Dodaj do ulubionych

ŚMIERĆ? I co potem?

08.12.03, 13:28
Wiem, że to nie czas i miejsce na takie pytanie, ale ostatnio mam często
styczność ze śmiercią więc nasuwają mi się różne refleksie. Nie zdawałam
sobie z tego sprawy do tej pory. W ciągu tego roku zmarł mój tato. Na wiosnę
usłyszeliśmy wiadomość RAK. Wszytko trwało pół roku. A ostatnio wśród
znajomych ta choroba równiez zbiera żniwo. Ja jestem wierząca więc wierze w
niebo, życie po śmierci. A co sobie myśli osoba niewierząca? Jak sobie to
tłumaczy? Kończy sie życie i nic?
Obserwuj wątek
    • sizi1 Re: ŚMIERĆ? I co potem? 08.12.03, 13:44
      Ja tez jestm wierzaca, ale kiedys moja nauczycielka w szole - nie wierzaca z
      przekonania a nie z kaprysu albo chwilowej mody powiedziala, ze jednego nam
      ludziom wierzacym zazdrosci, ze my wierzymy, ze cos jest dalej..niebo, Bog,
      wierzymy, ze spotakmy tam rodzine i ze jest tam lepiej a ona wie, ze umrze i
      koniec...
      Osobiscie nie potrafie sobie wyobrazic, zycia bez wiary w to drugie nasze
      lepsze istnieni.
      • przepiorka28 Re: ŚMIERĆ? I co potem? 08.12.03, 13:53
        Ja jestem niewierzaca i wierze w zycie pozagrobowe.
        • joanko Re: ŚMIERĆ? I co potem? 08.12.03, 14:39
          I jakie jest to życie?
    • ata_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? 08.12.03, 15:20
      Żeby było jeszcze ciekawiej, to ja z kolei jestem osobą wierzącą, ale nie
      wierzę w życie pozagrobowe smile Wierzę w zmartwychwstanie.
    • gandzia4 Re: ŚMIERĆ? I co potem? 08.12.03, 16:23
      A ja sądzę, że po drugiej stronie każdego czeka to w co wierzy teraz. Czyli
      jeśli wierzysz w niebo to w nim będziesz, jeśli wierzysz w reinkarnację to to
      cię czeka, a jeśli uwarzasz, że jest tylko tu i teraz to.......
    • aluc Re: ŚMIERĆ? I co potem? 08.12.03, 16:28
      nie wiem co potem

      ale nie martwię się tym, co potem - boję się tylko umierania, bo własnego
      przemijania jeszcze nie udało mi się zaakceptować

      prawdę mówiąc perspektywa, że coś jest, jest dla mnie znacznie bardziej
      przerażająca niż owo nic

      bo nic jest definitywne i nie budzi żadnych dalszych wątpliwości
    • agata309 Re: ŚMIERĆ? I co potem? 08.12.03, 21:24
      rok temu zmarla mi ukochana mama,nagle,niespodziewanie,po cichu....Mam 24
      lata,meza i dziecko, ale nie mam mamy i tak mi jej brakuje,ze czasami po
      prostu glupieje.Odeszła a świat pozostał,życie musiało się toczyć
      dalej....Zmarła na zawał serca(nigdy nie chorowała na serce),widziałam ją w
      sobotę,a w poniedziałek już jej nie było....pozostało mi tylko pożegnanie się
      z nią w kostnicy....tak wtedy myślałam....jestem osoba wierzącą,ale tak do
      końca to nie wiem,co mnie czeka po śmierci...wiem jedno,moja mama kontaktuje
      się ze mną poprzez sny...ktoś może pomyśleć,co za brednie piszę, ale to
      prawda....w snach przyszła się ze mną pożegnać,poprzez sny nie raz ostrzegała
      mnie przed różnymi sytuacjami,jest cały czas obecna,,,Nikomu nie życzę tego
      bólu,którego ja doznałam i nikt tak do końca nie jest w stanie mnie
      zrozumieć...trzeba to przeżyć..nagła i nieoczekiwana śmierć ukochanej osoby
      jest takim ciosem,że czujesz się tak jakby razem z tą osobą umarła jakaś część
      siebie...Jeśli ktoś ma podobne przeżycia lub po prostu chce o tym pogadać,to
      proszę o kontakt Trzymajcie się ciepło
      • gag10 Re: ŚMIERĆ? I co potem? do agaty309 09.12.03, 09:11
        Droga agatko, bardzo ci współczuję bo znam ten ból ze swojej strony. Moja mama
        zmarła jak miałam 17 lat, nagle, nieoczekiwanie wcześniej nigdy nie chorowała,
        nie chodziła do lekarza i tez nie dane mi było się, z nią pożegnać bo nie było
        jej wtedy w domu. Wiem co przeżywasz i wierze w to co piszesz, że mama jest
        przy tobie obecna bo ja pomimo upływu już 11 lat tez cały czas czuję jej
        obecność w najtrudniejszych i najradośniejszych dla mnie chwilach. Nie dane jej
        było poznać mojego męża, nie zobaczyło swojego wnuka ale wiem że czuwa nad całą
        naszą rodziną. Wiem że jest ci ciężko ale ten ból z upływem lat naprawdę jest
        coraz mniejszy. Ja na początku miałam żal do całego świata, do Boga dlaczego
        mnie to spotkało. To trwało dość długo aż pewnego dnia oglądałam w telewizji
        jakiś program o sierotach i wiesz co wtedy sobie pomyślałam? Że ja to miałam
        szczęście. tak, szczęście w tym moim bólu pomyślałam że miałam szczęście bo ja
        znałam swoją mamę, miałam ją przy sobie 17 lat, nauczyła mnie wiele, kochała,
        przytulała, wycierała łzy a jest tyle dzieci, które nie miały nawet tego bo ich
        mamy zmarły o wiele, wiele wcześniej. I chyba ten moment właśnie spowodował że
        pogodziłam się z jej śmiercią, zrozumiałam że nie mogę zamykać się w bólu bo
        mama na pewno by tego nie chciała, chciałaby żebym była szczęśliwa i radosna.
        Mam ją cały czas w swoim sercu ale jest mi łatwiej i nie obwiniam już Boga za
        to że ją zabrał do siebie a kiedy słyszę historię o sierotach dziękuję mu że
        dał mi szansę być z nią „aż” 17 lat. Trzymaj się ciepło i nie zamykaj się w
        sobie żyj tak jakby chciała Twoja mama, ona na pewno nie chciałaby widzieć łez
        w twoich oczach (wiem że to trudne). Pozdrawiam. G.
    • kerstink Re: ŚMIERĆ? I co potem? 09.12.03, 09:34
      Nie jestem wierzaca. Nie wierze w niebo, czy pieklo, czy jakies inne zycie po
      smierci. I w tym sensie dla mnie po smierci nic.
      W moich myslach moj niezyjacy ojciec jest jak najbardziej zywy. Zdazylam juz sie
      przyzwyczaic, ze go nie ma. Mimo to przykro mi z tego powodu. Za wczesnie
      odszedl, z drugiej strony mial bardzo bogate zycie.
      Zdazylismy sie pozegnac, byl bardzo pogodny i w jakims sensie szczesliwy, ze
      jego cierpienia sie koncza.
      Wraz z jego smiercia skonczyl sie pewien etap w moim zyciu, a moze wlasnie
      dziecinstwo ?
      K.
    • 73nikusia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 09.12.03, 10:15
      Witam smile

      Juz byl podobny watek a to ozancza ze wkolo umieraja ludzie, nagle badz po
      dlugotrwalej chorobie, mlodzi i starzy.
      I kazda smierc jest okrutna. Ksiadz, ktory w czerwcu tego roku zegnal mojego
      Tate, prowadzac go w jego ostsnia podroz powiedzial:

      " Nikt nie jest w stanie oswoic sie ze smiercia. Smierc przychodzaca nagle
      odbiera nam ukochana osobe bez mozliwosci porzegnania sie z nia, zostawia
      uczucie pustki, zalu, zlosci na caly swiat. Smierc ktora przychodzi po dlugiej
      chorobie rowniez nie do konca pozwala nam oswoic sie ze soba, czlowiek bowiem
      zawsze zyje nadzieja, pragnie cudu ... "

      Gdzie jest teraz ten najblizszy nam czlowiek, ktory od nas odszedl? W niebie.
      Na mszy zalobnej spiewa sie piekna piesn, jest tam taki piekny wers:

      " Anielski orszak niech Twa dusze przyjmie, powiedzie prosto ku wyzynom
      nieba ..."

      Ja wierze ze moj Tato jest tam ... w niebie.
      Sa tam wszyscy dobrzy ludzie, ci wierzacy po katolicku ale i protestanci,
      grekokatolicy, prawoslawni ...
      Bo czyz Pan Bog gotowalby by dla nich osobne nieba?
      Tak ja wierze.

      A co do smierci, choroby, jest w kolo nas. Zauwazamy ja jednak dopiero jak
      dotyka nas bezposrednio. Ja po smierci Taty dowiedzialam sie o chlopaku, 30
      letnim, ktory wlasnie otrzymal rozpoznanie - drobnokomorkowy rak pluc. Ma zone,
      malutkie dziecko ... i ok pol roku/moze rok zycia przed soba.
      Co robic??

      Z utesknieniem czekam na Swieta, chce byc razem z moja mama, siostra i mezem.
      Przyjdzie moj brat i bratowa, ich trojka cudownych dzieciakow. Usiadziemy przy
      stole ... Tato bedzie z nami, bedzie nad nami czuwal ... a wsrod nas bedzie w
      naszych wspomnieniach...

      Pozdrawiam Nika
      • melka_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? 10.12.03, 17:04
        Skoro sama pytasz o odczucia ludzi niewierzących... Nie ma niczego po śmierci,
        jedyne formy istnieniy jakie zostają po ludziach to pamięć, trawa wyrosła na
        szczątkach (to też w końcu forma życia) oraz dzieci. Dla nas jest tylko tu i
        teraz. I nic ponadto. Smutne? Niekoniecznie, z przekonaniem o nieodwołalnym
        końcu często łączy się apoteoza życia.

        Nie wierzę w miłosiernego Boga. Gdyby był nie zagazowano by kilkaset tysięcy
        dzieci w obozach koncentracyjnych. Gdyby był nie byłoby oddziałów onkologii na
        których leżą biedne małe łysolki, bez nóżek, rączek. Nawet nie to chodzi, że
        tyle z nich umrze nie zdążywszy niczego przeżyć, jak się wierzy w życie
        pozagrobowe to nawet to może mieć sens. Ale jaki jest sens często ogromnego,
        nie do wyobrażenia fizycznego cierpienia małych dzieci? Dzieci które niczego
        nie zrobiły złego. Nie przekonują mnie wyjaśnienia w rodzaju, że nie rozumiemy
        boskich wyrokich, z szacunkiem dla ludzi wierzących, ale to doskonała
        odpowiedż - wytrych na każde dziecięce, tak niezasłuzone i okrutne cierpienie.
        Nikt mnie nie przekona, że jest w tym jakiś sens. Ktoś kto jest miłosierny nie
        znęca się nad dziećmi, dlatego moim zdaniem Boga nie ma. Mam nadzieję, że
        nikogo nie uraziłam odpowiadając na to pytanie.
        M.
        P.S. Z doświadczeń robionych na pilotach poddawanych ogromnych obciążeniom w
        wyniku czego odpływa krew z mózgu wynika, że przeżywają oni dokładnie to samo
        co ludzie w stanie śmierci klinicznej. Światło, tunel, obrazki ż życia.
        Poczucie ogromnego szczęścia wywołane (w duuużym uproszczeniu) pobudzeniem
        ośrodka odpowiedzialnego za poczucie euforii. Tak po prostu reaguje mózg na
        niedotlenienie.
        • 73nikusia do Melki_x ... 10.12.03, 17:47
          Witam

          Przeczytalam post melka_x. Troszke mnie przerazil. Tzn nie to co czuje, bo ja
          nie mam nic przeciwko ludziom niewierzacym. Zbyt duzo ich wsrod moich
          znajomych. Chyba jakis schylek wiary ma miejsce. Ale nie o tym.
          Nikt z nich tak jak Ty Melko_x nie argumetuje nieistnienia Boga.

          Chore dzieci o ktorych piszesz, komory gazowe w ktorych gineli ludzie ...
          Ale melko, zlo istnialo, istnieje i istniec bedzie. Zlo wyklulo sie z dobra, z
          tego ze czlowiek mial wszystko. Zyl w raju, mial najpiekniejsze rzeczy. Nie
          mogl tylko jednego ...
          Dwoch braci, Kain i Abel ... ojciec kochal ich obu, zlo wykielkowalo w sercu
          jednego z nich.
          Czasy nam blizsze ... Hitler ... zlo pociagnelo za soba miliony. Uwierzyli na
          poczatku w jego zbawienny plan odbudowy gospodarki. Wierzyli i dobrzy niemcy,
          potem zobaczyli zlo.

          Zlo ma czasem twarz aniola ... aniola zwanego diablem. Wiesz kim na poczatku
          byl diabel ... to zbuntowany aniol ... zlo wyleglo sie tuz pod nogami Pana Boga.

          U mnie w rodzinie nie tylko Tate odebral nam nowotwor. Moj brat ma trojke
          dzieci. Ale bylo ich czworo. Na koncu, jako trzecie przyszly na swiat
          blizniaki - Stefek i Kubus. Przesliczne chlopaki. Kropka w kropke. Jeden zmarl
          na raka nadnerczy. Stefek i Kubus to blizniaki jednojajowe. Nowotwor mogl sie
          rozwijac juz w zyciu plodowym maluchow. Czy to nie cud ze drugi jest zdrowy smile
          Wiem powiesz a co z drugim ... cierpial ...

          Moja rodzina przeszla duzo ... moglibysmy odejsc od wiary biorac pod uwage
          Twoje teorie. A jednak trwamy przy niej.

          W naszej rodzinie bylo wiele cudow ... dokladnie. Wiele razy prawie od smierci
          ratowal nas ... Bog ... to nasza wiara.

          Nie przemawiam do mnie Twoje tlumaczenie. Wole to ktore pada z ust moich
          znajomych. Jest ... trudniejsze.
          Twoje powody sa proste i prosto mozna znalesc na nie odpowiedz. Na niektore
          stwierdzenia moich znajomych odpowiedzi nie mam.
          Tylko moja wiara ... nie wszystko w niej mozna zglebic, dotknac, odczuc ...

          Ale post byl o czym innym i na to pytanie udzielilas odpowiedzi. Tylko te Twoje
          argumenty ... ze nie ma Boga ...

          Pozdrawiam Nika
        • mamaadama4 Re: ŚMIERĆ? I co potem? - do melkix 10.12.03, 21:29
          Na oddziałach onkologicznych nie leżą "biedbe małe łysolki bez nóżek, rączek".
          Czy byłaś kiedykolwiek na takim oddziale czy tylko oglądałaś w telewizji?
          Wkurzaja mnie takie okreslenia.
          danka
          • melka_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? - do melkix 10.12.03, 22:56
            Na oddziałach onkologicznych leżą biedne małe łysolki bez nóżek, rączek. Po
            amputacji - rak kości. Czy byłam kiedykolwiek? Widywałam je codziennie. 3, 4 ,
            5-latki na wózkach lub o kulach, owszem widywałam je dzien w dzień. Dlaczego
            wkurzyło Cię to zdanie? Nie rozumiem.

