Gość: REDAKCJA
IP: *.gorzow.mm.pl
27.12.03, 15:05
KB: Analizując wypowiedzi większości lubuskich polityków można odnieść
wrażenie, że województwo lubuskie to region o dużym potencjale gospodarczym i
możliwościach, a elity polityczne regionu świetnie zdają sobie sprawę z
potrzeb mieszkańców, ale nie miało ono szczęścia do jednego - do pierwszego
wojewody lubuskiego - czyli do Pana.
JM: Ależ karkołomna teza ! Wynika z niej, że od kiedy przestałem być
wojewodą - czyli od trzech lat, to lubuskiemu odpadł jedyny problem jaki
krępował jego rozwój. A skoro tak, to przez te trzy ostatnie lata rządów tej -
jak Pan to ujął - "większości polityków", powinno przybyć tu miejsc pracy,
ludzie stali się bogatsi, szczęśliwsi, otwarto mnóstwo nowych firm, fabryk i
żadnej nie zlikwidowano.
Czy tak jest naprawdę? Wystarczy spytać zwykłych ludzi na ulicy. Oni
najlepiej wiedzą jak jest naprawdę. Bo wypasieni za pieniądze podatników
notable tego województwa znają co prawda potrzeby mieszkańców (z tym się
zgadzam) - ale cóż zrobili dla ich zaspokojenia? Gdzie są zbawienne skutki
realizowanej przez samorząd województwa jego "strategii rozwoju"?
Przecież to zarząd województwa i sejmik województwa, nota bene bez przerwy
kierowane przez SLD, są w pierwszej kolejności odpowiedzialne za stan tych
spraw. Zaraz po nich idzie (też SLD-owski) Zarząd Miasta Gorzowa. Wojewoda
(dziś także z SLD) nie ma zbyt wielkiego pola do popisu - bo
jego "gospodarcze" kompetencje w dużej części przeszły właśnie do samorządu.
Owszem, wojewoda jest reprezentantem Rady Ministrów - i z tego tytułu świeci
czasem oczami przed ludźmi, choć sam może mieć jak najlepsze intencje. I to
się będzie tyczyć każdego wojewody: Majchrowskiego, Iwana, czy Korskiego.
KB: No dobrze, ale jednak Pan był krytykowany przez niektórych polityków
także za brak współpracy z lokalnymi środowiskami społecznymi i politycznymi.
JM: Proszę Pana, najpierw sprecyzujmy o jakich "politykach" w ogóle mówimy.
Bo czasem słyszę o jakimś gorzowskim "polityku", a potem się okazuje, że to
jakiś chłopina niespełna rozumu, który został radnym albo asystentem posła i
wydaje mu się, że jest mężem stanu, bo go do Radia Gorzów zaprosili.
Natomiast, co do facetów rzeczywiście "rozgrywających" przy stoliku i pod
stolikiem lubuskie sprawy, to problem był prosty. Ja faktycznie nie zgodziłem
się z nimi współpracować.
Nie zgodziłem się być elementem miejscowego układu łączącego biznes i
politykę. Nie zgodziłem się wypełniać "poleceń" tych facetów, słuchać
ich "rad", albo przymykać oko na działalność ich reprezentantów w kierowanym
przeze mnie urzędzie wojewódzkim. Zamierzałem pogonić całą tę bandę, czy jak
Pan powiedział "lokalne środowiska społeczne i polityczne"; częściowo mi się
to nawet udało. Potem zorientowałem się, że układy tu istniejące są dużo
głębsze i poważniejsze niż na początku sądziłem, że łączą ze sobą facetów,
którzy przed zwykłymi ludźmi udają, że są w jakimś strasznym politycznym
konflikcie, a w rzeczywistości potrafią doskonale się dogadać.
Niedawno znalazły się nawet materialne dowody takich rozmów niby-przeciwników
politycznych na tematy zgoła nie polityczne, tylko gospodarcze i zgoła nie
ogólnospołeczne, tylko prywatne i rodzinne. Ja o tym zjawisku mówiłem już
trzy lata temu i to z detalami. Proszę sobie przypomnieć kilka moich wywiadów
prasowych czy telewizyjnych z tego okresu. Dla tych ludzi stałem się wrogiem
publicznym nr 1 i realnym zagrożeniem - robili więc co mogli, żeby się mnie
pozbyć. Stąd też wziął się ten permanentny atak, czepianie się wszystkiego,
wymyślanie jakichś niestworzonych historii itd.
KB: Ale czy nie chodziło o zwykłą walkę polityczną? Był Pan przecież
reprezentantem prawicowego rządu - lewica musiała Pana atakować.
JM: W stu procentach się z Panem zgadzam. Nie mogę mieć żalu do SLD, że mnie
atakował. Ja robiłem to samo - wytykałem ich potknięcia jak mogłem. Na tym
polega demokracja i pluralizm polityczny. Inna rzecz, że nie miałem takich
wpływów w tym województwie, jak oni. Ostatecznie zostałem wysłany do
najbardziej "czerwonego" regionu w Polsce. I to sam jak palec. Nikogo tu nie
znałem. A miejscowa prawica wcale nie była skłonna rzucać mi się na szyję.
