Dodaj do ulubionych

kultura słowioańska

IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 16.02.02, 23:24
Proste złamać
złamane ukraść
oto słowiańskie plemię, które mieszka na tych ziemiach.
Das ist ostkultur.
Obserwuj wątek
    • Gość: alosza Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 18.02.02, 20:45
      601 Pierwszy Słowianin-Polak przekroczył Wisłę, był to wielki krok dla niego,
      mały dla ludzkości. W każdym bądź razie, Ruscy zostali za Bugiem.
      • Gość: wiesiek Re: kultura słowioańska IP: *.cvx33-bradley.dialup.earthlink.net 19.02.02, 08:37
        A no tak ta "zachodnia" jest znacznie wyzsza i bardziej barbarzynska (patrz
        historie: wojny, kolonialne grabierze itp.) No i czym tu sie chwalic.
        Pzdrrrrr!!!!
    • Gość: hugon Re: kultura słowioańska IP: *.katowice.sdi.tpnet.pl 19.02.02, 11:11
      Gość portalu: antysłow napisał(a):

      > Proste złamać
      > złamane ukraść
      > oto słowiańskie plemię, które mieszka na tych ziemiach.
      > Das ist ostkultur.

      Złamanego to ty masz siuraka,
      Podaj adres to ci zasponsoruje protezę
      jakoś się postaram znaleź penisa który nie będzie wiekszy od twojego mózgu
      gabaryty bedą milimetrowe tanio wyjdzie
    • Gość: W Re: kultura słowioańska IP: *.prokom 19.02.02, 12:43
      Kilka dni temu opędzlowali mi piwnice. Chwilowo trzymałem tam rzeczy które
      miałem zanieśc na śmietnik a z którymi "ciężko" się rozstać. Stary magnetofon
      nie do naprawienia a wystany w kilkugodzinnej kolejce, jakieś kafelki typu może
      sie przydadzą, itp klamoty. Podprowadzono równo wszystko! Nowa kłódka +
      metalowa obejma były droższe niż skardzione rzeczy.
      I jak sie tu nie zgodzić, że stwierdzeniem: "złamane ukraść"???

    • Gość: W Re: kultura słowioańska IP: *.prokom 21.02.02, 10:06
      Ciekawe kto zdewastował przyciski na sygnalizatorach świetlnych dla pieszych w
      okolicach pętli Brynowskiej? Normanie czy Saksoni?
      • Gość: HUGON Re: kultura słowioańska IP: *.katowice.sdi.tpnet.pl 21.02.02, 11:01
        Gość portalu: W napisał(a):

        > Ciekawe kto zdewastował przyciski na sygnalizatorach świetlnych dla pieszych w
        > okolicach pętli Brynowskiej? Normanie czy Saksoni?

        chopie co ty to jak nic byli gorole
        i bez nich tyż dziś poda dyszcz
        a wczoraj oma mioła sraczka
        • Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 21.02.02, 19:47
          Zapał w duszy, lecz w czynach niech będzie rozsądek; zapał niech wypływa z
          miłości przedmiotu, z nadziei, że, idąc w kierunku słowiańskim, choć dzieciom
          naszym, jeśli nie sobie, przyspieszymy Polskę, i z wiary, lecz nie dziecinnej,
          ale męskiej, głębokiej, która nie obawia się wątpliwości, lecz oparta jest na
          ich rozwiązaniu i pokonaniu. Dojrzały umysł staje się zwolennikiem idei tylko
          przez wszechstronne poznanie wszystkiego, co jej dotyczy, słowem, przez
          znawstwo przedmiotu. Najpierw tedy słowianoznawstwo, a potem słowianofilstwo i
          Tego porządku musi się trzymać i nasze stowarzyszenie, inaczej zawisnęłoby w
          powietrzu.

          Gdyby sprawa słowiańska miała polegać na samem plemiennem powinowactwie krwi,
          należałoby pozostawić ją w spokoju antropologom; szkoda byłoby czasu i atłasu,
          żeby na samej idei plemiennej opierać jakieś wnioski polityczne czy kulturalne.
          Byłoby to zaś spóźnionem wynajdywaniem prochu, gdyby w imię pobratymstwa
          zmierzać na ziemiach słowiańskich do wytworzenia kultury, a gdyby chciano
          kultury jakiejś specyficznie "słowiańskiej", byłoby to sztuczną pozą dla taniej
          oryginalności, a w istocie rzeczy wolne żarty z rozsądku; boć jeżeli w robotach
          słowiańskich ma chodzić tylko o "zbliżenie kulturalne" czy "wzajemność
          kulturalną", jakaż różnica pomiędzy stosunkiem do narodu pobratymczego
          słowiańskiego, a jakiegokolwiek innego, choćby nawet najbardziej wrogiego? czyż
          nie jednako chętnie tłumaczy się i czyta coś z rosyjskiego, czy z japońskiego,
          skoro tylko jest coś dobrego? Toteż gdyby pomiędzy Słowianami zachodziły tylko
          względy pobratymstwa krwi nie byłoby sprawy słowiańskiej.

          Nie dlatego winniśmy się zajmować sprawami słowiańskiemi, że to nasi
          pobratymcy; samo pokrewieństwo plemienne nie stanowi jeszcze o niczem (rodzonym
          bratem można mieć Kaina!); nie dlatego, żeby to miało być wyrazem sympatyj; boć
          wrogów trzeba znać jeszcze dokładniej, niż przyjaciół lecz dlatego, ponieważ
          wymaga tego interes narodowy polski.

          Używanie w życiu publicznem pojęć sympatyi i antypatyi jest nałogiem, którego
          czas już się oduczyć! Nie nabędzie siły polityka polska, póki się nie
          pozbędziemy tego narowu, godnego dziecinnej zaiste lekkomyślności. Czas już
          powiedzieć sobie wyraźnie, że podkopuje silę narodu, że na manowce wiedzie myśl
          polską, zabagnia naszą zdolność polityczną i wywodzi nas tylko na pośmiewisko
          innych narodów, umiejących działać praktycznie kto przy roztrząsaniu sprawy
          publicznej wojuje argumentem sympatyi i antypatyi. Zakorzeniona wśród nas
          niewłaściwość ta jest oznaką niewątpliwą braku dojrzałości politycznej.

          Toteż założyciele "Towarzystwa Słowiańskiego" dalecy są od tego, żeby chcieć
          krzewić jakieś mgliste "sympatye słowiańskie", o których nie możnaby powiedzieć
          jasno, do czego właściwie mają zmierzać !... Nam chodzi po prostu o polskie
          interesy narodowe i z otwartą przyłbicą, z całą szczerością wyznajemy i głosimy
          wobec całej Słowiańszczyzny, że zapatrujemy się na nią ze stanowiska polskiego,
          a idziemy ku niej nie dla jakichkolwiek sympatyj, lecz dla wzajemnego
          obliczenia interesów.

          Ani nam w głowie krzewić jakieś uczucia polityczne!! Czyż samo zestawienie tych
          wyrazów nie zawiera rażącego absurdu?! Kto uczuciem żyw, niechajże nie wtrąca
          się w życie publiczne, niech go nie partaczy; niechaj też nie wypacza ruchu
          słowiańskiego!

          Na miejsce uczuć politycznych, które tyle sprowadziły nieszczęść na Polskę w.
          XIX., czas wprowadzić nareszcie zapatrywania polityczne, do których jedyna
          droga przez studya polityczne. Sam siebie okłamuje, kto sądzi, że ma jakieś
          zapatrywania, nie posiadając w swej umysłowości niczego, prócz uczuć
          politycznych, sympatyj i antypatyj. Z takiego do życia
          publicznego "przygotowania" (dostępnego każdemu dzieciakowi) mogą powstawać
          czyny na ślepo podejmowane, ale przenigdy działalność dla narodu pożyteczna
          (tj. rozszerzająca sferę jego dóbr w rzeczywistości, na prawdę, a nie we
          wykrętnych frazesach). Ta wymaga nie sympatyi i antypatyi, lecz systematycznej
          polityki, opartej na rachubie interesów.