            Do innych: naprawdę bardzo mi przykro jeśli kogoś uraziłam, nie było to moim
            celem. Faktycznie zapędziłam się na trochę inny temat; dlaczego nie wierzę,
            ale jakoś wydawało mi się, że skoro pada pytanie jak sobie ze śmiercią radzą
            ludzie to kilka zdań o tym dlaczego nie wierzę nie będzie od rzeczy. Nie dość
            przemyślałam kwestię, że wiara to jednak bardzo delikatny temat, że moje
            argumenty mogą być dla osoby wierzącej przerażające, jak napisała jedna z Was.
            Rozumiem i przykro mi.

            Zadaję proste pytanie, na które są proste odpowiedzi? Nie sądzę. Wiem w jaki
            sposób chrześcijaństwo tłumaczy istnienie zła, ale mnie to nie przekonuje. Jak
            patrzysz w oczy takiemu dziecko, które nic nie zawiniło, a które tak potwornie
            cierpi, które patrzy na Ciebie błagając z komunikatem w rodzaju "Jesteś
            wszechmocną dorosłą, nie patrz, zrób coś żeby tak nie bolało, dlaczego nic nie
            robisz?" a Ty wiesz, że nic nie możesz zrobić, bo następna dawka luminalu,
            morfiny czy czegokolwiek innego je po prostu zabije trudno uwierzyć, że gdzieś
            jest obok Bóg, że patrzy i nic nie robi. Nie da się tego wytłumaczyć
            zbyuntowanymi aniołami itp, co te dzieci mają wspólnego ze złem czy
            zbuntowanymi aniołami - diabłami? Dlaczego mają za to odpowiadać? Na to też
            jest prosta odpowiedź. Uprzedzając pytanie mamaadama4 - jsśli wkurzają Cię
            takie teksty to przykro mi, ale tego również nie oglądałam w telewizji. To ja
            patrzyłam w te oczy. Łatwiej mówić o miłosiernym Bogu mysląc o abstrakcyjnych
            dzieciach zabitych w czasie holocaustu, czy abstrakcyjnych dzieciach które
            gdzieś są tam w szpitalu, w dodatku w ktorych istnienie trudno niektórym
            uwierzyć - jak mamiedamie4. Trudniej kiedy to Ty trzymasz takie dziecko za
            rączkę. Jak mu powiedzieć, że kiedyś tam zbuntowały się anioły i ono teraz za
            to płaci (wiem, że upraszczam, ale sens jest taki). Jak w to uwierzyć? Ja nie
            potrafię.I ja nie mówię tu o śmierci - rozumiem, że dla ludzi wierzących nawet
            śmierć niemowlaka ma sens, ja mówię o dziecięcym cierpieniu. Szanuję Waszą
            wiarę, ale sama nie wierzę.
            • mamaadama4 Re: ŚMIERĆ? I co potem? - do melkix jeszcze raz 11.12.03, 23:23
              Wkurzyło mnie to zdanie, bo moja córka była "takim małym łysolkiem na oddziale
              hematologicznym" i tym dzieciom nalezy się troche więcej szacunku niż nazywanie
              ich "małymi łysolkami".
              O to mi chodzi.
              danka
              • mamaadama4 Re: ŚMIERĆ? I co potem? - do melkix jeszcze raz 11.12.03, 23:28
                I jeszcze jedno, ja trzymałam tego "łysolka" (wtedy już włosy jej odrosły) za
                rękę kiedy linia na monitorze "skoczyła" ostatni raz a potem zrobiła się prosta
                i pozostała cisza. Więc wiem o czym mówię.
                danka
                • cytrynka3 Re: ŚMIERĆ? I co potem? - Do Danki 13.12.03, 22:29
                  Chce mi się ryczeć. Silna z Ciebie kobieta.
                  Cytrynka
    • agata309 Re: ŚMIERĆ? I co potem?do gag10 10.12.03, 20:04
      Bardzo Ci dziękuje....moje odczucia są podobne do Twoich.Nie obwiniam Boga ani
      swiata,bo niesprawiedliwość jest i będzie.....wiem,że ludzie przeżywają
      straszne dramaty i pozostaje mi cieszyć się tym,że mam rodzinę całą i zdrową i
      najkochańszą córcię,która jest moim motorem napędowym.Życzę całej Twojej
      rodzinie wspaniałych,radosnych i ciepłych Świąt Bożego Narodzenia Agata
    • bazylea1 Re: ŚMIERĆ? I co potem? 10.12.03, 20:22
      jestem niewierząca. śmierć i co potem? nic. tak samo jak przed narodzinami.
      bliscy żyja w mojej pamięci.
      • mamamisi2 Re: ŚMIERĆ? I co potem? 10.12.03, 21:17
        a dla mnie śmierć jest przejsciem do innej formy życia-czyli w śmierć nie
        wierze.jestem wierząca i cały sens bytowania tutaj-które poniekąd jest pewnego
        rodzaju zniewoleniem,widzę właśnie w przejściu do wyzszej formy egzystecji. nie
        chcę poprostu wierzyć w śmierć -jako koniec wszelakiej formy istnienia-byloby
        to okrutne,banalne,niesprawiedliwe.
    • 73nikusia Do mrufki ... ale i do innych tez 11.12.03, 08:26
      Witam,
      Dzis piekny dzien slonko wstalo a ja o takich smutnych rzeczach chce pisac. Ale
      obiecuje skoncze weselej.

      Mrufka, czy ty jestes lekarzem albo pielegniarka na oddziale onkologicznym?
      Z tego co piszesz tak wynika.

      Nie wiem jak prosto mozna sobie wytlumaczyc chorobe nowotworowa. Czy zal Ci
      tylko dzieci? Nic nie piszesz o mlodziezy, o doroslych, o starszych ... ich Ci
      nie zal. Nowotwor to choroba ktora dotyka wszystkich ... nie tylko dzieci ... i
      nie uwazam zeby dla kogokolwiek byla bardziej lub mniej przerazajaca.

      Na pewno bylas kiedys w przychodni onkologicznej na Ursynowie, albo w innej
      przychodni. Przekroj wiekowy ... spotkasz tam mloda dziewczyne ale i starszego
      pana.
      Hospicjum onkologiczne dla dzieci w Warszawie. Tam lezal nasz Kubus.

      Choroby nie zsyla Bog. Inaczej chorowaliby wszyscy zbrodniarze. On czesto daje
      im dlugie zycie, zeby mogli dlugo zastanawiac sie nad tym co zrobili. Nie
      odbiera im zycia ... jezeli chca to zrobic, musza je sobie sami odebrac. Mozemy
      sie tylko domyslac jaka musi to byc dla nich meka, odebrac sobie zycie ...
      kiedy oni, zli, tak bardzo chca zyc.

      Choroba nie jest kara od Boga. Czym ze sa choroby, jezeli jestes lekarzem sama
      powinnas o tym wiedziec. To wynaturzenie powstale, w wielku przypadkach z
      przyczyn cywilizacyjnych. Sami je sobie "stworzylismy", teraz musimy nauczyc
      sie nad nimi zapanowac.
      Jezeli palisz cale zycie papierosy, musisz liczyc sie ze zwiekszonym ryzykiem
      raka pluc, krtani ...
      Jezeli masz sklonnosci do angin a jesz lody na "tony" (to ja smile) musisz liczyc
      sie z ryzykiem choroby gardla.
      Jeszcze raz powtarzam Bog nie zsyla na nas chorob.

      A wojny, Bog nie kaze nam sie bic, walczyc.
      Hitler - Bog nie kazal isc masom za Hitlerem, budowac obozow koncentracyjnych,
      komor gazowych.

      Bog jest milosierny, Bog jest laskawy, poczytaj Biblie, tyle w niej na to
      dowodow. A jak nie chcesz czytac Bibli przeczytaj sobie "Nostalagie aniola" A.
      Sebold.

      Rozumiem to ze nie wierzysz, ale nie rozumiem Twoich argumentow. Tym bardziej
      ze zetknelam sie z chorobami, niesprawiedliwoscia ... ale wierze smile

      Mam kolezanke lekarza. Tato jej umarl na raka. Przez chwile chciala robic
      specjalizacje z onkologii. Z calej sily starala sie dostac na Wawelska (jeszcze
      wtedy tam byla onkologia, Centrum dopiero budowano. Dostala sie ...
      zrezygnowala wlasnie wtedy kiedy zobaczyla wybory ... temu damy ale temu nie.
      Temu juz nic nie pomoze wiec po co leczyc ... nie chciala tak. To jest zlo ...
      to trzeba plenic ...

      Teraz robi specjalizacje z medycyny rodzinnej. Jest wspanialym lekarzem.
      Pacjenci ja kochaja. Moj Tato mowil ze Ania jest najlepszym lekarzem na Swiecie.
      Pracuje rowniez w Hospicjum Caritas Polska. Jezdzi do swoich pacjentow, trzyma
      ich za reke kiedy odchodza. Daje im cieplo, milosc, ulzy w cierpieniu. Nie
      powie ze szkoda lekarstwa i tak nic nie da. Czasem rodziny nie chca byc przy
      chorym w chwili smierci, boja sie. Czasem rodziny bardziej boja sie choroby
      nowotworowej niz sami chorzy.

      Wiem ze nie wierzysz ... masz prawo ... ale nie mam pojecia czemu to tak
      tlumaczysz. Zeby mowic o czyms takim trzeba poznac tez ta druga strone ...
      wierzaca. Wtedy sady niewierzacych zmieniaja sie pod pewnymi wzgledami. Moi
      znajomi nie maja argumentow przeciw wierze w stylu "Bog milosierny zsyla
      choroby na dzieci". Wiedza ze tak nie jest.
      Ale maja inne argumenty.
      Jeden z nich zawsze pozostaje bez odpowiedzi ... dla mnie.
      Ale nie chce i nim pisac ...

      Ja wiem ze Kubus i Tato spotkali sie teraz w niebie. Razem z Tata mojego Taty
      ktory tez odszedl juz od nas chasaja po niebie ... pelnym samego niezglebionego
      dobra ... szczesliwi i radosni. Patrza na nas i opiekuja sie nami.

      Pozdrawiam Nika
      • melka_x Re: Do mrufki ... ale i do innych tez 11.12.03, 10:48
        Cześć,
        Mrufka - nie widzę takiej osoby, więc rozumiem Niko, że to był post do mnie.
        Czy jestem lekarzem lub pielęgniarką na oddziale onkologicznym? Nie. Ale
        bywałam tam często. To był dziecięcy odział onkologiczny, więc widywałam
        dzieci.

        Ja nie próbuje wytłumaczyć sobie choroby nowotworowej. Ja próbuję pytać o sens
        cierpienia małych dzieci. Jeszcze raz powtarzam, nie chodzi mi o śmierć i
        choroby. Śmierć przy naprawdę dużym natężeniu bólu, śmierć w przypadku
        dziecka, które niczego nie zaznalo od pierwszych dni życia poza cierpieniem
        często jest wybawieniem. Nic nie piszę o starszych, nie dlatego, że im nie
        współczuję. Ale dorosłym jest w jakiś sposób łatwiej, mogą sobie różne rzeczy
        tłumaczyć, mogą posiłkować się wiarą, moga próbować wierzyć, że cierpienie
        jest związane z odkupieniem, mogą wierzyć że są współczesną wersją Hioba. A
        małe dziecko? Małe dziecko nic nie rozumie poza tym, że je boli. No i jeszcze
        jedna rzecz w religii katolickiej nie można odprawić mszy za małe dziecko po
        śmierci. Można odprawić mszę w intencji rodziny, ale nie w intencji małego
        dziecka, ponieważ uznaje się je za niewinne, czyste, które i tak dostąpi
        zbawienia. No i biorąc to uwagę nadal nie rozumiem sensu ich cierpienia. Są
        niewinne, nigdy nie zrobiły niczego złego, te najmniejsze nie mogły nawet
        zgrzeszyć myślą... Więc dlaczego je to spotyka? Ja naprawdę rozumiem, że
        chorób nie zsyła Bóg, i rozumiem, że choroba nie jest karą, ale nie rozumiem
        dlaczego -skoro jest ponoć wszechmocny i miłosierny- patrzy na cierpienie
        małych dzieci. To cierpienie i miłosierdzie Boga to są rzeczy, które dla mnie
        się wykluczają, przy całym szacunku dla Waszej wiary. Mówisz Niko, że to
        proste pytania. Ale ja nie widzę odpowiedzi. Bo chyba przyznasz, ze na pytanie
        dlaczego dzieci cierpią nie jest odpowiedzią że to nie Bóg to zesłał. Może nie
        zesłał, ale przyzwolił, w końcu nic nie dzieje się bez jego woli, skoro jest
        wszechmocny prawda? I nie są odpowiedzią zbuntowane anioły, dlaczego niewinne
        dzieci mają ponosić konsekwencję wyboru anioła? Ja Niko nie widzę w Twoich
        postach ani prostych odpowiedzi, ani żadnych zresztą odpowiedzi. I nie jest to
        napastliwe Niko, naprawdę. Ja po prostu nie widzę momentu, w którym udzielasz
        jak sama piszesz prostej odpowiedzi na moje proste pytanie. A że akurat
        napisałam od dzieciach? Jest wiele innych powodów dla których nie wierzę, o
        tym argumencie akurat napisałam, ale takich pytań na które nie ma odpowiedzi
        jest dużo. Być może jest tak, jak twierdzą katolicy, że wiara jest kwestią
        łaski i ja tej łaski zostałam pozbawiona. Być może. Ale odpowiadanie że nie
        wszystko można poczuć, nie wszystkiego można dotknąć, w niektore rzeczy trzeba
        po prostu uwierzyć wydaje mi się podejrzanie za łatwe. To świetna odpowiedź na
        wszystkie pytania, na które nie znajdujemy odpowiedzi. No i jeszcze jedno:
        napisałam dlaczego nie wierzę, to fakt, że nie tego dotyczyło pytanie. Ale
        jest tu obok wiele postów, gdzie ludzie piszą dlaczego wierzą, dlaczego wierzą
        w życie pozagrobowe, i w konsekwencji dlaczego wierzą w Boga, więc ja również
        napisałam dlaczego nie wierzę w życie pozagrobowe. Pozdrawiam
    • kerstink Re: ŚMIERĆ? I co potem? - tez do melki 11.12.03, 08:57
      Jako osoba niewierzaca jak najbardziej rozumiem podejscie Melki_x. Przy czym
      rowniez ja szanuje wiare (mam meza katolika, dzieci dostaly chrzest), choc sam
      kosciol dla mnie jest zjawiskiem sprzecznym.

      Ostatnio kupilam sobie wydanie 'Spiegel spezial', niestety po niemiecku (byloby
      ciekawe dla melki) o mozgu. Tam jest artykul o naukowcach, ktorzy szukaja to
      miejsce w mozgu, ktore jest odpowiedzialne za wiare. Ciekawe, czy im sie uda.

