w szpitalu. Sporo postów z tego wątku o takim traktowaniu - dobrym - mówi. Nie - ty uważasz, że ZAWSZE jest źle, a jak ktoś sądzi inaczej, bo ma inne doświadczenia, to znaczy, że się oszukuje, bo twoja racja jest najtwojsza i WSZĘDZIE i ZAWSZE jest patologia.
                    • haganna Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 20:20
                      Problem w tym, że ty uważasz, że to twoja racja jest najtwojsza, a
                      skoro ktoś mnie źle potraktował, to widocznie to moja wina. A w tej
                      kwestii jesteś w błędzie.
                      • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 22:22
                        CytatProblem w tym, że ty uważasz, że to twoja racja jest najtwojsza, a skoro ktoś mnie źle potraktował, to widocznie to moja wina

                        Identycznie jak ty załozyłaś, że mnie traktowano dobrze wyłącznie dlatego, że jestem córką prominentki tongue_outtongue_out
                        • haganna Re:Tak, horror dla obu stron 22.04.09, 08:54
                          Nie 'ciebie", "ty" i "twoje".
                          W polskich szpitalach fakt, że jesteś z lekarskiej rodziny jest
                          powodem lepszego traktowania. I nie jest to żadną tajemnicą. To
                          relikt z "poprzednich" czasów, kiedy rodziny lekarskie np. wchodziły
                          do gabinetu poza kolejnością i miały "branżowe" przywileje.
                          Oczywiście pewnie powiesz, że to nieprawda. I może tylko ja z nich
                          korzystałam, ale ty nigdy. Ot, taka jałowa dyskusja.
                          • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 22.04.09, 10:36
                            Echh, no i dalej twoja racja jest najtwojsza.

                            Masz rację, dyskusja jest zupełnie jałowa.
        • sir.vimes Kompletna nieprawda 21.04.09, 15:48
          "Awantura jest JEDYNYM sposobem na to, żeby walczyć o swoje prawa w
          środowisku lekarskim - innej drogi nie ma i dobrze o tym wiesz. "
          • haganna Re: Kompletna nieprawda 22.04.09, 09:06
            Awantura - nie znaczy burda, wyzwiska, przekleństwa i nieuzasadnione
            żądania.
            Przykład takiej "awantury"? Pielęgniarka pobiera krew dziecku. Robi
            to w ten sposób, że wkłuwa się raz po raz w poszukiwaniu żyły.
            Dziecko wyje. Nie wytrzymałam i mówię (zdenerwowana, ale grzecznie),
            że może by najpierw naciagnąć trochę skórę i delikatnie palcem
            wyczuć żyłkę, a potem dopiero się wkłuwać. Pielęgniarka w krzyk, że
            przeszkadzam jej w pracy i jak śmiem zwracać jej uwagę (no i zaczyna
            się awantura). Dziecko w tym czasie płacze, na rączce ma ogromną
            wybroczynę. Składam skargę do przełożonej. Próbka oczywiście jest
            źle pobrana, zanieczyszczona, trzeba jeszcze raz pobrać. Proszę,
            żeby zrobił to ktoś inny. Prośba jest uwzględniona, ale ja nie mam
            wstępu do zabiegowego, nie mogę być z dzieckiem i patrzeć im na
            ręce. Bo jestem rodzicem stwarzającym problemy. Takich "problemów"
            zbiera się jeszcze kilka.
            I co? Mam zacisnąć zęby i się nie odzywać? Mam iść do sądu z
            takim "drobiazgiem"? Śmieszne. Składać skargę? Odpowiedzą, że się
            zdarza i że dziecko miało "złe żyły" (tak usłyszałam). Nie wygram.
            • hanalui Re: Kompletna nieprawda 22.04.09, 09:32
              haganna napisała:
              > Przykład takiej "awantury"? Pielęgniarka pobiera krew dziecku.
              Robi
              > to w ten sposób, że wkłuwa się raz po raz w poszukiwaniu żyły.
              > Dziecko wyje. Nie wytrzymałam i mówię (zdenerwowana, ale
              grzecznie),
              > że może by najpierw naciagnąć trochę skórę i delikatnie palcem
              > wyczuć żyłkę, a potem dopiero się wkłuwać. Pielęgniarka w krzyk,
              że
              > przeszkadzam jej w pracy i jak śmiem zwracać jej uwagę (no i
              zaczyna
              > się awantura).

              Oczywiscie ze przeszkadzasz. Zamiast zajac sie uspokajaniem dziecka
              zaczelas pouczac nie majac pewnie o tym bladego pojecia. To ze moze
              widzialas to kilkanascie razy nie znaczy ze wiesz jak to robic. Tez
              sobie pozwalasz w swojej pracy by cie byle kto pouczal o rzeczach
              ktore robisz od lat?
              Czy myslisz ze ta pielegniarka to tak specjalnie for fun nie
              trafiala w te zyly?
              Ni i z twoich postow jakos dziwnie mi bije ze jestes wlasnie taka
              swarliwa baba co to wie najlepiej, wszedzie z ryjem i obfitym
              biusciorem jak taranem sie ryje i mysli ze jak bedzie drzec jape
              glosniej i glosniej to bedzie miec racje bardziej i bardziej big_grin.
              • myelegans Re: Kompletna nieprawda 22.04.09, 18:10
                Oczywiscie, ze rodzic powinien byc w zabiegowym, ulatwia to zycie
                kazdemu, zadne odkrycie. NIGDY nie zostawilabym dziecka w
                zabiegowym, nie dalabym sie wyprosic. Kazde pobranie krwi, dziecko
                siedzi mi na kolanach, ja jestem instruowana jak mam mu reke trzymac
                i uspokajam.

                Nie znam przepisow w Polsce, tu gdzie mieszkam jezeli pielegniarka
                nie moze sie wkluc dwukrotnie do zyly, to nie moze tego robic po raz
                3, robi to inna pielegniarka, albo pielegniarz.

                Rzeczywiscie powstrzymalabym sie od instruktazu pielegniarki jak
                nalezy wykonywac zabieg wklucia, bo po prostu sie na tym nie znam. I
                jezeli haganna nie jest pielegniarka, albo lekarzem, to takich uwag
                robic po prostu nie powinna.
      • guderianka Re:Tak, horror dla obu stron 20.04.09, 19:52
        Niestety, znaczna część
        > skutecznie powiększa szpitalny horror.

        Skoro ta, to ciekawe dlaczego z przerażeniem w oczach i głośnym
        wyrażeniem dezaprobaty traktowane są matki mówiące, że nie będą z
        dzieckiem.
        Lekarze/pielęgniarki nauczyciliby się trochę szacunku do małego
        pacjenta i jego rodzica gdyby choć raz zostali bez wsparcia
        rodziców, sam na sam z pacjentami. Skończyłoby się spanie w nocy
        zamiast czuwania
        • gonia28b Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 09:20
          swoją drogą ja sobie nie wyobrażam zostawić małe dziecko tak całkiem
          na łaskę i niełaskę personelu medycznego.
          a jak pokazuje rzeczywistość, w większości to jest niełaska, ale
          mniejsza już w tej sytuacji o to...
      • kali_pso Re:Tak, horror dla obu stron 20.04.09, 19:59


        > Dzieci, także te małe niewiele rozumiejące, odwiedza cała rodzina -
        mama, tata,
        > babcie, dziadkowie, rodzeństwo. W małej salce jest 5 dzieci i 15
        odwiedzających



        A to już kwestia fatalnej organizacji.
        Władza szpitala i oddziału jest również po to, aby kontrolować i
        ograniczać te pielgrzmki.
        • lu31 Re:Tak, horror dla obu stron 20.04.09, 21:22
          Taa, pamiętam jak kiedyś lekarka usłyszała od pewnej babci, że jest "chamką i co
          to ją obchodzi..." bo poprosiła o nie przyprowadzanie do leżącego na OIOM-ie
          wnuczka sąsiadek. Są ludzie i taborety. Rodzice też często nie są OK. Najłatwiej
          jest krytykować dziewczyny.
          • kali_pso Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 08:28



            U mnie w placówce wiszą informacje zakazujące, ze względów
            epidemiologicznych, przebywania przy dziecku więcej niż jednej osoby
            dorosłej na raz. Wycieczek nie zauważam.
            Można? Można, ale należy to rozwiązać, nie na zasadzie, "idz,
            powiedz im", tylko odgórnie.
      • protozoa Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 07:44
        Kwestia spania na dyżurach - pielęgniarki nie śpia, mogą sie gdzieś w kącie
        zdrzemnąć, ale spia jak zając pod miedzą i ZAWSZE jedna z nich ma nawet nie
        wyciągnie nóg.
        Ja jesli nie ma operacji lub interwencji spię. I mam to zagwarantowane w
        stosownych przepisach!!!!!
        Mam gdzies elegancko ubrane kobiety, ale gdybym pracowała na pediatrii
        opieprzyłabym za litry perfum, bo moga wywołac alergię.
        Personel nie jest od wyrzucania odwiedzających, bo.... nie zajmował by sie
        niczym innym.
        Horror na oddziałach pediatrycznych jest. Nie twierdze, ze personel jest w 100%
        w porządku, ale odwiedzającym tez mozna baaaaaaaaardzo wiele zarzucić. A jeśli
        jakaś matka nie respektuje zaleceń lekarza i mu nie ufa to po czorta trzyma
        dziecko na oddziale, ja bym uciekła z prędkościa swiatła.
        • kali_pso Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 08:31


          Personel nie jest od wyrzucania odwiedzających, bo.... nie zajmował
          by sie
          > niczym innym.



          Tiaaa, jasne....dziwne, że ja jakoś najazdu Hunów nie zauważamwinkp Na
          ogół przy dziecku jest jedno zwyczajnie jedno z rodziców. A jesli
          juz widzę grupę, to są to najczęściej Romowie, którzy rzeczywiście
          gremialnie zjawiają się u choregosmile
          • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 08:44
            CytatTiaaa, jasne....dziwne, że ja jakoś najazdu Hunów nie zauważamwinkp Na ogół przy dziecku jest jedno zwyczajnie jedno z rodziców

            Kali_pso, czy ty pracujesz na oddziale pediatrycznym?
            Ja nie pracuję, ale wiem, jak to wygląda ze strony lekarza.

            Niestety, przychylam się do opinii Protozoi. Może nieco przesadziła i wyolbrzymiła - ale:
            - faktem jest gotowanie wody w czajnikach, stojących przy łóżeczku dziecka (oraz wielkie awantury, kiedy przyjdzie lekarz czy pielęgniarka i poprosi/zażąda zabrania czajnika - ma prawo żądać, regulamin oddziału wisi wypisany wołami na korytarzu, poza tym każdy rodzic go podpisuje; wzmianka o czajniku jest)
            - faktem jest wychodzenie na faję, niektóre panie robią to co 15 minut - nie wspominam o tym, że oddział jest zamykany, za każdym razem jak pani chce wyjść/wejść, pielęgniarka musi przerwać pracę i otworzyć drzwi
            - faktem jest robienie ze szpitala pikniku
            - faktem są pielgrzymki - przeważnie 2-3 osoby na raz. coraz rzadziej, przyznaję; faktem jest siadanie w brudnych łachach w łóżku dziecka. faktem jest - tadaaam - spanie w łachach w łóżku dziecka, wiadomo, po nocy na krzesełku matka jest zmęczona, więc zasypia, dziecko najczęściej wtedy biega samopas
            - faktem jest też wzajemne podżeganie się rodziców do robienia awantur, doświadczyłam na własnej skórze - młoda miała inhalacje, poluzowało się mocowanie rurki przy aparacie, mozoliłam się przez chwilę, aby to naprawić (akurat fizjoterapeutka wyszła do drugiej sali), a ze strony innej matki usłyszałam "taak! popsute wszystko mają, trzeba zawołać tę pielęgniarę i zrobić raban!!!"


            Do tego dołożę jeszcze:
            - świetlica - kiedy leci M jak Miłość czy inny Klan, dzieci biegają samopas, bo większość matek ślepi w telewizor; podobnie robią tatusiowie (mecz);
            - bałagan i brud. wszędzie. parapety pozastawiane tak, że nie da się okna otworzyć

            Ja nie twierdzę, że każdy szpital jest idealny, że personel jest zawsze idealny. Ale każdy medal ma dwie strony. Zawsze. I o tym też warto pamiętać, zanim zacznie się pluć wyłącznie na jedną.
            • kali_pso Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 09:11


              Pracuję w szpitalu pediatrycznym.
              U nas jest w każdym z oddziałów kuchenka i zakaz czajnikowania w
              salach u dzieci- wydawało mi się to standardem, ale jak widać, tak
              nie jest.
              Palenie przed szpitalem, ale windy sa ogólnodostępne, więc nikt
              nikogo wypuszczać/wpuszczać nie musiwinkP
              Z drugiej strony- jak sobie to wyobrażacie- rodzic ma pójśc na odwyk
              przed wizytą w szpitalu z dzieckiem, czy jak?
              Naprawdę- ja nie wiem, gdzie Wy te pielgrzymki macie, serio, ale ja
              ich nie widzę. Zdarzaja się oboje rodzice u dziecka, ale to
              wszystko. Ewentualnie babcia czy kto to tam jest.Moze to wszystko
              zalezy od zwierzchnika?winkP


              Aha i jeszcze jedno- w moim szpitalu, na większości odziałów, okien
              się nie otwiera( za wysoko) a świetlica jest miejscem gdzie się
              bawią dzieci pod okiem pedagogów a nie telewizorniąwinkP natomiast,
              najczęściej w stołówce jest telewizor i seriale są oglądane, bo
              dlaczego miałyby nie być? Nie rozumiem....Skoro to zaburza pracę
              personelowi, należy je polikwidować i tyle. Ale postawić telewizor i
              oburzać się, że rodzice oglądają, to z lekka śmieszne.