          Co z tego tedy patryotyczniejsze, nawet dyskutować o tem nie warto! Naszem
          kryteryum i naszą miarą: wzmocnienie siły politycznej polskiej. Siły chcemy dla
          narodu! Dla nas nie ma żadnej wartości osłanianie i zakrywanie naszej słabości
          pięknymi frazesami!

          Do siły politycznej dochodzi społeczeństwo wówczas, jeżeli własną twórczą myślą
          polityczną ogarnie całą sytuacyę międzynarodową, a zwłaszcza ludów ościennych.
          Potęga polityczna może być tylko wynikiem zastosowania własnej politycznej
          twórczości do stosunków i spraw współczesnych. Idea taka musi mieć zawsze ten
          przymiot, żeby nietylko nie traciła na wartości poza granicami własnego kraju,
          ale owszem, żeby tam oddziaływała przyciągająca. Idea polityczna jest jak
          moneta, która musi mieć kurs za granicą, jeżeli nie ma nastąpić bankructwo w
          kraju.

          Bywały w historyi przykłady, że danej idei wyparli się właśnie ci, wśród
          których ona się zrodziła. Nie jest tedy wykluczonem, że społeczeństwo polskie
          wyrzeknie się i tym razem twórczej działalności politycznej i nie wzniesie
          żadnego sztandaru, któryby nas wysunął na czoło nowego okresu dziejowego.
          Możemy pozostać nadal na ogonie Europy, jako epigonowie haseł z poprzedniego
          okresu dziejowego. Możemy nadal nie mieć polityki własnej i pozostać
          przedmiotem do frymarki cudzych szachrajstw politycznych.

          Szczupły nasz obszar etnograficzny a do tego pozbawiony granic naturalnych,
          sprawia, że bardziej od innych narodów potrzebną nam jest wielka idea
          polityczna, taka, która nie byłaby wyłącznie do samej Polski ograniczoną.
          Polska miała znaczenie w Europie dzięki temu, że polskość sięgała poza Polskę,
          że miała wpływy poza obszarem etnograficznym.

          Siła polityczna narodowa rozwija się natenczas tylko, gdy dąży do znaczenia w
          kombinacyach postronnych; a zatem musi się w ten czy ów sposób brać udział w
          życiu narodów ościennych. Gdzie ustaje promieniowanie w dal, tam następuje
          obumieranie sił i w końcu nicość polityczna.

          Społeczeństwo, nie interesujące się sprawami ludów ościennych, skazane jest na
          to, że ci ościenni zwrócą się przeciw niemu i wyzyskiwać je będą do swoich
          celów. Nastąpi to tem łatwiej, im bardziej w owem społeczeństwie rozpleni się
          ignorancya spraw ościennych. Nikt nie może być tak potężnym, żeby być zupełnie
          niezależnym od tego, co się dzieje w sąsiedztwie; kto więc ignoruje sam sprawy
          ościenne i innych do systematycznego ignorowania ich namawia, a od studyowania
          odwodzi, ten jest psychologicznie komicznym pyszałkiem, politycznie zaś
          szkodnikiem narodowym, skoro propaguje hasło, że nie należy znać się na tem, od
          czego (z powodu prostego sąsiedztwa) może w danym razie zależeć tok interesów
          narodowych.

          Narody słowiańskie mają dla nas znaczenie niezmiernie doniosłe, bo są względem
          nas ościenne. Sąsiadujemy bezpośrednio z Łużyczanami, Czechami, Słowakami,
          Rusinami i Rosyanami, a więc z większością narodów słowiańskich. Nadto
          sąsiadujemy politycznie ze Słowieńcami i Chorwatami (Serbami), skoro zasiadamy
          z nimi w parlamencie wiedeńskim i w delegacyach austrowęgierskich zależni
          wzajemnie wciąż od siebie. Tak się dziwnie losy złożyły, że z ośmiu narodów
          pobratymczych, aż z siedmiu z nich związani jesteśmy geograficznie i
          bezpośrednio politycznie. Nie posiadałby chyba zmysłu dla rzeczywistości, ktoby
          z tego nie wysnuł wniosku, że albo musi u nas zakwitnąć słowianoznawstwo, albo
          też ignorancya rzeczy słowiańskich pomści się na nas dotkliwemi stratami
          politycznemi.

          A kochajże sobie Słowian lub nie kochaj, miła duszyczko romantyczno-polityczna,
          skoro już uważasz życie publiczne i politykę za erotyczną dziedzinę tylko nie
          bądź ignorantem w sprawach słowiańskich, bo ignorancya szkodzi bądźcobądź
          sprawnemu używaniu władz umysłowych! Jakżeż można wydawać sądy o tem, o czem
          nie ma się pojęcia?! U innych narodów europejskich dawno już zar
          • Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 21.02.02, 19:51
            A kochajże sobie Słowian lub nie kochaj, miła duszyczko romantyczno-polityczna,
            skoro już uważasz życie publiczne i politykę za erotyczną dziedzinę tylko nie
            bądź ignorantem w sprawach słowiańskich, bo ignorancya szkodzi bądźcobądź
            sprawnemu używaniu władz umysłowych! Jakżeż można wydawać sądy o tem, o czem
            nie ma się pojęcia?! U innych narodów europejskich dawno już zarzucono
            taką "metodę"!

            O erotomanowie polityczni! Będą was kiedyś przeklinać potomni za to, żeście
            sparaliżowali rozwój życia politycznego w Polsce wprowadzeniem doń pojęć tak,
            cudacznych, jak "sympatye" i "antypatye"! Pojęcia nic a nic nie znaczące, dobre
            w sam raz dla ludzi, którzy się na niczem nie znają, a lubią o wszystkiem
            krzykiem i huczkiem decydować. I zdecydowali erotomanowie, że chociaż z siedmiu
            narodami słowiańskimi musimy (choćbyśmy nawet nie chcieli!) mieć stale do
            czynienia, jednak Słowiańszczyzną zajmować się nie należy. Zobaczymy niżej,
            skąd i od kogo zaczerpnęli swej mądrości politycznej...

            Z narodami siedmiu... A jednak i wśród ósmego, wśród Bułgarów, ma Polak swoje
            interesy! Bo idea słowiańska związana jest nierozdzielnie ze sprawą polską, o
            czem godziłoby się nareszcie wiedzieć każdemu Polakowi!

            Sprawa polska jest osią, a zarazem kamieniem węgielnym całej sprawy
            słowiańskiej.

            Osią jest, bo dotyka jej na całym obszarze, od środka ku najdalszemu obwodowi.
            Jesteśmy w Austryi, na Węgrzech, w rosyjskiem państwie i w Rzeszy niemieckiej.
            Jesteśmy interesowani bezpośrednio w układzie stosunków politycznych pomiędzy
            państwami całej Europy. Nas dotyka bezpośrednio trójprzymierze
            czy "trójporozumienie" i wszelka możliwa konstelacya polityczna. Czy chodzi o
            wojnę rosyjsko-japońską, czy o problem angielsko-niemiecki, czy jakikolwiek
            inny, ilekroć chodzi o linie wytyczne polityki europejskiej, zawsze nostra res
            agitur. Owa bezpośredniość w kole całej polityki europejskiej jest udziałem
            tylko nas, Polaków.

