Gość: szperaczek
IP: *.unregistered.media-com.com.pl
06.08.05, 11:15
"Wspomnienia ujka Misia na imieninach u cioci".
Jak wiemy, w takich bajdurkach, najważniejsze jest, aby ujek Misio był w
centrum wydarzeń - bo wtedy reszta towarzystwa mówi:
-Och! Ach! A Ty ujek nie bałeś się wtedy? Ale Ty ważny byłeś!
I ujkowi rośnie tzw. ego i inne organy.
Jeśli kogo interesuje ta polemika, a sądząc z ilości głosów na forum,
tak jak Bitwa pod Grunwaldem, to może napiszę, jak było naprawdę? Zresztą
wystarczy sprawdzić to w byle jakim historycznym opisie.
Ujek Misio wrócił do roboty w połowie sierpnia, kiedy juz było w miarę
pozamiatane. Mógł co prawda słuchać Wolnej Europy,ale wiadomo, na wakacjach
człowiek nie ma głowy do polityki.
A Polsce bulgotało i wrzało od 1 lipca - od wprowadzenia podwyżki cen na
żywnośc i podwyższenia norm tzw. "wydajności" w zakładach pracy.
W dużych zakładach ludzie burzyli sie:
-Jak to jest, nie dość, że mamy mniej dostawać na 1-go, to jeszcze nie stać
mnie na kotleta?
I zaczęły sie protesty, małe, lokalne, załatwiane indywidualnie przez
władzę. "Architeksci" protestów czyli KOR nawoływał, zeby nie wychodzić na
ulice, bo wtedy mogło dojść do prowokacji, rozróby, starcia z MO, itp.
Matecznikami opozycji były wtedy URSUS, WSK Mielec, Autosan, Stocznie
Wybrzeża. Paradoksalnie, w tych ostatnich było spokojnie - mimo, że działały
tam juz od roku, nielegalne wtedy Wolne Związki Zawodowe!
O tym wszystkim trąbiła WE, czytano w bibule czyli "Robotniku", a gdyby ujek
Misiek nie był szpuntem w TV K-ce, to usłyszałby o tym od swego szefa na
naradzie.Widać, że nie był brany pod uwagę, bo wysłano go przecież wtedy na
urlop.
Dziwnie wtedy było z tą informacją, bo jak wspomina Jacek Kuroń, jego domowy
telefon 39 39 64 był centrum informacji o strajkach, z niego dzwoniono do WE,
do niego zgłaszano wszelkie kolejne przerwy w pracy, przestoje,zatrzy6mania
lidzi przez SB, itp. Jakoś nie zablokowano mu numeru? Oczywiście był na
podsłuchu, SB nie musiało się męczyć,wystarczył do obsługi jeden gostek ze
słuchawkami na uszach, magnetofon, nuda...
I nagle 7 sierpnia dyrekcja Stoczni w Gdańskiej "poszła wreszcie na rękę"
opozycji i zwolniła z pracy, na 5 miesięcy przed emeryturą, działaczkę
Wolnych związków Annę Walentynowicz.Prawdziwą robotnice, bo suwnicową.
Z durnoty, czy z premedytacją?
Przez tydzień trwało jeszcze zamieszanie i 14 sierpnia Stocznia ogłosiła
strajk w jej obronie.Poprzedzono go mocną akcją ulotkową w mieście.
Następnie do Stoczni dotarł Lech Wałęsa( od morza motorówką, przez płot?)też
zwolniony z pracy, tyle, że wcześniej i objął kierownictwo.
Postulaty były następujace: Przywrócić ich obgoje do pracy,podwyższyć pensje
i zasiłki rodzinne- do poziomu takich, jakie otrzymywali wojsko i milicja,
oraz postawienie pomnika ofiar Grudnia 1970. Do stoczniowców przyłączali się
inni, całe Trójmiasto.
Po dwóch dniach, 14 sierpnia ( akurat ujek Misiek wracał z wakacji) przyjęto
żądania protestujących i Wałęsa ogłosił koniec strajku. Wszyscy zaczęli sie
rozchodzić do domu. W imieniu władzy negocjował Pyka niejaki, b. sekretarz ze
Śląska, przyboczny chłop od Gierka. Kombinował, żeby gadać indywidualnie z
każdym Komitetem Strajkowym w Trójmiescie, każdemu obiecując podwyżki i
kotlety.
Co by było, gdyby tak to sie wszystko skończyło? Jak potoczyłaby się historia?
Czy Gierek by został, socjalizm, itp.? Czy czekalibyśmy w Polsce dopiero na
Gorbaczowa?
Ale wtedy Walenowicz i Pieńkowska, dwie kobiety(!), podniosły alarm:
-My załatwiliśmy swoje, ale co z innymi zakładami Trójmiasta? Poczekajmy z
zakończeniem strajku, aż oni też załatwią swoje postulaty!
Dziś świat wielbi Wałęsę, który wtedy poszedł sobie do domu, a Walentynowicz
klepie biedę na chudej emeryturce...Historia bywa czasem perfidna...
Stocznia była juz pusta, na miejscu było nie więcej niz 1000 ludzi, ale w
nocy przedostały sie do niej osoby z innych zakładów, stworzono
Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, obejmujący wszystkie zakłady Trójmiasta.
I wtedy dopiero pojawił się kapitalny dla dalszej historii postulat
zalegalizowania Wolnych Zwiazków Zawodowych, oraz inne żądania. M.in. także
dzielenia żywności na kartki, wolnych od pracy sobót, itp. Nikomu do głowy
nawet wtedy nie przychodził jakis kapitalizm, wolny rynek, itp!
Tymczasem warszawska opozycja stała sobie jeszcze z boku i patrzyła.
- To sie nie uda! - twierdzili intelektualiści -Rozejdzie po kościach...
Wręcz bano się takiej radykalizacji, wielu w KOR-e było przeciwnych
rejestracji "wolnych związków" uważając, że władza na to już na pewno sie nie
zgodzi. Do Gdańska pojechała nawet delegacja aby wyperwadować to stajkującym.
Pamiętajmy, że "władza" miała wtedy MO, ZOMO, Wojsko,a Polskę
otaczali "przyjaciele" z bratnią Armią Czerwoną... Stąd apel prymasa
Wyszyńskiego na Jasnej Górze, który jako były więzień za czasów Stalina, bał
sie czarnego scenariusza, dobrze wiedział, do czego może być zdolny Wielki
Brat. W sumie to była jego porażka, bo po raz pierwszy Polacy nie posłuchali
koscioła...
Ujek cos bzdurzy o zaskoczeniu, transmisjach, niby tam się przy tym kręcił,
ale wtedy całą transmisje zrobiła, jak zwykle w takich przypadkach, ekipa z
Warszawy, biorąc z Katowic tylko sprzęt i operatorów. Szyje też jakiś spisek
o agentach wokół prymasa, manipulacjach z montażem, itp. Prymas był
humanistą, bał się konfrontacji, zbyt wiele przecierpiał w zyciu, jak wielu
wtedy ludzi koscioła był raczej zwolennikiem "pełzającej rewolucji".
Oczywiście był tez ksiądz Popiełuszko, Jankowski,i inni.
Wtedy społeczeństwo było podzielone. Młodsi i zapalczywi gotowi byli
do "pójścia na czołgi", a starsi, pamiętający "dwie światowe" drżeli
przed "ruskimi". Hasło kolportowane przez PZPR: -Chcemy spokoju, wracajmy do
pracy- miało wbrew pozorom bardzo wielu zwolenników.
Dziś, gdy wiemy jak to się skończyło, możemy wzorem ujka Miska żartować sobie
i machać szabelką, wtedy naprawdę wiało grozą! Za rok sytuacja sie powtórzy,
przed stanem wojennym, bardziej dramatycznie. Jeśli kto pamięta tamte czasy,
to dzisiejsza nasza rusofobia jest śmieszna, wtedy to dopiero zaczęły się
afery, prowokujące karykatury, graffiti, ulotki z "niedźwiedziem szarpanym za
wąsy", a potem z wprost formułowanymi apelami typu "Wodzu prowadź na Kowno!"
( KPN, itp.)
20 sierpnia z apelem do narodu wystąpiła cała intelektualna warszawka,
pisarze, artyści, reżyserzy, i 24 sierpnia do Stoczni pojechali Gieremek z
Mazowieckim. Stworzyli tam tzw. Komisję Ekspertów doradzającą robotnikom w
rozmowach z rządem. Dalej były już rozmowy, negocjacje, i trzeba "oddać
diabłu ogarek", przy stanowisku KC PZPR, aby rozmawiać przy stole, a nie
czołgami na ulicach.Bo wielu partyjnych funkcjonariuszy wręcz nawoływało do
takiej interwencji, za rok poproszą wręcz Moskwę, aby wkroczyła do Polski...
30 podpisano porozumienia w Szczecinie( Jurczyk - Barcikowski), 31 w Gdańsku
( Wałęsa+ długopis z pomponem i Jagielski). Był piękna transmisja w TVP,
wielkie słowa o tym, że "Polak dogadał się z Polakiem".Nastąpił "pałacowy"
przewrót, Gierka zastąpił Kania, ale już w 3 tygodnie później zaiskrzyło po
raz pierwszy ( aresztowano Moczulskiego), potem w październiku były korowody
z rejestracją Solidarnosci w sądzie ( sławny sedzia Koscielniak),itp. czyli
Wielki Ciąg Dalszy, aż do generała i stanu wojennego.
A u nas na Śląsku cły czas było zacisznie i spokojnie. Kasa była, kiełbasa
też, górnika i resztę klasy robotniczej władza pieściła codziennie, a więc
ledwie udało sie powołac Komitet Strajkowy w Jastrzębiu, którego zresztą
pierwszy postulat brzmiał: Powiadomić Stocznię,oraz w telewizji całą Polskę,
że my też...
Ale władza zrobiła go w konia, wykorzystując technikę telewizyjną, informację
tę nadała lokalnie, ale tak chytrze, że w wszyscy na Śląsku myśleli, że
poszła na całą Polskę!
I to jest teraz zadanie dla ujka Miśka.
Owszem przyspał w sierpniu, trudno, zdarza się, ale może napisze "