              Kiedy przychodzę na lekcje i pudło gra, zwracam uwagę rodzicom i
              proszę o wyłączenie, ale nie robię tego z pozycji JA_ wielka_dama
              tylko grzecznie i z uśmiechem- jakoś nikt we mnie pilotem nie rzucił
              jeszcze.
              Cóż, ja się nauczyłam, że przymusowa koegzystencja wymusza na
              człowieku skłonność do kompromisów a jeśli jeszcze zrobisz to
              umiejętnie, na ogół obydwie strony są w miarę zadowolone.


              I nie wiem czy to do mnie było z tym pluciem, ale jestem ostatnią
              osoba, którą można byłoby posądzić o plucie wyłącznie na personel
              medyczny lub wyłącznie na rodziców. Protozoa zaś jest lekarzem, co
              widać po jej postachwinkP Ja mam natomiast to szczęście, że stoję z
              boku i bacznie obserwuję obydwie strony( a również wysłuchujęwink i
              każda z nich ma coś na sumieniu a czy to będa proporcje 49 do 51 z
              korzyścia wizerunkową dla lekarzy czy odwrotnie, dla rodziców, to
              chyba nie jest najistotniejsze, nie?
              • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 09:23
                Cytatnatomiast, najczęściej w stołówce jest telewizor i seriale są oglądane, bo dlaczego miałyby nie być? Nie rozumiem....Skoro to zaburza pracę personelowi, należy je polikwidować i tyle. Ale postawić telewizor i oburzać się, że rodzice oglądają, to z lekka śmieszne.

                W regulaminie oddziału jest info "świetlica i telewizor są przeznaczone dla DZIECI".
                Świetlica służy jako stołówka dla dzieci, tam są podawane posiłki dzieciom chodzącym/umiejącym samodzielnie jeść... no takim, co już z talerza szamają.
                Oraz są w niej włączane bajki, są zabawki, książki, stoliki do rysowania. Niemniej jednak prosi się rodziców, aby jednak to, co się da (np. książkę, klocki itp.) zabierali do sali, żeby choć trochę zminimalizować przenoszenie się drobnoustrojów i mieszanie zakażeń.

                Wiesz, ja się generalnie z tobą zgadzam. Nie ma najmniejszego problemu, aby matka obejrzała serial - tylko że ja nie pisałam o oglądaniu w ogóle, tylko o wdupiemaniu dziecka bo jest M jak Miłość, kółeczko matek ślepi w telewizornię, a dzieci latają samopas po całym oddziale, rotawirusy mieszają się z zapaleniem oskrzeli i tak dalej. Tylko o takie sytuacje mi chodzi.
                Nie wspomnę już o dzikiej awanti w świetlicy, kiedy na dwójce był mecz, a na pierwszym dobranocka - taak, wiem, to śmiesznie brzmi, ale wierz mi, Kali_pso, ja nie wiedziałam, czy mam się śmiać czy płakać z postawy szanownych tatusiów.
                Nie ma problemu z obejrzeniem filmu, z tego co wiem - matki przynoszą DVD i wieczorem oglądają - ale wyłącznie jak DZIECI ŚPIĄ. Oraz, jak oddział nie jest przepełniony i w świetlicy nie ma "dostawek".

                Pracujesz jako nauczycielka, prawda?
                W niedziele nie przychodzisz. W soboty też nie. To są najczęstsze dni, kiedy pojawiają się pielgrzymki smile.

                I dokładnie o to chodzi - o pozycję "stanowczo, ale z uśmiechem" - tylko, że to ma dotyczyć obu stron. A jak czytam wyżej, to panuje pogląd, że "bez awantury nie da się nic załatwić". No więc jeśli ma się takie podejście, to ja się nie dziwię, że są kwasy.

                O pluciu nie było do ciebie, tylko ogólnie, bo zawsze jest tendencja do plucia na personel szpitalny li i jedynie ;>, nowa świecka tradycja krytykowania (nie bezpodstawnego, tylko w uzasadnionych przypadkach) pacjentów jeszcze się nie przyjęła tongue_out, a priori się zakłada, że pacjent ZAWSZE zachowuje się właściwie.
        • gonia28b Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 09:27
          protozoa napisała:

          > A jeśli jakaś matka nie respektuje zaleceń lekarza i mu nie ufa to
          po czorta trzyma
          > dziecko na oddziale, ja bym uciekła z prędkościa swiatła.

          Respektuje, nie respektuje, ale jak można ufać lekarzowi
          ordynatorowi, który na proste pytanie (zadane w trosce o swoje
          dziecko) odpowiada, że dziecko ma biegunkę???
          oczywiście tego dnia, który mój mąż spędził później z dzieckiem, ja
          postanowiłam wypisać dziecko na żądanie, a resztę dnia spędziłam na
          poszukiwaniu informacji gdzie w moim województwie mogę liczyć na
          DOBRĄ opiekę szpitalną.

          Wiadomo, że ludzie są różni, ale przynajmniej personel medyczny
          niech nie dolewa oliwy do ognia.
          • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 09:39
            Gonia, widzisz - jak mi lekarz odpowiada "ma biegunkę", to dopytuję dalej "a na jakim podłożu? czy mogę się dowiedzieć o wynikach posiewu kału?" i tak dalej.
            Jeden warunek - trzeba to robić nieagresywnie i z pozytywnym nastawieniem.
            Chodzi o to, co napisała Sir.Vimes - aby nie dać się zbyć odpowiedzią jak dla tumana i z tej odpowiedzi wróżyć, że "opieka szpitalna nie jest dobra", tylko drążyć dalej. Da się, na litość, da się.

            Ja miałam problem odwrotny z informacją - jako córka hehe ordynatorki. Przychodziła pani doktor i mówiła mi coś w rodzaju "poziom HCO3 ileś tam, wiadomo co to oznacza, musimy podać...". "Nie, proszę pani, nie wiadomo <uśmiech>, to moja mama jest lekarzem, a nie ja <uśmiech>".

            Zresztą paradoksalnie, jako córka ordynatora byłam czasem traktowana jeszcze "milej" przez personel pielęgniarki, ale to temat rzeka (achh, te szpileczki wbijane ukradkiem tongue_outtongue_out). Tylko, że ZAWSZE stanowczość i pozytywne nastawienie czyniły cuda.

            Standardem było "odłączysz kroplówkę, jak się skończy, wiesz jak to się robi". "Nie, siostro, nie wiem, nie mam doświadczenia. Zadzwonię po panią jak się skończy, bo boję się, że sama uszkodzę wenflon". Dzwoniłam, przychodziła. Ja tylko skręcałam kroplówkę jak się skończyła, ale zdawałam sobie sprawę, że może przyjść zarówno od razu, jak i po 15 minutach, bo akurat oddział jest zawalony i być może mają coś innego do pracy.
            Niektóre pielęgniarki uważały, że skoro czuję się w szpitalu jak w domu, to mogę robić wszystko jak w domu. Dziecko zwymiotowało na podłogę - mogę pościerać, prawda? Nie dałam się wrobić w takie traktowanie, zdecydowanie - ale nie agresywnie - poprosiłam o posprzątanie tego przez salową. Dało się, na litość, wszystko się dało. I dzięki takiej asertywności początkowe protekcjonalne traktowanie mnie przez pielęgniarki zmieniło się diametralnie.
            • kali_pso Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 10:19


              Kotula, sądzisz, że większość spanikowanych matek pierwszy raz
              leżących w szpitalu z niemowlęciem, bez częstego obcowania z
              medycynąwinkP będzie w stanie zadać pytanie o posiew kału?
              A czy panu doktorowi, dla którego, fakt, biegunka dziecka Goni jest
              może piatą w tygodniu, tak trudno było poszerzyć wypowiedź o jedno
              zdanie mówiące o przyczynie biegunki?
              Rodzice nie muszą się znać na medycynie a lekarz powinien rozmawiać
              z nimi jak z rodzicami_którzy_mogą_nie_wiedzieć_nic_ o_posiewie, ale
              martwią się o zdrowie dziecka i nalezy im się pełna, wyczerpująca
              odpowiedź. To trudne często, ale to lekarz WIE, a rodzice powinni
              się od niego DOWIEDZIEĆ. A te wszystkie ucieczki ze szpitala, wypisy
              na żądanie biora się po prostu z braku komunikacji między stronami-
              jedna czegoś nie powie, druga boi się albo nie jest świadoma i nie
              zapyta i napięcie murowane.
              • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 11:32
                CytatKotula, sądzisz, że większość spanikowanych matek pierwszy raz
                leżących w szpitalu z niemowlęciem, bez częstego obcowania z
                medycynąwinkP będzie w stanie zadać pytanie o posiew kału?


                Nie musi pytać o posiew. Akurat Gonię uważam za bardziej rozgarniętą, dlatego jej to zaproponowałam.
                Nie jest problemem zapytać o PRZYCZYNĘ biegunki.

                Oczywiście, że rodzic ma prawo do wyczerpującej informacji. Ale tak na chłopski rozum, no jejku - to mi zależy na informacji, skoro nie mam wyczerpującej, to będę pytać dalej, zlewając wszelkie "walki", "co się należy", "co powinno" i tak dalej.

                BTW, już nie w temacie informacji.

                Właśnie przed chwilą dostałam krótkie info z punktu widzenia lekarza: faktem jest, że sporo pielęgniarek się opieprza, kiedy rodzic jest przy dziecku, to jest fakt niezaprzeczalny. Tyle, że moja mama się nie patyczkuje i przywołuje do porządku, ostatnio usłyszała jak pielęgniarka pyta matkę "czy zważyła już pani dziecko?" (sic!) - suchej nitki na niej nie zostawiła. Przy rodzicu oczywiście i od razu.

                Oprócz info o opieprzaniu się pielęgniarek mamusia uraczyła mnie anegdotką o tym, jak przyszła ciocia tongue_outtongue_out dziecka i ZAŻĄDAŁA (słowami: żądam natychmiast) wykonania określonych badań w określonej kolejności i najlepiej na cito, zaraz po tym, jak rodzice dostali wyczerpującą informację (że była nawet zbyt wyczerpująca, to wierzę, swoją matkę znam big_grinbig_grinbig_grin) o tym, jakie badania będą przeprowadzone u ich dziecka i kiedy, plus że stan dziecka jest stabilny, dziecko jest pod obserwacją i nie ma potrzeby przeprowadzania natychmiastowych konsultacji.
                Dialog typu:
                Lekarz - Zapewniam panią, że w tym momencie nie widzę potrzeby przeprowadzania natychmiastowych badań.
                Ciocia - ALE JA WIDZĘ!!
                Lekarz - Rozumiem, że pani się denerwuję, ale proszę o nieco więcej zaufania.
                Ciocia - Czy pani wie, co myśmy przeżyli?
                Lekarz - Tak, proszę pani. Rozumiem, że widok dziecka w stanie drgawek jest traumatycznym przeżyciem, ale jeszcze raz chcę panią zapewnić, że stan dziecka jest stabilny, a o kolejności wykonywanych badań decydujemy my.
                Ciocia - Ale ja żądam!
                i tak dalej.


                Tak, że medal - jak pisałam - dwie strony ma.

                Na koniec o tym, jak względne jest pojęcie "awantura" wink
                Przychodzi matka do gabinetu i prosi "czy mogłabym dostać razem z dzieckiem izolatkę". Otrzymuje odpowiedź, że owszem, jak się zwolni - nie ma zadnego problemu.
                Na następny dzień izolatka się zwalnia, rodzice z dzieckiem się w niej zadomawiają, lekarz wychodzi i już przez drzwi słyszy jak ojciec mówi do matki:
                - Widzisz? Jakbyśmy awantury nie zrobili, to byśmy tego nie dostali!!

                tongue_outtongue_outtongue_outtongue_out
                • kra123snal Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 11:50
                  Nam nie udzielano żadnych wyjaśnień. Gdy prosiliśmy o informację po
                  badaniach, to chociaż wszyscy wiedzieli o wynikach (pytalismy
                  lekarzy i ordynator oddziału), to kazali nam szukać po szpitalu
                  lekarza je wykonującego. Byliśmy przerażeni całą sytuacją, nigdy
                  nikt do nas nie podszedł, o wszystko musiałam pytań, kluczowe wyniki
                  podano nam dopiero po naszej prośbie, chociaż znane były już dzień
                  wcześniej, ze zdziwieniem, dlaczego lekarza dyżurującego nie
                  spytaliśmy... O podawaniu leku dowiedzieliśmy się przy wypisywaniu
                  na inny oddział. O wypisie dowiedzieliśmy się od zdziwionej
                  stażystki (nikt was nie poinformował?).
                  Do mnie cała sytuacja nie docierała i sorry!, ale o sposobie
                  leczenia i wynikach powinni być rodzice informowani. Dlaczego? Bo
                  część może się czuć tak zagubiona jak ja byłam, nie potrafiąca
                  odnaleźć się w sytuacji, obserwując równoległe życie, nie swoje...
                  Poza tym jeszcze całkiem ogłupiała po ciąży. Czekasz na dziecko po
                  narkozie, to nie masz w ogóle głowy, żeby jeszcze latac za lekarzem.
                  Minimum zrozumienia by wystarczyło.
                • gonia28b Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 21:41
                  Kotula, dzięki za rady, ale nie rozumiem na jaką cholerę ja idąc do
                  jakiejkolwiek placówki polskiej służby zdrowia NFZ, ja się muszę
                  uzbrajać i "walczyć".
                  ja rozumiem, że lekarz z samego rana może być zmęczony, znudzony
                  zadającymi mu miliony durnych pytań ludzi, rozumiem, że się mu może
                  nie chce, bo za mało zarabia tongue_out ale każdy lekarz jak każdy inny
                  człowiek w swoje pracy ma wykonywać swoje obowiązki, a fakt, że
                  lekarzowi, a więc człowiekowi mądremu, wykształconemu, zwyczajna
                  uprzejmość i życzliwość sprawia taką trudność uważam za żenujące.
                  • sir.vimes lekarz w szpitalu 22.04.09, 11:00
                    a fakt, że
                    > lekarzowi, a więc człowiekowi mądremu, wykształconemu, zwyczajna
                    > uprzejmość i życzliwość sprawia taką trudność uważam za żenujące.