            I sprawy słowiańskie łączą się też najbardziej z polskiemi. Każdy z narodów
            pobratymczych ma swój interes tylko w niektórych sprawach słowiańskich - my zaś
            we wszystkich. Np. ze względu na Rosyę mieliśmy i mamy swój interes w Bułgaryi
            i Serbii, bo nie jest nam obojętny stosunek tych państw do Rosyi, a względnie
            do Austryi. Rozwój spraw cerkiewnych w Carogrodzie i na całym półwyspie
            bałkańskim obchodzi nas ze względu na ewentualny związek ze sprawami
            cerkiewnemi na ziemiach przez nas zamieszkałych. Prądy takie, jak "idea
            cyrylometodejska", czy "utopie welehradzkie", obejmują interesy ściśle polskie!
            Stosunek Chorwacyi do Węgier, stanowiący o przewadze Cis - lub Translitawii w
            ogólnej polityce monarchii, interesuje nas, jako możliwy języczek u wagi w
            kwestyi zawisłości Wiednia od Berlina, którego hegemonia polega na ścisłym
            związku politycznym z Budzyniem. Sojusz prusko-madjarski, wymierzony w gruncie
            rzeczy przeciw Austryi (Cislitawii), dotyka w najbrutalniejszy sposób interesów
            polskich. Toteż nasz własny polski interes sprawia, że jesteśmy stroną
            interesowaną w złamaniu hegemonii madjarskiej na Węgrzech, a to tembardziej, że
            polityka ekonomiczna madjarska mieści w swym programie wyniszczenie materyalne
            Galicyi. Dodajmy, że mamy na Węgrzech kraj etnograficznie polski (większy od
            Księstwa Cieszyńskiego), którego polskości rząd węgierski zaprzecza od r. 1880.
            do tego stopnia, że nie uznaje całkiem narodowości polskiej przy spisach
            ludności! We wszystkich tedy sprawach "korony ś-go Szczepana" jesteśmy
            interesowani. Słowianie "cislitawscy" obchodzić nas muszą już z racyi wspólnego
            parlamentu w Wiedniu; od ich głosowania zależą tam sprawy nasze. Do, ut des;
            musimy więc znać sprawy słowieńskie i czeskie, żeby zająć stanowisko trafne i
            właściwe wobec ich dążeń i wymagań1). A do jakiego stopnia jesteśmy
            interesowani w sprawie ugody czesko-niemieckiej - wiadomo powszechnie.

            Interesy polskie mają zakres tak szeroki, iż zataczają kręgi na całą
            Słowiańszczyznę, na zachodnią, wschodnią i południową. Sprawy, które
            zaciekawiają Czecha lub Słowieńca tylko pośrednio, w imię prądów słowiańskich,
            stanowią dla Polaka cząstkę jego własnych interesów.

            Samo nasze położenie geograficzne stanowi już wiele. Dążności idei słowiańskiej
            umieszczają nas w samem jej centrum. My łączymy lub rozdzielamy narody
            słowiańskie! Czy z zachodniej, czy z południowej Słowiańszczyzny - droga do
            Rosyi przez Polskę! A ta droga tak pouczająca dla naszych pobratymców... Jeżeli
            Rosya chce "wyciągnąć ręce" ku pobratymcom, ciężko jej, bardzo ciężko, bo musi
            to robić - przez Polskę. Niema innej drogi, a tej jedynej - my panami!
            Niewykonalną utopią jest idea słowiańska bez załatwienia sprawy polskiej. Kto z
            nami wojuje, ten w rezultacie siebie samego ze Słowiańszczyzny wyklucza. Oto
            jest dziedzina, w której my mamy głos rozstrzygający - tylko trzeba zabrać się
            do niej czynnie i opanować w niej to, co się nam należy, a co nam wydrzeć
            usiłował panslawizm, będący właściwie panrusycyzmem.

            Założony w grudniu 1901. "Klub Słowiański" służył sprawie polskiej w
            Słowiańszczyźnie, a bezpośrednim jego celem było: wydrzeć monopol "kazionnym",
            a potem: wyrzucić ich poza nawias idei słowiańskiej. Chodziło o poruszenie
            opinii Słowian na rzecz polskich praw narodowych w Rosyi. Po trzech latach
            Świat Słowiański miał prowadzić tę walkę intenzywniej, niż to mogły czynić same
            posiedzenia klubowe. Zajęliśmy się wyrobieniem programu dla idei słowiańskiej
            na zasadzie: "Jeszcze Polska nie zginęła!"

            Rzuciliśmy śmiało hasło "słowianofilstwa bez ustępstw" i wystąpiliśmy z tezą,
            że niema Słowiańszczyzny bez Polski. Możemy śmiało zakładać na szerszą,
            skalę "Towarzystwo Słowiańskie", bo "Klub Słowiański" i Świat Słowiański już
            wypróbował, że są sposoby, aby polskość pogodzić ze słowianofilstwem bez
            jakiegokolwiek uszczerbku dla naszej indywidualności i bez jakiegokolwiek
            ustępstwa z godności narodowej. Nie próbować nigdy żadnych kompromisów w tej
            mierze - a wygra się sprawę! Nie trzeba się przebierać za "Słowianina", lecz
            oświadczyć z góry, jasno i wyraźnie, że Słowiańszczyzna bez wolnej Polski jest
            czczym wymysłem, baśnią albo oszustwem politycznem!
            Taki program nie mógł być nam sympatycznym, a ponieważ mógł być szkodliwym,
            należało walczyć z nim energicznie i tem gorliwiej propagować polskie
            słowianofilstwo Mickiewicza, Krasińskiego, Słowackiego! Ale erotomanowie lubią
            wygodę; powiedzieli sobie, że co niesympatyczne, z tem nie trzeba mieć nic do
            czynienia i po prostu usunąć się z drogi, żeby się z tem nie stykać. Postąpili
            w sprawie publicznej według prawidła, dopuszczalnego tylko w życiu prywatnem.
            Zejście z drogi jest w życiu publicznem opuszczeniem placówki, ucieczką,
            klęską, sprowadzoną dobrowolnie i świadomie, uszczuplaniem dziedziny życia
            naradowego. Ponieważ atoli zejście z drogi było osobiście nader wygodnem, bo
            uwalniało od obowiązku słowianoznawstwa, a dawało sposobność do
            tromtadracyi "patryotycznej" - więc coraz bardziej przybywało leniuchów, którzy
            udawali, że nic nie wiedzą o słowianofilstwie Staszica, Mickiewicza, tudzież
            wartogłowów, którym wszelkie słowianofilstwo pomieszało się z panrusycyzmem.

            Tryumfem panslawizmu rosyjskiego nie jest to, że przyjmował się tu i ówdzie
            wśród Słowian: lecz - uznanie ze strony Polaków, jakoby wszelkie
            słowianofilstwo wiodło do panrusycyzmu. Polacy uznali niejako w teoryi logiczną
            słuszność panrusycyzmu, uważając słowianofilstwo a moskalofilstwo za jedno i to
            samo - tak, jak tego pragnął rząd rosyjski.

            Wiek XIX. jest w historyi polskiej wiekiem wielu, nader wielu bohaterstw, ale
            równocześnie - niestety - jest okresem stopniowego zaniku twórczości
            politycznej. W sprawie idei słowiańskiej uwydatnia się to najjaskrawiej, skoro
            nawet w tem, co stanowi nasze tło przyrodzone, nasz przyrodzony warstat
            polityczny, poszliśmy za zapatrywaniem cudzem, za zapatrywaniem policyjnem
            rosyjskiem, identy
            • Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 21.02.02, 19:53
              Wiek XIX. jest w historyi polskiej wiekiem wielu, nader wielu bohaterstw, ale
              równocześnie - niestety - jest okresem stopniowego zaniku twórczości
              politycznej. W sprawie idei słowiańskiej uwydatnia się to najjaskrawiej, skoro
              nawet w tem, co stanowi nasze tło przyrodzone, nasz przyrodzony warstat
              polityczny, poszliśmy za zapatrywaniem cudzem, za zapatrywaniem policyjnem
              rosyjskiem, identyfikując tak samo, jak rosyjskie policmajstry, ideę słowiańską
              z panrusycyzmem.

