Gość: antysłow IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 16.02.02, 23:24 Proste złamać złamane ukraść oto słowiańskie plemię, które mieszka na tych ziemiach. Das ist ostkultur. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
Gość: alosza Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 18.02.02, 20:45 601 Pierwszy Słowianin-Polak przekroczył Wisłę, był to wielki krok dla niego, mały dla ludzkości. W każdym bądź razie, Ruscy zostali za Bugiem. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: wiesiek Re: kultura słowioańska IP: *.cvx33-bradley.dialup.earthlink.net 19.02.02, 08:37 A no tak ta "zachodnia" jest znacznie wyzsza i bardziej barbarzynska (patrz historie: wojny, kolonialne grabierze itp.) No i czym tu sie chwalic. Pzdrrrrr!!!! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: hugon Re: kultura słowioańska IP: *.katowice.sdi.tpnet.pl 19.02.02, 11:11 Gość portalu: antysłow napisał(a): > Proste złamać > złamane ukraść > oto słowiańskie plemię, które mieszka na tych ziemiach. > Das ist ostkultur. Złamanego to ty masz siuraka, Podaj adres to ci zasponsoruje protezę jakoś się postaram znaleź penisa który nie będzie wiekszy od twojego mózgu gabaryty bedą milimetrowe tanio wyjdzie Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: W Re: kultura słowioańska IP: *.prokom 19.02.02, 12:43 Kilka dni temu opędzlowali mi piwnice. Chwilowo trzymałem tam rzeczy które miałem zanieśc na śmietnik a z którymi "ciężko" się rozstać. Stary magnetofon nie do naprawienia a wystany w kilkugodzinnej kolejce, jakieś kafelki typu może sie przydadzą, itp klamoty. Podprowadzono równo wszystko! Nowa kłódka + metalowa obejma były droższe niż skardzione rzeczy. I jak sie tu nie zgodzić, że stwierdzeniem: "złamane ukraść"??? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: W Re: kultura słowioańska IP: *.prokom 21.02.02, 10:06 Ciekawe kto zdewastował przyciski na sygnalizatorach świetlnych dla pieszych w okolicach pętli Brynowskiej? Normanie czy Saksoni? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: HUGON Re: kultura słowioańska IP: *.katowice.sdi.tpnet.pl 21.02.02, 11:01 Gość portalu: W napisał(a): > Ciekawe kto zdewastował przyciski na sygnalizatorach świetlnych dla pieszych w > okolicach pętli Brynowskiej? Normanie czy Saksoni? chopie co ty to jak nic byli gorole i bez nich tyż dziś poda dyszcz a wczoraj oma mioła sraczka Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 21.02.02, 19:47 Zapał w duszy, lecz w czynach niech będzie rozsądek; zapał niech wypływa z miłości przedmiotu, z nadziei, że, idąc w kierunku słowiańskim, choć dzieciom naszym, jeśli nie sobie, przyspieszymy Polskę, i z wiary, lecz nie dziecinnej, ale męskiej, głębokiej, która nie obawia się wątpliwości, lecz oparta jest na ich rozwiązaniu i pokonaniu. Dojrzały umysł staje się zwolennikiem idei tylko przez wszechstronne poznanie wszystkiego, co jej dotyczy, słowem, przez znawstwo przedmiotu. Najpierw tedy słowianoznawstwo, a potem słowianofilstwo i Tego porządku musi się trzymać i nasze stowarzyszenie, inaczej zawisnęłoby w powietrzu. Gdyby sprawa słowiańska miała polegać na samem plemiennem powinowactwie krwi, należałoby pozostawić ją w spokoju antropologom; szkoda byłoby czasu i atłasu, żeby na samej idei plemiennej opierać jakieś wnioski polityczne czy kulturalne. Byłoby to zaś spóźnionem wynajdywaniem prochu, gdyby w imię pobratymstwa zmierzać na ziemiach słowiańskich do wytworzenia kultury, a gdyby chciano kultury jakiejś specyficznie "słowiańskiej", byłoby to sztuczną pozą dla taniej oryginalności, a w istocie rzeczy wolne żarty z rozsądku; boć jeżeli w robotach słowiańskich ma chodzić tylko o "zbliżenie kulturalne" czy "wzajemność kulturalną", jakaż różnica pomiędzy stosunkiem do narodu pobratymczego słowiańskiego, a jakiegokolwiek innego, choćby nawet najbardziej wrogiego? czyż nie jednako chętnie tłumaczy się i czyta coś z rosyjskiego, czy z japońskiego, skoro tylko jest coś dobrego? Toteż gdyby pomiędzy Słowianami zachodziły tylko względy pobratymstwa krwi nie byłoby sprawy słowiańskiej. Nie dlatego winniśmy się zajmować sprawami słowiańskiemi, że to nasi pobratymcy; samo pokrewieństwo plemienne nie stanowi jeszcze o niczem (rodzonym bratem można mieć Kaina!); nie dlatego, żeby to miało być wyrazem sympatyj; boć wrogów trzeba znać jeszcze dokładniej, niż przyjaciół lecz dlatego, ponieważ wymaga tego interes narodowy polski. Używanie w życiu publicznem pojęć sympatyi i antypatyi jest nałogiem, którego czas już się oduczyć! Nie nabędzie siły polityka polska, póki się nie pozbędziemy tego narowu, godnego dziecinnej zaiste lekkomyślności. Czas już powiedzieć sobie wyraźnie, że podkopuje silę narodu, że na manowce wiedzie myśl polską, zabagnia naszą zdolność polityczną i wywodzi nas tylko na pośmiewisko innych narodów, umiejących działać praktycznie kto przy roztrząsaniu sprawy publicznej wojuje argumentem sympatyi i antypatyi. Zakorzeniona wśród nas niewłaściwość ta jest oznaką niewątpliwą braku dojrzałości politycznej. Toteż założyciele "Towarzystwa Słowiańskiego" dalecy są od tego, żeby chcieć krzewić jakieś mgliste "sympatye słowiańskie", o których nie możnaby powiedzieć jasno, do czego właściwie mają zmierzać !... Nam chodzi po prostu o polskie interesy narodowe i z otwartą przyłbicą, z całą szczerością wyznajemy i głosimy wobec całej Słowiańszczyzny, że zapatrujemy się na nią ze stanowiska polskiego, a idziemy ku niej nie dla jakichkolwiek sympatyj, lecz dla wzajemnego obliczenia interesów. Ani nam w głowie krzewić jakieś uczucia polityczne!! Czyż samo zestawienie tych wyrazów nie zawiera rażącego absurdu?! Kto uczuciem żyw, niechajże nie wtrąca się w życie publiczne, niech go nie partaczy; niechaj też nie wypacza ruchu słowiańskiego! Na miejsce uczuć politycznych, które tyle sprowadziły nieszczęść na Polskę w. XIX., czas wprowadzić nareszcie zapatrywania polityczne, do których jedyna droga przez studya polityczne. Sam siebie okłamuje, kto sądzi, że ma jakieś zapatrywania, nie posiadając w swej umysłowości niczego, prócz