                    A ja nie uważam. Zwyczajna uprzejmość i życzliwość gdy np. pacjentowi nad
                    którego dolegliwością pracowało się tygodniami, nagle się pogarsza, może być
                    bardzo trudna. Tak samo, jeśli akurat myśli się o ciężko chorym pacjencie po
                    operacji, której wynik nie jest jeszcze pewny, trudno jest cierpliwie i milusio
                    odpowiadać na pytania o biegunkę czy podrapanie przez kotka. Co nie znaczy, że
                    nie należy pytać. Należy - tylko być świadomym, że lekarz (i pielęgniarka) to
                    nie maszyna. I, że jego główną zaletą nie jest, jak u kelnera, miły uśmiech.

                    Osobiście uważam, ze idealnym rozwiązaniem byłaby stała obecność kogoś w rodzaju
                    mediatora, psychologa wyjaśniającego wszystko o co rodzic może zapytać,
                    uspokajającego zdenerwowanych itp, ułatwiającego kontakty miedzy pacjentami,
                    rodzicami pacjentów a lekarzem. Bo nie każdy lekarz potrafi rozmawiać z
                    przerażonym rodzicem - ale czy faktycznie musi idealnie potrafić?
                    • mruwa9 Re: lekarz w szpitalu 22.04.09, 11:31
                      sir.vimes napisała:

                      .
                      >
                      > Osobiście uważam, ze idealnym rozwiązaniem byłaby stała obecność
                      kogoś w rodzaj
                      > u
                      > mediatora, psychologa wyjaśniającego wszystko o co rodzic może
                      zapytać,
                      > uspokajającego zdenerwowanych itp, ułatwiającego kontakty miedzy
                      pacjentami,
                      > rodzicami pacjentów a lekarzem. Bo nie każdy lekarz potrafi
                      rozmawiać z
                      > przerażonym rodzicem - ale czy faktycznie musi idealnie potrafić?
                      >
                      >

                      Tak, powinien. Tylko, ze ten element w ogole nie istnieje w
                      programie polskiego szkolnictwa medycznego. Na zadnym etapie, ani w
                      szkoleniu przed- ani podyplomowym. Wstyd sad
                      • mama_kotula Re: lekarz w szpitalu 22.04.09, 11:44
                        Widzisz, Mruwa, ja myślę, że dyskusja rozbija się o coś innego. Jak zwykle - o uogólnianie. O interpolację zachowania jednostek na całą grupę zawodową.

                        Ja się zgadzam, że istnieją lekarze, którzy nie umieją rozmawiać z pacjentem, ale nie będę zaprzeczać istnieniu takich, którzy to potrafią.

                        Zgadzam się, że pacjenci bywają źle traktowani, ale nie będę zaprzeczać, że bywają też dobrze traktowani.

                        Natomiast widzę, że sporo osób bardzo lubi szafować słowami "WSZYSCY", "ZAWSZE", "WSZĘDZIE", "JEDYNY SPOSÓB", i jak w amoku uprawiają politykę uogólniania, mimo, że w wątku mają jak wół kilkanaście dowodów że nie "wszyscy", nie "zawsze" i nie "wszędzie" (podejrzewam, że ze specyfiki wątku wynika, że przykładów negatywnych jest więcej - bo wątek o takowych traktuje). A jak ktoś podaje przykłady negatywne z drugiej strony - to nie wierzy się mu. Kalemu zabrać krowy źle, Kali zabrać krowy dobrze.


                        I mnie jedynie to irytuje. Klapki na oczach i tępe powtarzanie "patologia, panie dzieju, patologia, wszędzie patologia".



                        • id.kulka Re: lekarz w szpitalu 22.04.09, 12:52
                          mama_kotula napisała:

                          > Widzisz, Mruwa, ja myślę, że dyskusja rozbija się o coś innego.
                          Jak zwykle - o
                          > uogólnianie. O interpolację zachowania jednostek na całą grupę
                          zawodową.
                          >
                          > Ja się zgadzam, że istnieją lekarze, którzy nie umieją rozmawiać z
                          pacjentem, a
                          > le nie będę zaprzeczać istnieniu takich, którzy to potrafią.
                          >
                          > Zgadzam się, że pacjenci bywają źle traktowani, ale nie będę
                          zaprzeczać, że byw
                          > ają też dobrze traktowani.
                          >
                          > Natomiast widzę, że sporo osób bardzo lubi szafować
                          słowami "WSZYSCY", "ZAWSZE"
                          > , "WSZĘDZIE", "JEDYNY SPOSÓB", i jak w amoku uprawiają politykę
                          uogólniania,

                          A sama nie uogólniasz?... Że uprzejmością, asertywnością to góry
                          można przenosić. A tu klops, bo są góry, których żadna asertywność
                          nie ruszy.
                        • gonia28b Re: lekarz w szpitalu 25.04.09, 12:29
                          aj, Kotula, przewrażliwiona Ty jakaś chyba jesteś... big_grin
                          ok, może się uogólnia, wierzę, że w szpitalach wszelkiej maści
                          pracują gdzieś takie jednostki lekarze, pielęgniarki, które wykonują
                          swój zawód z pasją, powołaniem i potrafią być uprzejmi dla pacjentów.
                          Zauważ, więc, że gdyby takich lekarzy była większość, nie byłoby
                          takiego larma...

                          Przykładowo kasjer na swym stanowisku ma obowiązek przedw szystki
                          kasować, robić to szybko, dokładnie, przyjąć kasę i co do grosza
                          wydać resztę. Nie ma obowiązku być miłym, uśmiechniętym, ale jeśli
                          tak jest, to klientom od razu przyjemniej robi się zakupy i nie
                          myśli się o nich jak o przykrym obowiązku.
                          W sytuacji natomiast, kiedy w grę wchodzi ludzkie zdrowie, a nawet
                          życie, tym bardziej jeśli są to najmłodsi pacjenci, nasze dzieci,
                          pewien poziom uprzejmości i udzielanie na ile to możliwe rzetelnej
                          informacji rodzicom powinny być obowiązkiem każdego lekarza.
                          • hanalui Re: lekarz w szpitalu 25.04.09, 12:40
                            gonia28b napisała:
                            > Zauważ, więc, że gdyby takich lekarzy była większość, nie byłoby
                            > takiego larma...

                            Ale lekarze sa czescia spoleczenstwa a nie jakimis jednostkami
                            oderwanymi i wzietymi z kosmosu. Jakie spoleczenstwo tacy i lekarze.

                            > W sytuacji natomiast, kiedy w grę wchodzi ludzkie zdrowie, a nawet
                            > życie, tym bardziej jeśli są to najmłodsi pacjenci, nasze dzieci,
                            > pewien poziom uprzejmości i udzielanie na ile to możliwe rzetelnej
                            > informacji rodzicom powinny być obowiązkiem każdego lekarza.

                            Ja powiem ci jedno...ja mam takich lekarzy milych i sympatycznych,
                            usmiechnietych i rzetelnych. Nie mieszkam w PL.
                            I widze jakie psy na tych lekarzach wieszaja tutejsi Polacy, jakie
                            awantury potrafili zrobic w szpitalu bo zawsze bylo cos nie tak, bo
                            lekarze mial nieten kolor skory i smial mowic nie po polsku, bo.. bo
                            i bo. Widzisz ...jak ktos jest chamem to bedzie tym chamem wszedzie
                            bez wzgledu czy ktos bedzie mily i usmiechniety czy nie, zawsze
                            znajdze sie cos do czego mozna sie przyczepic, ze za malo, ze za
                            duzo, ze nie tak szybko, ze tak szybko, ze nie tak, ze nie ten
                            lekarz, ze jak ten to czemu jeszcze nie ten...itd, itd. No i jeszcze
                            kazdy ma obowiazek, musi, powinien, trzeba by bylo zeby...itd itd, a
                            samemu to sie zawsze jest swietym, zawsze sie ma jakies
                            usprawiedliwienie
                            • gonia28b Re: lekarz w szpitalu 25.04.09, 13:40
                              pisząc poprzedniego posta, też mi się taka myśl po głowie pałętała,
                              że w ogóle byłoby zupełnie inaczej i cudownie, gdyby wszyscy ludzie
                              byli kulturalni i dla siebie nawzajem uprzejmi, ot tyle...
                          • mama_kotula Re: lekarz w szpitalu 25.04.09, 13:43
                            CytatZauważ, więc, że gdyby takich lekarzy była większość, nie byłoby
                            takiego larma...


                            Myślę nieco inaczej smile
                            Analogicznie: zauważyłaś, że na forum jakieś 80% wątków to wątki z jakimś
                            problemem? Stąd można wywnioskować, że 80% społeczeństwa ma wyłącznie problemy,
                            prawda?

                            Sprawa jest prosta - mówi się przeważnie o tym, co jest nie tak. Jeśli wszystko
                            jest ok, to, logicznie, nie ma potrzeby o tym mówić. Dlatego nikt nie pisze
                            artykułu "w szpitalu x, y, z jest doskonała opieka", tylko pisze artykuł "w
                            szpitalu a, b, c" jest horror.
                            • estelka1 Re: lekarz w szpitalu 25.04.09, 15:12
                              Zdarzyło mi się wydrzeć twarz na oddziale noworodkowym, tyle że nie
                              byłam w roli mamy, ale wrednej pielęgniary. To był jeden z takich
                              sądnych dni, kiedy wszystko wali się na głowę, a pielęgniara na
                              oddziale jedna i choćby się skichała, to nie jest w stanie dogodzić
                              wszystkim. W jednym czasie konsultacja z maluchem na okulistyce, bo
                              ślepka koszmarnie dziecku ropiały, 2 noworodki do wypisu, a kolejny
                              właśnie się rodzi. Nie mówię o "normalnej" pracy na oddziale.
                              Okuliści zrozumieli, że siła wyższa i muszą poczekać, ale tego nie
                              chcieli zrozumieć rodzice jednego z wypisywanych dzieci. W ich
                              mniemaniu powinnam chyba zakorkować rodzącą i kazać jej się
                              powstrzymać przed rodzeniem, bo jaśnie państwo już natychmiast muszą
                              wyjść do domu. Dobrze, że w mojej obronie stanęli rodzice drugiego
                              dziecka, bo pewnie byłabym bardzo niemiła już w tym momencie. Ale do
                              pieca dołożyła inna mamuśka, która zaczęła się awanturować, że tyle
                              czasu dzwoni po mnie, żebym zabrała dziecko, bo ona musi odpocząć po
                              porodzie, a ja gdzieś łażę. W tym momencie naprawdę odechciało mi
                              się być grzeczną i huknęłam zdrowo na babsztyla.
                              A jak trafiłam z młodą do szpitala, to idąc tokiem myślenia
                              niektórych forumek, powinnam zrobić nieziemską zadymę już na izbie
                              przyjęć. U młodej podejrzewano atak wyrostka robaczkowego.
                              Przyjechałyśmy na izbę, a tu zonk - żaden chirurg nie może zejść, bo
                              właśnie operują jakiś ludzi z wypadku. Pielęgniarka mówi, że musimy
                              poczekać, ale nie jest w stanie nam powiedzieć, ile czasu. I co
                              miałam się awanturować? Wyszłabym tylko na idiotkę, a nic bym nie
                              wskórała. Pielęgniarki robiły swoje, nie zwracając na nas specjalnej
                              uwagi (bo i po co?), a my sobie spokojnie czekałyśmy. Moje dziecko
                              nie umierało, a tamci ludzie bez operacji i owszem, mogliby nie
                              przeżyć.
            • haganna Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 12:41
              Wiesz, tak się daje w szpitalu, w którym wiedzą kim jesteś (czyją
              córką). W innej części Polski, gdzie nie mają już tej wiedzy to się
              nie udaje. Na nic Twoja asertywność (chyba, że zapłacisz łapówkę,
              wtedy możesz być asertywna gdzie tylko chcesz). Wiem z autopsji wink.
              • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 12:59
                Bzdura.
                Leżałam sama i z dzieckiem w wielu szpitalach, 600km od domu, gdzie byłam osobą
                zupełnie anonimową.

                Ale wierz sobie w co chcesz i dalej nakręcaj mechanizm tongue_out
                • haganna Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 16:50
                  Jaki mechanizm mam nakręcać?
                  Nie dociera do Ciebie, że takiego traktowania pacjentów młodzi
                  lekarze uczą się (tak!) na studiach od swoich profesorów i nie
                  zadają sobie trudu, żeby cokolwiek zmienić. W mojej najbliższej
                  rodzinie mam wielu lekarzy. Znam ich podejście do pacjentów i wiem
                  co się dzieje w służbie zdrowia od tej drugiej strony. Rutyna,
                  przedmiotowe traktowanie pacjenta. "Tak musi być", "musi
                  boleć", "inni nie narzekają". Wrrrr!
                  Jestem traktowana lepiej, jeśli lekarz wie, że jestem z lekarskiej
                  rodziny, w przeciwnym razie często spotykam się ze zwyczajnym
                  chamstwem i totalnym brakiem kultury. A jestem na to baaardzo
                  wyczulona - pewnie ze wzgledu na tą moją rodzinkę właśnie.
                  • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 17:21
                    Niunia, nie bronię żadnej profesji, bo nie solidaryzuję się z nikim tylko dlatego, że wykonuje określony zawód. Doskonale zdaję sobie sprawę, jaki czasem bywa personel medyczny. To są ludzie. W każdym środowisku można trafić na ch.ja. W mojej rodzinie też mam wielu lekarzy i znam ich podejście do pacjenta. Diametralnie różni się od tego, co opisujesz. Więc nie generalizuj, ok?