              Doczekaliśmy się zrusyfikowania mózgu polskiego, co objawiło się najpierw na
              zapatrywaniach na ideę słowiańską (a niestety nie skończyło się na tem
              wcale...). Nieprzyjaciołom przyznano polityczną racyę i ustąpiono im pola.

              I pomyśleć, że są jeszcze ludzie, którzy, broniąc zacięcie jedności i
              tożsamości słowianofilstwa z panrusycyzmem (a więc z rusyfikacyą), powiadają,
              że czynią to... z patryotyzmu polskiego! "Patryotyzm", zmierzający do
              wykluczenia Polski ze Słowiańszczyzny, a więc całkiem zgodny z życzeniami
              czynowniczego panslawizmu!

              Ależ tu trzeba bez względu na wygodę i "antypatyczność" zabrać się do walki z
              prądem antypolskim w Słowiańszczyźnie! Zbyt długo pozwalało społeczeństwo
              polskie wyzyskiwać ideę słowiańską przeciw sobie! Było to niedorzecznością
              polityczną. Powinno być przeciwnie: należało i należy używać idei słowiańskiej
              przeciw systemowi rusyfikacyjnemu! Oto obowiązek Polaka, a nie jakaś
              kapitulacya! o słowianofilstwie Staszica, Mickiewicza, tudzież wartogłowów,
              którym wszelkie słowianofilstwo pomieszało się z panrusycyzmem. Tryumfem
              panslawizmu rosyjskiego nie jest to, że przyjmował się tu i ówdzie wśród
              Słowian: lecz - uznanie ze strony Polaków, jakoby wszelkie słowianofilstwo
              wiodło do panrusycyzmu. Polacy uznali niejako w teoryi logiczną słuszność
              panrusycyzmu, uważając słowianofilstwo a moskalofilstwo za jedno i to samo -
              tak, jak tego pragnął rząd rosyjski.

              Wiek XIX. jest w historyi polskiej wiekiem wielu, nader wielu bohaterstw, ale
              równocześnie - niestety - jest okresem stopniowego zaniku twórczości
              politycznej. W sprawie idei słowiańskiej uwydatnia się to najjaskrawiej, skoro
              nawet w tem, co stanowi nasze tło przyrodzone, nasz przyrodzony warstat
              polityczny, poszliśmy za zapatrywaniem cudzem, za zapatrywaniem policyjnem
              rosyjskiem, identyfikując tak samo, jak rosyjskie policmajstry, ideę słowiańską
              z panrusycyzmem.

              Doczekaliśmy się zrusyfikowania mózgu polskiego, co objawiło się najpierw na
              zapatrywaniach na ideę słowiańską (a niestety nie skończyło się na tem
              wcale...). Nieprzyjaciołom przyznano polityczną racyę i ustąpiono im pola.

              I pomyśleć, że są jeszcze ludzie, którzy, broniąc zacięcie jedności i
              tożsamości słowianofilstwa z panrusycyzmem (a więc z rusyfikacyą), powiadają,
              że czynią to... z patryotyzmu polskiego! "Patryotyzm", zmierzający do
              wykluczenia Polski ze Słowiańszczyzny, a więc całkiem zgodny z życzeniami
              czynowniczego panslawizmu!

              Ależ tu trzeba bez względu na wygodę i "antypatyczność" zabrać się do walki z
              prądem antypolskim w Słowiańszczyźnie! Zbyt długo pozwalało społeczeństwo
              polskie wyzyskiwać ideę słowiańską przeciw sobie! Było to niedorzecznością
              polityczną. Powinno być przeciwnie: należało i należy używać idei słowiańskiej
              przeciw systemowi rusyfikacyjnemu i Oto obowiązek Polaka, a nie jakaś
              kapitulacya!

              Kto ma gust do kapitulacyi (do uznania tożsamości idei słowiańskiej z
              panrusycyzmem), niechże przynajmniej niedorzecznościami swemi nie przeszkadza
              innym, walczącym, a nie ponoszącym (jak dotychczas) żadnych klęsk!2).

              Niedorzecznością jest przypisywać sobie więcej miłości Ojczyzny, niż jej miał
              słowianofil Mickiewicz. Jestto nawet istne bluźnierstwo. Popełniają je dzień w
              dzień wszyscy, zażegnujący się "z patryotyzmu" przed ideą słowiańską.

              Zresztą punkt ciężkości sprawy słowiańskiej przeniesiony już jest z Rosyi do
              Austryi. Tu, w Austryi, prawdziwy warstat tej roboty politycznej. Nie Rosya,
              lecz austryaccy Słowianie są faktycznymi idei słowiańskiej sternikami i
              wykonawcami. Nowy okres rozkwitu państwa Habsburgów może nastać tylko przez
              zniesienie dualizmu i przyjęcie polityki słowiańskiej. O politycznem ciążeniu
              Słowian austryackich do Rosyi (z wyjątkiem "Rosyan galicyjskich niema już mowy.

              Pewne zakłopotanie Wiednia udziałem Polaków w ruchu słowiańskim jest nader
              pocieszającym objawem, bo po zakłopotaniu musi przyjść - zastanowienie. I tu
              spada na nas zadanie, żeby przekonać Wiedeń do idei słowiańskiej, a samym
              zapewnić sobie zawczasu rolę odpowiednią w reorganizacyi monarchii, żeby nie
              spaść na szary koniec przy zmianie ustroju Austryi. Prąd słowiański wzmagałby
              się i bez nas - lecz w takim razie móglby się obrócić na naszą szkodę. Trzeba
              nam być żywiołem twórczym w prądzie słowiańskim, a nie czemś biernem,
              niesionem, przez jakiś wiatr polityczny, na którego kierunek nie mielibyśmy
              wpływu! My musimy dążyć do jak największego opanowania prądu słowiańskiego w
              Austryi, a zatem - musimy starać się o nagromadzenie w Polsce jak największego
              znawstwa tych spraw, wśród których przyjdzie nam się obracać, żeby nie kroczyć
              po omacku, lecz działać celowo.

              Zajmujmy się sprawami słowiańskiemi systematycznie a czynnie, nabądźmy jak
              największego znawstwa spraw słowiańskich, ażeby zdanie nasze miało jak
              najwięcej powagi - a będą się z nami liczyć w Austryi i w Słowiańszczyźnie.
              Zajmijmy w prądzie słowiańskim stanowisko takie, ażebyśmy mogli dopilnować,
              iżby on nie był nigdy szkodliwym interesom polskim! Mógłby zaś stać się (choćby
              chwilowo) szkodliwym, gdybyśmy my sami, lub pobratymcy popełnili jaki błąd
              polityczny; naszą więc rzeczą pozostawać z nimi w stosunkach tego rodzaju, żeby
              i siebie (dzięki znawstwu spraw) od błędu ochronić i na ich postępowanie mieć
              odpowiedni wpływ.

              A gdy Austrya zdecyduje się wreszcie na politykę słowiańską, cóż mają na tę
              chwilę w programie swym nasi więksi od Mickiewicza patryoci? Może urządzić z
              Madjarami powstanie przeciw dynastyi? Może przyłączyć Galicyę do Węgier? -
              Zapewne, królestwo syonistyczne byłoby od razu gotowe!