Proszę pamiętać, że oni do końca widzieli zupełnie kogoś innego na fotelu
wojewody. Zresztą prawica gorzowska była straszliwie wewnętrznie skłócona i
podzielona. I tak jest chyba do dzisiaj. Ciekaw jestem, czy ci, którzy mnie
krytykowali dali by sobie radę na moim miejscu w analogicznej sytuacji i pod
warunkiem, że nie złożą inwestytury jakiemuś miejscowemu baronowi. Przecież
gdybym za wszelką cenę chciał być dłużej wojewodą - było to niezwykle proste.
Ale wymagałoby wyzbycia się pewnych zasad, no i honoru. A honor to taki
towar, który można sprzedać, ale za żadne pieniądze już się go nie odkupi.
KB: No i przestał być Pan wojewodą, a w Gorzowie w miejsce człowieka rodem z
Warszawy znalazł się człowiek z Zielonej Góry. W Gorzowie wszyscy przyjęli to
niedobrze.
JM: Nie wszyscy. Przecież za nominacją Stanisława Iwana rodem z Zielonej Góry
na wojewodę lubuskiego z siedzibą w Gorzowie nie stali ludzie z Zielonej
Góry - tylko właśnie z Gorzowa. Przecież niechętny politykom gorzowskim szef
lubuskiego AWS, zielonogórski poseł Maciej Jankowski, bez którego nic by tu
nie wskórano - postawił warunek: zgoda na egzekucję polityczną Majchrowskiego
(bo się jego też nie chciał słuchać), ale w zamian wojewodą będzie jego
człowiek z Zielonej Góry.
I panowie z Gorzowa, w tym i ten co tak ciągle wrzeszczy o Gorzowie i mieni
się jego super obrońcą, zgodzili się. Ale żeby nie skompromitować się w
oczach swoich wyborców w mieście wypuścili gorzowskiego "zająca" w postaci
Elżbiety Rafalskiej - jako ich kandydata na wojewodę, choć od początku był to
kandydat pozorny. Niby Premier miał sam rozstrzygnąć miedzy nią a Iwanem.
Sama Pani Rafalska przyznała mi to później z goryczą i słusznymi pretensjami
do kolegów. Wcześniej w planie wizyty premiera Buzka na ziemi lubuskiej
jedynym zakładem przemysłowym, jaki wizytował Premier była Lubuska Fabryka
Mebli z jej dyrektorem... Stanisławem Iwanem właśnie.
A plan wizyty opracowywał osobiście ówczesny Szef doradców Premiera -
Kazimierz Marcinkiewicz. W ten sposób premier miał sposobność poznać St.
Iwana już w listopadzie 1999 r. Przypadek? Tylko kiedy już po nominacji St.
Iwana stanęła sprawa obsady stanowiska wicewojewody, jakoś koledzy z Gorzowa,
zapomnieli już o Pani Rafalskiej. Może była dobra na wojewodę, ale już za
dobra na wicewojewodę? A może była tylko zasłoną dymną, żeby nie dowiedziano
się, że "obrońcy" Gorzowa oddali wojewodę Zielonej Górze.
Wysoka to cena - ale widać wszystko było warte pozbycia się Majchrowskiego.
Oni by nawet Gorzów do Brandenburgii przenieśli, żebym ja tylko stąd sobie
poszedł. A potem walczyliby o polskość Gorzowa. Niektórzy ludzie wciąż dają
się nabierać na tę "grę w obronę Gorzowa" w wykonaniu wciąż tych samych kilku
ludzi. I tak właśnie w miejsce groźnego Jana zainstalowano Iwana Niegroźnego.
Im bowiem nie zagrażał.
KB: A wracając do relacji z lewicą lubuską...
JM: Miałem oczywiście wiele takich służbowych rozmów i kontaktów. Można by o
tym godzinami opowiadać, bo czasem były to historie bardzo śmieszne, czasem
mniej. Fantastyczne były walki z Marszałkiem Województwa Andrzejem
Bocheńskim, jego bitwy o meble, urządzanie balu sylwestrowego, o budynki i o
Lancię, na którą miał ogromną ochotę, a nawet o książki w bibliotece urzędu
wojewódzkiego. Tę ostatnią bitwę wygrał - i dobrze, bo jako studentowi
gorzowskiej zawodowej Alma Mater - pewnie mu się te książki przydały.
Przy tym wszystkim Pan Bocheński ujął mnie kilka razy i pozostawił
sympatyczne wspomnienie. Historii z szefem młodzieżówki SLD - ex-ministrantem
Bogusławem Wontorem i jego oddziałem Wietnamczyków płci obojga nie opowiem,
bo to trzeba raczej w jakimś kabarecie wystawić. No, a Prezyd