                    Nie znoszę uogólnień, którymi się posługujesz, nabuzowana emocjami.
                    "Doskonale wiesz, że to jedyne wyjście!!! Zrobić awanturę!!!" - otóż nie jest to jedyne wyjście, i ja ci to pisałam, i sir.vimes, i protozoa i zapewne wiele innych osób tak uważa - ale TY wiesz swoje i twoja racja jest najtwojsza.

                    Cytat
                    Jestem traktowana lepiej, jeśli lekarz wie, że jestem z lekarskiej
                    > rodziny, w przeciwnym razie często spotykam się ze zwyczajnym
                    > chamstwem i totalnym brakiem kultury.


                    Tu też się nie zgodzę. W szpitalu w Lublinie byłam kompletnie anonimową osobą, w dodatku z najbardziej patologicznej dzielnicy w mieście. Nikt nie miał pojęcia, że jestem z lekarskiej rodziny, zresztą nie miałam potrzeby o tym informować. Nie spotkałam się absolutnie ze złym traktowaniem. Nigdy nie usłyszałam "musi boleć", "tak ma być", "inni nie narzekają". Pobyt w tamtym szpitalu wspominam bardzo dobrze, mimo że dwukrotnie leżałam, o zgrozo, na sali 8-osobowej (sama), z dzieckiem w 4-osobowej + nocowanie na krzesełku tongue_outtongue_out. Więc nie wmawiaj mi za wszelką cenę, że było czarne, skoro w moim przypadku było białe.


                    Z chamstwem i brakiem kultury spotykam się wtedy, kiedy trafiam na chama. Nie uwierzę, że 100% środowiska lekarskiego to chamy, jak sugerujesz. Albo miałaś wyjątkowego pecha, albo hmmm, sorry - sądząc z twojego podejścia - być może personel szpitala wyszedł z założenia że z chamem trzeba po chamsku, bo inaczej nie dotrze.

                    W każdym zawodzie trafia się na chamów. Ludzie to ludzie.
                    • haganna Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 17:58
                      Nie pisz do mnie per niunia, bo to obraźliwe.
                      Wierz sobie w co tam chcesz. Nie chcesz dostrzec tej całej
                      patologii, Twoja sprawa. Oszukuj się dalej. Emocje? Ty w nie
                      zabrnęłaś. Klasyczne wyparcie i próba umniejszenia "przeciwnika".
                      Plus personalne wycieczki. Wkurza cię to, co piszę?
                      Chamstwo? Marginalne i chyba tylko w stosunku do mnie? Żałosna
                      jesteś.
                      Uogólniam? Nie. To polska norma!
                      • mama_kotula Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 18:15
                        EOT.
                        Najpierw zacznij CZYTAĆ moje posty, a potem możemy podyskutować. Inaczej to się
                        mija z celem.
                        • haganna Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 18:27
                          Po raz pierwszy musze się z Tobą zgodzić. Dalsza dyskusja z Tobą
                          mija się z celem.
                          Właśnie o takim traktowaniu pacjentów jak ty mnie potraktowałaś
                          piszę. Nie zgadzasz się z moim postrzeganiem profesji lekarskiej,
                          więc co robisz? Obrażasz mnie, piszesz do mnie per niunia i że
                          pewnie po chamsku odnoszę się do lekarzy "na wejściu" więc sama
                          sobie jestem winna. O tym właśnie piszę. Tak się zachowują lekarze w
                          stosunku do pacjenta, który śmie zwrócić uwagę na nieprawidłowości.
                          To właśnie (w Tobie) jest żałosne.
                          • e_r_i_n Re:Tak, horror dla obu stron 22.04.09, 09:08
                            A co ma zachowanie Kotuli, która lekarzem nie jest, do
                            zachowania lekarzy?
                            A może po prostu są ludzie różnych profesji,
                            którzy zachowują się tak, a nie inaczej?
                            I nie ma co oceniać grupy, tylko jednostki?
              • protozoa Re:Tak, horror dla obu stron 21.04.09, 12:59
                Dlaczego dajesz łapówki? TO JEST PRZESTĘPSTWO TAKIE SAME JAK BRANIE. Jeżeli ktoś
                żąda powiadom prokuratora, jeżeli natomiast wciskasz przetarminowane czekoladki
                po zabiegu - miej choc troche wstydu.
      • iskierka40 protozoa 22.04.09, 10:57
        Trochę Cię rozumiem ponieważ piszesz to ze swojego punktu
        widzenia,ale widzisz tylko to co chcesz zobaczyć ,natomist to co
        powinnaś widzieć omijasz.
        Matka z dzieckiem w szpitalu jest najczęściej przerażona,może tak
        przydałoby się okazać jej chodż trochę wsparcia?
        O informację trzeba się prosić i tego mi nie wmuwisz,ze jest
        inaczej,ja po 4 dniach dlej niewiedziałam co mojemu dziecku
        jest,chociaż wyniki już dawno leżały,nikt nie raczył przyjść mnie
        powiadomić,dopiero jak przyszła moja ciotka ordynatorka oddziału
        innego wiedziałam wszystko,dało się załatwić wtedy WSZYSTKO!
        Niewiem w jakim szpitalu pracujesz ale ja niewidziałam czajnika w
        sali dla dzieci!!!nigdy!!!niewidziałam także nigdy matki palącej w
        sali dziecka!!!chyba troszkę koloryzujesz!a to,że wychodzą palić i
        wracają śmierdzące to co?no palą i tyle,wiele z nas pali,nasz wybór.
        O tym jedzieniu to już wogle przesadzasz,najlepiej o suchych bułkach
        dzieciaka trzymac a matka to nie musi jeść,bo i tak da rade nie?
        dziecko musi zjeść porządny,smaczny obiad,jeśli szpitalny mu nie
        smakuje,mama musi mu ugotować,jak ma szybko wrócić do zdrowia głodne?
        Co do odwiedzin to się zgodzę,zadużo tych wszytskich osób
        odwiedzających na raz,ale czy szpital nie może jakoś tego
        dopilnować,czy to jakiś wielki obowiązek dla was?
        Przeziebieni odwiedzający?no gdzie???chyba w szpitalu
        psychiatrycznym,bo każdy mądry wie,że tego się nie robi.
        Nigdy także niewidziałam malującej się w szpitalu mamy,kiedy znależć
        ma na to czas?a nawet gdyby to zrobiąc sobie makijaz czy malując
        paznokie (oczywiscie nie wsali dziecka)robic cos złego?chce poprostu
        chodż na chwilę zapomniec o smutkach i ładnie wyglądać,szczególnie
        matki dzieci ciężko chorych!dziecko nie może widzieć matki z sińcami
        pod oczami ,nieumalowanych,nieuczesanych,matka ma być wzorem,dziecko
        musi widzeć matke wypoczęta i "radosną" a nie rozczochraną i
        zaniedbaną!!!widać chyba ci psychologi w praktyce brakuje.
        Tak samo jeśli chodzi o kontakt z innymi matkami,no weś się nie dziw!
        matki siedzą tak czasami po kilka tygodni i co mają się zesobą nie
        komunikować?no proszę Cię,przecież komunikowanie się to podstawa
        normalnego funkcjonowania.
        Zalecenia lekarskie jeśli takąwe są a czasem się zdarza,że przez 2
        dni dziecko tylko leży pod kroplówką powinny być zalecane,myślisz,że
        przeżywająca matka wie lepiej niż lekarz?
        Łapanie lekarzy za rękaw-pomyśl dlaczego?może dlatego,że lekarz nie
        informuje rodzica wcale o stanie zdrowia dziecka,a to chyba
        normalne ,ze rodzic chce wiedziec prawda?
        Ty piszesz,ze macie prawo napić się kawy,pamietaj,że rodzic
        także,rodzic także ma prawo być zmeczony,wtedy współpraca jak sama
        pisałaś jest nie najlepsza.
        Protozoa wszystko o czym piszesz idzie w dwie strony,ale problem
        jest taki,że ty rozumiesz tylko swoją strone,moje wnioski sa
        takie,że brakuje ci pokory,współczucia i przede wszystkim psycholigi
        w wykonywanym przez ciebie zawodzie.
        • iskierka40 Re: protozoa 22.04.09, 10:58
          SORY ZA BŁĘDY PISZE W BIEGU BO CZAS DO PRACYsmile
          MÓWISZNIE MUWISZ:d
        • mama_kotula Re: protozoa 22.04.09, 11:24
          CytatPrzeziebieni odwiedzający?no gdzie???chyba w szpitalu
          psychiatrycznym,bo każdy mądry wie,że tego się nie robi.


          Śmiem nadmienić, że w odwiedziny przychodzą nie tylko ludzie mądrzy.

          Mój osobisty eks idiota przyszedł do mnie na oddział położniczy, do jednodniowego dziecka, z glutem po pas i gruźliczym kaszlem. W podskokach stamtąd spieprzał, moim wrzaskiem goniony.

          Rodzice przyprowadzają chore rodzeństwo. Sami przychodzą chorzy.

          Cytata to,że wychodzą palić i wracają śmierdzące to co?no palą i tyle,wiele z nas pali,nasz wybór.

          Ech, już widzę rozdartą japę i pełen żalu wątek na forum "Przyszła ta doktórka badać moje dziecko i śmierdziała jak popielniczka! Cuchnącymi łapami je badała, no jak ona mogła!!".
          Ale jak osobista matka śmierdzi do dziecka to ok, bo tytoniowy smród matki dziecku nie śmierdzi tongue_outtongue_out

          Cytat> Łapanie lekarzy za rękaw-pomyśl dlaczego?może dlatego,że lekarz nie informuje rodzica wcale o stanie zdrowia dziecka,a to chyba normalne ,ze rodzic chce wiedziec prawda?

          Wychodzisz z pracy, jesteś ubrana i w płaszczu, zamykasz drzwi od biura. Twoja godziny pracy skończyły się 10 minut temu, za pół godziny kończą się godziny pracy przedszkola gdzie jest twoje dziecko.
          Nagle podlatuje kobieta, szarpie cię za rękaw i krzyczy "bo pani mi musi tu podpisać jeszcze tę jedną fakturę i wyjaśnić, o co w niej chodzi.
          Tłumaczysz pani, że dzisiaj nie zdążyłaś, i że może POPROSIĆ referenta dyżurnego, aby podpisał, tylko że jemu może to zająć więcej czasu, bo nie zna pani sytuacji i będzie musiał się najpierw z nią zapoznać - a jeśli ma w danym momencie sprawy bieżące, to nie da rady.
          Pani dalej nalega. Czas leci. Dziecko czeka w przedszkolu. Modlisz się o to, aby nie było korków.
          Co robisz?
          • malila Re: protozoa 22.04.09, 11:43
            mama_kotula napisała:
            > Nagle podlatuje kobieta, szarpie cię za rękaw i krzyczy "bo pani
            mi musi tu pod
            > pisać jeszcze tę jedną fakturę i wyjaśnić, o co w niej chodzi.
            > Co robisz?

            Jeśli moim obowiązkiem było podpisanie tej faktury i wytłumaczenie,
            to podpisuję i tłumaczę, plując sobie w brodę, że nie dopilnowałam.
            Mimo że faktura to nie ześwirowany ze strachu rodzic, który przez
            noc może osiwieć.
            • mama_kotula Re: protozoa 22.04.09, 11:46
              Jeśli moim obowiązkiem było podpisanie tej faktury i wytłumaczenie,
              > to podpisuję i tłumaczę, plując sobie w brodę, że nie dopilnowałam.

              Co, jeśli w ciągu dnia miałaś 20 takich faktur i wyjaśnień, a ta była 21 w kolejce i najzwyczajniej w świecie nie zdążyłaś?

              Przypominam: istnieje wyjście alternatywne, chwilowe (drugi referent, który jest w stanie tymczasowo podpisać fakturę = lekarz dyżurny który może uspokoić rodzica, może nie przytaczając najdrobniejsze szczegóły, ale informując ogólnie o stanie dziecka).
              • malila Re: protozoa 22.04.09, 11:56
                mama_kotula napisała:
                > Przypominam: istnieje wyjście alternatywne, chwilowe (drugi
                referent, który jes
                > t w stanie tymczasowo podpisać fakturę = lekarz dyżurny który może
                uspokoić rod
                > zica, może nie przytaczając najdrobniejsze szczegóły, ale
                informując ogólnie o
                > stanie dziecka).

                Chyba nie kumam, w czym problem. Mnie osobiście jest obojętne, czy
                info dostanę od lekarza prowadzącego czy od lekarza dyżurnego.
                Wazne, żebym wiedziała, gdzie mogę je uzyskać. Jeśli biegam za
                lekarzem, to dlatego, że wcześniej nie był dostępny, a od
                pielęgniarek czy kogokolwiek innego nie byłam w stanie dowiedzieć
                się, kto może mi udzielić informacji.
                • mama_kotula Re: protozoa 22.04.09, 12:31
                  Malilo, nie dla wszystkich nie jest to problem, bo są osoby które odpowiedź lekarza dyżurnego "nie prowadzę pani dziecka, ale zajrzę w kartę... wygląda na to, że stan jest stabilny, ostatnie wyniki w normie, zlecenia widzę że kontynuowane, wszystko ok, po więcej szczegółów proszę zgłosić się do lekarza prowadzącego jutro" traktują jako osobistą obrazę majestatu i nieudzielenie żadnych informacji o dziecku.