      Melka, ciekawe co piszesz o tych pilotach. Do tej pory sie zastanawiam, dlaczego
      moj ojciec pare minut przed smiercia powiedzial do mojej mamy 'juz ida',
      usmiechal sie i byl bardzo szczesliwy. On byl niewierzacy i to mocno. Moze w
      pewnym momencie przed smiercia, czy w tej sytuacji ktora opisalas z pilotami,
      mozg robi cos w rodzaju 'shut down' czy 'reboot' i to jest przyjemne dla czlowieka ?
      K.
      • 73nikusia no wlasnie do melki ... nie do mrufki sorki :-) 11.12.03, 09:06
        Nika
      • melka_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? - tez do melki 11.12.03, 11:05
        Kerstink: jeszcze a propos pilotów. Wygląda na to, że skutkiem odpływania krwi
        z mózgu i niedotlenienia tkanek jest między innymi pobudzenie "ośrodka
        euforii" tego samego, który odpowiada za to co czujemy po zdanym egzaminie,
        urodzeniu dziecka itd. Tyle że według relacji ludzi, którzy przeżyli śmierć
        kliniczną oraz pilotów jest to uczucie bardzo spotęgowane, podobne do uczucia
        przy pierwszym zażyciu heroiny (heroina podobno daje na początku odczucie
        ogromnego szczęścia, psychicznej ekstazy). Więc to pocieszające, że nasze
        ostatnie chwile to rodzaj psychicznego orgazmu, że nia ma już w tym momencie
        bólu. Według neurologów odpływ krwi powoduje również różne halucynacje
        (przyjemne). Może tak było z Twoim Tatą? A może ja się mylę i jest coś jednak
        po życiu? No cóż my niewierzący dowiemy sie tego dopiero po śmierci, pozdrawiam
        p.s. ośrodek wiary w mózgu, to bardzo ciekawe, jeśli jest takowy, to może to
        jest potwierdzenie, że wiara jest kwestią łaski, która jednym jest dana, a
        innym nie.
        • kerstink Re: ŚMIERĆ? I co potem? - tez do melki 11.12.03, 11:24
          > p.s. ośrodek wiary w mózgu, to bardzo ciekawe, jeśli jest takowy, to może to
          > jest potwierdzenie, że wiara jest kwestią łaski, która jednym jest dana, a
          > innym nie.

          Duzy wplyw przypisuje jednak tradycji w wychowaniu. Od malego dzieci sie ucza,
          ze istnieje bog. Trudno sie temu oprzec. Zastanawia mnie tylko, jak to sie
          dzieje, ze ludzie w pozniejszej fazie zycia przyjmuja wiare. Czy to tak nie bylo
          z Einsteinem ? Cos o tym w tym artykule pisali, musze go jeszcze raz wygrzebac.

          Az strach o tym pomyslec, co by bylo, gdyby odkryli osrodek wiary w mozgu.

          K.
          • ppjw Re: ŚMIERĆ? I co potem? - tez do melki 11.12.03, 11:49
            Witam! W pierwszym odruchu nie miałam ochoty przyłączać się do dyskusji, ale
            przeczytawszy wypowiedź melki_x pomyślałam, że nie mogłabym lepiej ująć tego,
            jaki mam stosunek do śmierci oraz wiary. Jestem osobą niewierzącą, ale na to
            właśnie miały wpływ obserwacje życia, i nie chodzi tylko o dzieci z
            nowotworami, nie chodzi w ogóle tylko o ludzi, ale o całą naturę : dobry i
            miłosierny Bóg obdarza życiem i czuciem zwierzęta, to dlaczego, jak to
            powiedziano w jakimś filmie, Świat jest jedną wielką restauracją?? Dlaczego
            trzeba zjeść inne zwierzę żeby przeżyć?? Nie rozumiem.
            Co do cierpień innych ludzi - to dlaczego Bóg nie interweniuje? Dlaczego, jeśli
            istnieje, nie wykorzystuje swojej "wrzechmocy"? Z powodu takich pytań jestem
            niewierząca...wszystko tak naprawdę jest dziełem przypadku - ty zachorujesz -
            ty nie...czy ktoś w niebie rozdziela role, jeśli tak, to dlaczego
            niesprawiedliwie?
            Co do tego co jest po śmierci - okrutne, ale moim zdaniem nie ma nic, tak jak
            nie ma nic przed naszymi narodzinami...
            Przepraszam, jesli kogoś uraziłam, ale to jest moje, bardzo subiektywne,
            zdanie...
            pozdrawiam i wierzących, i niewierzących...Paulina
            ps. ośrodek w mózgu, jak przyjmą to wierzący?
          • addria Re: ŚMIERĆ? I co potem? - tez do melki 11.12.03, 12:18
            kerstink napisała:

            > Duzy wplyw przypisuje jednak tradycji w wychowaniu. Od malego dzieci sie ucza,
            > ze istnieje bog. Trudno sie temu oprzec. Zastanawia mnie tylko, jak to sie
            > dzieje, ze ludzie w pozniejszej fazie zycia przyjmuja wiare. Czy to tak nie
            byl
            > o
            > z Einsteinem ? Cos o tym w tym artykule pisali, musze go jeszcze raz
            wygrzebac.

            No dobrze, a co jeśli ludzie w późniejszej fazie życia wiarę odrzucają? Ośrodek
            przestaje funkcjonować? I czy to jest ośrodek tylko i wyłącznie wiary
            religijnej (nie bardzo to do mnie przemawia)? A może wiary wogóle i nie ma w
            tym nic szczególnego, ot kolejne miejsce w mózgu gdzie "instalowane są nowe
            programy" wink

            Poza tym, czytałam, że podobno Bóg pozwala na cierpienie umyślnie i nie
            zatrzyma nam ręki kiedy wkładamy ją pierwszy raz do ognia, bo parząc się uczymy
            się, że tak robić nie wolno, a potem uczymy tego innych.
            Widząc cierpienie uczymy się miłości i współczucia, uczymy się jak pomagać i
            nieść ukojenie, uczymy się pokory wobec życia, wreszcie możemy odkupić swoje
            winy wobec innych ludzi i Boga - np. pomagając cierpiącym. Ostatecznie zawsze
            zwyciężamy zło, czyniąc dobro.

            Wiem, to wszystko strasznie skomplikowane i trudne. Rozumiem gniew wszystkich,
            którzy nie potrafią pojąć okrucieństwa tego świata, zwłaszcza wobez niewinnych
            dzieci. Sama czasem mam wątpliwości... momentami tracę wiarę i nic już nie
            wiem... Boję się również śmierci bliskich i swojej, boję się nicości, a
            powinnam wierzyć, że to jednak nie koniec....

            Ech, to strasznie trudny i delikatny temat...
            • ppjw Re: ŚMIERĆ? I co potem? - tez do melki 11.12.03, 12:27
              napisałaś:
              > Poza tym, czytałam, że podobno Bóg pozwala na cierpienie umyślnie i nie
              > zatrzyma nam ręki kiedy wkładamy ją pierwszy raz do ognia, bo parząc się
              uczymy się, że tak robić nie wolno, a potem uczymy tego innych.
              > Widząc cierpienie uczymy się miłości i współczucia, uczymy się jak pomagać i
              > nieść ukojenie, uczymy się pokory wobec życia, wreszcie możemy odkupić swoje
              > winy wobec innych ludzi i Boga - np. pomagając cierpiącym. Ostatecznie zawsze
              > zwyciężamy zło, czyniąc dobro."

              OK, tylko dlaczego musimy się uczyś na czyimś cierpieniu??? Ile wieków trzeba
              się uczyć? Jakie są efekty tych nauk? Historia się powtarza, ludzkość jakoś tak
              wydaje się "mało pojętna", a nie uczymy się na pomocach dydaktycznych....sad


              > Ech, to strasznie trudny i delikatny temat... - dokładnie, ilu ludzi, tyle
              pewnie opinii...
    • 73nikusia do melki i kersting 11.12.03, 11:47
      Mam do Was kilka pytan dziewczyny, nie musicie odpowiadac jesli nie chcecie,
      jesli to tajemnice ... czy zbyt poufne informacje

      1. Czy jestescie lekarzami?
      2. Czy bralyscie slub jako wierzace, tzn z sakramentami?
      (cos ktoras z Was wspominala o tym ze ma wierzacego meza, ochrzczone dziecko)
      3. Czy wychowylascie sie w wierzacej rodzinie, slyszalyscie o Bogu jak to
      ktoras z Was ladnie napisala smile od dziecka?
      4. Czy bylyscie ochrzczone, przyjelyscie kumunie, bierzmowanie ... a "niewiara"
      przyszla pozniej, np wraz z proba przejscia ponad nia wiedzy i nauki o
      czlowieku naprzyklad?

      Nie wzlej wierze te pytania smile
      Nika
      • melka_x Re: do melki i kersting 11.12.03, 12:44
        Niko,
        W mnie to dość skomplikowane. Pochodzę z wierzącej rodziny. Moja babcia, jako
        osoba wierząca nie chciała wchodzić w żadne, powtarzam żadne układy z władzą.
        I udało jej się nawet w czasach stalinowskich. Zrezygnowała ze swojego zawodu
        (wykonywanego przed wojną, była dziennikarką) i została nauczycielką w
        przyklasztornej szkole dla dziewcząt. Piszę o tym, żeby pokazać jak bardzo jej
        wiara wpływała na wybory, ktorych musiała dokonywać w życiu, że jej katolicyzm
        nie był tylko formą, tradycją. Mój ojciec chodził do szkół prowadzonych przez
        zakonników i do tzw. "małego semiarium". Studia kończył na KUL-u (co prawda z
        historią naszej rodziny i tak nie przyjeliby go na żadną, państwową uczelnię).
        Mimo tego wychowania, mimo obecności tylu głeboko wierzących osób, i to osób
        mądrych, doskonale wykształconych (jednym z wykładowców w małym seminarium był
        Karol Wojtyła) ojciec stracił wiarę, albo uznał że nigdy nie wierzył (poza
        okresem wczesnego dzieciństwa). Ja nie zostałam nawet ochrzczona. W
        podstawówce chciałam jak inne dzieci chodzić na religię, więc wymogłam na
        swoich rodzicach chrzest. Najpierw chodziłam do kościoła, bo chciałam jak
        inni. A później coś poczułam. Dlatego dziś jestem skłonna wierzyć, że być moze
        to naprawdę kwestia łaski. Ale później zaczęły się wątpliwości. Różne.
        Związane z sensem cierpienia, związane z nieakceptacją (no nie moglam w to
        uwierzyć, po prostu nie mogłam!) dogmatów, np. dogmat o nieomylności papieża
        (i ja nie mówię tu o czasach "okołoinkwizycyjnych", gdzie informacje o
        postawie papieży i Kościoła mamy z przekazów ludzi związanych z reformacją, bo
        jak napisał to jeden z dziennikarzy, to jakbyśmy wiedzę o Solidarności
        czerpali z Trybuny Ludu w latach 80.), wracając do dogmatu o nieomylności
        papieża, tak mnie zastanawia postawa Watykanu w czasie II wojny. I jak tu
        uwierzyć w dogmat? A jak uwierzyć, że do nieba idą tylko ochrzczone dzieci,
        skoro to one nie mają na chrzest wpływu? Takich wątpliwości bylo mnóstwo i w
        końcu poczułam, że nie ma Boga. Od tamtej pory chodze tylko na pasterkę, bo
        uważam że to piękna tradycja. Nie mam ślubu kościelnego (nie mam zresztą
        żadnego, ale piszę "mąż", bo jednak konkubent niesie złe konotacje, poza tym
        uważamy sie za rodzinę). Chrzest dziecka - tak, ale dlatego że zależało na tym
        wierzącym rodzicom męża i mojemu ojcu, ktory teraz określa się jako "wątpiący -
        poszukujący" a ja nie widziałam powodu dlaczego nie miałabym się na to
        zgodzić, skoro dla nich to ważne. Mój mąż również jest niewierzący, sadzę że
        mniej wiecej od czasów liceum.
        Już wspomniałam, że nie jestem lekarzem. Do szpitala przychodziłam do swojego
        dziecka, ale ani jego cierpienia ani cierpienia innych dzieci, ktore tam
        widywałam nie są powodem mojej niewiary. Nie wierzyłam już wcześniej.
        Pozdrawiam
        p.s. Argument dla Was wierzących: znam wielu fizyków. Znakomitych, pracują na
        prestiżowych uczelniach w Stanach (zreszta tam polscy fizycy mają doskonała
        opinię), mają ogromne osiągnięcia. Wielu z nich po okresie ateizmu wróciło do
        wiary. W baaaaaaardzo dużym uproszczeniu twierdzą, że nie moga uwierzyć w
        przypadkowość wszechświata, że im więcej wiedzą, tym bardziej są przekonani o
        istnieniu Boga. Inna sprawa, że raczej nie wracają do katolicyzmu, to raczej
        wiara w istnienie absolutu.
        • 73nikusia Re: do melki i kersting 11.12.03, 12:59
          Oj ...
          Zlozonosc tej Twojej wypowiedzi ... powaznie, stawia Cie teraz w moich oczach
          jako zupelnie inna osobe.
          Dlatego tez staram sie nie oceniac ludzi za szybko, szczegolnie tu na necie.
          Teraz widze Cie w zupelnie innym swietle. Bardziej jasnym smile

          Wiesz moj Tato byl bardzo skomplikowanym czlowiekiem. Z punktu widzenia wiary
          byl wierzacym - zadko praktykujacym smile Ale byl przedewszystkim dobrym bardzo
          dobrym czlowiekiem. Bez skazy ... naprawde ... to nie sa tcze slowa.

          On bal sie smierci, nie w zyciu, tylko juz w chorobie. Kiedy byl mlody, za
          mojego dziecinstwa, czesto pytalam go "tatusiu gdzie bedziemy pochowani"?
          Pytanie to wynikalo z prostego rozumowania malutkiego dziecka dwiedzjacego
          groby zmarlych bliskich to tu to tam. Chodzilo mi bardziej o miejsce ... czy to
          bedzie kolo naszego domu, czy gdzies dalej. On zawsze odpowiadal mi " kochanie,
          tym zajma sie nasi bliscy po tym jak umrzemy". Nie lubil myslec o smierci. Nie
          chcial o niej myslec. Budowac grobow za zycia.

          Kiedy umieral bylam przy nim. Byl tak spokojny, radosny, usmiechal sie ... nie
          moge jeszcze nie ... to zbyt osobiste ...

          Ale rozumiem Cie Twoja niewiare ... Tylko ten pierwszy list byl taki ... pelen
          prostych argumentow.

          Nika
          • melka_x Re: do melki i kersting 11.12.03, 13:15
            Niko, przeprowadziłam wiele rozmów z jezuitami (nota bene, wbrew powszechnemu
            przekonaniu, niezwykle otwarty zakon, niezwykle otwarte umysły, niezwykle
            otwarte serca dla innowierców i niewierzących, no i ogrom wykształcenia, bo
            chyba w żadnym innym zakonie studia nie trwają tak długo i nie są tak dogłebne-
            robią wrażenie, naprawdę:. Wracając do tematu, wielokrotnie rozmawiałam na
            temat sensu cierpienia, za które nie człowiek odpowiada. I oni uważali, że to
            jedno z bardziej fundamentalnych pytań o Boga, wiarę. Jedno z trudniejszych
            pytań, bo nikt nie potrafi odpowiedzieć na to jedoznacznie. Ja wciąż nie widzę
            tej odpowiedzi, nikt nie potrafi jej dostarczyć, a dla Ciebie to takie proste?
            Pytanie o sens cierpienia w obliczu miłosiernego i wszechmocnego Boga nie jest
            proste. To jeden z tych problemów nad którymi od tysięcy lat zastanawiają się
            najwięksi teolodzy, najwięksi filozofowie, wielu świętych, ile pism na ten
            temat, ile wątpliwości, ile polemik - a wszystko to autorstwa najtęższych
            umysłów, a dla Ciebie to proste? (Nie mam złych intencji, naprawdę nie
            rozumiem). Pozdrawiam
      • kerstink Re: do melki i kersting 11.12.03, 13:24
        No to szybko:

        1. Nie. Jestem naukowcem.
        2. Bralam slub cywilny, koscielny juz nie chce (kiedys bylam chetna, ale nie
        bylo czasu). Zgodzilam sie na chrzest dzieci, bo zalezalo rodzinie meza na tym.
        Zreszta, zyjemy w Polsce ...
        3. Nie. Moja mama odeszla od wiary w wieku 18 lat, gdy nie majac juz ojca i
        majac pod opieka mlodszego brata chciala pochowac matke. Ksiadz ja wysmiewal,
        jak sie dowiedzial, ze nie ma pieniedzy. Ojciec nie mial nic z wiara wspolnego,
        choc pierwotnie starali sie jego rodzice tak go wychowac.
        Zyjac jako dziecko poza Polska nie mialam za bardzo stycznosci z ta
        problematyka, raczej cale otoczenie bylo 'niewierzace', albo nie przyznalo sie.
        4. Nie.