              Jeżeli odrzucimy ideę słowiańską, zwróci się ona przeciw nam. Idea ta istnieje
              i jest dla narodów słowiańskich nietylko dogodną, ale niezbędną; toteż rozwija
              się nieustannie w naszych oczach, bo narody słowiańskie muszą dążyć do jej
              urzeczywistnienia. Mamy do wyboru: albo pokierować tą ideą, wyrobić ją na
              polskie słowianofilstwo - albo zwrócić jej ostrze przeciwko sobie. Mamy do
              wyboru: albo stanąć na czele Słowiańszczyzny, albo mieć w niej wroga.

              Skutki wyboru - błogie lub fatalne - okażą się dopiero w przyszłości; ale wybór
              nastąpić musi teraz.

              Bądźcobądź, zwiększa się coraz bardziej zastęp tych, którzy wiedzą, że idea
              słowiańska nietylko nie jest niebezpieczną dla Białego Orła, ale przeciwnie: na
              jej rusztowaniu wyolbrzymiają skrzydła jego.

              Na nic nasze tęsknoty i zapały, póki Polska nie będzie ekonomicznie silną i
              dopóki nie wywołamy pomyślnego dla siebie położenia politycznego. Należy się
              więc łączyć z tymi, którzy mogą mieć wspólny z nami interes, a to znaczy: ze
              sprawy polskiej wykuwać ideę słowiańską.

              Nie zważajmy na to, jak inni tę ideę wypaczają, lecz sami nadawajmy jej kształt
              właściwy. Nasz kierunek będzie górą, jeśli nie zaśpimy sprawy, jeżeli włożymy w
              nią odpowiednią miarę pracy, trudu i zapobiegliwości.

              Nie spodziewajmy się, że zrobi to za nas kto inny, a stanąwszy na czele
              Słowiańszczyzny uczyni z niej tarczę obronną dla polskich interesów! To zrobić
              sobie musimy my sami - albo całkiem zrobionem nie będzie.

              Trzeba Słowiańszczyznę przekuć na siłę z nami sprzymierzoną - dając wzajemnie
              idei słowiańskiej oparcie na polskiej kulturze i polskiej polityce.

              Tak więc należy nawiązać życie współczesne do tradycyi z okresu naszej
              świetności i utorować dla polskiej myśli politycznej rozległe horyzonty,
              wskazać ambicyi narodowej i polskim siłom kulturalnym olbrz
              • Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 21.02.02, 19:55
                Tak więc należy nawiązać życie współczesne do tradycyi z okresu naszej
                świetności i utorować dla polskiej myśli politycznej rozległe horyzonty,
                wskazać ambicyi narodowej i polskim siłom kulturalnym olbrzymie pole działania
                dla Ojczyzny.

                Wskrzeszając polskie słowianofilstwo, trzeba to sobie jednak mieć za pierwszy
                obowiązek i dbać o to, żeby nie obniżyć rzeczy do roli wydatnego tematu
                krasomówczego, lecz wprowadzić sprawę na jedyną rozumną drogę, a mianowicie:
                badań i dociekań. Najpierw fakty, potem wnioski. Frazesy i ogólniki pozostawmy
                nieukom.

                Celem naszym przygotować społeczeństwo, ażeby w stanowczej chwili dziejowej nie
                popełniło grzechu zaniedbania i nie utraciło należnych sobie korzyści. Patrzymy
                w przyszłość i chcemy, żeby Polak przygotowany był dobrze do zajęcia właściwego
                i należnego sobie stanowiska w nowym, słowiańskim okresie dziejowym, którego
                zbliżaniu się, aż nazbyt widocznemu, nikt nie przeczy.

                Nadchodzi, zbliża się przyszłość, która może nam przynieść życie. A czem
                bardziej "gonią nas czasy", tem bardziej spieszyć się trzeba, żeby poznać tę
                rozległą dziedzinę, w której nie godzi się nie zająć miejsca dlą Polski. byłoby
                to zmarnowaniem całego okresu dziejowego, zaprzepaszczeniem przyszłości.

                Stowarzyszenie nasze pozostaje zupełnie poza stronnictwami. Zajęliśmy placówkę,
                której nie mogłoby zająć żadne stronnictwo, jako takie, bo sprawa słowiańska i
                polskie interesy w Słowiańszczyźnie są niezależne od zmienności stronnictw. Do
                tej dziedziny nie należy nic a nic z tego, co stronnictwa dzieli, lecz
                wyłącznie to, co wszystkie polskie stronnictwa narodowe mają wspólnego, bo
                tylko ze stanowiska ogólno-narodowego można traktować te sprawy. Toteż
                konieczną jest organizacya pozapartyjna, a specyalna do spraw słowiańskich,
                ażeby uzupełnić prace stronnictw około sprawy narodowej. Plon, który się
                zbierze w ten sposób, przyjmie każde stronnictwo, jakiekolwiek będzie w danej
                chwili u steru, jako dorobek imienia polskiego, rozszerzenie polszczyzny,
                otwarcie nowych szlaków dla polskiej myśli politycznej. Bylebyśmy uprawiali
                nasze słowianofilstwo w ten sposób, żeby w słowiańskości nie zatracić niczego
                (ale to niczego!) z polszczyzny - każde stronnictwo narodowe może patrzeć na
                naszą pracę życzliwie, z tą rozumną życzliwością, która każe cieszyć się, że
                znaleźli się inni, robiący coś, czego samemu robić nie dałoby się, a czego
                jednak szkodaby zaniedbać i pozostawić odłogiem.

                Polityka polska, nie obejmująca w sobie słowiańskiej, byłaby czemś niezupełnem,
                a tylko polityka wszechstronna zapewnia rozwój narodom historycznym, nie
                poprzestającym na roli politycznie zorganizowanego żywiolu etnograficznego.
                Toteż szerzenie w Polsce znawstwa spraw słowiańskich jest rzeczą patryotyczną,
                jako sprawie polskiej ze wszech miar przydatne. A my bez słowianoznawstwa nie
                uznajemy słowianofilstwa.

                Szczegóły do faktów, na które powołuję się w powyższem przemówieniu, znajdzie
                czytelnik w następujących dawniejszych artykułach Świata Słowiańskiego:

                Styczeń 1905: August Sokołowski: "Polacy w walce o niepodległość serbską".

                Czerwiec 1908: Ks. Kamil Kantak: "Słowacki i Słowiańszczyzna".

                Październik 1909: "O język polski na Węgrzech".

                Październik 1909: Edmund Kołodziejczyk : "Słowianofilstwo warszawskiego
                Towarzystwa Przyjaciół Nauk (1800-1832)".

                Sierpień 1910: Edward Woroniecki: "Słowianofilstwo Królestwa Kongresowego".

                Listopad 1910: Edmund Kołodziejczyk: "Ludność polska na Górnych Węgrzech" (z
                trzema mapami).

                Styczeń 1911: Edmund Kołodziejczyk: "Słowianofilska pieśń powstańcza".

                Czerwiec 1911: Edward Woroniecki: "Słowianofilstwo Czartoryskich".

                Maj 1912: Edmund Kołodziejczyk: "Słowianofilstwo Emigracyi Wielkiej (1830-
                1863)".

                Sierpień 1912: "Z za kulis panslawizmu w r. 1867",

                tudzież cały szereg referatów p. Edmunda Kołodziejczyka, p. t. "Z przeszłości
                słowianofilstwa w Polsce" począwszy od kwietnia r. 1909.

                • Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 22.02.02, 17:11
                  Pochodzenie Słowian jako mit polityczny

                  Pochodzenie i najstarsze dzieje Słowian są problemem, który, choć na pozór
                  oderwany od życia, niespodziewanie ujawnia pewne polityczne mity: myślowe ciągi
                  subtelne i mgliste, przez nikogo chyba nie wypowiedziane do końca, ale może
                  właśnie z tego powodu wciąż wywierające wpływy na myślenie o naszym polskim
                  miejscu w świecie.

                  Każdego, kto usiłował dowiedzieć się czegoś o słowiańskich starożytnościach,
                  musi uderzyć i zirytować brak ładu, brak wyraźnych linii u autorów
                  interpretujących archeologiczne i pisane zabytki; tak jakby na rzeczywiste
                  ubóstwo źródeł dotyczących naszych narodowych, polskich i słowiańskich
                  początków, nakładały się jeszcze uporczywe, a może wręcz złośliwe tendencje,
                  aby zrozumienie owych szczupłych źródeł zagmatwać.

                  Źródłem tego zamętu jest mit autochtoniczności Słowian, a Polaków w
                  szczególności. (Słowa "mit" używam oczywiście w sensie fałszywej i wygodnej
                  zbitki pojęciowej, a nie w sensie religijnej opowieści.) Mit ów został
                  stworzony w okresie międzywojennym z jasnych pobudek patriotycznych, czy jak
                  kto woli, nacjonalistycznych, i chodziło w nim o to, aby dać odpór niemieckiej
                  propagandzie, która wszelkie źródła archeologiczne interpretowała jako
                  świadectwa odwiecznego pobytu na ziemiach nadodrzańskich i nadwiślańskich - ich
                  własnych pobratymców, Germanów. Oczywiście, ów pogląd miał wyraziste ostrze
                  polityczne: podbudowywał ideologiczne prawa nazistowskich Niemiec do ziem
                  obecnie należących do Polski, które wówczas były wschodnimi kresami państwa
                  niemieckiego albo strefą planowanej hitlerowskiej ekspansji na wschód.

                  Pogląd o autochtoniczności Słowian sprowadzał się do tezy, iż osadnictwo w
                  dorzeczu Odry i Wisły (obszar ten bywał przedłużany na wschód aż do Dniepru) ma
                  w dającej się stwierdzić przeszłości charakter ciągły, nie było zaburzane
                  poważniejszymi najazdami, a ewentualni przybysze byli tylko przejściowymi
                  gośćmi. Mimo tych sporadycznych wizyt sąsiadów, przez cały czas - przynajmniej
                  1700 lat przed Mieszkiem I - miał trwać na obecnych polskich
                  ziemiach "prasłowiański" substrat etniczny. Owi Prasłowianie mieli w końcu
                  przeobrazić się w Słowian, którzy stąd, znad Odry i Wisły rozeszli się w
                  okresie Wędrówek Ludów (w wiekach IV-VI n.e.) w trzy strony świata - na zachód
                  nad Łabę, na południe: do Czech, nad Dunaj i na Bałkany, oraz na wschód ku
                  późniejszej Rusi.

                  My, Polacy, mielibyśmy być w prostej linii potomstwem i spadkobiercami
                  rdzennej, autochtonicznej ludności dorzecza Odry i Wisły, a także tymi spośród
                  Słowian, którzy w przeciwieństwie do reszty swoich pobratymców, dochowali
                  wierności swojej starej ziemi i nie dali się skusić "obczyźnie" nad Dunajem,
                  Wełtawą czy Oką.

                  Owa wizja - a raczej mit właśnie - była uporczywie podtrzymywana i propagowana
                  przez cały okres PRL i dopiero pod koniec tej formacji, w latach 80-tych,
                  zaczęły się pojawiać pierwsze publikacje, stawiające naszą prehistorię z głowy
                  na nogi.

                  Tylko skrótowo naszkicuję stan rzeczy, który wydaje się najbardziej
                  prawdopodobny (i który zapewne jest po prostu prawdą...) - Słowianie na
                  większości swoich obecnych siedzib, w tym także nad Odrą i Wisłą są stosunkowo
                  późnymi przybyszami i zajęli te ziemie w ciągu V wieku n.e., a więc w końcowej
                  fazie Wędrówki Ludów. W starożytności Brązu i rzymskiej ich tu po prostu nie
                  było; i co więcej nie wchodzili w styczność z cywilizacją klasyczną (rzymsko-
                  grecką). Najstarsze uchwytne archeologicznie ślady Słowian pochodzą z Wołynia i
                  Podola z wieku IV n.e.; co do wcześniejszej epoki poszlakami są pokrewieństwa i
                  zapożyczenia językowe, wskazujące ma dorzecze środkowego Dniepru jako na
                  wcześniejszą siedzibę. Nasze ziemie w rzymskiej starożytności zamieszkiwali
                  Germanowie - na Pomorzu Goci, a na południe od nich ludy określane zbiorową
                  nazwą najpierw Lugiów a później Wandalów, których ślady określa się mianem
                  archeologicznej Kultury Przeworskiej. Jedynie Pojezierze Mazurskie zasiedlali
                  Bałtowie. Germanowie sięgali zresztą dużo dalej na wschód: Goci i Gepidowie,
                  którzy przewędrowali nasze (później) ziemie, szerokim łukiem okrążając
                  Wandalów, jako że oba te plemiona szczerze się nie lubiły, stworzyły
                  krótkotrwałe państwo nad Morzem Czarnym i Dnieprem. Germańskim narzeczem
                  mówiono na Krymie jeszcze czterysta lat temu! Przed Germanami południe Polski
                  było kolonizowane przez Celtów. Wcześniejsza od nich Kultura Łużycka, której
                  dziełem był około roku 737 p.n.e. Biskupin, także po słowiańsku (czy
                  prasłowiańsku) nie mówiła.

                  Jak powiedzieliśmy, mit polskiego autochtonizmu (którego początkowo głównym
                  orędownikiem był prof. Józef Kostrzewski, poznański archeolog i odkrywca
                  Biskupina) od samego powstania miał wyraźne ostrze patriotyczne i
                  antyniemieckie. Okazało się wkrótce, że znakomicie służy także innym
                  politycznym opcjom czy stylom myślenia.

                  Ale wcześniej należy zauważyć, iż ów mit wzbogacił się o pewien ważny aspekt.
                  Wydawałoby się bowiem, iż jeżeli pewien lud nieprzerwanie zamieszkuje przez
                  półtora tysiąca lat, a może dłużej, to samo terytorium, utrzymując się w
                  dodatku z rolnictwa, nie koczując i nie wędrując, to powinien stworzyć jakąś
                  trwałą kulturę materialną i duchową. A więc grody, miasta, ośrodki
                  rzemieślnicze; zapewne także powinien dorobić się własnego pisma (tym bardziej,
                  że miał piśmiennych sąsiadów), kultu bogów, tytulatury władców, a może nawet
                  spisanej historii. Oczywiście Słowianie żadnym takim dorobkiem pochwalić się
                  nie mogli. Historycy owładnięci mitem autochtonizmu mogli naginać fakty, i
                  wykopaliska w rodzaju Biskupina przypisywać Słowianom. W większości przypadków
                  jednak tego czynić się nie dało, czego skutek był taki, iż przybywało
                  wstydliwych faktów (że odkopano groby książąt ewidentnie germańskich, groty
                  strzał z runicznymi napisami, albo że wygasłych w V wieku dymarek
                  świętokrzyskich nie było komu rozpalić na nowo) - a wraz z nimi rosła
                  nieśmiałość w dziele naukowego, ale także np. literackiego penetrowania własnej
                  narodowej przeszłości. Prehistoria Polski zaczęła przypominać szafę pełną
                  trupów!

                  Jakby w odpowiedzi na takie krytyki (których, jak się wydaje, nikt jawnie nie
                  wytaczał) utrwalił się niejasny pogląd, iż tak rekonstruowani Słowianie (czy
                  Prasłowianie) byli przez całą swoją historię ludem pokojowo nastawionym,
                  łagodnym i poczciwym, godzącym się na koegzystencję na tym samym terytorium z
                  obcymi przybyszami, a w razie zagrożenia uciekającym zapewne w leśne głębiny...
                  W przeciwieństwie do wojowniczych i nieźle zorganizowanych, wykazujących
                  państwowotwórczy instynkt Germanów, Scytów, Hunów czy Awarów, Słowianie zdawali
                  się ludem bez historii i bez państwa. Jednakże te dwa jawne defekty okazały się
                  ich wielkim atutem w oczach dwóch dominujących nurtów politycznego myślenia w
                  Polsce lat niedawnych.

                  Słowianie bez historii, a w szczególności bez rozwiniętej religii, pozbawieni
                  wyższej kultury, nie tknięci kultem "pogańskich" bóstw, czynili wrażenie ludu,
                  który trwał przez tysiąclecia w dziecięcej niewinności, czekając na chrzest -
                  bo dopiero ów sakrament miał go wyrwać z prehistorycznego niebytu, a raczej na-
                  wpół-bytu. Ten aspekt mitu autochtonizmu był więc szczególnie miły katolickiej
                  opcji. Było to również w pełnej zgodzie z podręcznikową zbitką pojęciową, iż
                  historia Polski zaczęła się w roku 966 od chrztu Mieszka. A co było wcześniej?
                  Jakaś nieokreśloność, którą wprawił w polskie dzieje już pierwszy historyk,
                  Gall Anonim, pisząc te jakże ważkie słowa: "Lecz dajmy pokój rozpamiętywaniu
                  dziejów ludzi, których wspomnienie zaginęło w niepamięci wieków i których
                  skaziły błędy bałwochwalstwa (...)". Oczywiste jest, że Kościołowi bardzo
                  pomocna była wizja Polski "stworzonej przez Kościół" - takiej, która od
                  początku jest chrześcijańska, która nie zaznała wcześniejszych, rdzennych a
                  więc "pogańskich" alternatyw kulturowych, i dosłownie wszys
                  • Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 22.02.02, 17:30
                    Oczywiste jest, że Kościołowi bardzo pomocna była wizja Polski "stworzonej
                    przez Kościół" - takiej, która od początku jest chrześcijańska, która nie
                    zaznała wcześniejszych, rdzennych a więc "pogańskich" alternatyw kulturowych, i
                    dosłownie wszystko zawdzięcza ideom przybyłym z Rzymu albo za jego
                    pośrednictwem.

                    Wizja ta była równie - a może nawet bardziej - miła stronie przeciwnej,
                    komunistom. Słowianie bez historii, a przede wszystkim bez państwa, nie
                    znający "ustrojów klasowych" oraz "wyzysku", w oczach marksistów wyglądali z
                    kolei na lud, który tak długo jak się dało przechowywał rajski stan
                    niezróżnicowanego "komunizmu pierwotnego", zwany również ustrojem "wspólnoty
                    pierwotnej". Nie muszę dodawać, że również te pojęcia liczą się pomiedzy
                    polityczne mity, dalekie antropologicznej rzetelności. A skoro Słowianie tak
                    byli przywiązani do "wspólnoty pierwotnej", to można było wnosić, iż fakt ów
                    predestynuje ich do podjęcia się roli pionierów w dziele krzewienia komunizmu
                    prawdziwego, tego od Marksa i Lenina. Logiczne, prawda?

                    W okresie PRL masowo wydawano (dla szkół głównie) mapy, przedstawiające owe
                    rzekome granice pierwotnego zasięgu Słowian. Malowano je przy tym ciepłym,
                    różowym, macierzyńskim kolorem, tak jak Ojczyznę na innych mapach. Mapy te,
                    lokalizujące na naszych ziemiach "prakolebkę" Słowian, miały znowu wyraźny acz
                    subtelny wydźwięk propagandowy, były kolejnym narzędziem z arsenału politycznej
                    mitologii stosowanej: dyskretnie przypominały Starszym Braciom z Moskwy, że tak
                    naprawdę, w porządku historycznym, to my, Polacy, jesteśmy ich starszymi
                    braćmi, i z tego tytułu należą się nam szczególne względy. Polska, zamalowana
                    na różowy prasłowiański kolor, awansowana była w ten sposób do rangi
                    centralnego punktu Słowiańszczyzny - a przecież Imperium Sowieckie i areał
                    narodów słowiańskich mało się od siebie różniły. Niemal wszyscy Słowianie w
                    pewnym momencie żyli w socjalizmie, a mapy czyniące Polskę centrum tego obszaru
                    były argumentem na rzecz specjalnych praw do stosowania "polskiej drogi do
                    socjalizmu".

                    Skoro więc mit o autochtonizmie Słowian, a Polaków w szczególności, był wygodny
                    dla (primo) patriotów, (secundo) katolików oraz (tertio) komunistów, któż
                    miałby go podważać w imię naukowej obiektywności? Trwał więc wśród specjalistów
                    aż do lat 80-tych, a w podręcznikach, w literaturze popularnej i w potocznej
                    świadomości pokutuje, jak się wydaje, do dziś.

                    Ale dziś również, wobec perspektywy "wejścia do Europy", prawda o słowiańskich
                    początkach może wydać się mało atrakcyjna dla zwolenników europejskiej
                    integracji. Bo jakimże partnerem dla dziedziców Karola Wielkiego mogą być
                    potomkowie plemienia, które wynurzyło się gdzieś z poleskich bagien? Najstarsze
                    ślady wskazują, że w początkach swojej ewolucji Słowianie pozostawali w kręgu
                    oddziaływania kultury Irańczyków - takiego bowiem właśnie, wschodniego i
                    irańskiego pochodzenia jest nasza najstarsza terminologia religijna oraz
                    zachowane w folklorze pozostałości mitów. A Iran się politycznie kojarzy jak
                    najgorzej. Można też zaobserwować, że dziś najchętniej podnoszone są nasze
                    rzekome starożytne koneksje z Celtami, choć ich ślady w naszej tradycji są bez
                    porównania mniej widoczne niż irańskie, i przodkowie Słowian najprawdopodobniej
                    z Celtami się nie kontaktowali. Polityczny, choć zapewne nieuświadamiany,
                    podtekst celtyckiej orientacji jest również jasny: Celtami przecież byli
                    przodkowie najbardziej zachodnich Europejczyków, czyli Brytyjczyków i
                    Francuzów, do celtyckich korzeni poczuwa się znaczny procent Amerykanów, a dziś
                    celtyckie tradycje przeżywają tam renesans, który z kolei ma wyraźny rys
                    antyrzymski z antychrześcijańskim odcieniem.

                    Wypadałoby zakończyć ten temat wnioskami.

                    Pierwszy i oczywisty jest taki, że pozwalając hasać mitom, odcinamy się od
                    prawdziwej wiedzy o naszych korzeniach. A wobec nadciągającej ogólnoświatowej
                    urawniłowki narodów i kultur, praktyka to mocno niebezpieczna.

                    Drugi, że warto byłoby tę wiedzę szerzej rozpowszechnić. Bo żal doprawdy, że
                    ten obszar historii, który nas - w masie - coś obchodzi, zaczyna się dopiero od
                    epoki wojen kozacko-szwedzkich z "Trylogii" Sienkiewicza.

                    Trzeci, że prawda o początkach Słowian i Polski każe inaczej patrzeć na własną
                    tradycję. Widzimy wtedy, że mamy nie pojedyncze, a potrójne dziedzictwo: nazwę
                    je, trochę górnolotnie, dziedzictwem ziemi, krwi i myśli. Dziedzictwo ziemi to
                    poczuwanie się do solidarności z wszystkimi plemionami, które poprzedziły nas
                    na naszej ziemi, jadły chleb z tej samej roli i walczyły o tę samą ojcowiznę -
                    a ta solidarność, dotycząca najpierw germańskich Wandalów, Gotów, Sylingów i
                    Hasdingów, oraz Celtów i niewiadomego języka "Łużyczan" (tych z Biskupina),
                    może tym łatwiej być rozszerzona na późniejszych i dzisiejszych
                    naszych "współziemców" - Prusów, Litwinów, Niemców, Białorusinów, Ukraińców,
                    Żydów i Cyganów. Polska widziana z tej perspektywy staje się zupełnie inną
                    jakością niż nacjonalistyczna klatka, w której jakoby mieliśmy w pojedynkę
                    siedzieć od trzech tysięcy lat.