uczuć politycznych, sympatyj i antypatyj. Z takiego do życia publicznego "przygotowania" (dostępnego każdemu dzieciakowi) mogą powstawać czyny na ślepo podejmowane, ale przenigdy działalność dla narodu pożyteczna (tj. rozszerzająca sferę jego dóbr w rzeczywistości, na prawdę, a nie we wykrętnych frazesach). Ta wymaga nie sympatyi i antypatyi, lecz systematycznej polityki, opartej na rachubie interesów. Co z tego tedy patryotyczniejsze, nawet dyskutować o tem nie warto! Naszem kryteryum i naszą miarą: wzmocnienie siły politycznej polskiej. Siły chcemy dla narodu! Dla nas nie ma żadnej wartości osłanianie i zakrywanie naszej słabości pięknymi frazesami! Do siły politycznej dochodzi społeczeństwo wówczas, jeżeli własną twórczą myślą polityczną ogarnie całą sytuacyę międzynarodową, a zwłaszcza ludów ościennych. Potęga polityczna może być tylko wynikiem zastosowania własnej politycznej twórczości do stosunków i spraw współczesnych. Idea taka musi mieć zawsze ten przymiot, żeby nietylko nie traciła na wartości poza granicami własnego kraju, ale owszem, żeby tam oddziaływała przyciągająca. Idea polityczna jest jak moneta, która musi mieć kurs za granicą, jeżeli nie ma nastąpić bankructwo w kraju. Bywały w historyi przykłady, że danej idei wyparli się właśnie ci, wśród których ona się zrodziła. Nie jest tedy wykluczonem, że społeczeństwo polskie wyrzeknie się i tym razem twórczej działalności politycznej i nie wzniesie żadnego sztandaru, któryby nas wysunął na czoło nowego okresu dziejowego. Możemy pozostać nadal na ogonie Europy, jako epigonowie haseł z poprzedniego okresu dziejowego. Możemy nadal nie mieć polityki własnej i pozostać przedmiotem do frymarki cudzych szachrajstw politycznych. Szczupły nasz obszar etnograficzny a do tego pozbawiony granic naturalnych, sprawia, że bardziej od innych narodów potrzebną nam jest wielka idea polityczna, taka, która nie byłaby wyłącznie do samej Polski ograniczoną. Polska miała znaczenie w Europie dzięki temu, że polskość sięgała poza Polskę, że miała wpływy poza obszarem etnograficznym. Siła polityczna narodowa rozwija się natenczas tylko, gdy dąży do znaczenia w kombinacyach postronnych; a zatem musi się w ten czy ów sposób brać udział w życiu narodów ościennych. Gdzie ustaje promieniowanie w dal, tam następuje obumieranie sił i w końcu nicość polityczna. Społeczeństwo, nie interesujące się sprawami ludów ościennych, skazane jest na to, że ci ościenni zwrócą się przeciw niemu i wyzyskiwać je będą do swoich celów. Nastąpi to tem łatwiej, im bardziej w owem społeczeństwie rozpleni się ignorancya spraw ościennych. Nikt nie może być tak potężnym, żeby być zupełnie niezależnym od tego, co się dzieje w sąsiedztwie; kto więc ignoruje sam sprawy ościenne i innych do systematycznego ignorowania ich namawia, a od studyowania odwodzi, ten jest psychologicznie komicznym pyszałkiem, politycznie zaś szkodnikiem narodowym, skoro propaguje hasło, że nie należy znać się na tem, od czego (z powodu prostego sąsiedztwa) może w danym razie zależeć tok interesów narodowych. Narody słowiańskie mają dla nas znaczenie niezmiernie doniosłe, bo są względem nas ościenne. Sąsiadujemy bezpośrednio z Łużyczanami, Czechami, Słowakami, Rusinami i Rosyanami, a więc z większością narodów słowiańskich. Nadto sąsiadujemy politycznie ze Słowieńcami i Chorwatami (Serbami), skoro zasiadamy z nimi w parlamencie wiedeńskim i w delegacyach austrowęgierskich zależni wzajemnie wciąż od siebie. Tak się dziwnie losy złożyły, że z ośmiu narodów pobratymczych, aż z siedmiu z nich związani jesteśmy geograficznie i bezpośrednio politycznie. Nie posiadałby chyba zmysłu dla rzeczywistości, ktoby z tego nie wysnuł wniosku, że albo musi u nas zakwitnąć słowianoznawstwo, albo też ignorancya rzeczy słowiańskich pomści się na nas dotkliwemi stratami politycznemi. A kochajże sobie Słowian lub nie kochaj, miła duszyczko romantyczno-polityczna, skoro już uważasz życie publiczne i politykę za erotyczną dziedzinę tylko nie bądź ignorantem w sprawach słowiańskich, bo ignorancya szkodzi bądźcobądź sprawnemu używaniu władz umysłowych! Jakżeż można wydawać sądy o tem, o czem nie ma się pojęcia?! U innych narodów europejskich dawno już zar Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 21.02.02, 19:51 A kochajże sobie Słowian lub nie kochaj, miła duszyczko romantyczno-polityczna, skoro już uważasz życie publiczne i politykę za erotyczną dziedzinę tylko nie bądź ignorantem w sprawach słowiańskich, bo ignorancya szkodzi bądźcobądź sprawnemu używaniu władz umysłowych! Jakżeż można wydawać sądy o tem, o czem nie ma się pojęcia?! U innych narodów europejskich dawno już zarzucono taką "metodę"! O erotomanowie polityczni! Będą was kiedyś przeklinać potomni za to, żeście sparaliżowali rozwój życia politycznego w Polsce wprowadzeniem doń pojęć tak, cudacznych, jak "sympatye" i "antypatye"! Pojęcia nic a nic nie znaczące, dobre w sam raz dla ludzi, którzy się na niczem nie znają, a lubią o wszystkiem krzykiem i huczkiem decydować. I zdecydowali erotomanowie, że chociaż z siedmiu narodami słowiańskimi musimy (choćbyśmy nawet nie chcieli!) mieć stale do czynienia, jednak Słowiańszczyzną zajmować się nie należy. Zobaczymy niżej, skąd i od kogo zaczerpnęli swej mądrości politycznej... Z narodami siedmiu... A jednak i wśród ósmego, wśród Bułgarów, ma Polak swoje interesy! Bo idea słowiańska związana jest nierozdzielnie ze sprawą polską, o czem godziłoby się nareszcie wiedzieć każdemu Polakowi! Sprawa polska jest osią, a zarazem kamieniem węgielnym całej sprawy słowiańskiej. Osią jest, bo dotyka jej na całym obszarze, od środka ku najdalszemu obwodowi. Jesteśmy w Austryi, na Węgrzech, w rosyjskiem państwie i w Rzeszy niemieckiej. Jesteśmy interesowani bezpośrednio w układzie stosunków politycznych pomiędzy państwami całej Europy. Nas dotyka bezpośrednio trójprzymierze czy "trójporozumienie" i wszelka możliwa konstelacya polityczna. Czy chodzi o wojnę rosyjsko-japońską, czy o problem angielsko-niemiecki, czy jakikolwiek inny, ilekroć chodzi o linie wytyczne