        Dla mnie naprawde byloby ciekawie wiedziec, jak to jest, ze ktos sam z siebie
        zaczyna wierzyc w Boga.

        Kerstin
    • 73nikusia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 12:39
      Dziwne jestescie dziewczyny ...
      ppjw ...
      A niby na czym mamy sie uczyc ... na sztucznych kuklach?
      Powiesz cos zle, skrzywdzisz kogos, urazisz. No tylko nie mow ze nigdy Ci sie
      cos takiego nie zdarzylo. To tez jest zlo.
      Zauwazacie tylko to zlo w skali "makro". Kiedys ktos ladnie powiedzial, gdyby
      kazdy patrzyl na to co robi, gdyby kazdy byl dla drugiego bratem, nie
      krzywdzil, nie zabijal, nie klamal ... nie bylo by tyle zla na swiecie.

      Bog dal nam wolna wole. Mozemy robic co chcemy. Zle czy dobrze. On rozliczy nas
      z tego kiedys ...

      Chcialabys byc sterowana jak ... w Matrix?? Chcesz cos zrobic zle Bog spada z
      niebios i za reke - "nie wolno mowi nie wolno".
      Spojrzyjmy na siebie a potem mowmy o skali "makro".

      Sama nie jestem bez winy. Ale zdaje sobie z tego sprawe. Dlatego nie mozna
      mowic ze ten byl zly a Bog nic nie zrobil.
      Czy zrobil cos jak ty bylas zla??

      Nika
      • ppjw Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 12:52
        73nikusia napisała:

        > Dziwne jestescie dziewczyny ...
        > ppjw ...
        > A niby na czym mamy sie uczyc ... na sztucznych kuklach?
        > Powiesz cos zle, skrzywdzisz kogos, urazisz. No tylko nie mow ze nigdy Ci sie
        > cos takiego nie zdarzylo. To tez jest zlo.

        Nie, oczywiście nie powiem, że nigdy mi się nie zdarzyło, każdemu zdarza się i
        to wcale nie rzadko, ale tak jak piszesz poniżej jest to trochę inna skala...
        > Zauwazacie tylko to zlo w skali "makro". Kiedys ktos ladnie powiedzial, gdyby
        > kazdy patrzyl na to co robi, gdyby kazdy byl dla drugiego bratem, nie
        > krzywdzil, nie zabijal, nie klamal ... nie bylo by tyle zla na swiecie.

        dokładnie tak, ale jednocześnie nie mamy wpływu na to, czy małe dziecko
        zachoruje, czy nie. I taka sytuacja jest dla mnie niezrozumiała - to nie jest
        niczyja wina...
        >
        > Bog dal nam wolna wole. Mozemy robic co chcemy. Zle czy dobrze. On rozliczy
        nas
        >
        > z tego kiedys ...
        >
        > Chcialabys byc sterowana jak ... w Matrix?? Chcesz cos zrobic zle Bog spada z
        > niebios i za reke - "nie wolno mowi nie wolno".
        > Spojrzyjmy na siebie a potem mowmy o skali "makro". - wiesz, jakoś nie widzę
        możliwości porównania przytoczonych wyżej obozów koncentracyjnych z moim
        urażeniem kogoś. I oczywiście nie chciałabym być sterowana, ale może takim
        Hitlerem powinno się posterować ?
        >
        > Sama nie jestem bez winy. Ale zdaje sobie z tego sprawe. Dlatego nie mozna
        > mowic ze ten byl zly a Bog nic nie zrobil.
        > Czy zrobil cos jak ty bylas zla?? - oczywiście, że nie zrobił, ale tu znowu
        zahaczamy o "skalę"...

        reasumując - nie chcę nikomu narzucać swoich przemyśleń, nie chcę też wywoływać
        burzy, to jest ( jak powyżej) tylko i wyłącznie moja opinia. Nie twierdzę, że
        się nie mylę, ale się zastanawiam....nie jesteśmy dziwne, ale mamy inne
        zdanie...

        pozdrawiam, Paulina



      • melka_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 12:59
        oj Niko, dlaczego "dziwne jesteście dziewczyny"? Czy my Cię wartościujemy?
        Mówimy, że jesteś ze swoją wiarą dziwna? Nie, szanujemy ją i Twoje
        przekonania, więc prosimy o wzajemnośćsmile.
        Wrócę do mojego głównego argumentu. Uczenie się współczucia na niewinych
        dzieciach. Mówiwmy o źle w skali makro, ponieważ dobrze wiemy, że na złe
        uczynki w skali mikro ma wpływ sam człowiek i on za nie odpowiada. A w
        przypadku skali makro, jak w przypadku niezawinego przez nikogo bólu dzieci
        nikt z ludzi za to nie odpowiada. Nie chciałabym być sterowana. Ale chciałam
        żeby Bóg nie pozwolił się tak potwornie męczyć zarówno mojemu dziecku, jak i
        innym wokół. To takie dziwne i niezrozumiałe? Jeśli musi je zabrać, niech
        zabierze, ale dlaczego skazuje je na cierpienie? Cierpienie, ktorego
        prawdpodobnie nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, cierpienie do granic
        wytrzymałości bólu, fizyczne cierpienie aż do utraty przytomności z powodu
        bólu (to zresztą chwilowa ulga, szkoda, że tylko chwilowa). Co ma do tego moje
        spojrzenie na siebie?
        • 73nikusia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 13:07
          "Dziwny" melko nie chodzi zly, nie wartosciuje nikogo. Chodzi mi tylko o ten
          Wasz argument, chore dzieci.

          Ja poprostu inaczej na to patrze. Pisalam o tym ze tez mialam okazje widziec te
          dzieci, chorowal moj bratanek. Moja mama siedziala przy nim czasem dzien i noc.
          Ale tylko gorliwiej modlilismy sie do Boga o ulzenie mu w cierpieniu.

          Nie wiem poprostu inaczej to widze. Nie jako kare, nie jako zsylanie na dzieci
          winy za nasze grzechy ... poprostu jako chorobe, ktora moze dopasc nas
          wszystkich ... bez wzgledu na wiek, czemu byl winien moj tato ze zachorowal na
          raka, byl najlepszym czlowiekiem na swiecie ??
          Choroba to nie kara. To nie kara od Boga.

          Wezmy np AIDS, chora matka ... rodzi sie chore dziecko ... czy to tez wina Boga?

          Nika
          • ppjw Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 13:25
            właśnie o to chodzi - to nie jest kara czy też wina Boga...To po prostu jest
            ślepy traf, przypadek, ktoś ma pecha. Nie obwiniam Boga, nie twierdzę, że jest
            zły - po prostu w niego nie wierzę, a przynajmniej nie w takiej postaci, jak
            przedstawia Go wiara katolicka - dobry, miłosierny, wrzechmocny. Chyba w
            którejś wypowiedzi wcześniej pojawił się wątek fizyków - jestem skłonna
            uwierzyć w jakąś siłę nadrzędną, sprawczą całego istnienia, ale nie jest ona na
            pewno "samą dobrocią". I w takim pojęciu chore dzieci się mieszczą - nie ma
            żadnej sprawiedliwości, jest przypadek i bezsensowna tragedia..
          • melka_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 13:25
            Nie, niczyja wina, żadna kara. I co z tego? Dlaczego Bóg na to pozwala?
            Dlaczego Bóg nie zabiera nieuleczalnie chorych dzieci od razu do siebie, tylko
            każe im czuć ból, i ból, i ból. Gdybyś chciała znowu się upieraćwink, że to
            proste pytanie - prosta odpowiedż zajrzyj na moją odpowiedź wyżej.
    • 73nikusia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 13:26
      Melko,

      Dopiero teraz przeczytalam Twoj wczesniejszy wpis, umknal mi gdyz byl wprost
      pod moim pytaniem, a nie na koncu listy - przepraszam.

      "Dziwne" - to slowo chyba Cie, oraz inne niewierzace, urazilo, nie to bylo moja
      intencja.
      Pragniesz odpowiedzi na pytanie
      "Czemu Bog pozwala cierpiec dziecio"?
      Ja zapytalabym jezeli juz
      "Czemu Bog pozwala cierpiec komukolwiek z dobrych ludzi tu na ziemi"?

      Czasem sobie zadaje pytanie ... Czemu moj tato zachorowal? Czemu nie dozyl
      sedziwego wieku bawiac sie ze swoimi wnuczetami? Czemu nie mogl tak jak moj
      jeden z wojkow umrzec w wieku 92 lat, po powrocie ze spaceru po swoich polach,
      siadajac w swoim fotelu i zasypiajac? Piekna smierc prawda?
      Czemu czemu ...

      Mowisz ze rozumiesz ze Bog nie zsyla choroby. OK, w jednym sie zgadzamy.
      Cierpienie jest nieodlaczna czescia choroby, szczegolnie nowotworowej. Wiec
      jest poprostu jej wynikowa.
      Teraz czemu Bog nie odbiera tego cierpienia? Nie wiem ... staram sie sobie to
      tlumaczyc ... na swoj sposob, moze glupi, moze nie zrozumialy dla innych, moze
      okrutny. Ale nie chce tu o tym pisac. Wywolalabym fale ...

      Ja wierze w to ze trzeba byc dobrym, dobrym dla siebie ale i dla innych. Wierze
      w to ze kiedys Bog nas z tego rozliczy ...
      Wierze w to ze jest niebo, ze tam spotkam mojego tate, Kubusia, dziadka i
      innych ktorzy od nas odeszli ...

      Nika
    • wieczna-gosia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 13:35
      Mi wystarczy swiadomosc ze czlowiek zyl. byl. Czy cos pomoglaby mi swiadomosc
      ze umarl w meczarniach ale teraz jest w niebie? Nie sadze. Wystarczy mi zycie.
      Moj przyjaciel na studiach walczyl z guzem mozgu. Bardzo dlugo nie bylo
      nawrotu powoli odstawiano mu leki. Guz sie odnowil, nieoperacyjny- tak
      powiedzieli. To byl taki przyjaciel z gatunku- gdybym nie byla juz mezatka
      to... oboje zdawalismy sobie z tego sprawe. Zostal na zawsze we mnie. jego
      cierpienie, moje cierpienie, na zawsze wpisaly sie w historie naszych studiow.
      Cudownie ze chociaz tyle czasu bylo nam dane przezyc. Nie odczuwam potrzeby
      myslenia ze gdzies mu jest lepiej. Ani ze to czjas wina ze cierpial, czy ze
      cierpial za cos. Byl. I to jest super. Co by bylo gdyby go nigdy nie bylo?
      Strach pomyslec.
      • wieczna-gosia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 13:45
        Jestem niewierzaca, ale 14 lat z gociem wierzacym robi swoje- wiec poglady na
        Boga mi sie buduja. I uwazam ze brak jego interwencyjnosci jest wlasnie
        dowodem na jego milosierdzie. Przypomnijmy sobie Boga ze STarego Testamentu. Z
        jednej strony- kaszka manna z nieba- z grugiej- potop, sodoma, gomora...
        Przeciez Bog nie broni nam zycia w pocyfzmie, poszukiwania lekow (coraz wiecej
        dzieci zreszta potrafimy uratowac). Dla mnie ten obraz Boga co poruszykl i
        teraz czeka co z tego wyniknie ma w sobie wiecej milosierdzia niz
        starotestamentowy Bog wtracajacy sie w ludzkie sprawy. Boze mam nadzieje ze tu
        po jakis dogmatach nie przejechalam sie zbyt powierzchownie, traktatu nie
        chcialam pisac wink)
    • 73nikusia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 13:36
      Melko ...
      Jeszcze jedno ... "proste" mialam na mysli to ze wybralas najbardziej oczywisty
      dowod na wg ciebie nieistnienie Boga. Nie uwazam ze sa na to proste odpowiedzi.
      Ale w takim razie mi nasuwa sie najbardziej proste pytanie znow ...
      Czemu jest tyle rodzin, w ktorych problem choroby dziecka, jezeli juz przy tym
      sie upierasz, wystapil a rodziny te trwaja przy wierze? Wiem cos o tym bo
      rodzina mojego brata po smierci Kubusia czesto spotykala sie z takimi ludzmi w
      Kosciele.

      Moze powiecie ze jest duzo osob niewierzacych. Tez tak kiedys myslalam. Na
      studiach chyba my wierzacy bylismy w mniejszosci.
      Ale nas wierzacych jest bardzo duzo. Nie mam tu na mysli tych ktorzy sie za
      takowych tylko wolaja ... ale tych prawdziwych pelnych wiary i ufnosci.

    • marta_mamamaciunia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 13:46
      ZAPŁAKAŁY ANIOŁY W NASZYM NIEBIE
      NIE MA ...
      NIE MAM JUŻ CIEBIE.
      PRZEBRZYDŁEJ ŚMIERCI
      SKRZYDŁA UCIĄĆ CHCIAŁAM!
      NIE...
      NIE ZDĄŻYŁAM:
      DUSZA ODLECIAŁA...
      WIEM,ŻE WIELKA PUSTKA
      TERAZ W NASZYM NIEBIE.
      BO
      BO NIE MA...
      NIE MAM JUŻ CIEBIE.

      Co chcę jeszcze dodać?? Nic. Odeszła moja ukochana Babcia...Zawsze była ...A
      teraz Jej mieszkanie jest zimne i puste.Czy wierzę w Boga? Nie. Bo nnie mogę
      tego zrozumieć ... Tego nie da się zrozumieć...
    • addria Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 14:02
      Jeszcze o samej wierze.

      Religia chrzescijanska, jej nauka, to pewna CALOSC. Nie sposob zrozumiec
      czesci, nie znajac calosci, bo nikt nie dzieje sie bez przyczyny.
      W wielkim uproszczeniu: cale cierpienie swiata, a wiec i dzieci jest wynikiem
      grzechu CZLOWIEKA. Czlowiek (Adam i Ewa) mial szanse na zycie bez cierpienia i
      bolu, jego zyice i zycie jego dzieci, wnukow, itd... ale ta szanse
      zaprzepascil. Czlowiek rozumiany tez symbolicznie, czyli jako LUDZKOSC, a wiec
      kazdy z nas, bo jak zauwazyla jedna z dziewczyn, to wszechobecne cierpienie
      innych, niczego NAS_LUDZI wciaz nie uczy. Bog dal nam wybor i wola wole,
      pierwsi ludzie zle to wykorzystali, a my tez dalecy jestesmy od idealu. Stad
      zlo, ale jest nadzieja na zycie wolne od cierpienia i bolu. Zycie po smierci.
      Ale to, czy bedzie nam dane znow zalezy od naszego wyboru.