                  Prawda jest taka, że brakuje czasu. Brakuje, bardzo brakuje tego czasu i mało kto sobie zdaje z tego sprawę. Lekarz informuje na obchodzie, jeśli rodzic nie dopytuje - lekarz idzie dalej, bo ma do zbadania jeszcze piętnaścioro innych dzieci i do poinformowania piętnaścioro rodziców.
                  Potem lekarz wraca do gabinetu i ma 150 spraw na cito - załatwienie pilnej konsultacji okulistycznej, bo czeka dziecko do punkcji lędźwiowej, bez zbadania dna oka nie można wykonać; załatwienie transportu, wypisanie zleceń, aktualizacja zleceń bo przyszły wyniki badań i natychmiast trzeba to i to, na izbie czeka 4 dzieci, a jeszcze jest pilna konsultacja na chirurgii. Ale wg niektórych lekarz siedzi w gabinecie i... siedzi. Albo, co gorsza, kawę pije. Ooo, albo "jakieś papiery wypełnia" (czyli np. wypisuje zlecenie na badania dla duszącego się na izbie przyjęć dziecka).

                  Ja sobie zdaję sprawę, że są lekarze, którzy się opieprzają i właśnie, siedzą. Bo są. W każdym środowisku są ludzie i stołki.

                  Zdaję sobie sprawę również, że rodzic chciałby dostać zawsze szczegółową informację na temat dziecka, tu i teraz i natychmiast - to całkiem normalne, rodzic jest w stresie, boi się o zdrowie dziecka i chce wiedzieć. Tu podpowiem, tak praktycznie: dopytywać się w czasie obchodu.

                  Czasem jest taki sajgon na oddziale, że naprawdę warto tymczasowo uspokoić się szybką informacją złapaną w biegu - "wszystko jest w porządku, obrzęk ustąpił, badania w normie" plus "przepraszam panią, bo się teraz bardzo spieszę - zapraszam jutro w godzinach konsultacji" - i nie traktować tego jako olewania pacjenta, domagając się w każdej chwili dokładnego przeanalizowania i wyłożenia rodzicowi, co znaczy spadek jakiegoś tam parametru krwi o dwie dziesiąte.
                  Bo są - niestety dla rodzica - sprawy obiektywnie bardziej priorytetowe niż udzielanie szczegółowych informacji w danym momencie.


                  A propos czasu i tych priorytetów, mnie się przypomina taka sytuacja - moja siostra jest laborantką, na dyżurze weekendowym są w laboratorium 2 osoby na cały kilkusetłóżkowy szpital.
                  Ostatnio siostra robiła na cito krzyżówkę krwi dla dziecka z wypadku, kiedy przyszła kobieta na pobranie krwi i zaczęła pokrzykiwać spod drzwi, że dlaczego tak długo musi czekać!! że to niedopuszczalne!! że oni MAJĄ OBOWIĄZEK (no mają, nie da się ukryć).

                  Siostra wyszła i powiedziała jej wprost, że robi krzyżówkę krwi, aby przetoczyć krew kilkuletniemu dziecku, które własnie umiera.
                  - Yyy... to wy tu macie takie dzieci?

                  ...
                  Nie, k.wa. Mamy tylko panią. (dopisek mój)
                  • sir.vimes O, to, to 22.04.09, 12:42
                    "Siostra wyszła i powiedziała jej wprost, że robi krzyżówkę krwi, aby przetoczyć
                    krew kilkuletniemu dziecku, które własnie umiera.
                    - Yyy... to wy tu macie takie dzieci?"

                    Dlatego warto pięć razy ugryźć się w język zanim się zrobi tak polecaną "awanturę"
                    • ally Re: O, to, to 22.04.09, 13:19
                      imho siostra mogła to powiedzieć wcześniej, bo ta awanturująca się kobieta mogła
                      zwyczajnie nie mieć czasu. pacjenci to też ludzie i też mają swoje sprawy na
                      głowie - czasami naprawdę ważne.
                      • mama_kotula Re: O, to, to 22.04.09, 13:29
                        ally napisała:
                        > imho siostra mogła to powiedzieć wcześniej, bo ta awanturująca się kobieta mogła zwyczajnie nie mieć czasu. pacjenci to też ludzie i też mają swoje sprawy na głowie - czasami naprawdę ważne.

                        Na litość boską, czy ty uważasz, że laborant ot tak sobie a muzom mówi "proszę zaczekać"? Bo właśnie kończy partyjkę chińczyka na kurnik.pl?
                        Widziałaś ty kiedykolwiek dyżur w laboratorium? Idź, zobacz.

                        Pani awanturowała się od progu. Wyszła do niej siostra i powiedziała, żeby pani zaczekała. Po czym pani nadal nabuzowana emocjami wykrzykiwała sobie racje, że nigdy nie trzeba było czekać, że oni mają obowiązek i inne srety bzdety?
                        • ally Re: O, to, to 22.04.09, 13:42
                          była nabuzowana emocjami? a może miała powód, bo jej się cholernie śpieszyło?
                          nie popieram darcia ryja, ale nie popieram też podejścia: pacjent ma czas, niech
                          czeka i zastanawia się, czy załatwi sprawę za 15 minut czy za półtorej godziny.
                          • mama_kotula Re: O, to, to 22.04.09, 13:57
                            ally napisała:
                            > była nabuzowana emocjami? a może miała powód, bo jej się cholernie śpieszyło?

                            Kali zabrać krowy, Kalemu zabrać krowy... tongue_out
                          • angazetka Re: O, to, to 22.04.09, 22:32
                            > była nabuzowana emocjami? a może miała powód, bo jej się cholernie
                            śpieszyło?

                            Mniemam, że osobie przygotowującej krew dla powypadkowego dziecka
                            spieszyło się jakby bardziej.
                            • ally Re: O, to, to 22.04.09, 22:48
                              zapewne, tyle że pani wrzeszcząca nie miała o tym pojęcia. jak się dowiedziała,
                              to się zamknęła. wystarczyło się odezwać.
                              • mama_kotula Re: O, to, to 23.04.09, 00:02
                                ally napisała:
                                > zapewne, tyle że pani wrzeszcząca nie miała o tym pojęcia. jak się dowiedziała, to się zamknęła. wystarczyło się odezwać.

                                A jakby moja siostra akurat nie "ratowała życia" tylko wykonywała inną pracę, to już daje pani prawo do darcia japy?

                                Widzisz, Ally, mnie się wydaje, że średnio rozgarnięty człowiek wie, co się robi w laboratorium czy szpitalu. I wie, że - w większości przypadków, zaznaczam, bo zaraz się posypią posty z setkami przykładów o opieprzających się pięlegniarkach - jeśli ktoś mu mówi "proszę zaczekać" to nie mówi tego, bo akurat ma taki kaprys i chce mu zrobić na złość, tylko dlatego, że zapewne wykonuje jakąś pracę i najzwyklej nie może mnie teraz przyjąć. I również nie widzę żeby cokolwiek stało mi na przeszkodzie, aby po pierwszym "proszę zaczekać" zapytać ile trzeba będzie czekać. Mnie korona z głowy nie spada w takich przypadkach.
                                Ok, pewnie i masz rację, że siostra powinna poinformować panią od razu - natomiast tak samo, jak pani mogła być nabuzowana emocjami, bo się spieszy, tak samo - wydaje mi się - laborantowi przysługuje prawo do maksymalnego skupienia całej uwagi na czymś, co musi wykonać jak najszybciej, kiedy liczy się każda minuta, i kiedy nie może sobie pozwolić na potencjalną dyskusję z innym pacjentem.



                                Nota bene znałam kiedyś jedną panią doktor z przychodni, która na wszelkie "pani mi to zrobi teraz zaraz już, bo ja się spieszę!!!" odpowiadała bardzo spokojnie "drogi panie, proszę się zdecydować: czy się pan spieszy, czy chce pan się leczyć".
                              • protozoa Re: O, to, to 23.04.09, 07:44
                                Tak może pomyslec tylko ktos kto nie ma pojęcia o pracy w laboratoriumi nie chce
                                pomyslec nawet przez moment.
                                Po pierwsze - czas to życie - w tym przypadku tego dziecka, ale może byc Wasze
                                czt Waszego dziecka.
                                po drugie - gadki to mozliwość pomyłki i tragiczne w skutkach konsekwencje. A
                                kto byłby wtedy odpowiedzialny - ci wrednio lekarze, nie awanturująca sie kobieta.
                        • malila Re: O, to, to 22.04.09, 13:58
                          mama_kotula napisała:
                          > Pani awanturowała się od progu.

                          Pani zapewne miała syndrom przekupki: jak nie będę krzyczeć, to mnie
                          nie zauważą.
                          Ale awantura awanturze nierówna. Są klienci awanturujący się od
                          progu (dlatego należy wpuszczać tylko tych w krawatach), a są tacy,
                          którzy awanturę wywołają dopiero w ostateczności, kiedy prośby nie
                          skutkują, kiedy są namiętnie ignorowani, kiedy zachowanie personelu
                          szpitalnego mocno przekracza i tak już naruszone granice. I mam
                          wrażenie, jakby ta dyskusja toczyła sie przez szybę. Jedni mówią o
                          tym, jak źle traktowani bywają mali pacjenci i ich rodzice i że
                          bywa, że coś się poprawia dopiero wtedy, kiedy się podniesie głos. A
                          drudzy o tym, jak wredni potrafią być pacjenci i jak czasem trzeba
                          zastosować środki ponadstandardowe, żeby pacjent z tą wredotą
                          przystopował.
                          • ally Re: O, to, to 22.04.09, 21:40
                            ano właśnie. ja nie kupuję narracji "ja pani chirurg/pani laborantka w pocie
                            czoła ratuję życie, a durna, małostkowa i roszczeniowa pańcia nie ma wstydu i
                            czegoś żąda". niezależnie od tego, jak ważną misję ma pani chirurg/pani
                            laborantka, trochę empatii nie zaszkodzi.
                • hanalui Re: protozoa 22.04.09, 12:49
                  > Jeśli biegam za
                  > lekarzem, to dlatego, że wcześniej nie był dostępny,

                  Bo moze wtedy byl dostepny dla innych spanikowanych matek, bo moze
                  leczyl, zapisywal leki, operowal dzieci innych spanikowanych
                  rodzicow.
                  Moze wartaloby patrzec ze w takim szpitalu jest ilestam pacjentow *
                  iles tam osob ktore chca informacji * iles tam osob ktore trzeba
                  zbadac, ogladnac, zalecic leczenie, skontrolowac.

                  • id.kulka Re: protozoa 22.04.09, 12:57
                    hanalui napisała:

                    > > Jeśli biegam za
                    > > lekarzem, to dlatego, że wcześniej nie był dostępny,
                    >
                    > Bo moze wtedy byl dostepny dla innych spanikowanych matek, bo moze
                    > leczyl, zapisywal leki, operowal dzieci innych spanikowanych
                    > rodzicow.
                    > Moze wartaloby patrzec ze w takim szpitalu jest ilestam pacjentow
                    *
                    > iles tam osob ktore chca informacji * iles tam osob ktore trzeba
                    > zbadac, ogladnac, zalecic leczenie, skontrolowac.

                    I jako mama dziecka, które nieprzytomne leży pod kroplówką (czego
                    nie życzę oczywiscie) w tej sytuacji grzecznie i pokornie czekasz,
                    aż ktoś kiedyś znajdzie chwilę, by Cię poinformować o stanie zdrowia
                    Twojego dziecka.
                    • hanalui Re: protozoa 22.04.09, 15:08
                      id.kulka napisała:
                      > I jako mama dziecka, które nieprzytomne leży pod kroplówką (czego
                      > nie życzę oczywiscie) w tej sytuacji grzecznie i pokornie czekasz,
                      > aż ktoś kiedyś znajdzie chwilę, by Cię poinformować o stanie
                      zdrowia
                      > Twojego dziecka.

                      Nie..pokornie nie czekam...ja zwyczajnie nie wierze ze nikt przez 4
                      dni nie udzielil zadnych informacji, ba...smiem twierdzic ze tych
                      informacji udzielono tylko ze albo udzielila ich nie ta osoba od
                      ktorej chcialo sie uslyszec, albo udzielone informacje trzeba
                      jeszcze potwierdzic u tego i tego lekarza, albo nie przyjmuje sie do
                      wiadomosci ze to sa wlasnie te informacje i trzeba to uslyszec raz
                      jeszcze od moze bardziej kompetentnej osoby.
                      Iformacja udzielona przeciez przez zwyklego lekarza, zwykla
                      pielegniarke nie bedzie przeciez ta sama uslyszana od ordynatora czy
                      kogos w szczebelku wyzej
                      • id.kulka Re: protozoa 22.04.09, 16:02
                        hanalui napisała:

                        > Nie..pokornie nie czekam...ja zwyczajnie nie wierze ze nikt przez
                        4
                        > dni nie udzielil zadnych informacji

                        Ha ha. Wierzysz, powiadasz? No to fajnie big_grin
                        Byłam na patologii ciąży na sali z dziewczyną, której przez tydzień
                        (!) nie powiedziano, że ma polipa na szyjce macicy i stąd plamienia
                        i ona przez ten tydzień świrowała, że nie uratują jej tej ciąży. A
                        ciapowata nie była - tyle że zamiast pytać na obchodzie: "Pani
                        doktor, co się dzieje, dlaczego wciaż plamię?" trzeba było
                        zapytać: "Mam polipa?" wink
                  • protozoa Re: protozoa 22.04.09, 13:14
                    W szpitalach dziecięcych są wyznaczone godziny, w których udziela się rodzicom
                    informacji. Są to godziny przedpołudniowe, najczęściej zaraz po porannym
                    obchodzie. Tylko.... nieliczni rodzice respektują te godziny, bo praca, bo szef,
                    bo obowiązki. Przychodzą kiedy IM jest wygodnie i łapią lekarza za rekaw gdy ten
                    jest po pracy. Dlaczego, jak słusznie zauważyła mama kotula, nikt nie wymaga od
                    referenta podpisywania faktur po godznach, nikt nie łapie za rękaw nauczyciela,
                    bo nie miał czasu przyjść na wywiadówke, natomiast lekarza......czemu nie.
                    Współpraca będzie zła jeśli pacjenci i ich nie zechcą zrozumieć, że my tez mamy
                    godziny pracy i godziny odpoczynku, godziny dla chorych i własnych rodzin.
                    • ally Re: protozoa 22.04.09, 13:21
                      hmm, w urzędach to b. często wygląda tak, że jeśli po godzinie zamknięcia nadal
                      stoi kolejka (która ustawiła się wcześniej), to urzędnicy siedzą na tyłkach i
                      obsługują petentów.
                • protozoa Re: protozoa 22.04.09, 13:15
                  Czy nie przesadzasz?
          • id.kulka Re: protozoa 22.04.09, 12:49
            mama_kotula napisała:

            > Wychodzisz z pracy, jesteś ubrana i w płaszczu, zamykasz drzwi od
            biura. Twoja
            > godziny pracy skończyły się 10 minut temu, za pół godziny kończą
            się godziny pr
            > acy przedszkola gdzie jest twoje dziecko.
            > Nagle podlatuje kobieta, szarpie cię za rękaw i krzyczy "bo pani
            mi musi tu pod
            > pisać jeszcze tę jedną fakturę i wyjaśnić, o co w niej chodzi.
            > Tłumaczysz pani, że dzisiaj nie zdążyłaś, i że może POPROSIĆ
            referenta dyżurneg
            > o, aby podpisał, tylko że jemu może to zająć więcej czasu, bo nie
            zna pani sytu
            > acji i będzie musiał się najpierw z nią zapoznać - a jeśli ma w
            danym momencie
            > sprawy bieżące, to nie da rady.
            > Pani dalej nalega. Czas leci. Dziecko czeka w przedszkolu. Modlisz
            się o to, ab
            > y nie było korków.
            > Co robisz?

            ..zakładając, że już przez co najmniej kilka dni nie znalazłaś
            czasu, by tę fakturę podpisać, że referent dyżurny wciaż zbywa tę
            panią, bo mu się nie chce zagłębiać w jakiekolwiek papierki i mówi,
            że nie jest zorientowany w sytuacji. Aha. No i pani jest
            półprzytomna z niepokoju, bo od tej faktury zależy zdrowie jej
            dziecka.
            • protozoa Re: protozoa 22.04.09, 13:09
              Jestem w tej chwili w szpitalu. Od 4 godzin powinnam odpoczywać w domu, jednak o
              5 przywieziono pacjenta, którego musieliśmy pilnie operować - stałam przy stole
              ponad 6 godzin. Czy myslicie, ze estem wstanie udzielić W TYM MOMENCIE
              informacji o stanie zdrowia pacjenta X, Y czy Z? Nie!!!! Widzę tylko pole
              operacyjne tego chorego, którego uratowalismy. Co więcej, nie jestem wstanie
              siąść za kierownica samochodu, czekam az mąż skończy pracę.
              Tak to wygląda od środka. Żona pacjentów X, Y czy Z zapewne myśli, że brak mi
              dobrej woli. Nie, brakuje mi siły, jestem po pracy.
              • araukaria29 Re: protozoa 22.04.09, 13:23

                > Tak to wygląda od środka. Żona pacjentów X, Y czy Z zapewne myśli, że brak mi
                > dobrej woli. Nie, brakuje mi siły, jestem po pracy.
                Brawo. Odpoczywaj.
                Ale rozumiem, że jesteś jedynym lekarzem w tym szpitalu? I nie ma innego lekarza
                ani pielęgniarki, żeby powiedzieć rodzinie, która teraz pewnie przeżywa
                najgorsze chwile swojego zycia, że on żyje, wycielismy mu to, wpakowalismy
                tamto. Teraz jedzie w szpitalu na taką a taką salę. Jego stan jest taki a taki.
                Naprawdę nikt taki się nie znajdzie????? Skoro TY masz wolne, przynajmniej na
                papierze, tzn , ze ktos inny ma dyżur. Skoro Ty masz wolne to nie znaczy, że
                rodzina tego pacjenta moze umierac z niepokoju.
                Prawda jest taka, że wszystko zalezy od ludzi. W jednym szpitalu można w innym
                pacjenta i rodzine traktuje sie jak natręta.
                • mama_kotula Re: protozoa 22.04.09, 13:32
                  Araukaria, tylko że rodziny bardzo często domagają się informacji od TEGO KONKRETNEGO LEKARZA KTÓRY OPEROWAŁ MOJEGO KREWNEGO A NIE OD PRZYPADKOWEGO LEKARZA DYŻURNEGO, nawet jeśli widzą że ten lekarz po wyjściu z sali operacyjnej ledwo stoi na nogach. Ja myślę, że o takie, a nie inne przypadki chodzi tutaj Protozoi.
                  • id.kulka Re: protozoa 22.04.09, 13:56
                    mama_kotula napisała:

                    > Araukaria, tylko że rodziny bardzo często domagają się informacji
                    od TEGO KONKR
                    > ETNEGO LEKARZA KTÓRY OPEROWAŁ MOJEGO KREWNEGO A NIE OD
                    PRZYPADKOWEGO LEKARZA DY
                    > ŻURNEGO, nawet jeśli widzą że ten lekarz po wyjściu z sali
                    operacyjnej ledwo st
                    > oi na nogach. Ja myślę, że o takie, a nie inne przypadki chodzi
                    tutaj Protozoi.

                    Mnie osobiście rybka, kto mnie poinformuje, byleby to zrobił w
                    sposób sensowny.
                    Ale...
                    Wiem, jak czasem wygląda informowanie przez lekarza dyżurującego.
                    Drugie cc miałam pod narkozą, wybudziłam się, jak młodego już
                    zabrano. Dowiedziałam się, że był jakiś krwotok i były komplikacje.
                    Na pytanie o dziecko usłyszałam "Ok, ok", co mi na daną chwilę
                    wystarczyło. Jednak mijały godziny, a młodego mi nie przywożono na
                    salę, nikt nic nie wiedział. Przeszło dobę po cc obecna na obchodzie
                    dr, po moich ciągłych pytaniach o stan dziecka, otworzyła kartę i
                    przeczytała: "Punktacja Apgar w kolejnych minutach życia 4,6,8.
                    Wymagał resuscytacji. Więcej nie jestem pani w stanie powiedzieć". I
                    poszła. Ani słowa, w jakim stanie teraz jest dziecko, jakie są
                    rokowania, czy podają mu leki, robią jakiekolwiek badania. Że ja
                    przez tę jedną noc nie osiwiałam, to się bardzo dziwię.
        • gonia28b brawo iskra... :) 22.04.09, 20:08

    • dorek3 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 21.04.09, 12:16
      jestem świeżo po pobycie na oddzialale otolaryngologicznym w szpitalu na Niekłańskiej. Spędziłam tam z synkiem dokładnie całe święta. mTrafilismy z opornym na leczenie zapaleniem ucha. I wrażenia mam nadprawdę dobre. Nie oczekiwałam może dla siebie oddzielnego łóżka, ale sam oddział czyściutki, wyremontowany, z łazienkami dla rodziców, ze świetlicą gdzie rodzice i dzieci mogą razem zjeść. Fakt, oddział jest niewielki, a w czasie świąt dodatkowo wyludniony i to być może sprzyja, że wszystko jest ok. Nie podobało mi się, że moje dziecko do zabiegowego ma iść samo, ale ostatecznie okazało się że mniej wtedy płacze i lepiej znosi założenie wenflonu (bardzo sprawne, delikatne). Będąc z dzieckiem nie oczekuję iz pielęgniarki się nim będą zajmować. Po to właśnie zostaję ja. Jedynie na co będę niezmiennie narzekać to komunikacja. System dtżurowy sprawia że przez 4 dnik nikt nic nie wie i nie umie powiedzieć. U nas poprawa była od razu więc tak bardzo mnie to nie denerwowało, ale inna mama naprawdę umierała z niepokopju o dzieco, które było szpikowane antybiotykami i sterydami bez żadnej głębszej rozmowy i pomysłu (sami lekarze się do tego przyznawali). Bardszo brakauje mi partnerstwa na linii rodzic-lekarz. Dlaczego jest ono możliwe w gabinecie a nie mozliwe na oddziale???
      • sir.vimes Kwestia kasy 21.04.09, 15:41
        "Bardszo brakauje mi pa
        > rtnerstwa na linii rodzic-lekarz. Dlaczego jest ono możliwe w gabinecie a nie m
        > ozliwe na oddziale???"

        Wszystko dałoby się rozwiązać kwestią kasy.
        Przemęczony personel = cięższa komunikacja. Średnie lub fatalne warunki (10
        chorych na sali, krzesełko dla rodzica) = zirytowane rodziny chorych = cięższa
        komunikacja.
        Brak pieniędzy na szkolenia, pomysły o których wspominał doktor z artykułu. Brak
        pieniędzy (czasem też pewnie pomysłu) na psychologa/mediatora, który mógłby
        wiele pomóc rodzicom pacjentów.

        Jasne, że czasem działa czynnik ludzki. Ale nie tylko to jest problemem.

        Poza tym - ja konsekwentnie polecam grzeczną asertywnośćsmile
        • ally nie tylko 21.04.09, 20:19
          polecam tekst dunin:
          kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,96856,4227389.html
      • ca.melia Re: Horror w dziecięcych szpitalach - długie 21.04.09, 16:18
        Teraz ja

        Odrazu nadmienię, że pracuję już 4 rok z lekarzami i jestem w
        stanie zrozumieć tysiące rzeczy. To, że na dyżurze jest jeden i się
        nie rozerwie to, że bywa zmęczony, zły i sfrustrowany. Oczywiście.

        ale własnie dzięki swojej pracy zobaczyłam też tę drugą stronę
        medalu pt. "pacjent nie zając, nie ucieknie". Generalnie na
        wsztystko jest czas, czasem nawet dla pacjenta. zarówno w
        przychodniach jak i na oddziałach.

        A teraz jako matka.


        Gdynia, Szpital Miejski. Córka 7 m-cy, zapalenie płuc, gorączka, 5 h
        siedzenia na korytarzu. Jedyne, co słyszałam, to "Tak tak zaraz",
        krew pobrana, lezała na izbie 3 godz, bo Pani zapomniała zanieść..
        Jak się wydarłam na osiem pięter szpitala, zaraz stało się "teraz".

        Dziecko karmiane piersią - Pani kazała odchudzać, bo "żył nie widać".

        Po wielu latach, w zeszłym roku ten sam szpital, córka z chorobą
        Schönleina-Henocha, opuchnięta od pasa w dół, krwistoczerwona, stopy
        jak balony, nie widać paluszków, z opuchnietymii stawami łokciowymi,
        głową. Jedna wielka tragedia.

        Pobyt półtora miesiaca. Pielegniarki rewelacja, lekarze-
        • protozoa Re: Horror w dziecięcych szpitalach - długie 21.04.09, 16:36
          A co by było i kto by odpowiadał za to gdyby wrzatek z czajnika poparzył Twoje
          dziecko? Paskudne pielegniarki czy wredni lekarze? No bo przeciez nie matka
          łamiąca przepisy.
          Zapach jedzenia - oddział szpitalny to nie kucnia a kuchnia szpitalna to nie
          restauracja, w której mozna sobie wybrac dowolny posiłek. Na ten cel NFZ
          przeznacza groszowe fundusze i jest to co jest. Na marginesie - lekarz na
          dyzurze nie dostaje nawet kromki chleba i... nie gotuje sobie obiadów.
          Wa runki lokalowe szpitali sa jakie sa, drastycznie brakuje łóżek
          pediatrycznych. Więc może lepiej jeszcze je ograniczyc po to, aby matki miały
          gdzie spac. I powstaje pytanie - gdzie kłaść chorych? Odsyłać do domów? na
          polówkach ( co wtedy z ich matkami)? Szukac miejsc w innych województwach?
          Gdyby lekarzy było więcej ( dramatycznie brakuje pediatrów) byliby mniej
          obciążeni praca i mieliby więcej czasu dla matek. Lekarzom płaca głównie za
          leczenie, wszystkie inne czynności są dodatkiem. Jeżeli w ciągu dnia nie ma sie
          czasu na badania, zabiegi, zlecenia to nie ma tym bardziej na rozmowy. Jesli
          lekarz jest PO PRACY to nie musi zostawać w szpitalu i odpowiadać na niekończące
          sie pytania. Powtarzam jest to JEGO PRYWATNY CZAS, miałam kiedys pacjentkę,
          która nie mogła pojąć jak ja mam czelność o 16.30 spieszyć sie na wywiadówkę......
          • kasiak1004 Re: Horror w dziecięcych szpitalach - długie 21.04.09, 17:04
            protozoa napisała:

            Na marginesie - lekarz na
            > dyzurze nie dostaje nawet kromki chleba i... nie gotuje sobie
            obiadów.

            na dyzurze-czyli w pracy.
            sorry ale ja w pracy tez sobie nie gotuje i nikt mi niedaje kromki
            chleba. mam tak ja i prawdopodobnie miliony innych ludzi.
            lekarz jest w pracy bo taka sobie wybral a dziecko i jego rodzice
            nie przebywaja w szpitalu bo maja taki kaprys. wiec skoro dziecko
            nie lubi jakiejs potrawy lub jest alergikiem to lepiej zeby
            glodowalo, niz jego mama ugotowala cos co dziec lubi?
            • mama_kotula Re: Horror w dziecięcych szpitalach - długie 21.04.09, 17:29
              Cytatskoro dziecko nie lubi jakiejs potrawy lub jest alergikiem to lepiej zeby glodowalo, niz jego mama ugotowala cos co dziec lubi?