                    Dziedzictwo krwi, to solidarność z tymi, którzy byli naszymi językowymi i po
                    części biologicznymi przodkami - zagadkowym ludem, który przyszedł ze wschodu,
                    zajął opustoszałą po Wędrówkach Ludów środkową Europę - i który w tamtej epoce
                    wykazał zadziwiającą odmienność politycznych zachowań, gdyż w przeciwieństwie
                    do wszystkich sąsiadów i poprzedników, którzy ulegli powszechnemu wówczas
                    rojeniu o budowaniu imperiów na gruzach Rzymu, skierował swoje siły na rolniczą
                    kolonizację ziem, które zajmował. A ta strategia okazała się skuteczna: po
                    Wandalach, Gotach, Hunach i Awarach słuch zaginął, Słowianie się rozmnożyli i
                    rozrośli... Być może od nich moglibyśmy się i dziś czegoś nauczyć.

                    Wreszcie dziedzictwo myśli, które każe nam szukać trzecich i najmocniejszych
                    korzeni - w Rzymie, Atenach i Jerozolimie.

                    Poruszona tu sprawa autochtonicznego mitu sama w sobie wydaje mi się ciekawym
                    tematem dla badań historyków, oczywiście tych od czasów najnowszych. Żyją
                    przecież świadkowie kształtowania się tego mitu, a może i jego współtwórcy -
                    autorzy odpowiednio "wyważanych" podręczników i map. Archeologowie, fałszujący
                    lub przemilczający dane z wykopalisk. Cenzorzy kierujący myśl badaczy w
                    odpowiednim kierunku. A najciekawsze byłoby zbadanie, jak ów mit oddziałał -
                    zapewne poprzez doradców zaznajomionych z polskimi kompleksami - na Józefa
                    Stalina, który wyrysował mapy powojennej Polski tak, aby były dziwnie zgodne z
                    różowymi siedzibami Prasłowian.

                    20 stycznia 1998. Artykuł zamieszczony był w tygodniku "Najwyższy Czas!".
                    • Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 23.02.02, 15:09
                      Od kiedy różnimy się od Rosjan?

                      W bardzo ciekawym artykule "Konflikt cywilizacji" ("Najwyższy Czas!" nr 32-33,
                      ss. XXX-XXXI), Pan Mariusz Kowalski dowodzi, że lewica ma do dziś wpływy w
                      Polsce głównie tam, gdzie kiedyś rządził carat lub gdzie mieszka ludność
                      przesiedlona z dawnego Cesarstwa Rosyjskiego. Pewien szczegół wzbudził jednakże
                      mój protest. Chodzi o ten fragment, gdzie Autor wywodzi cywilizacyjne różnice
                      między Polska a Rosją (lub Rusią) jeszcze ze starożytności, twierdząc, iż:

                      (...) plemiona polskie krystalizowały się w dorzeczu Wisły i Odry, w
                      bezpośrednim sąsiedztwie imperium rzymskiego (...) pozostając w silnych
                      związkach z ludami celtyckimi i germańskimi. Plemiona wschodnio-słowiańskie
                      ukształtowały się natomiast w dorzeczu Dniepru, w kontakcie z ludami irańskimi,
                      ugrofińskimi i turańskimi. (...)"

                      Wkradło tu się kilka błędów.

                      (1) Otóż plemiona polskie "krystalizowały się w dorzeczu Wisły i Odry" dopiero
                      wraz z podbojami Polan, i właśnie podboje Mieszka i Bolesława były tym
                      czynnikiem, który zebrał Słowian znad Wisły i Odry w jeden organizm polityczny.
                      Tylko że wtedy zachodnia połowa Imperium Romanum nie istniała już od 500 lat z
                      okładem.

                      (2) W starożytności "w bezpośrednim sąsiedztwie imperium rzymskiego" (które,
                      jak słusznie pisze Autor, sięgało swą wojskową obecnością po Sudety i Karpaty)
                      nie było ŻADNYCH Słowian! Na terenie obecnej Polski istniały wtedy dwa obszary
                      kulturowe, przez archeologów zwane Kulturą Przeworską i Kulturą Wielbarską.
                      Obie były germańskie: Kulturę Wielbarską, na północy i wschodzie Polski,
                      tworzyli Goci; Przeworską, na południu i zachodzie - zespół plemion znany
                      najpierw pod nazwą Lugiów, później Wandalów. Dowodów na nieobecność Słowian
                      jest kilka: brak w rzymskich źródłach wzmianek o ludziach noszących słowiańskie
                      imiona. Brak w tychże źródłach słowiańskich nazw miejscowych i plemiennych.
                      Gdyby Słowianie zamieszkiwali w starożytności dorzecza Odry i Wisły, to by
                      jakaś ich cześć pociągnęła w ślad za Germanami, Sarmatami i Hunami na Rzym,
                      podobnie jak to zrobiła grupa Galindów siedzących wtedy, jak i później, na
                      Pojezierzu Mazurskim. Tymczasem najazdy Słowian na państwo rzymskie (to
                      wschodnie) zaczęły się dopiero w następnym stuleciu po właściwej wędrówce
                      ludów. Dalej: istnieje przekaz o germańskim plemieniu, które wracało (w
                      początkach 6 wieku) do Skandynawii, zastając na północ od Karpat kompletne
                      bezludzie. I wreszcie archeologowie znajdują na obecnych ziemiach polskich lukę
                      osadniczą w czasie pomiędzy odejściem Germanów a pojawieniem się osad
                      słowiańskich.

                      (3) Plemiona zachodniosłowiańskie na równi ze wschodniosłowiańskimi
                      ukształtowały się w dorzeczu środkowego Dniepru; a mówiąc ściślej, zachodnimi
                      stali się ci Słowianie, którzy w 6-tym wieku wywędrowali znad Dniepru nad
                      Wisłę, Odrę i Łabę. O tym, że to był pierwotnie jeden lud, świadczą też te same
                      nazwy plemienne na wschodzie i na zachodzie: Polanie wokół Gniezna i Polanie
                      wokół Kijowa, Drewlanie na Wołyniu i Drzewianie za Łabą, Dulebowie na Podolu i
                      w Czechach, Wołynianie na Wołyniu i Wolinianie na Pomorzu.

                      (4) Zarówno we wschodnich jak i w zachodnich językach słowiańskich zachowały
                      się stare zapożyczenia irańskie (wg. Autora właściwe tylko wschodniej
                      Słowiańszczyźnie) oraz germańskie (wg, Autora właściwe Zachodniej) - takie
                      jak "bóg, wiara, święty, mir, chwała, zło, choroba" (irańskie - sarmackie);
                      oraz "ksiądz/kniaź, wiciądz (rycerz), chleb, chyża (chata), skot, chlew"
                      (germańskie - gockie).

                      (5) Starożytny kontakt (pra)słowiańsko-celtycki prawdopodobnie w ogóle nie
                      istniał, zaś miejscowa ludność, którą nad Odra i Wisła zastali Celtowie
                      osiedlając się tam około 300 r pne. nie była słowiańska.

                      Żeby wytłumaczyć różnice miedzy Polską a Rosją nie trzeba wcale szukać ich aż w
                      czasach, kiedy ani Polaków, ani Rosjan, ani w ogóle Słowian w dzisiejszym
                      rozumieniu po prostu jeszcze nie było.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka