alfa36
22.04.09, 22:18
Rok temu zaczęlismy budować dom. Trafił nam się majster obiecująco-
odkładający. W każdym razie mial skonczyc w pazdzierniku, skonczyl
stan surowy w styczniu. Przyszedl czas na tynki i kolejny majster-
to samo. Jako, że w pierwszym wypadku, jak małż już tylko
wrzeszczał, bralam sprawę w swoje ręce, zrobilam tak i teraz. W
sobotę majster obiecal (po raz trzeci zresztą), że przyjdzie w
środę. Mija środa, więc dzwonię. On nie odbiera, nachodzę więc
(telefonicznie) żonę. Ona się tłumaczy. Dzwonię tak cale popoludnie,
wreszcie wieczorem odbiera majster, ja proszę, grożę, gadam z 10
minut nie dając mu dojśc do słowa, na to on spokojnie mowi mi, że
MÓJ MĄŻ wczoraj byl u niego i już ustalili, że przyjedzie jutro.
Brrrr.....A mój szanowny małzonek obrażony od poniedzialku na
mnie , nie powiedzial mi tego, mimo, że wprost pytalam się o
majstra. Wyszłam przed gościem na kompletną idiotkę. Boże, jakiego
idiotycznego męża mam...