polityki europejskiej, zawsze nostra res agitur. Owa bezpośredniość w kole całej polityki europejskiej jest udziałem tylko nas, Polaków. I sprawy słowiańskie łączą się też najbardziej z polskiemi. Każdy z narodów pobratymczych ma swój interes tylko w niektórych sprawach słowiańskich - my zaś we wszystkich. Np. ze względu na Rosyę mieliśmy i mamy swój interes w Bułgaryi i Serbii, bo nie jest nam obojętny stosunek tych państw do Rosyi, a względnie do Austryi. Rozwój spraw cerkiewnych w Carogrodzie i na całym półwyspie bałkańskim obchodzi nas ze względu na ewentualny związek ze sprawami cerkiewnemi na ziemiach przez nas zamieszkałych. Prądy takie, jak "idea cyrylometodejska", czy "utopie welehradzkie", obejmują interesy ściśle polskie! Stosunek Chorwacyi do Węgier, stanowiący o przewadze Cis - lub Translitawii w ogólnej polityce monarchii, interesuje nas, jako możliwy języczek u wagi w kwestyi zawisłości Wiednia od Berlina, którego hegemonia polega na ścisłym związku politycznym z Budzyniem. Sojusz prusko-madjarski, wymierzony w gruncie rzeczy przeciw Austryi (Cislitawii), dotyka w najbrutalniejszy sposób interesów polskich. Toteż nasz własny polski interes sprawia, że jesteśmy stroną interesowaną w złamaniu hegemonii madjarskiej na Węgrzech, a to tembardziej, że polityka ekonomiczna madjarska mieści w swym programie wyniszczenie materyalne Galicyi. Dodajmy, że mamy na Węgrzech kraj etnograficznie polski (większy od Księstwa Cieszyńskiego), którego polskości rząd węgierski zaprzecza od r. 1880. do tego stopnia, że nie uznaje całkiem narodowości polskiej przy spisach ludności! We wszystkich tedy sprawach "korony ś-go Szczepana" jesteśmy interesowani. Słowianie "cislitawscy" obchodzić nas muszą już z racyi wspólnego parlamentu w Wiedniu; od ich głosowania zależą tam sprawy nasze. Do, ut des; musimy więc znać sprawy słowieńskie i czeskie, żeby zająć stanowisko trafne i właściwe wobec ich dążeń i wymagań1). A do jakiego stopnia jesteśmy interesowani w sprawie ugody czesko-niemieckiej - wiadomo powszechnie. Interesy polskie mają zakres tak szeroki, iż zataczają kręgi na całą Słowiańszczyznę, na zachodnią, wschodnią i południową. Sprawy, które zaciekawiają Czecha lub Słowieńca tylko pośrednio, w imię prądów słowiańskich, stanowią dla Polaka cząstkę jego własnych interesów. Samo nasze położenie geograficzne stanowi już wiele. Dążności idei słowiańskiej umieszczają nas w samem jej centrum. My łączymy lub rozdzielamy narody słowiańskie! Czy z zachodniej, czy z południowej Słowiańszczyzny - droga do Rosyi przez Polskę! A ta droga tak pouczająca dla naszych pobratymców... Jeżeli Rosya chce "wyciągnąć ręce" ku pobratymcom, ciężko jej, bardzo ciężko, bo musi to robić - przez Polskę. Niema innej drogi, a tej jedynej - my panami! Niewykonalną utopią jest idea słowiańska bez załatwienia sprawy polskiej. Kto z nami wojuje, ten w rezultacie siebie samego ze Słowiańszczyzny wyklucza. Oto jest dziedzina, w której my mamy głos rozstrzygający - tylko trzeba zabrać się do niej czynnie i opanować w niej to, co się nam należy, a co nam wydrzeć usiłował panslawizm, będący właściwie panrusycyzmem. Założony w grudniu 1901. "Klub Słowiański" służył sprawie polskiej w Słowiańszczyźnie, a bezpośrednim jego celem było: wydrzeć monopol "kazionnym", a potem: wyrzucić ich poza nawias idei słowiańskiej. Chodziło o poruszenie opinii Słowian na rzecz polskich praw narodowych w Rosyi. Po trzech latach Świat Słowiański miał prowadzić tę walkę intenzywniej, niż to mogły czynić same posiedzenia klubowe. Zajęliśmy się wyrobieniem programu dla idei słowiańskiej na zasadzie: "Jeszcze Polska nie zginęła!" Rzuciliśmy śmiało hasło "słowianofilstwa bez ustępstw" i wystąpiliśmy z tezą, że niema Słowiańszczyzny bez Polski. Możemy śmiało zakładać na szerszą, skalę "Towarzystwo Słowiańskie", bo "Klub Słowiański" i Świat Słowiański już wypróbował, że są sposoby, aby polskość pogodzić ze słowianofilstwem bez jakiegokolwiek uszczerbku dla naszej indywidualności i bez jakiegokolwiek ustępstwa z godności narodowej. Nie próbować nigdy żadnych kompromisów w tej mierze - a wygra się sprawę! Nie trzeba się przebierać za "Słowianina", lecz oświadczyć z góry, jasno i wyraźnie, że Słowiańszczyzna bez wolnej Polski jest czczym wymysłem, baśnią albo oszustwem politycznem! Taki program nie mógł być nam sympatycznym, a ponieważ mógł być szkodliwym, należało walczyć z nim energicznie i tem gorliwiej propagować polskie słowianofilstwo Mickiewicza, Krasińskiego, Słowackiego! Ale erotomanowie lubią wygodę; powiedzieli sobie, że co niesympatyczne, z tem nie trzeba mieć nic do czynienia i po prostu usunąć się z drogi, żeby się z tem nie stykać. Postąpili w sprawie publicznej według prawidła, dopuszczalnego tylko w życiu prywatnem. Zejście z drogi jest w życiu publicznem opuszczeniem placówki, ucieczką, klęską, sprowadzoną dobrowolnie i świadomie, uszczuplaniem dziedziny życia naradowego. Ponieważ atoli zejście z drogi było osobiście nader wygodnem, bo uwalniało od obowiązku słowianoznawstwa, a dawało sposobność do tromtadracyi "patryotycznej" - więc coraz bardziej przybywało leniuchów, którzy udawali, że nic nie wiedzą o słowianofilstwie Staszica, Mickiewicza, tudzież wartogłowów, którym wszelkie słowianofilstwo pomieszało się z panrusycyzmem. Tryumfem panslawizmu rosyjskiego nie jest to, że przyjmował się tu i ówdzie wśród Słowian: lecz - uznanie ze strony Polaków, jakoby wszelkie słowianofilstwo wiodło do panrusycyzmu. Polacy uznali niejako w teoryi logiczną słuszność panrusycyzmu, uważając słowianofilstwo a moskalofilstwo za jedno i to samo - tak, jak tego pragnął rząd rosyjski. Wiek XIX. jest w historyi polskiej wiekiem wielu, nader wielu bohaterstw, ale równocześnie - niestety - jest okresem stopniowego zaniku twórczości politycznej. W sprawie idei słowiańskiej uwydatnia się to najjaskrawiej, skoro nawet w tem, co stanowi nasze tło przyrodzone, nasz przyrodzony warstat polityczny, poszliśmy za zapatrywaniem cudzem, za zapatrywaniem policyjnem rosyjskiem, identy Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 21.02.02, 19:53 Wiek XIX. jest w historyi polskiej wiekiem wielu, nader wielu bohaterstw, ale równocześnie - niestety - jest okresem stopniowego zaniku twórczości politycznej. W sprawie idei słowiańskiej uwydatnia się to najjaskrawiej, skoro nawet w tem, co stanowi nasze tło przyrodzone, nasz przyrodzony warstat polityczny, poszliśmy za zapatrywaniem cudzem, za zapatrywaniem policyjnem rosyjskiem, identyfikując tak samo, jak rosyjskie policmajstry, ideę słowiańską z panrusycyzmem. Doczekaliśmy się zrusyfikowania mózgu polskiego, co objawiło się najpierw na zapatrywaniach na ideę słowiańską (a niestety nie skończyło się na tem wcale...). Nieprzyjaciołom przyznano polityczną racyę i ustąpiono im pola. I pomyśleć, że są jeszcze ludzie, którzy, broniąc zacięcie jedności i tożsamości słowianofilstwa z panrusycyzmem (a więc z rusyfikacyą), powiadają, że czynią to... z patryotyzmu polskiego! "Patryotyzm", zmierzający do wykluczenia Polski ze Słowiańszczyzny, a więc całkiem zgodny z życzeniami czynowniczego panslawizmu! Ależ tu trzeba bez względu na wygodę i "antypatyczność" zabrać się do walki z prądem antypolskim w Słowiańszczyźnie! Zbyt długo pozwalało społeczeństwo polskie wyzyskiwać ideę słowiańską przeciw sobie! Było to niedorzecznością polityczną. Powinno być przeciwnie: należało i należy używać idei słowiańskiej przeciw systemowi rusyfikacyjnemu! Oto obowiązek Polaka, a nie jakaś kapitulacya! o słowianofilstwie Staszica, Mickiewicza, tudzież wartogłowów, którym wszelkie słowianofilstwo pomieszało się z panrusycyzmem. Tryumfem panslawizmu rosyjskiego nie jest to, że przyjmował się tu i ówdzie wśród Słowian: lecz - uznanie ze strony Polaków, jakoby wszelkie słowianofilstwo wiodło do panrusycyzmu. Polacy uznali niejako w teoryi logiczną słuszność panrusycyzmu, uważając słowianofilstwo a moskalofilstwo za jedno i to samo - tak, jak tego pragnął rząd rosyjski. Wiek XIX. jest w historyi polskiej wiekiem wielu, nader wielu bohaterstw, ale równocześnie - niestety - jest okresem stopniowego zaniku twórczości politycznej. W sprawie idei słowiańskiej uwydatnia się to najjaskrawiej, skoro nawet w tem, co stanowi nasze tło przyrodzone, nasz przyrodzony warstat polityczny, poszliśmy za zapatrywaniem cudzem, za zapatrywaniem policyjnem rosyjskiem, identyfikując tak samo, jak rosyjskie policmajstry, ideę słowiańską z panrusycyzmem. Doczekaliśmy się zrusyfikowania mózgu polskiego, co objawiło się najpierw na zapatrywaniach na ideę słowiańską (a niestety nie skończyło się na tem wcale...). Nieprzyjaciołom przyznano polityczną racyę i ustąpiono im pola. I pomyśleć, że są jeszcze ludzie, którzy, broniąc zacięcie jedności i tożsamości słowianofilstwa z panrusycyzmem (a więc z rusyfikacyą), powiadają, że czynią to... z patryotyzmu polskiego! "Patryotyzm", zmierzający do wykluczenia Polski ze Słowiańszczyzny, a więc całkiem zgodny z życzeniami czynowniczego panslawizmu! Ależ tu trzeba bez względu na wygodę i "antypatyczność" zabrać się do walki z prądem antypolskim w Słowiańszczyźnie! Zbyt długo pozwalało społeczeństwo polskie wyzyskiwać ideę słowiańską przeciw sobie! Było to niedorzecznością polityczną. Powinno być przeciwnie: należało i należy używać idei słowiańskiej przeciw systemowi rusyfikacyjnemu i Oto obowiązek Polaka, a nie jakaś kapitulacya! Kto ma gust do kapitulacyi (do uznania tożsamości idei słowiańskiej z panrusycyzmem), niechże przynajmniej niedorzecznościami swemi nie przeszkadza innym, walczącym, a nie ponoszącym (jak dotychczas) żadnych klęsk!2). Niedorzecznością jest przypisywać sobie więcej miłości Ojczyzny, niż jej miał słowianofil Mickiewicz. Jestto nawet istne bluźnierstwo. Popełniają je dzień w dzień wszyscy, zażegnujący się "z patryotyzmu" przed ideą słowiańską. Zresztą punkt ciężkości sprawy słowiańskiej przeniesiony już jest z Rosyi do Austryi. Tu, w Austryi, prawdziwy warstat tej roboty politycznej. Nie Rosya, lecz austryaccy Słowianie są faktycznymi idei słowiańskiej sternikami i wykonawcami. Nowy okres rozkwitu państwa Habsburgów może nastać tylko przez zniesienie dualizmu i przyjęcie polityki słowiańskiej. O politycznem ciążeniu Słowian austryackich do Rosyi (z wyjątkiem "Rosyan galicyjskich niema już mowy. Pewne zakłopotanie Wiednia udziałem Polaków w ruchu słowiańskim jest nader pocieszającym objawem, bo po zakłopotaniu musi przyjść - zastanowienie. I tu spada na nas zadanie, żeby przekonać Wiedeń do idei słowiańskiej, a samym zapewnić sobie zawczasu rolę odpowiednią w reorganizacyi monarchii, żeby nie spaść na szary koniec przy zmianie ustroju Austryi. Prąd słowiański wzmagałby się i bez nas - lecz w takim razie móglby się obrócić na naszą szkodę. Trzeba nam być żywiołem twórczym w prądzie słowiańskim, a nie czemś biernem, niesionem, przez jakiś wiatr polityczny, na którego kierunek nie mielibyśmy wpływu! My musimy dążyć do jak największego opanowania prądu słowiańskiego w Austryi, a zatem - musimy starać się o nagromadzenie w Polsce jak największego znawstwa tych spraw, wśród których przyjdzie nam się obracać, żeby nie kroczyć po omacku, lecz działać celowo. Zajmujmy się sprawami słowiańskiemi systematycznie a czynnie, nabądźmy jak największego znawstwa spraw słowiańskich, ażeby zdanie nasze miało jak najwięcej powagi - a będą się z nami liczyć w Austryi i w Słowiańszczyźnie. Zajmijmy w prądzie słowiańskim stanowisko takie, ażebyśmy mogli dopilnować, iżby on nie był nigdy szkodliwym interesom polskim! Mógłby zaś stać się (choćby chwilowo) szkodliwym, gdybyśmy my sami, lub pobratymcy popełnili jaki błąd polityczny; naszą więc rzeczą pozostawać z nimi w stosunkach tego rodzaju, żeby i siebie (dzięki znawstwu spraw) od błędu ochronić i na ich postępowanie mieć odpowiedni wpływ. A gdy Austrya zdecyduje się wreszcie na politykę słowiańską, cóż mają na tę chwilę w programie swym nasi więksi od Mickiewicza patryoci? Może urządzić z Madjarami powstanie przeciw dynastyi? Może przyłączyć Galicyę do Węgier? - Zapewne, królestwo syonistyczne byłoby od razu gotowe! Jeżeli odrzucimy ideę słowiańską, zwróci się ona przeciw nam. Idea ta istnieje i jest dla narodów słowiańskich nietylko dogodną, ale niezbędną; toteż rozwija się nieustannie w naszych oczach, bo narody słowiańskie muszą dążyć do jej urzeczywistnienia. Mamy do wyboru: albo pokierować tą ideą, wyrobić ją na polskie słowianofilstwo - albo zwrócić jej ostrze przeciwko sobie. Mamy do wyboru: albo stanąć na czele Słowiańszczyzny, albo mieć w niej wroga. Skutki wyboru - błogie lub fatalne - okażą się dopiero w przyszłości; ale wybór nastąpić musi teraz. Bądźcobądź, zwiększa się coraz bardziej zastęp tych, którzy wiedzą, że idea słowiańska nietylko nie jest niebezpieczną dla Białego Orła, ale przeciwnie: na jej rusztowaniu wyolbrzymiają skrzydła jego. Na nic nasze tęsknoty i zapały, póki Polska nie będzie ekonomicznie silną i dopóki nie wywołamy pomyślnego dla siebie położenia politycznego. Należy się więc łączyć z tymi, którzy mogą mieć wspólny z nami interes, a to znaczy: ze sprawy polskiej wykuwać ideę słowiańską. Nie zważajmy na to, jak inni tę ideę wypaczają, lecz sami nadawajmy jej kształt właściwy. Nasz kierunek będzie górą, jeśli nie zaśpimy sprawy, jeżeli włożymy w nią odpowiednią miarę pracy, trudu i zapobiegliwości. Nie spodziewajmy się, że zrobi to za nas kto inny, a stanąwszy na czele Słowiańszczyzny uczyni z niej tarczę obronną dla polskich interesów! To zrobić sobie musimy my sami - albo całkiem zrobionem nie będzie. Trzeba Słowiańszczyznę przekuć na siłę z nami sprzymierzoną - dając wzajemnie idei słowiańskiej oparcie na polskiej kulturze i polskiej polityce. Tak więc należy nawiązać życie współczesne do tradycyi z okresu naszej świetności i utorować dla polskiej myśli politycznej rozległe horyzonty, wskazać ambicyi narodowej i polskim siłom kulturalnym olbrz Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 21.02.02, 19:55 Tak więc należy nawiązać życie współczesne do tradycyi z okresu naszej świetności i utorować dla polskiej myśli politycznej rozległe horyzonty, wskazać ambicyi narodowej i polskim siłom kulturalnym olbrzymie pole działania dla Ojczyzny. Wskrzeszając polskie słowianofilstwo, trzeba to sobie jednak mieć za pierwszy obowiązek i dbać o to, żeby nie obniżyć rzeczy do roli wydatnego tematu krasomówczego, lecz wprowadzić sprawę na jedyną rozumną drogę, a mianowicie: badań i dociekań. Najpierw fakty, potem wnioski. Frazesy i ogólniki pozostawmy nieukom. Celem naszym przygotować społeczeństwo, ażeby w stanowczej chwili dziejowej nie popełniło grzechu zaniedbania i nie utraciło należnych sobie korzyści. Patrzymy w przyszłość i chcemy, żeby Polak przygotowany był dobrze do zajęcia właściwego i należnego sobie stanowiska w nowym, słowiańskim okresie dziejowym, którego zbliżaniu się, aż nazbyt widocznemu, nikt nie przeczy. Nadchodzi, zbliża się przyszłość, która może nam przynieść życie. A czem bardziej "gonią nas czasy", tem bardziej spieszyć się trzeba, żeby poznać tę rozległą dziedzinę, w której nie godzi się nie zająć miejsca dlą Polski. byłoby to zmarnowaniem całego okresu dziejowego, zaprzepaszczeniem przyszłości. Stowarzyszenie nasze pozostaje zupełnie poza stronnictwami. Zajęliśmy placówkę, której nie mogłoby zająć żadne stronnictwo, jako takie, bo sprawa słowiańska i polskie interesy w Słowiańszczyźnie są niezależne od zmienności stronnictw. Do tej dziedziny nie należy nic a nic z tego, co stronnictwa dzieli, lecz wyłącznie to, co wszystkie polskie stronnictwa narodowe mają wspólnego, bo tylko ze stanowiska ogólno-narodowego można traktować te sprawy. Toteż konieczną jest organizacya pozapartyjna, a specyalna do spraw słowiańskich, ażeby uzupełnić prace stronnictw około sprawy narodowej. Plon, który się zbierze w ten sposób, przyjmie każde stronnictwo, jakiekolwiek będzie w danej chwili u steru, jako dorobek imienia polskiego, rozszerzenie polszczyzny, otwarcie nowych szlaków dla polskiej myśli politycznej. Bylebyśmy uprawiali nasze słowianofilstwo w ten sposób, żeby w słowiańskości nie zatracić niczego (ale to niczego!) z polszczyzny - każde stronnictwo narodowe może patrzeć na naszą pracę życzliwie, z tą rozumną życzliwością, która każe cieszyć się, że znaleźli się inni, robiący coś, czego samemu robić nie dałoby się, a czego jednak szkodaby zaniedbać i pozostawić odłogiem. Polityka polska, nie obejmująca w sobie słowiańskiej, byłaby czemś niezupełnem, a tylko polityka wszechstronna zapewnia rozwój narodom historycznym, nie poprzestającym na roli politycznie zorganizowanego żywiolu etnograficznego. Toteż szerzenie w Polsce znawstwa spraw słowiańskich jest rzeczą patryotyczną, jako sprawie polskiej ze wszech miar przydatne. A my bez słowianoznawstwa nie uznajemy słowianofilstwa. Szczegóły do faktów, na które powołuję się w powyższem przemówieniu, znajdzie czytelnik w następujących dawniejszych artykułach Świata Słowiańskiego: Styczeń 1905: August Sokołowski: "Polacy w walce o niepodległość serbską". Czerwiec 1908: Ks. Kamil Kantak: "Słowacki i Słowiańszczyzna". Październik 1909: "O język polski na Węgrzech". Październik 1909: Edmund Kołodziejczyk : "Słowianofilstwo warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk (1800-1832)". Sierpień 1910: Edward Woroniecki: "Słowianofilstwo Królestwa Kongresowego". Listopad 1910: Edmund Kołodziejczyk: "Ludność polska na Górnych Węgrzech" (z trzema mapami). Styczeń 1911: Edmund Kołodziejczyk: "Słowianofilska pieśń powstańcza". Czerwiec 1911: Edward Woroniecki: "Słowianofilstwo Czartoryskich". Maj 1912: Edmund Kołodziejczyk: "Słowianofilstwo Emigracyi Wielkiej (1830- 1863)". Sierpień 1912: "Z za kulis panslawizmu w r. 1867", tudzież cały szereg referatów p. Edmunda Kołodziejczyka, p. t. "Z przeszłości słowianofilstwa w Polsce" począwszy od kwietnia r. 1909. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 22.02.02, 17:11 Pochodzenie Słowian jako mit polityczny Pochodzenie i najstarsze dzieje Słowian są problemem, który, choć na pozór oderwany od życia, niespodziewanie ujawnia pewne polityczne mity: myślowe ciągi subtelne i mgliste, przez nikogo chyba nie wypowiedziane do końca, ale może właśnie z tego powodu wciąż wywierające wpływy na myślenie o naszym polskim miejscu w świecie. Każdego, kto usiłował dowiedzieć się czegoś o słowiańskich starożytnościach, musi uderzyć i zirytować brak ładu, brak wyraźnych linii u autorów interpretujących archeologiczne i pisane zabytki; tak jakby na rzeczywiste ubóstwo źródeł dotyczących naszych narodowych, polskich i słowiańskich początków, nakładały się jeszcze uporczywe, a może wręcz złośliwe tendencje, aby zrozumienie owych szczupłych źródeł zagmatwać. Źródłem tego zamętu jest mit autochtoniczności Słowian, a Polaków w szczególności. (Słowa "mit" używam oczywiście w sensie fałszywej i wygodnej zbitki pojęciowej, a nie w sensie religijnej opowieści.) Mit ów został stworzony w okresie międzywojennym z jasnych pobudek patriotycznych, czy jak kto woli, nacjonalistycznych, i chodziło w nim o to, aby dać odpór niemieckiej propagandzie, która wszelkie źródła archeologiczne interpretowała jako świadectwa odwiecznego pobytu na ziemiach nadodrzańskich i nadwiślańskich - ich własnych pobratymców, Germanów. Oczywiście, ów pogląd miał wyraziste ostrze polityczne: podbudowywał ideologiczne prawa nazistowskich Niemiec do ziem obecnie należących do Polski, które wówczas były wschodnimi kresami państwa niemieckiego albo strefą planowanej hitlerowskiej ekspansji na wschód. Pogląd o autochtoniczności Słowian sprowadzał się do tezy, iż osadnictwo w dorzeczu Odry i Wisły (obszar ten bywał przedłużany na wschód aż do Dniepru) ma w dającej się stwierdzić przeszłości charakter ciągły, nie było zaburzane poważniejszymi najazdami, a ewentualni przybysze byli tylko przejściowymi gośćmi. Mimo tych sporadycznych wizyt sąsiadów, przez cały czas - przynajmniej 1700 lat przed Mieszkiem I - miał trwać na obecnych polskich ziemiach "prasłowiański" substrat etniczny. Owi Prasłowianie mieli w końcu przeobrazić się w Słowian, którzy stąd, znad Odry i Wisły rozeszli się w okresie Wędrówek Ludów (w wiekach IV-VI n.e.) w trzy strony świata - na zachód nad Łabę, na południe: do Czech, nad Dunaj i na Bałkany, oraz na wschód ku późniejszej Rusi. My, Polacy, mielibyśmy być w prostej linii potomstwem i spadkobiercami rdzennej, autochtonicznej ludności dorzecza Odry i Wisły, a także tymi spośród Słowian, którzy w przeciwieństwie do reszty swoich pobratymców, dochowali wierności swojej starej ziemi i nie dali się skusić "obczyźnie" nad Dunajem, Wełtawą czy Oką. Owa wizja - a raczej mit właśnie - była uporczywie podtrzymywana i propagowana przez cały okres PRL i dopiero pod koniec tej formacji, w latach 80-tych, zaczęły się pojawiać pierwsze publikacje, stawiające naszą prehistorię z głowy na nogi. Tylko skrótowo naszkicuję stan rzeczy, który wydaje się najbardziej prawdopodobny (i który zapewne jest po prostu prawdą...) - Słowianie na większości swoich obecnych siedzib, w tym także nad Odrą i Wisłą są stosunkowo późnymi przybyszami i zajęli te ziemie w ciągu V wieku n.e., a więc w końcowej fazie Wędrówki Ludów. W starożytności Brązu i rzymskiej ich tu po prostu nie było; i co więcej nie wchodzili w styczność z cywilizacją klasyczną (rzymsko- grecką). Najstarsze uchwytne archeologicznie ślady Słowian pochodzą z Wołynia i Podola z wieku IV n.e.; co do wcześniejszej epoki poszlakami są pokrewieństwa i zapożyczenia językowe, wskazujące ma dorzecze środkowego Dniepru jako na wcześniejszą siedzibę. Nasze ziemie w rzymskiej starożytności zamieszkiwali Germanowie - na Pomorzu Goci, a na południe od nich ludy określane zbiorową nazwą najpierw Lugiów a później Wandalów, których ślady określa się mianem archeologicznej Kultury Przeworskiej. Jedynie Pojezierze Mazurskie zasiedlali Bałtowie. Germanowie sięgali zresztą dużo dalej na wschód: Goci i Gepidowie, którzy przewędrowali nasze (później) ziemie, szerokim łukiem okrążając Wandalów, jako że oba te plemiona szczerze się nie lubiły, stworzyły krótkotrwałe państwo nad Morzem Czarnym i Dnieprem. Germańskim narzeczem mówiono na Krymie jeszcze czterysta lat temu! Przed Germanami południe Polski było kolonizowane przez Celtów. Wcześniejsza od nich Kultura Łużycka, której dziełem był około roku 737 p.n.e. Biskupin, także po słowiańsku (czy prasłowiańsku) nie mówiła. Jak powiedzieliśmy, mit polskiego autochtonizmu (którego początkowo głównym orędownikiem był prof. Józef Kostrzewski, poznański archeolog i odkrywca Biskupina) od samego powstania miał wyraźne ostrze patriotyczne i antyniemieckie. Okazało się wkrótce, że znakomicie służy także innym politycznym opcjom czy stylom myślenia. Ale wcześniej należy zauważyć, iż ów mit wzbogacił się o pewien ważny aspekt. Wydawałoby się bowiem, iż jeżeli pewien lud nieprzerwanie zamieszkuje przez półtora tysiąca lat, a może dłużej, to samo terytorium, utrzymując się w dodatku z rolnictwa, nie koczując i nie wędrując, to powinien stworzyć jakąś trwałą kulturę materialną i duchową. A więc grody, miasta, ośrodki rzemieślnicze; zapewne także powinien dorobić się własnego pisma (tym bardziej, że miał piśmiennych sąsiadów), kultu bogów, tytulatury władców, a może nawet spisanej historii. Oczywiście Słowianie żadnym takim dorobkiem pochwalić się nie mogli. Historycy owładnięci mitem autochtonizmu mogli naginać fakty, i wykopaliska w rodzaju Biskupina przypisywać Słowianom. W większości przypadków jednak tego czynić się nie dało, czego skutek był taki, iż przybywało wstydliwych faktów (że odkopano groby książąt ewidentnie germańskich, groty strzał z runicznymi napisami, albo że wygasłych w V wieku dymarek świętokrzyskich nie było komu rozpalić na nowo) - a wraz z nimi rosła nieśmiałość w dziele naukowego, ale także np. literackiego penetrowania własnej narodowej przeszłości. Prehistoria Polski zaczęła przypominać szafę pełną trupów! Jakby w odpowiedzi na takie krytyki (których, jak się wydaje, nikt jawnie nie wytaczał) utrwalił się niejasny pogląd, iż tak rekonstruowani Słowianie (czy Prasłowianie) byli przez całą swoją historię ludem pokojowo nastawionym, łagodnym i poczciwym, godzącym się na koegzystencję na tym samym terytorium z obcymi przybyszami, a w razie zagrożenia uciekającym zapewne w leśne głębiny... W przeciwieństwie do wojowniczych i nieźle zorganizowanych, wykazujących państwowotwórczy instynkt Germanów, Scytów, Hunów czy Awarów, Słowianie zdawali się ludem bez historii i bez państwa. Jednakże te dwa jawne defekty okazały się ich wielkim atutem w oczach dwóch dominujących nurtów politycznego myślenia w Polsce lat niedawnych. Słowianie bez historii, a w szczególności bez rozwiniętej religii, pozbawieni wyższej kultury, nie tknięci kultem "pogańskich" bóstw, czynili wrażenie ludu, który trwał przez tysiąclecia w dziecięcej niewinności, czekając na chrzest - bo dopiero ów sakrament miał go wyrwać z prehistorycznego niebytu, a raczej na- wpół-bytu. Ten aspekt mitu autochtonizmu był więc szczególnie miły katolickiej opcji. Było to również w pełnej zgodzie z podręcznikową zbitką pojęciową, iż historia Polski zaczęła się w roku 966 od chrztu Mieszka. A co było wcześniej? Jakaś nieokreśloność, którą wprawił w polskie dzieje już pierwszy historyk, Gall Anonim, pisząc te jakże ważkie słowa: "Lecz dajmy pokój rozpamiętywaniu dziejów ludzi, których wspomnienie zaginęło w niepamięci wieków i których skaziły błędy bałwochwalstwa (...)". Oczywiste jest, że Kościołowi bardzo pomocna była wizja Polski "stworzonej przez Kościół" - takiej, która od początku jest chrześcijańska, która nie zaznała wcześniejszych, rdzennych a więc "pogańskich" alternatyw kulturowych, i dosłownie wszys Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 22.02.02, 17:30 Oczywiste jest, że Kościołowi bardzo pomocna była wizja Polski "stworzonej przez Kościół" - takiej, która od początku jest chrześcijańska, która nie zaznała wcześniejszych, rdzennych a więc "pogańskich" alternatyw kulturowych, i dosłownie wszystko zawdzięcza ideom przybyłym z Rzymu albo za jego pośrednictwem. Wizja ta była równie - a może nawet bardziej - miła stronie przeciwnej, komunistom. Słowianie bez historii, a przede wszystkim bez państwa, nie znający "ustrojów klasowych" oraz "wyzysku", w oczach marksistów wyglądali z kolei na lud, który tak długo jak się dało przechowywał rajski stan niezróżnicowanego "komunizmu pierwotnego", zwany również ustrojem "wspólnoty pierwotnej". Nie muszę dodawać, że również te pojęcia liczą się pomiedzy polityczne mity, dalekie antropologicznej rzetelności. A skoro Słowianie tak byli przywiązani do "wspólnoty pierwotnej", to można było wnosić, iż fakt ów predestynuje ich do podjęcia się roli pionierów w dziele krzewienia komunizmu prawdziwego, tego od Marksa i Lenina. Logiczne, prawda? W okresie PRL masowo wydawano (dla szkół głównie) mapy, przedstawiające owe rzekome granice pierwotnego zasięgu Słowian. Malowano je przy tym ciepłym, różowym, macierzyńskim kolorem, tak jak Ojczyznę na innych mapach. Mapy te, lokalizujące na naszych ziemiach "prakolebkę" Słowian, miały znowu wyraźny acz subtelny wydźwięk propagandowy, były kolejnym narzędziem z arsenału politycznej mitologii stosowanej: dyskretnie przypominały Starszym Braciom z Moskwy, że tak naprawdę, w porządku historycznym, to my, Polacy, jesteśmy ich starszymi braćmi, i z tego tytułu należą się nam szczególne względy. Polska, zamalowana na różowy prasłowiański kolor, awansowana była w ten sposób do rangi centralnego punktu Słowiańszczyzny - a przecież Imperium Sowieckie i areał narodów słowiańskich mało się od siebie różniły. Niemal wszyscy Słowianie w pewnym momencie żyli w socjalizmie, a mapy czyniące Polskę centrum tego obszaru były argumentem na rzecz specjalnych praw do stosowania "polskiej drogi do socjalizmu". Skoro więc mit o autochtonizmie Słowian, a Polaków w szczególności, był wygodny dla (primo) patriotów, (secundo) katolików oraz (tertio) komunistów, któż miałby go podważać w imię naukowej obiektywności? Trwał więc wśród specjalistów aż do lat 80-tych, a w podręcznikach, w literaturze popularnej i w potocznej świadomości pokutuje, jak się wydaje, do dziś. Ale dziś również, wobec perspektywy "wejścia do Europy", prawda o słowiańskich początkach może wydać się mało atrakcyjna dla zwolenników europejskiej integracji. Bo jakimże partnerem dla dziedziców Karola Wielkiego mogą być potomkowie plemienia, które wynurzyło się gdzieś z poleskich bagien? Najstarsze ślady wskazują, że w początkach swojej ewolucji Słowianie pozostawali w kręgu oddziaływania kultury Irańczyków - takiego bowiem właśnie, wschodniego i irańskiego pochodzenia jest nasza najstarsza terminologia religijna oraz zachowane w folklorze pozostałości mitów. A Iran się politycznie kojarzy jak najgorzej. Można też zaobserwować, że dziś najchętniej podnoszone są nasze rzekome starożytne koneksje z Celtami, choć ich ślady w naszej tradycji są bez porównania mniej widoczne niż irańskie, i przodkowie Słowian najprawdopodobniej z Celtami się nie kontaktowali. Polityczny, choć zapewne nieuświadamiany, podtekst celtyckiej orientacji jest również jasny: Celtami przecież byli przodkowie najbardziej zachodnich Europejczyków, czyli Brytyjczyków i Francuzów, do celtyckich korzeni poczuwa się znaczny procent Amerykanów, a dziś celtyckie tradycje przeżywają tam renesans, który z kolei ma wyraźny rys antyrzymski z antychrześcijańskim odcieniem. Wypadałoby zakończyć ten temat wnioskami. Pierwszy i oczywisty jest taki, że pozwalając hasać mitom, odcinamy się od prawdziwej wiedzy o naszych korzeniach. A wobec nadciągającej ogólnoświatowej urawniłowki narodów i kultur, praktyka to mocno niebezpieczna. Drugi, że warto byłoby tę wiedzę szerzej rozpowszechnić. Bo żal doprawdy, że ten obszar historii, który nas - w masie - coś obchodzi, zaczyna się dopiero od epoki wojen kozacko-szwedzkich z "Trylogii" Sienkiewicza. Trzeci, że prawda o początkach Słowian i Polski każe inaczej patrzeć na własną tradycję. Widzimy wtedy, że mamy nie pojedyncze, a potrójne dziedzictwo: nazwę je, trochę górnolotnie, dziedzictwem ziemi, krwi i myśli. Dziedzictwo ziemi to poczuwanie się do solidarności z wszystkimi plemionami, które poprzedziły nas na naszej ziemi, jadły chleb z tej samej