              A powiedz mi, kto będzie odpowiedzialny, jeśli dziecko w szpitalu ulegnie zatruciu pokarmowemu? szpital, czy matka przygotowująca posiłek?

              Kuchnia szpitalna - jak każda kuchnia masowa - ma obowiązek przechowywania tzw. "próbek" każdej potrawy właśnie na taki wypadek - w przypadku zatruć są one badane bakteriologicznie.

              Zakaz przyrządzania posiłków w niektórych szpitalach (z tego co wiem, w większości) to wyłącznie względy higieniczno-bakteriologiczne, a nie robienie na złość rodzicom.
              Skąd wiadomo, że matka przygotowująca obiad dla dziecka jest całkowicie zdrowa i przestrzega podstawowych zasad higieny? Szpital tego nie wie. Jeśli dojdzie do zatrucia czy pokarmowego zakażenia bakteryjnego, ciężko będzie dojść jego przyczyny. I na dobrą sprawę pozostanie otwarta kwestia odpowiedzialności za to.
              • id.kulka Re: Horror w dziecięcych szpitalach - długie 21.04.09, 17:34
                mama_kotula napisała:

                >
                > A powiedz mi, kto będzie odpowiedzialny, jeśli dziecko w szpitalu
                ulegnie zatru
                > ciu pokarmowemu? szpital, czy matka przygotowująca posiłek?
                >
                > Kuchnia szpitalna - jak każda kuchnia masowa - ma obowiązek
                przechowywania tzw.
                > "próbek" każdej potrawy właśnie na taki wypadek - w przypadku
                zatruć są one ba
                > dane bakteriologicznie.
                >
                > Zakaz przyrządzania posiłków w niektórych szpitalach (z tego co
                wiem, w większo
                > ści) to wyłącznie względy higieniczno-bakteriologiczne, a nie
                robienie na złość
                > rodzicom.
                > Skąd wiadomo, że matka przygotowująca obiad dla dziecka jest
                całkowicie zdrowa
                > i przestrzega podstawowych zasad higieny? Szpital tego nie wie.
                Jeśli dojdzie d
                > o zatrucia czy pokarmowego zakażenia bakteryjnego, ciężko będzie
                dojść jego prz
                > yczyny. I na dobrą sprawę pozostanie otwarta kwestia
                odpowiedzialności za to.
                >
                >

                Dobra, Kotula, masz rację, ja się jednak nadal zastanawiam, co ma
                jeść ten mały alergik, któremu szpital nie jest w stanie zapewnić
                odpowiedniej diety?

                Leżałam kiedyś na patologii ciąży w szpitalu, gdzie menu wyglądało
                tak: rano kromka (ewentualnie druga na dokładkę) chleba, kawałek
                masła (w łyżeczce od herbaty by się ta porcja zmieściła), na obiad
                pół talerza cienkiej zupy, kolacja - patrz: śniadanie. Niektóre
                panie leżały tam tygodniami/miesiącami. Jak się w tej sytuacji
                obejść bez żarcia z zewnątrz?
                • mama_kotula Re: Horror w dziecięcych szpitalach - długie 21.04.09, 17:54
                  Co do alergii - nie wiem.

                  Akurat nasz szpital zapewnia podstawowe rodzaje diet antyalergicznych - bezmleczna, bezglutenowa, bezjajeczna i tak dalej.
                  Tylko widzisz, rodzic potrafi zrobić awanti bo dziecko nie dostaje w szpitalu określonego mleka (głównie chodzi o firmę - dziecko dostaje z Nutricii, a rodzic życzy sobie z Nestle, bo "zawsze pije Nestle").

                  Z drugiej strony - pewnie jakby szpital nie zapewniał odpowiedniej diety, postarałabym się "wywalczyć" możliwość przygotowywania posiłków antyalergicznych - z zachowaniem odpowiednich zasad higieny, z odkładaniem tych nieszczęsnych próbek. Niemal wszystko jest do ugrania, liczy się jednak forma i podejście.

                  Zauważyłam, że zakaz przynoszenia posiłków z zewnątrz tyczy się przede wszystkim oddziałów pediatrycznych, na oddziałach dla dorosłych oko się na to przymyka (też na patologii leżałam i pamiętam, nie wspominając już o położnictwie, gdzie karmiąc piersią byłam głodna jak smoczysko). No ale też jak już się dostaje zezwolenie - to z głową je realizować. Jeśli pacjenta obowiązuje określona dieta, to posiłki z domu przynosić zgodnie z dietą, a nie wedle upodobań. Ale to chyba oczywiste.
          • id.kulka Re: Horror w dziecięcych szpitalach - długie 21.04.09, 17:28
            protozoa napisała:

            > A co by było i kto by odpowiadał za to gdyby wrzatek z czajnika
            poparzył Twoje
            > dziecko? Paskudne pielegniarki czy wredni lekarze? No bo przeciez
            nie matka
            > łamiąca przepisy.

            A któraś kiedyś poparzyła, z ciekawości zapytam?
            I czy naprawdę nie dałoby rady udostepnić czajnika
            kuchennego/korytarzowego dla opiekunów dzieci?

            > Zapach jedzenia - oddział szpitalny to nie kucnia a kuchnia
            szpitalna to nie
            > restauracja, w której mozna sobie wybrac dowolny posiłek. Na ten
            cel NFZ
            > przeznacza groszowe fundusze i jest to co jest.

            No dobrze, to co ten mały alergik ma jeść?

            Na marginesie - lekarz na
            > dyzurze nie dostaje nawet kromki chleba i... nie gotuje sobie
            obiadów.

            Ale wraca do domu, gdzie ten obiad może zjeść, a dziecko (i często
            jego opiekun także) trochę by musiało się przegłodzić uncertain

            > Wa runki lokalowe szpitali sa jakie sa, drastycznie brakuje łóżek
            > pediatrycznych. Więc może lepiej jeszcze je ograniczyc po to, aby
            matki miały
            > gdzie spac.

            Te matki to ogólnie samo zło dla szpitala... Tylko gdyby ich nie
            było, to kto by się zajmował maluchami? Te cieżko zarobione
            pielęgniary?

            I powstaje pytanie - gdzie kłaść chorych? Odsyłać do domów? na
            > polówkach ( co wtedy z ich matkami)? Szukac miejsc w innych
            województwach?
            > Gdyby lekarzy było więcej ( dramatycznie brakuje pediatrów) byliby
            mniej
            > obciążeni praca i mieliby więcej czasu dla matek. Lekarzom płaca
            głównie za
            > leczenie, wszystkie inne czynności są dodatkiem.

            Nie, lekarz ma obowiazek informowania o stanie zdrowia pacjenta,
            leczeniu, wykonywanych badaniach...

            Jeżeli w ciągu dnia nie ma si
            > e
            > czasu na badania, zabiegi, zlecenia to nie ma tym bardziej na
            rozmowy.

            Z moich doświadczeń wynika, że pielęgniarki, owszem, często nie mają
            czasu na rozmowy, ale nie lekarze smile

            Jesli
            > lekarz jest PO PRACY to nie musi zostawać w szpitalu i odpowiadać
            na niekończąc
            > e
            > sie pytania. Powtarzam jest to JEGO PRYWATNY CZAS, miałam kiedys
            pacjentkę,
            > która nie mogła pojąć jak ja mam czelność o 16.30 spieszyć sie na
            wywiadówkę...
            > ...
          • araukaria29 Re: Horror w dziecięcych szpitalach - długie 21.04.09, 17:31
            protozoa napisała:

            > A co by było i kto by odpowiadał za to gdyby wrzatek z czajnika poparzył Twoje
            > dziecko? Paskudne pielegniarki czy wredni lekarze? No bo przeciez nie matka
            > łamiąca przepisy.
            > Zapach jedzenia - oddział szpitalny to nie kucnia a kuchnia szpitalna to nie
            > restauracja, w której mozna sobie wybrac dowolny posiłek. Na ten cel NFZ
            > przeznacza groszowe fundusze i jest to co jest. Na marginesie - lekarz na
            > dyzurze nie dostaje nawet kromki chleba i... nie gotuje sobie obiadów.
            > Wa runki lokalowe szpitali sa jakie sa, drastycznie brakuje łóżek
            > pediatrycznych. Więc może lepiej jeszcze je ograniczyc po to, aby matki miały
            > gdzie spac. I powstaje pytanie - gdzie kłaść chorych? Odsyłać do domów? na
            > polówkach ( co wtedy z ich matkami)? Szukac miejsc w innych województwach?
            > Gdyby lekarzy było więcej ( dramatycznie brakuje pediatrów) byliby mniej
            > obciążeni praca i mieliby więcej czasu dla matek. Lekarzom płaca głównie za
            > leczenie, wszystkie inne czynności są dodatkiem. Jeżeli w ciągu dnia nie ma si
            > e
            > czasu na badania, zabiegi, zlecenia to nie ma tym bardziej na rozmowy. Jesli
            > lekarz jest PO PRACY to nie musi zostawać w szpitalu i odpowiadać na niekończąc
            > e
            > sie pytania. Powtarzam jest to JEGO PRYWATNY CZAS, miałam kiedys pacjentkę,
            > która nie mogła pojąć jak ja mam czelność o 16.30 spieszyć sie na wywiadówkę...
            > ...

            No jacy podli pacjenci i ich rodziny. Chcą się czegoś dowiedzieć. Wstydu nie mają!
            Przyznam się, że nie do końca rozumiem, czemu mają służyć Twoje posty.
            Udowodnieniu nam, że to rodzice są podli a lekarze i pielęgniarki tacy
            wspaniali? Co do pani, która miała pretensję, że spieszysz się na wywiadówkę, to
            nasunęło mi się jedno pytanko. Ile czasu ta kobieta "polowała" na lekarza, żeby
            czegokolwiek się dowiedzieć? Ile? Bo mnie to zajęło bardzo duzo czasu. Tyle, ze
            w znanym warszawskim szpitalu wylądowałam wściekła w gabinecie u dyrektora. No
            cóż. 4 dni poszukiwań i domagania się informacji o nieprzytomnym pacjencie,
            jedną noga na tamtym świecie to chyba dosyć. I stał się cud. Lekarz się znalazł
            i w końcu się dowiedziałam. Obowiązkiem lekarza jest informowanie pacjenta lub
            jego rodziny o stanie zdrowia chorego. To jest obowiązkiem lekarza. Nie odrywam
            lekarza od stołu operacyjnego, ani nie każe mu siedzieć w szpitalu 24/24, ale
            nie widzę powodu dla którego nie miałabym byc traktowana jak piąte koło u wozu,
            dobre do obsługiwania chorego, ale niegodne informacji. Co do pielęgniar...Tak,
            tak uzyłam tego słowa specjalnie. Piguł też może być. Bardziej obraźliwie nie
            napiszę, bo mi post wykasują. No chyba, że kobietę która usiłuje pobierac krew i
            robic zastrzyki bez rękawiczek i udowadniającą mi, że ona sie moze ode mnie i
            dziecka czymś zarazić, a nie dziecko od niej, nazwiesz pielęgniarką. Dodam, że u
            dziecka po operacji. Bo taka osoba na to określenie, moim zdaniem, nie
            zasługuje. Spotkałam rózne pielęgniarki. Kilka było normalnych. Na pytanie co
            podaje dziecku odpowiadały: antybiotyk. Albo coś na jelita. Albo coś innego. Ale
            też: a co to panią interesuje! Podaje co trzeba! I to podniesionym głosem też
            się zdarzyło. W innym warszawskim szpitalu lekarz kazał pobrac mocz do badania
            dzieciakowi. 16 miesięczne dziecko w pieluszcze. Kazał pobrac rano. Kilka razy
            byłam u hmmmm pielęgniarek. Zawsze słyszałam: zaraz. O 16 weszłam do pokoju
            pielegniarek z jasnym ządaniem zrobienia badania, bo rano dziecko miało mieć
            zabieg.I lekarz jasno powiedział, że musi byc to badanie do zabiegu. I pani
            oderwała się od czytania horoskopu. Wagi dodam, poszła za mną i patrząc na
            dziecko powiedziała rozbrajającym głosem....ale jak ja mam to zrobic....Bo
            rozumiecie, 16miesięczne dziecko, kóremu trzeba pobrać mocz do badania, to na
            oddziale dzieciecym to ewenement!I możemy sobie tak udowadniać długo i chyba bez
            sensu, kto gorszy. Moze pacjenci, może lekarze a może pielęgniarki. Ja jako
            pacjent lub rodzic mam prawo do informacji o stanie zdrowia. I nie ma tu z czym
            tu dyskutować. To jest bezdyskusyjne.
            Z grzaniem jedzenia lub wody w czajnikach sie nie spotkałam. Zawsze był jakis
            pokój z czajnikiem i kuchenką.
            A i mnie też w pracy nie karmią, więc nie rozumiem do czego piłaśsmile
            Chaotyczny nieco ten mój post, ale ta dyskusja przywołała bardzo złe wspomniania
            i doświadczenia. Wiem jedno, wiele by się z słuzbie zdrowia zmieniło, gdyby
            personel zmienił nastawienie do pacjentów. Nie chodzi o kafelki i super łózka,
            ale o zwyczajne bycie normalnym człowiekiem. Nie superhiperdobrą pielęgniarką
            trzymającą za rączkę biednego pacjenta.I nie o lekarza siłacza dzwigającego na
            swych barkach cały świat. Zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o zwyczajne
            wykonywanie swoich obowiązków, bez trzaskania drzwiami, odzywek typu: czego tu!
            /znowu pielęgniarka/, i traktowania swojej pracy jak zło konieczne. Ja też bywam
            w pracy złą, zmęczona i zirytowana. I co z tego. Tylko, że wyzywanie się z tego
            powodu na chorych ludziach i olewanie zwijającego się z bólu człowieka jest
            zwyczajnie niegodne.
            Wybaczcie długi post. Ale temat dotyka mnie do zywego i mocno bulwersuje.
          • ca.melia Re: Horror w dziecięcych szpitalach - długie 21.04.09, 18:21
            protozoa napisała:

            > A co by było i kto by odpowiadał za to gdyby wrzatek z czajnika
            poparzył Twoje
            > dziecko?

            -
            • ca.melia Re: Horror w dziecięcych szpitalach - długie 21.04.09, 18:23
              a co do jedzenia ----> nie zgadniesz, mi w pracy też nikt jeść nie
              daje.
              Jakoś nie wydaje mi się zeby lekarz w umowie o prace miał
              napisane , że jest to praca z wyżywieniem.

              Ludzie do pracy robią sobie kanapki, szok, prawda?
          • mruwa9 protozoa, 21.04.09, 23:18
            jedno z moich dzieci ma bardziej, niz bogate doswiadczenia
            szpitalne. Polskie i niepolskie. A my, zeby bylo smieszniej,
            jestesmy " z branzy" i naprawde wiemy, jak szpital wyglada od
            drugiej strony. I nie jestem osoba roszczeniowa, ale w szpitalu
            jestem przede wszytskim rzecznikiem wlasnego dziecka. oczywiscie,
            staram sie maksymalnie odciazac personel, kwestia pielegnacji i
            pilnowania, oraz zabawiania i zapewniania opieki niemedycznej nie
            podlega dyskusji, orpocz tego podpinalam i odlaczalam kroplowki,
            jesli bylo ich wiecej w kolejce, zeby mozliwie jak najrzadziej
            zawracac glowe pielegniarkom, ale z zabiegowego wygonic sie nie
            dalam, a nie rz trzeba bylo o taka mozliwosc toczyc niemal wojny. Co
            do wrzatku nad glowami dzieci: wiele oddzialow nie umozliwia
            rodzicom, koczujacym czesto wiele dni przy chorym dziecku, dostepu
            do kuchni, zeby sobie moc przygotowac czy przechowac wlasna walowke.
            Ile dni mozna poscic bez jedzenia i picia? Kuriozalny przyklad:
            kiedys wyladowalam z dzieckiem w szpitalu w Bozonarodzeniowy wieczor
            i spedzilismy tamze upojne 2 tygodnie, zaliczajac po drodze m.in
            sylwestra na oddziale biegunkowym, na ktory, jako ze jest to oddzial
            zakazny, byl absolutny zakaz wnoszenia i spozywania pokarmow. Na tym
            samym oddziale pielegniarki siedzialy w swoim kaciku przy bardzo
            suto (i swiatecznie) zastawionym stole, podczas, gdy rodzice musieli
            opuszczac oddzial, zeby cos zjesc. A ja nie moglam na krok opuscic
            dziecka, przez 4 doby podpietego do ciaglego, calodobowego wlewu
            dozylnego (trzeba bylo pilnowac , zeby sobie nie wyrwalo wenflonu).
            Bylysmy w szpitalu,w ktorym rodzice dzielili sie na lepszych -
            placacych za lozko dla siebie w löepszej czesci oddzialu, i
            gorszych, koczujacych na taboretach calodobowo, niemajacych prawa
            skorzystania z toalety (sic!), a o prawie skorzystania z lepszych
            (platnych) miejsc oraz z lazienki dla rodzicow decydowala pani
            ordynator. I w tymze szpitalu dzieci byly przywiazywane do lozeczek
            na pajacyka (rece i nogi przywiazane do naroznikow lozeczek), zeby
            sobie wkluc nie powyrywaly. I w tymze szpitalu pielegniarki wprost
            mowily, ze dziecko nie ma zadnych praw. I pielegniarki przychodzily
            w dowolnej porze dnia czy nocy, bez slowa wyciagajac dziecko z
            lozeczka , spiace czy nie, zabierane jak bezwladny worek kartofli
            do zabiegowego, zeby ...no wlasnie, nie wiadomo, po co, bo ani
            slowem nikt niczego nie mial w zwyczaju mowic rodzicom, gdzie i po
            co zabiera sie dziecko. Rodzice oczywiscie nie mogli towarzyszyc
            dziecku...itd itp. Ale zeby oddac sprawiedliwosc..byl tez polski
            szpital, w ktorym dziecko usypiane bylo na moich kolanach i
            wybudzane na moich rekach.
            I bylysmy niedawno na niepolskim OIOMie, gdzie probowano mnie
            wyprosic z sali na moment intubacji mojego dziecka, na co sie nie
            zgodzilam i bez problemu pozwolono mi zostac. I pozwolono mi
            siedziec przy dziecku cala dobe, i w miedzyczasie zaproponowano kawe
            i poczestowano kanapkami... Takich luksusow po polskim szpitalu sie
            nei spodziewam, ale, protozoa, mozesz mowic tylko o tym, jak jest w
            Twoim szpitalu i jak Ty pracujesz. Nie masz prawa, zeby kwestionowac
            cudze doswiadczenia, a niektore z nich najlagodniej da sie okreslic
            slowem- hanba.
            • gofer73 Re: protozoa, 22.04.09, 15:07
              Z racji specyficznego stanu mojego dziecka należymy do tego grona
              pacjentów którzy nie trafiają do szpitala ze względu na biegunkę,
              ale poruszamy się po oddziałach intensywnej terapii. Wiele też
              rozmawiam z rodzicami równie cięzko chorych dzieci i mogę powiedzieć
              co następuje: wielu z nas na palcach jednej (no może dwóch rąk) może
              policzyć lekarzy i pielęgniarki, których ze spokojem można określić
              jako Ludzi przez duże L. Brak empatii, ba nawet zwykłej
              delikatności, buta lekarzy i pielęgniarek oraz nastawienie na
              monolog, który ma przez nas rodziców zostać wysłuchany i
              zaakceptowany jest zjawiskiem na codzień spotykanym na wielu
              oddziałach dziecięcych. Z drobnych, znanych mi "kwiatków" wymienię:

              -przekazywanie śmiertelnej diagnozy rodzicom przez telefon
              -dobre rady w stylu "TO zostawić w szpitalu, zająć się zrobieniem
              następnego dziecka może będzie zdrowe"
              - kilkugodzinne siedzenie pod OIOMem w momencie zagrożenia życia
              dziecka (resuscytacja) aż ktoś się zlituje i wyjdzie powiedzieć czy
              syn przeżył czy nie
              -nagminny brak informacji o stanie zdrowia dziecka, podjętym
              leczeniu oraz podanych lekach
              - niechęć współpracy lekarzy oddziałowych z lekarzem hospicyjnym,
              który na codzień prowadzi dziecko (co często prowadzi do podjęcia
              zupełnie sprzecznych kroków co do leczenia)
              - nagminne udowadnianie, że rodzic głupi jest i tyle.

              gdybym nie spała na podłodze pod łóżeczkiem mojego Precla to by już
              go ze mną nie było - w nocy po operacji przestał oddychać, a
              pielęgniarka która przybiegła jak już na dobre rozwrzeszczały się
              wszystkie alarmy nie dość że przyszła z zepsutym workiem ambu to
              jeszcze nie umiała go użyć uncertain i to się działo w jednym z najlepszych
              polskich szpitali.

              Nadmieniam, że nie reprezentuję roszczeniowej postawy, ale często
              zestawiając ogrom cierpienia i stresu, który nasze dzieci znoszą
              przebywając w szpitalach (w różnym stanie i z różnych powodow i na
              różnych oddziałach) ludzkie traktowanie i szacunek należy im się jak
              psu buda.

              PS. Żeby nie było tak czarno - spotkałam na naszej drodze
              wystarczjąco wielu wspaniałych lekarzy i pielęgniarek, żeby dojśc do
              wniosku, że to nie kwestia ani organizacji szpitala ani pieniędzy. Z
              ludzkim traktowaniem zetkęłam się np. w szpitalu na Litewskiej,
              gdzie warunki jakie są każdy widzi - ale lekarz zawsze znalazł dla
              mnie czas aby poinformować nas co się dzieje z naszym synkiem.

              Dobre podejście do pacjenta ma się w sobie, wraz z tym co się nazywa
              powołaniem. A przytaczane powyżej argumenty przeciw rodzicom
              skwitowalabym "złej baletnicy...".
    • eremka Re: lekcja poglądowa 22.04.09, 16:04
      należą sie wielkie podziekowania przede wszystkim PROTOZOI, która
      zechciała wspaniałomyslnie i całkiem bezpłatnie poświęcić swój cenny
      czas ...
      dzięki jej wypowiedziom możemy zapoznac się - czarno na białym - ze
      schematem myślenia pracowników (a może powinnam napisać raczej:
      urzędników?) tzw. słuzby zdrowia ... widać wyraźnie, że chory
      jest/istnieje po to, aby lekarz mógł pracowac i zarabiać pieniądze,
      najlepiej duże, bo przeciez długo sie uczył i wiele wyrzeczeń go to
      kosztowało, nie bez znaczenia jest tutaj też odpowiedzialnośc wielka
      złozona na barki tego tytana pracy i nauki ...za to też należy mu
      się ... święty spokój, szacunek i pokłony ...

      Czytajcie dokładnie i pijcie z tej skarbnicy wiedzy, jaką są
      wypowiedzi szanownej pani doktor z 20-letnim stażem ... w szpitalu
      lekarz rządzi, a chory i jego rodzina powinni znać swoje miejsce w
      szeregu
      "Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i
      durnowaty, tak by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego."

      Podziękowania również należą sie MAMIE_KOTULA, która reprezentuje
      kategorię "rodzina lekarza" (i niewazne, czy ten lekarz to ojciec,
      brat, swat czy tylko cioteczny brat szwagra kuzynki ojca
      prababci) ...
      nasza tzw. słuzba zdrowia ma za zadanie słuzyć pacjentowi, który
      jest albo decydentem (uściślę tutaj: posłowie, senatorowie, rząd,
      organy administracji terenowej itd. itp.) albo rodziną/znajomymi
      bliższymi i dalszymi decydenta, celebrytą (ha, piekne słowo!)
      no, ale w pierwszym rzędzie swoim najbliższym (i dalszym, ale swoim)

      Dokładnie przeczytajcie wypowiedzi obu pań (nóżki całuję), a
      zrozumiecie, że nigdy się u nas nie poprawi, nie zmieni ...bo IM
      jest dobrze ... im tylko ci pacjenci awanturujący sie i chamscy
      przeszkadzają ... pracować ... Rządzącym też jest dobrze ...i
      opozycji niczego nie brakuje w kwestii ochrony zdrowia... mają
      zapewnioną, nicht war?

      Spotkałam lekarzy i spotykam urzędników, których jest coraz
      więcej ...

      -------
      • mama_kotula Re: lekcja poglądowa 22.04.09, 16:06
        Podziękowania dla Eremki, która reprezentuje kwiat ludzkości obdarzony czytaniem
        ze zrozumieniem. Brawissimo. tongue_out
        • eremka Re: lekcja poglądowa 22.04.09, 20:05
          jaaaaaaaaaaaaaaasne ...

          też Cię pozdrawiam

          -------
    • patik110 Re: Horror w dziecięcych szpitalach 22.04.09, 22:36
      Jezu!
      Naczytałam się tych horrorów i dla równowagi muszę, po prostu muszę napisać o
      fajnym szpitalu i świetnym personelu.
      Byłam z dzieckiem w dziecięcym szpitalu "Polanki" w Gdańsku. Na oddziale VII
      (dla dzieci do lat 4). Dzieci masa (zima), warunki moim zdaniem średnie, chociaż
      w porównaniu z warunkami panującymi w innych szpitalach to luksusowe. Sale
      generalnie dla 2 dzieci, dla matek polówki, jakaś łazienka dla rodziców i pokój
      socjalny (lodówka, mikrofalówka i czajnik).
      Ale to wszystko pikuś. Bo najważniejszy jest personel, a ten był po prostu
      cudowny. Pielęgniarki rewelacyjne. Owszem zabiegane jak diabli ale kroplówki
      błyskawicznie ściągane, to samo dotyczy zmiany opatrunków itp. Zawsze miłe,
      uśmiechnięte, zawsze dobre słowo dla matki, zawsze nawiązywały kontakt z
      dzieckiem - szczególnie przed jakimś zabiegiem, pomocne. To samo dotyczy
      salowych, po prosu rewelacyjne babeczki. A lekarze? Obchód jest dla dziecka - bo
      ono jest badane i dla matki - bo ma wiedzieć co jest grane. Zawsze wyczerpujące
      wyjaśnienia, zawsze jakie rokowania i dlaczego, no i bez straszenia. Pełen
      profesjonalizm. Tak więc i tak trudny okres dla dziecka (szpital to nic
      przyjemnego)wspominam dosyć miło. Pewnie, ze czasem za długo czekałam na jakąś
      informację, wyniki badań itp. Ale wiem w jakich realiach żyję - jak lekarka 3
      godziny robiła wypisy, to trudno, trzeba było poczekać na rozmowę. Aha, zawsze
      wiedziałam, co dają dziecku, i lekarze mówili i pielęgniarki jak coś podłączały.
      Żeby nie było tak różowo to na IP była dosyć niemiła lekarka, strasznie oschła,
      popędzała nas, i szukała moim jakiegoś zdaniem punktu zapalnego z nami. Ale może
      była zmęczona...
      Gorące pozdrowienia dla ekipy z tego szpitala!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka