gdynianka_od_urodzenia
19.08.04, 15:52
Przedsiębiorstwo Połowów, Przetwórstwa i Handlu Dalmor S.A. z Gdyni, jak nazwa
wskazuje, zajmuje się łowieniem, przetwórstwem i handlem rybami. Zarząd
Dalmoru, jego rada nadzorcza, a w imieniu właściciela - czyli państwa -
urzędnicy Ministerstwa Skarbu uważają, że należy prywatyzować firmę, bo
rybołówstwo dalekomorskie przeżywa kryzys i bez dopływu kapitału
przedsiębiorstwo sobie nie poradzi. My uważamy, że prywatyzowanie Dalmoru w
obecnej chwili jest dla państwa nieopłacalne. Korzystniej byłoby zmienić
obecnego prezesa firmy, nawet płacąc mu dużą odprawę.
Łowić się nie umie.
W 2001 r. prezesem Dalmoru z namaszczenia Buzkorządu został Krzysztof
Rychlicki. Jednym z pierwszych jego posunięć była wymiana służbowego Volvo,
którym jeździł jako członek zarządu, na nowszy model. To jedyny wyraźny ślad
rozwoju firmy. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że prezes Rychlicki
konsekwentnie zwija podstawową działalność firmy.
Wszystkie trzy chłodnie Dalmoru utraciły atesty weterynaryjne. Inaczej mówiąc,
Dalmor stracił prawo do przechowywania i eksportu mrożonych produktów
spożywczych do krajów Unii Europejskiej.
W zeszłym roku Dalmor wystał kilkudziesięciu rybaków samolotem do Angoli, aby
tam mogli połowić ostroboka. Rybacy polecieli, ale zaraz wrócili, bo rząd
Angoli nie dat naszym licencji na potowy, o czym zarząd Dalmoru po prostu nie
wiedział. Po naszej publikacji członek zarządu odpowiedzialny za potowy
poprosił o zwolnienie z pracy.
Prezes Rychlicki co chwilę w wypowiedziach dla prasy podkreśla, że z łowieniem
są problemy, bo nie ma łowisk. Tymczasem firmy rybackie w Rosji mają spore
limity połowowe, ale nie mają czym łowić, bo im się cała flota rozpadła. Ślą
więc do radcy handlowego naszej ambasady w Moskwie ofertę za ofertą. A Morze
Ochockie, na którym moglibyśmy łowić, to kopalnie króla Salomona dla rybaków.
Mamy kopie tych samych ofert, które dostał prezes Dalmoru z ambasady.
Na niełowieniu można zarobić więcej.
Dalmor ma być prywatyzowany. Wystawiono do sprzedaży 85 proc. akcji
przedsiębiorstwa określając ich nominalną cenę na ok. 38 min zt! Cena
cośkolwiek mała naszym zdaniem.
Dalmor ma cztery trawlery. Planowane na przyszły rok zezłomowanie jednego z
nich zgodnie z postanowieniem Unii Europejskiej przyniesie Dalmorowi 5 min
euro. Firma, która sprywatyzuje Dalmor za 38 min zł, za rok odbierze sobie od
UE 20 min zł. Pozostałe na łowiskach w Nowej Zelandii trzy trawlery są warte
niewiele mniej. Gdyby więc skarb państwa chciał zarobić na pozbyciu się
balastu w postaci dużego przedsiębiorstwa, to nie powinien go prywatyzować,
tylko zezłomować wszystkie cztery trawlery i zainkasować od UE 20 min euro. To
jest jakieś 80 min zł. Więcej, niż ma wpłynąć z tej całej prywatyzacji. I
dalej miałby w swoim posiadaniu to, co Dalmor ma najbardziej wartościowego.
Tereny portowe to brama do bogactwa.
Najcenniejszą rzeczą, jaką ma Dalmor, są grunty w najatrakcyjniejszym miejscu
Gdyni, w centrum miasta, nad samym morzem, z uzbrojonymi nabrzeżami portowymi.
Gdyby taką ziemię kupił developer i wybudował tam mieszkania, byłyby one z
pewnością pożądane, uznane z uwagi na lokalizację za luksusowe i bardzo drogie.
Wartość terenów portowych jest w ogóle trudna do oszacowania. Na świecie i w
Europie na terenach zamykanych portów buduje się mieszkania dla ludzi, których
stać także na jachty, i którzy mają kaprys parkowania swojego jachtu pod
oknem. Metr terenu portowego na pewno jest kilkakrotnie więcej wart, niż metr
kwadratowy zwykłej dziatki budowlanej.
W sierpniu 2003 r. Dalmor poprzez spółkę-córkę Worid Trade Center, której jest
prawie stuprocentowym udziałowcem, sprzedał w drodze przetargu działkę o
powierzchni 2959 mkw. firmie developerskiej lnvest-Komfort za 2,4 min zł. Daje
to średnią cenę 811 zł za mkw.
Po prywatyzacji Dalmoru firma, która kupi akcje przedsiębiorstwa, zyska ok.
192 tyś. mkw. gruntu w jednym z najbardziej w tej chwili atrakcyjnych rynkowo
miejsc w Polsce. Licząc tylko po ubiegłorocznych cenach, jakie zapłacił
Dalmorowi lnvest-Komfort, daje to ponad 155 min zł. A gdzie majątek ruchomy, w
tym cztery statki?
Do zakupu akcji Dalmoru zgłosił się... lnvest-Komfort, ten sam, który
wcześniej kupił kawałek tej ziemi za duże pieniądze. Trudno się spodziewać, że
firma developerska, która do tej pory łowieniem, magazynowaniem czy
przetwarzaniem ryb raczej się nie zajmowała, zainwestuje w rozwój
przedsiębiorstwa połowów dalekomorskich. Prędzej można uwierzyć w to, że jest
ona zainteresowana przejęciem po niedużej cenie od skarbu państwa terenów pod
budownictwo, l 80 min zł z Unii Europejskiej
Ponieważ w ministerstwie trochę kręcili nosem i aby nie iść już całkiem na
chama, lnvest-Komfort dobrał sobie do pary producenta konserw rybnych spółkę
Wilbo, która też się starała o kupno akcji Dalmoru. Wystartowali do końcowych
rozmów już jako konsorcjum.
Rozporządzenie ministra to klucz do bramy
Pierwszym krokiem do wyprzedania superatrakcyjnych terenów należących do
Dalmoru było... rozporządzenie ministra infrastruktury o zmianie granic portu
w Gdyni z 29 stycznia 2003 r.
W Polsce obowiązuje ustawa jeszcze z 1936 r., która mówi, że terenami
portowymi można dysponować jedynie w ściśle określony sposób. Na wniosek
Urzędu Morskiego w Gdyni i prezydenta miasta Wojciecha Szczurka Ministerstwo
Infrastruktury wydało rozporządzenie, w którym dokonuje przesunięcia granicy
portu morskiego w Gdyni w głąb morza. Rozporządzenie dokładnie określa granice
portu. Przebiega ona dokładnie po linii nabrzeży zajmowanych przez Dalmor.
Krótko mówiąc teren, na którym stoi Dalmor, już portem nie jest. Podejmowane
na nim działania podlegać więc będą nie ustawie, ale uregulowaniom planu
zagospodarowania przestrzennego przyjętego przez radnych Gdyni. Radnych,
których ma pod kontrolą prezydent Szczurek. Łatwiej się dogadać z człowiekiem
niż z suchym przepisem.
Tasowanie związków i ludzi.
A co na to związki zawodowe, załoga? Dalmor po przekształceniu z
przedsiębiorstwa państwowego w jednoosobową spółkę skarbu państwa rozpoczął
tzw. tasowanie fragmentów majątku tworząc rozmaite spółki-córki. Jedna z tych
córek, o wdzięcznym imieniu Dal-Sol, została wydana za dwóch mężów naraz: dwie
zakładowe organizacje związkowe. Dalport (OPZZ) i NSZZ „Solidarność". Stąd
imię spółki-córki.
Nowo utworzona spotka otrzymała od zarządu Dal moru w zarządzanie rozległy
kompleks wczasowy przedsiębiorstwa nad pięknym jeziorem Mausz na Kaszubach.
Ośrodek ma dwa duże, murowane, całoroczne budynki z zapleczem gospodarczym,
kilkadziesiąt domków kempingowych, przystań z zabudowaniami. Oba związki
podzieliły się stanowiskami w zarządzie owej spótki-córki i aby nie zawracać
sobie głowy eksploatacją ośrodka, oddały go w dzierżawę prywatnej osobie.
Prezes Dalmoru nie ma problemów ze związkowcami. Oba związki (Dalport
występuje teraz pod nazwą NSZZ Marynarzy i Rybaków) solidarnie deklarują, że
firma zarządzana jest wspaniale, a wybrany kierunek jest słuszny.
Nie wydaje się, aby byt jakiś problem z samą załogą. W wywiadzie dla
branżowego pisma „Namiary na morze i handel" (nr 13/2004) prezes Dalmoru co
prawda z zatroskaniem mówi o rybakach dalekomorskich, których zostało mu
jeszcze 600. Powiada, że nie przewiduje zwolnień grupowych nawet wówczas,
gdyby się okazało, że potencjalny nabywca przedsiębiorstwa nie będzie
kontynuował dotychczasowej działalności przedsiębiorstwa w pełnym zakresie.
Pewnie, że nie będzie żadnych zwolnień grupowych w Dalmorze. Rybacy są tam od
dawna pozbawieni etatów, a zatrudniani są kontraktowo poprzez utworzoną przez
Dalmor spółkę Fishing Limited z siedzibą na Malcie. Jak będą mieli jakieś
roszczenia pracownicze, to niech spływają na Maltę.
Prosty rachunek zysków, czyli strat
Wszystko niby w porządku. Rozporządzenie o zmianie granic portu uzasadnia się
tym, że miasto musi się rozwijać. Wygaszanie produkcji przedsiębiorstwa
połowów dalekomorskich jest rozumne, skoro się ona nie opł