      Oczywiscie czy przyjmiemy ta nauke czy nie to znow nasz wybor. Wiara polega na
      tym, ze wierzymy nie widzac, nie majac namacalnych dowodow, a czasem nawet nie
      rozumiejac wszystkiego. Taka jest istota wiary. Nasz rozum nie jest w stanie
      pojac planu Bozego, nie teraz, nie w tym zyciu.
      Nie na darmo Bog szczegolnie umilowal "prostaczkow", bo oni nie przekladaja
      wiary na rozum, rozsadek, nie szukaja dowodu. Po prostu wierza.
      Tak widzi to chrzescijanstwo.


      I rzeczywiscie ze mna jest tak, ze im wiecej mysle, im wiecej probuje
      zrozumiec, tym wiecej mam watpliwosci i sama wiara gdzies ucieka....

      Pozdrawiam,

      Ps. Przepraszam, ze pisalam bez Caps Locka, ale siedze aktualnie przy innej
      (polskiej) klawiaturze i nie moge jej "cus" oswoic wink
    • 73nikusia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 14:05
      Sorki ale bol zeba mi sie nasilil i musialam sie polozyc ...

      Gosia napisala ... "I uwazam ze brak jego interwencyjnosci jest wlasnie
      dowodem na jego milosierdzie. Przypomnijmy sobie Boga ze STarego Testamentu. Z
      jednej strony- kaszka manna z nieba- z grugiej- potop, sodoma, gomora...
      Przeciez Bog nie broni nam zycia w pocyfzmie, poszukiwania lekow (coraz wiecej
      dzieci zreszta potrafimy uratowac). Dla mnie ten obraz Boga co poruszykl i
      teraz czeka co z tego wyniknie ma w sobie wiecej milosierdzia niz
      starotestamentowy Bog wtracajacy sie w ludzkie sprawy."

      I to ma wlasnie takie moje odniesienie jak do swiata ... z Matrix?

      Dano nam wolna wole ... wiec dzialajmy tak aby bylo dobrze. Jezeli ktos uczyni
      zlo ... no coz ... Bog rozprawi sie z nim w dniu ostatecznym.

      A zreszta ... wiara w Boga polega troche, lub przedewszystkim na zawierzeniu.
      Mi skolei jeden benedyktyn (nie wiem dlaczego czesto postrzegany zakon
      rozkoszujacych sie w winie smile) powiedzial na moje pytanie o Bogu tak ...
      niektore prawdy musisz poprostu przyjac ... nie probowac ich zglebiac,
      rozumowac ...

      Tak tez czynie.
      Pozdrawiam Nika
    • aluc Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 14:22
      jak już na tematy bardziej ogólne i okołowierne wink schodzi, to nie mogę się
      powstrzymać....

      niewiara w Boga nie musi wynikać z obserwacji okrucieństwa świata i ludzi
      dookoła, ze zwątpienia w sensie "skoro jest, to dlaczego nic nie robi"

      czasem wystarczy w szczenięcym wieku przeczytać, że bogów stworzyli ludzie, bo
      nie potrafili inaczej wytłumaczyć sobie pewnych zjawisk.. i zacząć się nad tym
      właśnie, a nie nad Bogiem tym czy innym, zastanawiać

      brak wiary w Boga katolickiego czy chrześcijańskiego czy jakiegokolwiek innego
      określonego lub nie nazwą religii nie wyklucza wewnętrznego przekonania, że
      jest Coś czy Ktoś ponad wszystkim czy na początku czy dopiero na końcu

      albo przynajmniej nie wyklucza posiadania wątpliwości, czy na pewno tam niczego
      i nikogo nie ma
      • 73nikusia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 14:36
        i to co piszesz nazywa sie niewiara ...
        wiara w nic to agnostyka smile

        oj to spora roznica miedzy agnostykiem a niewierzacym ...
        Nika
        • aluc Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 14:40
          hmm... a mi się zawsze wydawało, że agnostyk to ten, co uważa, że poznanie jest
          niemożliwe... i dlatego wzbraniam się przed określaniem mnie jako agnostyka -
          bo nie wiem po prostu, czy jest możliwe, czy nie, ciągle się nad tym zastanawiam

          czy w ogóle w nic można wierzyć? z naciskiem na wierzyć?
          • ppjw Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 14:51
            a ja to jestem dociekliwa i znalazłam:

            Agnostycyzm religijny to pogląd według którego nigdy nikomu nie uda się dowieść
            istnienia Boga, ale nie ma też możliwości dowiedzenia, że Boga nie ma.
            Agnostycyzm przybiera różne formy.

            Agnostycyzm religijny w odróżnieniu od ateizmu nie twierdzi, że Boga na 100%
            nie ma. Twierdzi tylko, że nie wiadomo czy jest i w związku z tym jest to
            kwestia wiary , a nie poznania. Agnostycyzm religijny odrzuca wszystkie treści
            religijne, zawarte w tradycji i świętych księgach uważając, że ich wartość
            poznawcza jest zbliżona do baśni czy legend.

            Agnostycyzm poznawczy to pogląd filozoficzny polegający na przyjęciu
            niemożności pełnego, rozumowego i/lub empirycznego ustalenia prawdziwości
            kluczowych faktów z dziedziny teorii bytu, takich jak istnienie materii, Boga,
            czy nawet realności świata zewnętrznego. Agnostycyzm poznawczy w odróżnieniu od
            agnostycyzmu religijnego nie musi stać w ostrej sprzeczności z religiami -
            głosi tylko, że religie to kwestia pozarozumowej wiary.
            żródło: pl.wikipedia.org/wiki/Agnostycyzm - tak na marginesie ciekawa
            strona smile

            pozdrawiam


            • melka_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 15:49
              Niko, najpierw odpowiedź na Twoje pytanie. Jak to jest, że tyle rodzin po
              przeżyciu tragedii traci wiarę. Ja chyba jako osoba niewierząca nie jestem
              dobrą adresatkę tego pytania, ja tego nie wiem. Mogę się tylko domyślać i o
              ile dobrze rozumiem, interesują Cię właśnie moje domysły na ten temat. No
              więc – ale to jest tylko moje zdanie, proszę żeby nikt tego nie traktował jako
              oceny motywów wiary, nie twierdzę, że tak jest w istocie!- wierzyć jest
              łatwiej. Właśnie dlatego, że wiara pomaga oswoić śmierć, że można wierzyć, że
              zło i cierpienie ma sens. Dlatego nie zdziwiłabym się, gdyby tragedia mogła
              nawet kogoś umocnić w wierze. Jeśli przyjmujesz, że cierpienie nie ma żadnego
              sensu, a śmierć jest czymś nieodwołalnym, wpadasz w rozpacz bez dna. Wiara
              daję nadzieję. Czujesz rozpacz, ale wiesz, że jeszcze spotkasz tę bliską
              osobę. Szalejesz z bólu widząc cierpienie kogoś bliskiego, ale uważasz, że po
              prostu nie jesteś w stanie zrozumieć sensu tego cierpienia i starasz się
              wierzyć, że sens nawet jeśli niewytłumaczalny, to jednak jest. Mam znajomego,
              którego przez wiele lat zdradzała żona. Mimo oczywistych sygnałów on jej
              wierzył. Ona stosowała strategię „nawet jak mi pokażą zdjęcie, to wyprę się i
              powiem, że fotomontaż”, a on wciąż wierzył. Zapytałam go kiedyś jak mógł przy
              tylu oczywistych sygnałach, dowodach. Powiedział „Jak w coś bardzo chcesz
              uwierzyć, to będziesz wierzyć wbrew wszystkiemu”. Nie chcę nikogo urazić tym
              porównaniem, ale takie jest właśnie moje zdanie, ludzie wierzą, bo bardzo chcą
              wierzyć. W ten sposób nadają swojemu życiu sens. Druga –równie uprawniona
              hipoteza- ja nie wierzę i nie rozumiem tego, bo jestem łaski wiary pozbawiona.
              Też możliwe, nie mam monopolu naprawdę.

              Teraz Adria, napisałaś: „Religia chrzescijanska, jej nauka, to pewna CALOSC.
              Nie sposob zrozumiec czesci, nie znajac calosci, bo nikt nie dzieje sie bez
              przyczyny W wielkim uproszczeniu: cale cierpienie swiata, a wiec i dzieci jest
              wynikiem grzechu CZLOWIEKA. Czlowiek (Adam i Ewa) mial szanse na zycie bez
              cierpienia i bolu, jego zyice i zycie jego dzieci, wnukow, itd... ale ta
              szanse zaprzepascil.”. Ja wiem, że religia to całość. W porównaniu z wieloma
              osobami bardzo wiele mi brakuje, ale sądzę, że mam całkiem niezłe rozeznanie
              teologiczne, na pewno wykraczające poza przeciętną wiedzę, także wielu
              katolików. Nie piszę tego zaczepnie, ani dla samej polemiki, tylko żeby
              powiedzieć Ci, że brak wiary nie musi wypływać z braku wiedzy i nie musisz mi
              tłumaczyć pojęcia grzechu pierworodnego, odkupienia itp., bo nie z
              nieznajomości wynika moja niewiara.

              Napisałaś też: „Czlowiek rozumiany tez symbolicznie, czyli jako LUDZKOSC, a
              wiec
              kazdy z nas, bo jak zauwazyla jedna z dziewczyn, to wszechobecne cierpienie
              innych, niczego NAS_LUDZI wciaz nie uczy.

              Jakie to ma stanowić wytłumaczenie dla niezawinionego przez nikogo cierpienia?
              Jakie to ma znaczenia dla cierpiącego dziecka (skoro już od tego przykładu się
              zaczęłam, to przy nim zostaję, ale nie jest to jedyny argument), że ludzkość
              niczego się nie uczy?

              Napisałaś: „Bog dal nam wybor i wola wole, pierwsi ludzie zle to wykorzystali,
              a my tez dalecy jestesmy od idealu. Stad zlo.”

              Jak zrozumieć, że cierpienie małego dziecka (a więc istoty absolutnie
              niewinnej – według mnie, wiem, że według Was jest ona obciążona grzechem
              pierworodnym) wynika z faktu, że kiedyś Adam i Ewa źle wykorzystali wolną
              wolę? Odpowiedzialność zbiorowa? Znowu nie chcę nikogo urazić, ale ja tak
              właśnie odbieram tłumaczenie o skutkach grzechu pierworodnego, który
              sprowadza niezasłużone przez daną osobę cierpienie.

              Co do jednego możesz mieć racje, wiara nie jest kwestią wiedzy. Można mieć
              dobrze oszlifowane szkiełko i wprawne oko, ale nie mieć czucia. Wracam jednak
              do tego samego, odpowiedź że nie należy próbować zrozumieć, ale należy wierzyć
              jest znakomitą odpowiedzią na wszelkie niewygodne pytania. Taka odpowiedź
              czyni polemikę z osobami niewierzącymi niemożliwą. Każde pytanie, które
              mogłoby budzić wątpliwość co do istnienia miłosiernego i wszechmocnego Boga
              można skwitować, że nie potrafimy tego objąć rozumem. I może i tak jest, tylko
              że to jest argument dla wierzących, nie dla mnie, mnie on nie przekona, skoro
              nie wierzę.

              Teraz Gosia, piszesz że sens miało samo istnienie Twojego przyjaciela. Wierzę.
              Ale... widzisz muszę się tu odwołać do bardzo osobistego przykładu. Nie
              chciałam wcześniej tego robić, bo po pierwsze to nie moje doświadczenie
              sprawiło, że straciłam wiarę, po drugie nie chciałam żebyście po przeczytaniu
              tego pomyślały „no tak spotkała ją tragedia, niezręcznie jest mi w takiej
              sytuacji udowadniać jej, że istnieje miłosierny Bóg”. Ale teraz trudno mi
              znaleźć lepszy przykład. Tylko proszę o traktowanie mnie nadal jako
              pełnoprawnego uczestnika dyskusji, proszę o nie chodzenie wokół mnie na
              palcach (wiem, wiem wynika to z dobrych intencji i wrażliwości). Moja córeczka
              umierała dwa miesiące w potwornych cierpieniach. Ona niczego nie przeżyła.
              Żadnych dobrych doświadczeń. Jej istnienie miało głęboki sens dla mnie, ale
              brutalna prawda jest taka, że dla niej lepiej byłoby gdyby nie urodziła się,
              albo zmarła zaraz po urodzeniu. Każdej nocy po wyjściu ze szpitala miałam
              przed oczami jej maleńką niemowlęcą buzię i usteczka wygięte w paroksyzmie
              cierpienia. Na początku otwierała oczy na mój głos i naprawdę nie wmawiam
              sobie tego, one były pełne nadziei. One były pełne nadziei, bo przecież
              przyszła mama i zaraz coś zrobi. Później były pełne wyrzutów, dlaczego nic nie
              robię? Po jakimś czasie jej spojrzenie mimo że było dwumiesięcznym
              niemowlakiem nabrało wyrazu spojrzenia staruszki. Było w nich tyle, naprawdę
              nie do wyobrażenia rezygnacji i smutku. Nawet lekarze to zauważyli. Kiedy
              zaczęła tak patrzeć wiedziałam już, że umrze. Wiedziałam, że rezygnuje, że
              chce tylko umrzeć. Wtedy próbowałam się modlić, mówiłam sobie „Ja nie wierzę,
              może na nic nie zasługuję, może byłam niedobrym człowiekiem, ale moja córka?
              Więc jeśli jesteś gdzieś Boże, to mnie usłysz, spraw żeby ona przestała
              cierpieć, zabierz ją”. A później przychodziłam i kolejny raz przekonywałam się
              jak gwałtownie zabiera nóżkę, gdy np. chciałam włożyć skarpetkę, ona się tak
              potwornie bała każdego dotyku, każde dotknięcie to było zabieranie nóżek,
              rączek, prężenie się całego ciałka i ten ogromny strach w oczach, że znowu
              będzie boleć. Kiedy zaczęła umierać powiedziałam moim rodzicom, że mam dobra
              nowinę, popatrzyli na mnie jak na szaloną, a ja taka ucieszona, że lekarze
              powiedzieli, że nie będzie cierpieć umierając, że spokojnie sobie zaśnie. I
              kiedy umierała płakałam nie dlatego, że ją tracę, to przyszło później płakałam
              ze szczęścia, że już nie będzie cierpieć. Aha gdyby którąś z Was chciała
              zapytać czy nie zabezpieczano ją przed bólem, to powiem że owszem. Dostawała
              ogromne dawki luminali, morfiny... Ale nawet największe nie uśmierzały
              całkowicie i na długo bólu, a zwiększanie byłoby uśmierceniem jej. Więc
              wracając do Ciebie Gosiu ja nie widzę sensu każdego istnienia, takiego jak
              mojej córki na pewno nie.
              Jej cierpienie i cierpienie tylu, tylu dzieci, które widziałam w tym szpitalu
              nie zmieniły mojego stosunku do wiary, jeśli już może w jakiś stopniu umocniły
              moje przemyślenia. Ale te rzeczy gnębiły mnie wcześniej i one spowodowały
              odejście od wiary.