roli i walczyły o tę samą ojcowiznę - a ta solidarność, dotycząca najpierw germańskich Wandalów, Gotów, Sylingów i Hasdingów, oraz Celtów i niewiadomego języka "Łużyczan" (tych z Biskupina), może tym łatwiej być rozszerzona na późniejszych i dzisiejszych naszych "współziemców" - Prusów, Litwinów, Niemców, Białorusinów, Ukraińców, Żydów i Cyganów. Polska widziana z tej perspektywy staje się zupełnie inną jakością niż nacjonalistyczna klatka, w której jakoby mieliśmy w pojedynkę siedzieć od trzech tysięcy lat. Dziedzictwo krwi, to solidarność z tymi, którzy byli naszymi językowymi i po części biologicznymi przodkami - zagadkowym ludem, który przyszedł ze wschodu, zajął opustoszałą po Wędrówkach Ludów środkową Europę - i który w tamtej epoce wykazał zadziwiającą odmienność politycznych zachowań, gdyż w przeciwieństwie do wszystkich sąsiadów i poprzedników, którzy ulegli powszechnemu wówczas rojeniu o budowaniu imperiów na gruzach Rzymu, skierował swoje siły na rolniczą kolonizację ziem, które zajmował. A ta strategia okazała się skuteczna: po Wandalach, Gotach, Hunach i Awarach słuch zaginął, Słowianie się rozmnożyli i rozrośli... Być może od nich moglibyśmy się i dziś czegoś nauczyć. Wreszcie dziedzictwo myśli, które każe nam szukać trzecich i najmocniejszych korzeni - w Rzymie, Atenach i Jerozolimie. Poruszona tu sprawa autochtonicznego mitu sama w sobie wydaje mi się ciekawym tematem dla badań historyków, oczywiście tych od czasów najnowszych. Żyją przecież świadkowie kształtowania się tego mitu, a może i jego współtwórcy - autorzy odpowiednio "wyważanych" podręczników i map. Archeologowie, fałszujący lub przemilczający dane z wykopalisk. Cenzorzy kierujący myśl badaczy w odpowiednim kierunku. A najciekawsze byłoby zbadanie, jak ów mit oddziałał - zapewne poprzez doradców zaznajomionych z polskimi kompleksami - na Józefa Stalina, który wyrysował mapy powojennej Polski tak, aby były dziwnie zgodne z różowymi siedzibami Prasłowian. 20 stycznia 1998. Artykuł zamieszczony był w tygodniku "Najwyższy Czas!". Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Hermann Re: kultura słowioańska IP: *.dip.t-dialin.net 23.02.02, 15:09 Od kiedy różnimy się od Rosjan? W bardzo ciekawym artykule "Konflikt cywilizacji" ("Najwyższy Czas!" nr 32-33, ss. XXX-XXXI), Pan Mariusz Kowalski dowodzi, że lewica ma do dziś wpływy w Polsce głównie tam, gdzie kiedyś rządził carat lub gdzie mieszka ludność przesiedlona z dawnego Cesarstwa Rosyjskiego. Pewien szczegół wzbudził jednakże mój protest. Chodzi o ten fragment, gdzie Autor wywodzi cywilizacyjne różnice między Polska a Rosją (lub Rusią) jeszcze ze starożytności, twierdząc, iż: (...) plemiona polskie krystalizowały się w dorzeczu Wisły i Odry, w bezpośrednim sąsiedztwie imperium rzymskiego (...) pozostając w silnych związkach z ludami celtyckimi i germańskimi. Plemiona wschodnio-słowiańskie ukształtowały się natomiast w dorzeczu Dniepru, w kontakcie z ludami irańskimi, ugrofińskimi i turańskimi. (...)" Wkradło tu się kilka błędów. (1) Otóż plemiona polskie "krystalizowały się w dorzeczu Wisły i Odry" dopiero wraz z podbojami Polan, i właśnie podboje Mieszka i Bolesława były tym czynnikiem, który zebrał Słowian znad Wisły i Odry w jeden organizm polityczny. Tylko że wtedy zachodnia połowa Imperium Romanum nie istniała już od 500 lat z okładem. (2) W starożytności "w bezpośrednim sąsiedztwie imperium rzymskiego" (które, jak słusznie pisze Autor, sięgało swą wojskową obecnością po Sudety i Karpaty) nie było ŻADNYCH Słowian! Na terenie obecnej Polski istniały wtedy dwa obszary kulturowe, przez archeologów zwane Kulturą Przeworską i Kulturą Wielbarską. Obie były germańskie: Kulturę Wielbarską, na północy i wschodzie Polski, tworzyli Goci; Przeworską, na południu i zachodzie - zespół plemion znany najpierw pod nazwą Lugiów, później Wandalów. Dowodów na nieobecność Słowian jest kilka: brak w rzymskich źródłach wzmianek o ludziach noszących słowiańskie imiona. Brak w tychże źródłach słowiańskich nazw miejscowych i plemiennych. Gdyby Słowianie zamieszkiwali w starożytności dorzecza Odry i Wisły, to by jakaś ich cześć pociągnęła w ślad za Germanami, Sarmatami i Hunami na Rzym, podobnie jak to zrobiła grupa Galindów siedzących wtedy, jak i później, na Pojezierzu Mazurskim. Tymczasem najazdy Słowian na państwo rzymskie (to wschodnie) zaczęły się dopiero w następnym stuleciu po właściwej wędrówce ludów. Dalej: istnieje przekaz o germańskim plemieniu, które wracało (w początkach 6 wieku) do Skandynawii, zastając na północ od Karpat kompletne bezludzie. I wreszcie archeologowie znajdują na obecnych ziemiach polskich lukę osadniczą w czasie pomiędzy odejściem Germanów a pojawieniem się osad słowiańskich. (3) Plemiona zachodniosłowiańskie na równi ze wschodniosłowiańskimi ukształtowały się w dorzeczu środkowego Dniepru; a mówiąc ściślej, zachodnimi stali się ci Słowianie, którzy w 6-tym wieku wywędrowali znad Dniepru nad Wisłę, Odrę i Łabę. O tym, że to był pierwotnie jeden lud, świadczą też te same nazwy plemienne na wschodzie i na zachodzie: Polanie wokół Gniezna i Polanie wokół Kijowa, Drewlanie na Wołyniu i Drzewianie za Łabą, Dulebowie na Podolu i w Czechach, Wołynianie na Wołyniu i Wolinianie na Pomorzu. (4) Zarówno we wschodnich jak i w zachodnich językach słowiańskich zachowały się stare zapożyczenia irańskie (wg. Autora właściwe tylko wschodniej Słowiańszczyźnie) oraz germańskie (wg, Autora właściwe Zachodniej) - takie jak "bóg, wiara, święty, mir, chwała, zło, choroba" (irańskie - sarmackie); oraz "ksiądz/kniaź, wiciądz (rycerz), chleb, chyża (chata), skot, chlew" (germańskie - gockie). (5) Starożytny kontakt (pra)słowiańsko-celtycki prawdopodobnie w ogóle nie istniał, zaś miejscowa ludność, którą nad Odra i Wisła zastali Celtowie osiedlając się tam około 300 r pne. nie była słowiańska. Żeby wytłumaczyć różnice miedzy Polską a Rosją nie trzeba wcale szukać ich aż w czasach, kiedy ani Polaków, ani Rosjan, ani w ogóle Słowian w dzisiejszym rozumieniu po prostu jeszcze nie było. Odpowiedz Link Zgłoś