Dawno mnie tu nie było, więc teraz zebrałam sie wreszcie w sobie i
postanowiłam Wam napisac co u mnie słychać. Igorek skończył cztery dni temu
trzy miesiące i sama się zastanawiam jak to możliwe, by to tak szybko
mineło... ale tak to chyba jest jak sie człowiek kręci w codziennym kieraciku
a spraw wokól jest stale tak dużo... Bardzo się cieszę, że się synuś tak
dobrze rozwija (siostry go dobrze "szkolą") i jest juz takim fajnym,
kontaktowym dzidziusiem, ale z drugiej strony mi żal, ze te rozkoszne dni juz
nigdy nie powrócą. Strasznie to górnolotnie zabrzmiało, ale pewnie wiecie o
co mi chodzi: tak samo mi żal wiosennych kwiatków, które tak szybko
przekwitają, choć uwielbiam lato. Teraz luz-blues - wakacje, ciepełeczko, dom
wysprzatany wreszcie na błysk (dawno taki nie był, naprawdę

), dżemiki
morelkowe już się robią, czytam stosy zaległych lektur (co czytacie
ciekawego?), no i pracuję... na pół gwizdka, ale zawsze jest okazja żeby się
choc na chwilkę wyrwać z domu nie tylko na upierdliwe zakupy. Na szczęście
mój małżonek dośc chętnie zostaje z Igorkiem, a ja wiem, że sobie świetnie
razem poradzą.
Teraz o Igorku: jak tylko skończył trzy tygodnie, przestalismy siedzieć tylko
w domu i bywalismy na wystawie ogrodniczej, na pokazie bukietów ślubnych
(który zresztą prawie do końca zorganizowałam

), na przedszkolnych
przedstawieniach i komersie po zerówce mojej młodszej córeczki. Z bardziej
ekstremalnych miejsc - bylismy na weselu mojej kuzynki (jak skończył sześć
tygodni), bardzo dobrze się bawiliśmy, a on przespał jak aniołek prawie całą
imprezkę, a także byłam z moimi córciami na basenie i Iguś "pływał jak
stary", tzn. nie bał się wody , a wręcz woda go ukołysała w moich ramionach.
Ubolewam szczerze, że nie bardzo mam czym pojechac na wakacje, bo juz dawno
siedzielbyśmy pewnie w jakimś plazowym grajdole, mocząc mogi w ciepłym
morzu... To na razie tyle, jak mi się cos przypomni to znów napiszę...
Pozdrówka od całej naszej czeredy...