              Podobno największym bluźnierstwem jest brak nadziei. Największy grzech wobec
              Boga, bo to znaczy, że przestajesz mu ufać. Póki kłócisz się z Bogiem, nawet
              Mu złorzeczysz wciąż wierzysz. Ja nie mam i dawno nie miałam tej nadziei.

              Pozdrawiam serdecznie i naprawdę szczerze i bez sarkazmu życzę wytrwania w
              wierze, jesteście z tym szczęśliwe. Może i ja kiedyś uwierzę? W końcu jestem
              agnostyczką, nie ateistką. Hmm..
              M.


              • 73nikusia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 16:13
                nie ma sensu to pisanie ...

                Podziwiam Cie Melka za to ze napisalas o tym wszystkim. Nie odczytuj tego jako
                wspolczucie ... tylko pelny podziw dla odwagi aby tu na forum opisac ta swoja
                tragedie.

                Wiem ze mozesz napisac ze moje "tragedie" zwiazane z "odprowadzaniem" na tamten
                swiat, wszystko jedno jak rozumiany, moich bliskich nie sa porownywalne z
                Twoja. Wydalas na swiat dziecko, krew z krwi kosc z kosci, a ona odeszlo w
                cierpieniach.
                Ale ja odprowadzalam w ostatnia droge mojego Tate, ojca, jedynego jakiego
                mialam, mialam 30 lat i tyle chcialam mu jeszcze powiedziec. On nie mogl
                oddychac, bol byl przeszywajacy ... nie moge o tym pisac.

                Kubus byl malutki, nie mial roczku jak smierc zajrzala mu w oczy. Chorowal
                ponad pol roku, Bog dal mu miesiac reamisji. I potem nawrot choroby, z podwojna
                sila. Powiesz to tylko moj bratanek ... to az moj bratanek. Mial nowotwor
                mozgu ... umieral w strasznych cierpieniach.

                Ale zarwono Tato, ktory poswiecil mi cale swoje zycie, jak i Kubus ktorym nie
                dane bylo nam sie dlugo cieszyc byli ... wspomnienie o nich jest we mnie i
                bedzie.
                Wiara w to ze ich kiedys zobacze.
                U mnie po tych tragediach, cierpieniach przyszla silna wiara, bardziej dorosla,
                u Ciebie (to tylko moje zdanie, niekoniecznie trafne) zostala niespokojna dusza
                poszukujaca odpowiedzi ... moze bardziej niespokojna niz przedtem
                Pozdrawiam szczerze Nika
                • ppjw Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 16:30
                  jedyne co przychodzi mi na myśl to przekleństwa, aż żałuję, że tutaj nie
                  można....
                  pozdrawiam Was bardzo cieplutko...
                  Paulina
                • melka_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 16:41
                  Niko,

                  Nigdy nie pozwoliłabym sobie na powiedzenie, że to tylko bratanek. Żadne
                  własne cierpienie nie upoważnia do oceny intensywności czjegoś cierpienia.

                  A co samej śmierci, to muszę przyznać, że cieszy mnie jeśli pojawia się od
                  czasu do czasu taki wątek. Nie zrozumcie mnie źle, chodzi mi o to, że dla mnie
                  strasznie drażniące jest to, że śmierć stała się tematem tabu. Kiedyś bylo
                  inaczej, dorośli umierali wcześniej, więcej dzieci umierało i ludzie mieli
                  jakoś smierć oswojoną, bo każdy miał styczność ze śmiercią. Dziś można przeżyc
                  kilkadziesiąt lat i nikogo bliskiego nie stracić. To oczywiście dobrze, ale
                  nie ma sensu udawanie, że śmierci nie ma. Przez to spychamy ją do szpitali,
                  tylu ludzi mogloby odejść w domach, w otoczeniu najbliższych... Brak mi też
                  różnych rytuałów. Takie np. czuwanie w domu przy zwłokach, był czas na
                  pożegnanie. Dziś zabierają ciało do kostnicy. Kiedyś rodzina sama obmywała i
                  ubierała zmarłych, dziś robią to w zakładach pogrzebowych obcy ludzie, bez
                  czułości... No i żaloba, ten czarny miał głeboki sens, był sygnałem dla
                  świata, że ktoś może dziwnie się zachowywać i jednocześnie czasem danym
                  osobie, ktora kogoś utraciła na powrót do normalności. Dziś uważa się -nawet
                  jak niezupełnie świadomie- że po miesiącu trzeba już normalnie funkcjonować. A
                  to opowiadanie dziecom, że ktoś kto umarł np. wyjechał... ech... rozmawiałam
                  niedawno o śmierci z 3-latką (za pełna aprobatą, zgodą i obecnością jej
                  rodziców), ona to traktowała tak naturalnie. Po prostu przyniosła kask
                  rowerowy, za mały już na nią i powiedziała, że chciała go dać mojej córce, ale
                  czy to że ona umarła znaczy, że nigdy już nie urośnie i nie zalozy tego kasku
                  i że nigdy nie będzie się z nią można pobawić. Powiedziałam, że tak, to
                  właśnie znaczy śmierć. Zadała mi jeszcze kilka pytań, i choć fakt, że nie
                  będzie mieć koleżanki na którą czekała w czasie mojej ciąży, był dla niej
                  smutny, to samą śmierć potraktowała jako coś bardzo naturalnego, trochę dzięki
                  rodzicom i mnie, a trochę chyba instyktownie już rozumie, że śmierć jest
                  nieodwołalnie związana z życiem... Szkoda że my później tracimy to poczucie.
                  Trochę się rozpisałam na nieco inny temat, ale tak na gorąco przyszło mi to do
                  głowy. Pozdrawiam ciepło
                  • 73nikusia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 11.12.03, 16:54
                    oj jak zle i nieopatrznie mozna zrozumiec slowa ludzi ...
                    a tu nam chodzi tylko i wylacznie o rozpacz po utracie kogos bliskiego
                    teraz to rozumiem

                    Co do smierci zgadzam sie z Toba melka ... to temat tabu dla wielu z nas
                    nadal ... niestety.
                    U mnie w pracy po tygodniu od smierci Taty (po tygodniu wrocilam do pracy) moj
                    szef powiedzial mi .. "no to odpoczelas, urlop juz chyba nie bedzie Ci
                    potrzebny, no to do roboty" Powiem tylko ze Tato zmarl 26 czerwca a ja swoj
                    urlop, wyjazd zaplanowany mialam na polowe sierpnia.

                    Ja nic nie potrafilam powiedziec, tylko lzy pojawily mi sie w oczach ... ale
                    moje kolezanki poszly mi z odsiecza. Naskoczyly na niego ...
                    Ja i tak nie mialam ochoty na urlop ... na zadne wakacje.

                    Co do czarnego koloru, teraz tak wiele ludzi nosi go na codzien, bez przyczyny.
                    To nie tak jak kiedys, byl zarezerwowany tylko dla zalobnikow.
                    A co do mowienie o smierci dzieciom, tez sie z Toba zgadzam ... to nie jest a
                    przynajmiej nie powinien byc temat tabu ... dzieci rozumieja wiecej niz nam sie
                    wydaje.
                    Stefek, synek mojego brata, brat blizniak niezyjacego Kubucia, przyszedl po
                    pogrzebie usiadl mi na kolanach i zapytal "ciociu do kogo ja bede przychodzil
                    teraz po cukierki ... " odpowiedzialam mu " do babci i cioci Stefku" rozplakal
                    sie ... Stefan to taka mala przylepka, najmlodszy w rodzinie, byl pieszczochem
                    mojego Taty. Ola najstarsza corka brata, panna w pierwszej klasie gimnazium
                    tylko siedziala na fotelu i plakala.

                    Minelo pol roku ... prawie ... jeszcze dwa miesiace temu balam sie Swiat ...
                    jak to bedzie bez Taty ... teraz czekam na nie z utesknieniem ...
                    Chce zobaczyc maluchy brata, mame siostre ... rodzine ... tak mam do niej
                    daleko 370 km

                    Pozdrawiam Nika
                    • anitaanita Re: ŚMIERĆ? I co potem? 12.12.03, 08:20
                      Wierzyle w boga od zawsze umieral moj tata mialam 8 lat wierzylam ,
                      Umieral moj dziadek ktory mnie wychowywal wierzylam dalej,
                      Umieral moj Synek 3 lata cierpienia w szpitalach.W domu byl drugi /blizniak/
                      nie potrafilam cieszyc sie tym zdrowym 3 lata w szpitalu wsrod umierajacych
                      dzieci tego sie nie da wymazac z pamieci .
                      Dzis na pytanie czy wierze w boga nie potrafie odpowiedziec, ale chyba juz
                      nie ??
              • addria Re: Do Melki 12.12.03, 09:06
                melka_x napisała:

                Ja wiem, że religia to całość. W porównaniu z wiel
                > oma
                > osobami bardzo wiele mi brakuje, ale sądzę, że mam całkiem niezłe rozeznanie
                > teologiczne, na pewno wykraczające poza przeciętną wiedzę, także wielu
                > katolików. Nie piszę tego zaczepnie, ani dla samej polemiki, tylko żeby
                > powiedzieć Ci, że brak wiary nie musi wypływać z braku wiedzy i nie musisz mi
                > tłumaczyć pojęcia grzechu pierworodnego, odkupienia itp., bo nie z
                > nieznajomości wynika moja niewiara.

                Melko, nie taki był mój cel. Napisałam to dla pewnego wyjaśnienia,
                (niekoniecznie konkretnie do Ciebie i oczywiście jak wspomniałam w dużym
                uproszczeniu) jednej kwestii: dlaczego Bóg pozwala na cierpienie, a nie
                dlaczego ludzie nie wierzą w Boga.

                > Jak zrozumieć, że cierpienie małego dziecka (a więc istoty absolutnie
                > niewinnej – według mnie, wiem, że według Was jest ona obciążona grzechem
                > pierworodnym) wynika z faktu, że kiedyś Adam i Ewa źle wykorzystali wolną
                > wolę? Odpowiedzialność zbiorowa? Znowu nie chcę nikogo urazić, ale ja tak
                > właśnie odbieram tłumaczenie o skutkach grzechu pierworodnego, który
                > sprowadza niezasłużone przez daną osobę cierpienie.

                No tak, niestety. To prawda, można to nazwać odpowiedzialnością zbiorową, choć
                osobie "nieczującej" wiary, na pewno trudno to zrozumieć. Tak jak napisałam
                ukarana została LUDZKOŚĆ, bo to konsekwencja wyboru pierwszych ludzi. To
                pierwsi ludzie, nie Bóg, skazali swoje dzieci, wnuki itd (a więc i współcześnie
                żyjące dzieci) na taki, a nie inny los. Ale jest alternatywa, jeśli tutaj pełne
                szczęscie nie jest możliwe, to jednak możemy je osiągnąć w przyszłym życiu
                żyjąc według praw ustanowionych przez Boga, to kwestia naszego wyboru.

                Wracam jednak
                > do tego samego, odpowiedź że nie należy próbować zrozumieć, ale należy
                wierzyć
                > jest znakomitą odpowiedzią na wszelkie niewygodne pytania. Taka odpowiedź
                > czyni polemikę z osobami niewierzącymi niemożliwą. Każde pytanie, które
                > mogłoby budzić wątpliwość co do istnienia miłosiernego i wszechmocnego Boga
                > można skwitować, że nie potrafimy tego objąć rozumem. I może i tak jest,
                tylko
                > że to jest argument dla wierzących, nie dla mnie, mnie on nie przekona, skoro
                > nie wierzę.

                Jeśli chcesz zgłębić wiarę rozumem, to nawet nie ma sensu tego próbować, bo
                wiara płynie z serca, nie z rozumu. Wiara to nie nauka.
                Wiesz, ludziom niewierzącym może wydawać się to niemożliwe, ale ludzie
                religijni, prawdziwie religijni, często CZUJĄ obecność Boga w swoim życiu. Był
                w moim życiu taki okres, kiedy ja też to czułam. I było to piękne. Nie da się
                tego opisać słowami. Czułam, że ktoś się mną opiekuje, czułam że cokolwiek
                robię ktoś nade mną czuwa. Wtedy wszelkie problemy były dużo mniej poważne,
                jakoś wiele po prostu mi się "udawało", bez szczególnych działań z mojej
                strony. Tak, jak w Biblii: Nawet jeśli szłam ciemną doliną, to zła się nie
                lękałam, bo Bóg był ze mną. To może śmieszyć osoby niewierzące, mogą mówić, że
                tak wymyśliła sobie kobita, bo chciałaby żeby tak było. Nie mniej jednak nie
                zrozumie ten, kto tego nie poczuje. A nie poczuje, jeśli będzie wiarę odrzucał.

                Teraz jest w moim życiu okres kiedy to uczucie przygasło. Wiem, że trochę, a
                może głownie z mojej winy. Trochę się zagubiłam. Bardzo mi tego uczucia
                brakuje, brakuje mi spokoju i wewnętrznej radości. Tak, z wiarą, zwłaszcza z
                głęboką wiarą jest dużo łatwiej żyć i dużo więcej można znieść...

                > Ale... widzisz muszę się tu odwołać do bardzo osobistego przykładu. Nie
                > chciałam wcześniej tego robić, bo po pierwsze to nie moje doświadczenie
                > sprawiło, że straciłam wiarę, po drugie nie chciałam żebyście po przeczytaniu
                > tego pomyślały „no tak spotkała ją tragedia, niezręcznie jest mi w takiej
                >
                > sytuacji udowadniać jej, że istnieje miłosierny Bóg”. Ale teraz trudno mi
                >
                > znaleźć lepszy przykład.

