stefan4
21.02.04, 18:30
Właśnie byłem świadkiem wypadku. Wszystko dobrze się zakończyło, ale kosztowało
mnie kąpiel w stawie w ubraniu. Wypadki z hepi-endem są po to, żeby je
przemyśleć na przyszłość.
Pewna młoda kobieta wyszła z psem na spacer do tego nowego parku ze stawami
ciągnącego się od mola na Zaspie prawie do Jelitkowa. Pies wbiegł na
zamarznięty staw i gdzieś na środku lód się pod nim załamał. Psie łapy nie są
skonstruowane z myślą o wydobywaniu się na śliską taflę. Pływał w tej wodzie
coraz bardziej skostniały i było jasne, że sam sobie nie poradzi. Jego pani
stała przerażona na brzegu jak słup soli a ludzie przechodzili obok zajęci
własnymi sprawami i nieświadomi, że rozgrywa się dramat.
Co powinna była zrobić właścicielka psa?
Nie dopuścić do takiej sytuacji. Dwuletni pies może jeszcze nie wiedzieć, że
lód bywa zdradliwy, ale jego pani musiała o tym wiedziec. Stawy dobrze
zamarznięte nie są zagrożeniem, stawy bez lodu nie są zagrożeniem, a stawy ze
słabym lodem są.
Jeśli już do tej sytuacji doszło, to COŚ ROBIĆ. Nie zostawia się przyjaciela
samego w biedzie. Przy biernej postawie właścicielki należało się spodziewać,
że pies za chwilę utonie jak ten podrywacz z filmu ,,Titanic'', dziewczyna
odczeka aż przestaną wypływać banieczki powietrza a następnie pójdzie do domu i
całą noc będzie płakać w poduszkę. Bez żadnej korzyści dla kogokolwiek.
W najgorszym wypadku zaryzykować kąpiel