                Melka, naprawdę bardzo, ale to bardzo Ci współczuję i podziwiam za siłę. Wiem,
                że taka tragedia może załamać, stłamsić człowieka i potrafię zrozumieć dlaczego
                masz w tej chwili taki właśnie pogląd na temat, o którym dyskutujemy. Naprawdę.
                Ja wcale nie chcę Ciebie, ani nikogo nawracać. Nie można robić nic na siłę.
                Jeśli jest Ci to pisane, to być może kiedyś COŚ się wydarzy... W każdym razie
                życzę Ci wszystkiego dobrego i pozdrawiam,

                addria

                Ps. Uff.. ale długie wyszło wink))
                • melka_x DO MAMADAMA 12.12.03, 17:22
                  Mamodamo,
                  Tak jak to jest z internetem, że nie widząć mimiki, nie słysząc tonu można
                  przypisać wypowiadającym się osobom zupełnie inne intencje.
                  Napisałam "łysolek", bo tak mówiliśmy do naszej córeczki (chociaż nie była
                  łysa, tylko jak niemowlak - prawie niewidoczny puszek na głowie). Jak
                  mówię "łysolek" to mówię to z czułością, ogromną, także dla innych dzieci.
                  Bardzo mi przykro jeśli odczułaś to jako brak szacunku. A co do szacunku dla
                  dzieci to już kiedyś wieszałam post, który między innymi temu był poświęcony.
                  Ja też wiem co to jest patrzeć na linie na monitorze, które robią się coraz
                  bardziej płaskie. Pozdrawiam bardzo serdecznie

                  Adrio, Niko i wssytkie pozostałe wypowiadające się - dziękuję za rozmowę i
                  ciepłe słowa. A swoją drogą to krzepiące, że przy tak drażliwym temacie nie
                  przerodziło się to w "pyszczenie", zajrzałam na wątek poświecony prezentem
                  teściowych i włos mi się zjeżył, jak pióra leciały... Pozdrawiam
                  • melka_x Re: DO DANKI_WAŻNE 12.12.03, 17:45
                    Jeszcze: tak bardzo zrobiło sie przykro, gdy zrozumiałam jak to odebralaś, że
                    nie mogę tego tak zostawić. Nie chcę żebyś myślała, że ten "łysolek" wynika z
                    protekcjonalnej czułości, więc może powiem skąd się wziął. Jechałam windą z
                    może 5-letnią dziewczynką, która tak bardzo cieszyła się z nowej czapki, że
                    zapytała mnie, obcą osobę, czy w tej czapce jest fajnym "łysolkiem". I później
                    to określenie jakoś przylgnęło nam do naszej córeczki, wśród wielu innych
                    czułych zdrowbnień, i tak mi to już brzmi jak "słoneczko", "myszko" itp. A tak
                    BTW to był to jeden z niewielu szpitali, gdzie dzieci traktowano z szacunkiem,
                    jak odrębne osoby, wczęsniej (w innym szpitalu) róźnie to bywało. Więc ja też
                    jestem uwrażliwiona w kwesti szacunku dla dzieci, nie zastanowłabym się tylko
                    jak innym to słowo może zabrzmieć.
                    • melka_x Re: DO DANKI_WAŻNE 12.12.03, 17:47
                      p.s. to była oczywiście szpitalna winda, a dziewczynka była pacjentką tego
                      oddziału
                      • mamaadama4 Re: DO DANKI_WAŻNE 12.12.03, 22:22
                        Melka nie ma sprawy. Nie skojarzyłam cię z postem o twojej córce.
                        Bardzo często dzieci chore na nowotwory wykorzystuje się do podpierania
                        wszelkich tez, robi się z nich sierotki itp. I często robia to ludzie, którzy
                        widzieli takie dziecko tylko w telewizji.
                        danka
              • gemma.v Re: ŚMIERĆ - a ja się czepię Adama i Ewy ;) 12.12.03, 22:23
                Melka, napisałaś tak:
                "Jak zrozumieć, że cierpienie małego dziecka (a więc istoty absolutnie
                niewinnej ? według mnie, wiem, że według Was jest ona obciążona grzechem
                pierworodnym) wynika z faktu, że kiedyś Adam i Ewa źle wykorzystali wolną
                wolę? Odpowiedzialność zbiorowa? Znowu nie chcę nikogo urazić, ale ja tak
                właśnie odbieram tłumaczenie o skutkach grzechu pierworodnego, który
                sprowadza niezasłużone przez daną osobę cierpienie."

                Ja bym trochę inaczej zinterpretowała cała historię o Adamie i Ewie. Pamiętajmy, że
                Biblię trzeba odczytywać niedosłownie. Zerwanie owocu to tylko symbol, że oto
                ludzkość przekroczyła pewną magiczną granicę - zaczęła dokonywac wolnych
                wyborów. Zresztą to nie jest jakaś moja wymyślona teoria.
                Nie sądzę, żeby bezpośrednio ciążyła na nas wina Adama i Ewy, ich, jak to
                nazwałaś, "złe wykorzystanie wolnej woli". Sam fakt, że ludzie, począwszy od
                Adama i Ewy, mieli wolną wolę, wymusza niejako istnienie zła. Jak sobie
                wyobrażasz dokonywanie wyborów bez alternatywy?? Jeśli jest dobro, musi być i
                zło, po to, żebyśmy (nieco upraszczam) mieli w czym wybierać. To, że światem
                rządzą określone prawa fizyki, że materia ulega niszczeniu, że ludzie chorują,
                starzeją się, umierają - to wszytsko jest ceną, jaką płacimy za wolność. Bez takich
                "odpowiednich okoliczności" nie moglibyśmy decydować o sobie - a co znaczy
                decydować? Ano ponosić konsekwencje własnych wyborów.
                Gdyby Bóg ingerował w nasze życie, cóż to byłaby za wolnośc? Tak naprawdę
                stalibyśmy się marionetkami w Jego rękach. Wiem, że ta cena jest ogromna,
                niezrozumiała wręcz, ale taka jest alternatywa - albo jestesmy wolni, podlegamy
                pewnym (okrutnym niestety) prawom rządzącym światem, albo chodzimy jak
                nakręcone maszynki, nic nam nie dokucza, nie dolega, ale w zasadzie nie mamy
                świadomości.
                Wracając do Adama i Ewy - jakoś nie mogę uwierzyć w to, że wszyscy ponosimy
                konsekwencje ich wyboru... Raczej składaniam się ku tezie, że ktoś kiedyś w taki
                alegoryczny sposób opisał wydarzenie, jakim było danie człowiekowi
                samoświadomości i wolnej woli, czyli tego, co stanowi istotę naszego
                człowieczeństwa. Za przekroczenie tej granicy płacimy dziś cierpieniem, łzami itd.
                Jedyne, co Bóg może robić, chcąć uszanować naszą wolność, to się nie wtrącać -
                co nie musi znaczyć, że Go to nie obchodzi. (To trochę jak z dziećmi - jeśli
                chcemy, żeby dziecko odczuło konsekwencje własnych decyzji, pozwalamy mu np.
                poparzyć się o gorący kubek. Oczywiście wszytsko w granicach zdrowego
                rozsądku wink i przy założeniu, że dziecko jednak nie może do końca samo o sobie
                stanowić.) I tu się zgadzam z Wieczną Gosią. Człowiek starotestamentowy był jak
                kukiełka - potop, plagi, okrutne testy (Abraham zdaje się miał zabić swojego syna,
                Izaaka, żeby Bogu udowodnić, że go kocha) itd.
                Cierpienie dzieci (i wszystkich innych ludzi, nawet wielkich grzeszników) nie
                wynika z tego, że ktoś kiedyś (Adam i Ewa) popełnił okropny błąd - cierpienie jest
                konsekwencją tego, że światem rządzą określone prawa. Tak jak pisałam - to cena,
                jaką płacimy za wolność. Niemożliwe jest wybieranie między dobrem a złem bez
                istnienia samej tej alternatywy.
                Można się przy takiej teorii wystraszyć, że człowiek jest w gruncie rzeczy rzucony
                w świat, a Bóg się nim nie interesuje. Tu z kolei wypadałoby wyłożyć koncepcję
                Opatrzności, ale nie podejmuję tematu, bo za mało wiem, żeby się próbować
                mądrzyć. wink
                Mam nadzieję, że nie namieszałam.
                Pozdrawiam Cię, Melko, bardzo ciepło smile
                gemma
                • odalie Re: ŚMIERĆ - a ja się czepię Adama i Ewy ;) 13.12.03, 19:14
                  Ja mam podobne zdanie na temat Ewy i Adama. Jestem właściwie deistką, a
                  jednocześnie panteistką - mój Bóg jest wszędzie i nigdzie, ale był, jest i
                  będzie w nieskończoności czasoprzestrzeni. Nie jest kimś ani czymś, ale
                  wszystkim a zarazem niczym... wierzę w niego, bo go odczuwam i staram się pojąć.

                  Dodam jeszcze moje rozumienie "...i w bólach będziesz rodziła" - po prostu
                  człowiek na pewnym etapie, na którym stał się właśnie Homo Sapiens, wykształcił
                  tą swoją wielką głowę, nieco zbyt dużą jak na kanał rodny i układ miednicy
                  kobiety.

                  Według mnie to nie było przekleństwo (deprecjonujące kobietę), tylko suche
                  stwierdzenie faktu - chcesz mieć inteligentne dzieci, obdarzone zdolnością do
                  rozumienia mowy, do budowania cywilizacji, do kreatywności - no i dokonywania
                  wyborów moralnych - to masz, twoje dzieci będą miały spore łepki a ty problem
                  przy porodzie.
    • 73nikusia Re: ŚMIERĆ? I co potem? 12.12.03, 18:08
      Witam,
      Bylam dzis malo aktywna na forum, a wszystko spowodu tej mojej osemki. Dzis
      bylam na zdjeciu szwow. Nie za bardzo sie wszystko udalo. Mam szczekoscisk.

      Ale wracajac do naszego tematu ...

      Ciezko jest komukolwiek zrozumiec tragedie jaka jest smierc najblizszej sercu
      osoby. Ojca, matki, brata, siostry, dziadkow, wlasnego dziecka ...
      przyjaciela ... nie sposob wymienic wszystkich ... Ciezko dopuki sam nie
      odczuje tego na sobie.

      Czy jest sie wierzacym czy nie ... tragedia jest rowna w mierze ... czasem tak
      gleboka ze pozostawia slady do konca zycia. To nie tak ze juz nigdy nie
      usmiechniemy sie, nie bedziemy zartowac ... ale pozostanie w nas ten ... bol,
      strach??

      Uczucia przelewane tu na forum, tak jak ladnie to okreslila melka, nie do konca
      oddaja to co mamy w sercu. Nie jestesmy bowiem w stanie opisac wyrazu naszych
      oczu, lez w nich, bolu na twarzy kiedy mowimy o sprawach dla nas
      najczulszych ... I jak latwo wtedy o urazy, zle zrozumienie slow.
      Pamietam jak Kubus byl chory, mial juz widoczny guz na czolku, nie mial ani
      jednego wloska, a jego braciszek Stefek mial pokazna fryzurke. Wtedy i nam
      przychodzily okreslenia "Nasz ukochany lysolek" - w sposob najbardziej
      pieszczotliwy i czuly.

      Musimy byc silne bardzo, zeby zniesc to wszytko. Mi pomaga wiara. Ale nikogo
      nie bede do niej namawiac.
      A to ze umiemy rozmawiac ze soba o tym bez klutni ... moze to tez jest efekt
      tego co przezylysmy.

      Wiecie, w dniu pogrzebu Taty, moja przyjaciolka, Agnieszka, brala slub i
      chrzcila synka (urodzil sie jako nieslyszacy). Bardzo chciala zebym byla na jej
      slubie. Bylo to dla niej bardzo wazne. Ja nic nie mowilam jej o tym ze Tato
      zmarl i w tym samym dniu kiedy ona ma slub jest pogrzeb Taty. To byl
      najpiekniejszy dzien w jej zyciu, w zyciu jej rodziny. Dla mnie byl dniem
      zaloby.
      Nasza wspolna przyjaciolka, Ania, pojechala do niej na slub. Agnieszka chciala
      zeby Ania zostala rowniez na przyjeciu, ktore urzadzali w domu. Ania jednak
      chciala zdarzyc na pogrzeb taty, byl jej pacjentem, a ona byla jego ulubionym
      lekarzem. Wkoncu kiedy namowy Agnieszki staly sie nie do zniesienie Ania
      powiedziala Agnieszce o moim Tacie. Nie powinna choc moze ...
      To bylo dla niej straszne, nie mogla uwierzyc ze dzien jej slubu i chrztu jej
      synka, dla nich najpiekniejszy dzien w zyciu, jest dla innych tragedia
      wypelniona smutkiem ale i po czesci radoscia ze Tato jest w niebie.

      Bo zawsze beda sie we mnie bily w sprzecznosciach dwie natury, ta ziemska,
      przyziemna - ktora tesknie za tata i pyta dlaczego on?? I ta wierzaca
      mowiaca "on jest tam w blogim szczesciu i radosci, patrzy na Ciebie i cieszy
      sie z Twojego szczescia"

      Pozdrawiam Nika

      I jeszcze raz namawiam do przeczytania "Nostalgii aniola" A. Sebold
      • kerstink Re: ŚMIERĆ? I co potem? 12.12.03, 21:29
        > I jeszcze raz namawiam do przeczytania "Nostalgii aniola" A. Sebold

        Jakis czas temu czytalam o tej ksiazce recenzje. Kupilam sobie, bo wydawalo mi
        sie ciekawie. Jeszcze nie zaczelam, ale w takim razie tym bardziej jestem ciekawa.

        Tak mi jeszcze przyszlo do glowy, ze jest pare takich szczegolow, ktore mi w
        jakims sensie ulatwily pogodzic sie z odejsciem ojca.
        Przez dluzszy okres bylo widac, ze to juz nie dlugo. On zmarl w domu i moja mama
        czuwala u niego. Zreszta, ona wspaniale go pielegnowala, gdyby nie ona, to
        wczesniej by odszedl. Opowiadala o tym, ze w ostatnich godzinach jeszcze duzo
        sobie powiedzieli, a jak zgasl w nim zycie wygladal bardzo zadowolony. Byl
        pogodzony z takim przebiegiem zdarzen, pogodzony ze swoim zyciem.
        Dzien wczesniej jeszcze u niego bylam. To najgorsze bylo od niego wychodzic,
        majac swiadomosc, ze go zobaczylam ostatni raz. A on mnie jeszcze ponaglil:
        'Przeciez chcialas sie zbierac!'. Przed smiercia zdazylismy sie pozegnac przez
        telefon.

        Oczywiscie bym wolala, zeby jeszcze byl. Nigdzie nie ma tak, ze ludzie sobie
        wszystko powiedza. Z drugiej strony on za bardzo cierpial, coraz czesciej musial
        sobie dac morfine. Wiec po co mial dluzej to zniesc ?

        Kerstin
        • amania Re: ŚMIERĆ? I co potem? 13.12.03, 00:48
          A ja odnośnie rozmawiania o śmierci z dziećmi.

          Całkiem niedawno, 19 listopada zmarła moja córeczka. Zaraz po porodzie.
          Od 6 miesiąca ciąży wiedzieliśmy, że ma wadę wrodzoną i że może być różnie.
          Mieliśmy nadzieję, do końca, ale jednak już wtedy przestaliśmy wspominać
          naszej starszej córce o tym, że jestem w ciąży. Oszukiwaliśmy ją jak mogliśmy,
          bo naprawdę nie wyobrażałam sobie jak mogłabym jej to wytłumaczyć.
          Marysia nie wie nawet, że Alicja się urodziła.
          Myśli,że miałam operację, że bolało i boli nadal i dlatego często płaczę.
          Bałam się, że nie będzie w stanie tego zrozumieć, że można się urodzić i żyć
          tylko chwilkę. A podobno dzieci, kiedy czegoś nie rozumieją, to bardzo się
          tego boją. Dlatego tak zrobiliśmy.
          Kiedyś jej powiemy. Za parę lat.
          A teraz, niech chociaż ona będzie spokojna i szczęśliwa.

          A tak na marginesie, ja też jestem niewierząca i też mi przez to trudniej...
    • edytkus Re: ŚMIERĆ? I co potem? 13.12.03, 03:18
      Wierze w Boga. Chyba. Tak mnie uczono w dziecinstwie. Nie wierze w Niebo, tzn.
      nie wierze ze wszyscy tam trafiaja, a do Piekla mi nie teskno. Mam nadzieje ze
      po smierci nie ma NIC.
      • humcajs Re: ŚMIERĆ? I co potem? 14.12.03, 12:03
        Jeśli wierzysz w Boga, to jak możesz mieć nadzieje, że po śmierci nie ma nic?
        Na co ci taka wiara?
    • pysio8 Re: ŚMIERĆ? I co potem? 15.12.03, 10:47
      Przecież tego wiedzieć na pewno, nie możemy.
      Wyobrażam sobie, że odpoczywamy chwilkę w pieknym miejscu, gdzie nas kochają
      bezwarunkowo, a potem trzeba wrócić i brać się do roboty, ...odrobić zadaną
      lekcję. Ale kto to może wiedzieć naprawdę???
      • melka_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? 15.12.03, 12:01
        Czytam Wasze listy opowiadające o tym skąd i dlaczego cierpienie, tłumaczące,
        brak boskiej interwnecji to jedna z konsekwnecji wolnej woli danej
        czlowiekowi, wyboru itd. I nasuwa mi się jedno pytanie. Daję słowo, że
        naprawdę nie chcę byc napastliwa, po prostu jednej rzeczy nie rozumiem i
        jestem ciekawa wyjaśnienia ludzi wierzących. Otóż: skoro uważacie, że Bóg nie
        może interweniować (i rozumiem - co nie znaczy,że akceptuję Wasze wyjaśnienia)
        to dlaczego ludzie wierzący modlą się w różnych intencjach? Nie mówię tu o
        modlitwie, która jest duchową rozmową, kontaktem z Bogiem, ale modlitwie w
        jakieś określonej intencji. Przecież nie raz wierzący proszą Boga o
        wyzdrowienie kogoś bliskiego, nawet gdyby ono miało być cudem, lub chociażby o
        ograniczenie tej osobie cierpienia. Czy to nie jest jednak ufność w to, że Bóg
        może zdjąć lub ograniczyć cierpienie? Ponownie: nikogo nie chcę urazić,
        chiałabym tylko dowiedzieć się jak Wy (osoby wierzące) to widzicie. Pozdrawiam
        serdecznie
        • pysio8 Re: ŚMIERĆ? I co potem? 15.12.03, 13:06
          Melko, odpowiem w swoim imieniu, a nie innych osób wierzących.
          Nie wiem, czy choć w małym stopniu odpowiem na Twoje pytania...
          Mocno wierzę w to, że poza moją, taką małą wolą jest jeszcze Wola Boga.
          Kiedy chcesz działać sama, po swojemu , działasz z pozycji ego- małego,
          biednego, zalęknionego. Kiedy robisz przestrzeń dla Woli Bożej, poddajesz się
          tej Woli, zaczyna działać Wola Stwórcy, najczęściej poprzez innych ludzi.
          Kiedy urodziłam przedwcześnie bardzo chorą córkę dopadła mnie panika.
          Lekarze mówili o dużej śmiertelności noworodków, spowodowanej bakterią, którą
          dziecko w życiu płodowym zaraziło się ode mnie.
          Zadzwoniłam do bliskich znajomych z prośbą o modlitwę, za zdrowie i przeżycie
          mojego dziecka, modliło się dużo ludzi, nie zliczę ile to było osób.
          Ja, kiedy tylko dopadała mnie panika i ból taki, że myślałam sobie, że nie dam
          rady przez to wszystko przejść, szłam pod prysznic i tam modliłam się płacząc.
          Cały czas pamiętałam, żeby dodać ale.." niech się dzieje Twoja Wola Panie, a
          nie moja"... Moje próby- bardzo nieudolne- zejścia na drugi plan, oraz
          dziękczynna modlitwa Przyjaciół zadziałały, bo modlitwa ma moc, i w to bardzo
          wierzę. Wierzę też, że nie jesteśmy tutaj tak samotni, jak myslimy, obok nas
          idzie nasz Przyjaciel, Anioł Stróż - nazwij Go, jak chcesz.
          • melka_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? 15.12.03, 14:01
            Rozumiem (jeśli jest inaczej popraw mnie), że w Twoim przypadku -także dzięki
            modlitwie- wszystko skończyło się dobrze. Ale co z przypadkami, gdzie było
            inaczej? Bo z Twojej wypowiedzi i z faktu, że ludzie modlą się w różnych
            intencjach wynika, że jednak ufacie w to, że Bóg może interwneniować i nie
            musi to oznaczać, że jesteśmy marionetkami? Więc dlaczego w niektórych
            przypadkach Bóg odejmuje cierpienie, a w innych nie? Nie wiem czy dobrze
            wytlumaczyłam na cyzm polega moim zdaniem sprzeczność, więc jeszcze raz. Z
            jednej strony słyszę, że cierpienie musi istnieć, bo taka jest cena tego, że
            ludzie mają wolny wybór, że nie są sterowani, i gdyby Bóg interweniował to my
            bylibyśmy tylko marionetkami, a z drugiej strony, że są przypadki, w których
            modlitwa o interwencje pomaga. Więc jak to jest? Pozdrawiam serdecznie

            p.s. co do wypowiedzi, o tym, że Bóg nie interweniuje, żebysmy mogli sie sami
            uczyć (podobnie jak matka pozwala w rozsądnych granicach oparzyć się dziecku)
            to chyba jednak nie tyczy się to wszsytkich sytuacji i na pewno nie małych
            dzieci, bo czegóż je ma nauczyć fizyczne cierpienie?
            • isma Re: ŚMIERĆ? I co potem? 16.12.03, 13:46
              Melko,
              wprawdzie pytalas Pysia, ale tak sie sklada, ze moglabym sie podpisac pod jej
              postem, wiec sprobuje:
              Chyba najwazniejsze jest tu to "ale nie moja wola...", bo tak naprawde w sumie
              wszystkie te nasze prosby i modlitewne intencje dotycza zycia ziemskiego, tego,
              co sprawiloby nam szczescie lub po prostu ulge w cierpieniu w tym zyciu, tylko
              w tym. I rzecz nie w tym, czy te prosby zostana spelnione.
              Bo przeciez, jezeli wierzymy, ze "teraz widzimy jakby w zamgleniu, a kiedys
              bedziemy ogladac Boga twarza w twarz", to w istocie czekamy na zycie wieczne,
              starajac sie "tylko" przezyc to doczesne jak najlepiej.
              Nie potrafie Ci odpowiedziec na pytanie o sens cierpienia, bo madrzejsi ode
              mnie nie potrafili (ciesze sie, ze spotkalas jezuitow!), ale wiem jedno -
              kiedys nikt z nas nie bedzie o tym cierpieniu pamietac, tak jak nie pamietamy o
              bolu rodzenia.
              Ale ja to wiem teraz, nie wiedzialam tego lezac na oddziale onkologicznym, z
              ktorego wyszlam nie dzieki modlitwie (bo wtedy bylam niewierzaca), tylko dzieki
              wlasnemu dosc zadufanemu przeswiadczeniu, ze nic zlego stac mi sie nie moze,
              skoro ja tego nie chce (!). A laska wiary, o ktora nie prosilam, zostala mi
              dana pozniej, w zupelnie nieoczekiwanych okolicznosciach...
              Pozdrawiam Cie serdecznie.
            • pysio8 Re: ŚMIERĆ? I co potem? 18.12.03, 09:49
              Nie mogłam się zalogować Melko, coś się popsuło u mnie.
              Nie wiem Melko dlaczego wokół tyle cierpienia, nie wiem dlaczego dzieci chorują
              i umierają.
              Trafiłaś na jezuitów, może uda Ci się znaleźć kapłana, który znajdzie czas
              właśnie dla Ciebie i będzie potrafił odpowiedzieć na Twoje pytania, bo ja się
              ze swoją wiedzą nie podejmuję.
              Jeżeli nie czytałaś "Przebudzenia" Anthony'ego de Mello ( zreesztą jezuity
              właśnie) to jeśli tylko będziesz miała ochotę to zajrzyj do tej książki.
              Tam jest taki fragment o św. Tomaszu z Akwinu, który napisał dzieła o Bogu i w
              którymś momencie stwierdził, że o Bogu nic się nie da powiedzieć, nie da się
              rozumowo zdefiniować czym, kim jest Bóg.Ponoć ten święty zdał sobie sprawę ze
              swojej nieporadności i zamilkł na kilka lat - odsyłam do tej pracy Anthonego de
              Mello.
              I Melko Droga - pozdrawiam Cię.
              Tak, moja córka żyje i rozwija się prawidłowo.
            • odalie do melki 18.12.03, 23:13
              Ja uznaję każdą modlitwę za rodzaj Serenity Prayer.

              czyli...

              God give me serenity to accept things which cannot be changed
              Give me courage to change the things which mus be changed
              And the wisdom to distinguish
              One from the other

              .............

              Modlitwa pomaga uporządkować myśli. Adresujemy ją do Boga, ale słyszymy ją w
              głębi siebie samych.
    • dorota1974kr Re: ŚMIERĆ? I co potem? 16.12.03, 01:58
      Czytam wasza dyskusje z niesamowita ciekawoscia bo sama szukam odpowiedzi czym
      jest smierc. Nie wiem czy jestem wierzaca, kiedys bylam i nawet nie wiecie jak
      bardzo mi tej wiary i tej pewnosci ludzi wierzacych brakuje. Albo pewnosci
      ludzi niewierzacych takich jak moj maz czy Melka. Sama stoje na rozdrozu.
      Bardzo boje sie smierci, a odkad mam coreczke nasilil sie ten strach. Tez
      kiedys stracilam dziecko, nawet nie mialam okazji blizej go poznac bo Davidek
      zmarl po miesicu zycia w inkubatorze. Nie moglam zrozumiec czemu sie tak
      stalo, obwinilam Boga, albo raczej zadecydowalam o jego nieistnieniu - proste
      wytlumaczenie jak to kiedys napisala jedna z was bioracych udzial w dyskusji.
      Moj maz tlumaczy mi:"nie boj sie smierci bo nie cie nie bedzie i jej nie
      odczujesz", ale jego tlumaczenie nie pomaga, a wrecz przeciwnie. Moje
      nieistnienie przeraza mnie nawet bardziej, wiec szukam Boga i ludzkich dowodow
      na niego. Wokol mnie sa ludzie wierzacy, nawet bardzo wierzacy (jak moja
      siostra) i ludzie niewierzacy, a ja jestem posrodku, cala w strachu. I boje
      sie uwierzyc bo boje sie rozczarowania...Czy nie obdarzono mnie darem wiary?
      A teraz personalnie do Melki: Przeraza mnie Twoj stoicyzm i imponuje twoja
      pewnosc i sila. Czy naprawde nie boisz sie nieistnienia?
      Pozdrawiam
      Dorota
      • trapet Re: ŚMIERĆ? I co potem? 18.12.03, 11:13
        Ja tez czytam wasza dyskusje z duzym zainteresowaniem. Dobrze ze jest taka
        dyskusja, bo o tak podstawowych sprawach rozmawia sie bardzo rzadko, a szkoda.
        Dziekuje Melka za to co napisalas, mysle bardzo podobnie jak ty ale dotad nie
        umialam ujac w slowa tego co czuje tak dobrze jak ty. I podziwiam cie za sile i
        spokoj, bo ja jestem bardziej jak dorota1974kr: cala w niepewnosci i strachu.
        Boje sie nawet nie o siebie ale bardziej o najblizszych, moje dziecko, rodzicow.

        Ktos wczesniej w dyskusji pisal o wielkich uczonych ktorzy powracali do wiary.
        Ja mam znajomego ks. ktory twierdzi ze "malo wiedzy oddala od Boga, a duzo
        wiedzy przybliza do Niego". Ale ja nie jestem tego taka pewna. Sama mam w
        rodzinie wybitnych naukowcow, profesorow fizyki jadrowej, ktorzy wyjechali na
        Zachod itd, i ktorzy byli i sa kompletnymi ateistami.
        Mnie sie rowniez nie podobaja te teorie o "ingerencji" Boga w nasza historie
        (stworzenie swiata w 7 dni, stworzenie czlowieka itp - ja wiem ze to niby
        metafory, ale jednak..). Sama jestem geologiem i wiem ze mamy teraz sporo
        wiedzy o tym jak powstal wszechswiat i ziemia, i zycie na niej, ewolucja itd.
        Nie wiemy wszystkiego ale mamy juz bardzo silne poszlaki i mysle ze bedziemy
        mogli niedlugo wytlumaczyc wszystko naukowo bez pomocy jakiejkolwiek ingerencji
        nadprzyrodzonych sil. No, poczawszy od Big Bangu przynajmniej.
        Reasumujac, w moim odczuciu: jezeli stworzyl, to na poczatku, a potem juz nie
        interweniuje (pozwala na dobro jak i na zlo, na nasze cierpnienia i
        nieszczescia jak i na nasze radosci). Dlaczego? nie wiadomo ale nasze modlitwy
        i wiara w cudowne uzdrowienia, objawienia maryjne itd jest raczej prozna (w
        moim odczuciu).
        Ja tez nie pisze tego zlosliwie ani napastliwie, mam duzy szacunek dla wiary i
        dla wierzacych, sama jestem z katolickiej rodziny i mam wielu przyjaciol
        wierzacych.

        Pozdrawiam wszystkich a szczegolnie serdecznie Melke.

        Ola
        • melka_x Re: ŚMIERĆ? I co potem? 18.12.03, 11:54
          Dziekuję wszystkim za odpowiedzi. Pozostaję przy swoim zdaniu, choć nadal z
          założeniem, że być może nie dana mi jest ta łaska, dzięki której nie probując
          rozumowo zgłębić religii ufa się Bogu.

          Sądzę, że mój spokój jest pozorny. Tak naprawdę to on chyba wynika z
          rezygnacji, z poczucia że po chorobie i śmierci Natalii, mojej córki, już nic
          gorszego nie może mnie spotkać. Bałam się śmierci, teraz jakoś przemawia do
          mnie fakt, że po prostu mnie nie będzie, tak jak nie było mnie przed
          urodzeniem. Ale nie jestem przekonana, czy strach przed śmiercią jest w prosty
          sposób związany z wiarą. Znam wiele osób wierzących, ktore też boją się
          śmierci, w końcu nawet przy założeniu że jest dobry Bóg, śmierć to coś
          niewyobrażalnego, wielkie nieznane.

          Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnych, dobrych Świąt Bożego Narodzenia
          • mamaadama4 Re: ŚMIERĆ? I co potem? do melki 20.12.03, 00:17
            Melka masz rację, że nic gorszego niz śmierć dziecka spotkac cie nie może.
            Dla mnie najgorsze było to, że miałabym juz nigdy Hanki nie spotkać. Była i jej
            nie ma i nie będzie.... To było nie-do-pojęcia! Nie będę rozpisywać się o tym,
            jak wiara w to, że nasze zycie tu sie nie kończy została mi tak naprawde dana.
            Nie potrafię publicznie o tym opowiadać. Ale teraz nie tylko wierzę, ale WIEM.
            Może też dlatego, że nie szukałam odpowiedzi w książkach, nie bardzo chciało mi
            sie wtedy czytać cokolwiek. Nie szukałam też odpowiedzi w rozmowach z księżmi
            czy innymi ludźmi. Byłam jednym wielkim bólem i tęsknotą za Hanką. Modliłam
            się, a raczej prosiłam o to, żebym mogła jakoś to przetrwać. Chciałam tylko
            tego, żeby jej 5-letnie życie nie uleciało ot tak stając się niczym ważnym i
            zapomnianym.
            Nie mam wątpliwości, chociaz nie podejmuję się merytorycznych dyskusji na temat
            wiary. To, że ktoś boi się śmierci będąc osoba wierzącą to nic dziwnego. Ja też
            się boję - ale śmierci jako samego procesu odchodzenia. I tego, że przyjśc może
            za wcześnie - a mam teraz przecież 3-letniego synka.
            Pozdrawiam
            danka
        • odalie Re: ŚMIERĆ? I co potem? 18.12.03, 23:19
          > ja wiem ze to niby
          > metafory, ale jednak...

          To nie są "niby metafory" - to są w ł a ś n i e metafory.

          Jestem literaturoznawcą i stąd moje skrzywienie zawodowe, dalekie pewnie od
          skrzywienia zawodowego geologa smile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka