Gość: mesco
IP: *.ub.uni-leipzig.de
09.11.02, 13:45
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_021109/plus_minus_a_6.html
Małe groby z Lauschied
We śnie chodził po wąskich alejkach, patrzył na grób dziadka pod
murem. I nagle wpadał do dołu. W środku widział tylko twarze
dzieci. Coś od niego chciały, ale głos nie wydobywał się z ich ust.
Gert Eid przez wiele lat próbował się
dowiedzieć, co się stało z jego
rówieśnikami z wioski Lauschied
FOT. JERZY HASZCZYŃSKI
Teraz na cmentarzu nie ma już małych grobów z drugiej połowy lat 40.,
zgodnie z przepisami zlikwidowano je po piętnastu latach. Gert Eid, dziś
56-letni solidnie zbudowany mężczyzna, jest przekonany, że niewiele
brakowało, a i on zmarłby we wczesnym dzieciństwie i teraz po jego
małym grobie nie byłoby śladu.
Dużo czasu upłynęło, zanim Gert Eid postanowił mówić o swoim
dzieciństwie, o losie dziecka Niemki i polskiego robotnika rolnego.
Dziecka, które przez lata było bite przez kolegów. Słyszało, że jest
Polaczkiem i ma szczęście, że nie zostało zagłodzone lub przyduszone w
nocy poduszką. Zwano go też polskim bękartem, bo zaraz po jego
narodzeniu prawdziwy ojciec opuścił wieś i znalazł sobie inną Niemkę w
pobliskim mieście. Mimo że ojciec nie przejmował się jego losem,
chciałby go odnaleźć lub jeżeli już nie żyje, czegoś się o nim dowiedzieć.
Chciałby poznać polską część swojej rodziny, lepiej zrozumieć, kim jest.
Lauschied to wieś położona wśród pól pszenicznych i winnic w Nadrenii
Palatynacie 70 kilometrów na południowy zachód od Moguncji. Dziś
mieszka w niej siedmiuset ludzi. Poczty już tu nie ma, pozostały jeden
sklep, czynny nieregularnie, i dwie knajpy. Plebania od lat stoi pusta.
Życia tu nie widać, ale nadal, tak jak to zapamiętał z młodości Gert, jest
tu czyściutko i porządnie. Solidne murowane domy z czerwoną dachówką
są zadbane i wypielęgnowane. Podobnie ze znajdującym się naprzeciwko
kościoła małym cmentarzem. Krzątają się na nim dwie kobiety, grabią
liście, układają kwiaty.
Gert często wracał myślami do małych grobów z głównej alejki.
Niektórzy we wsi mówili, że spoczywają tam dzieci robotników rolnych
ze wschodu. Takie pozamałżeńskie i w połowie nieniemieckie dzieci
zwane kukułczymi jajami były owocem związków zakazanych przez
Hitlera, a po jego upadku nadal nietolerowanych.
W czasie wojny za stosunek seksualny z Niemką Polaków zazwyczaj
czekała śmierć. W sprzyjających okolicznościach trafiali do obozu
koncentracyjnego. Z kolei Niemki, które przyłapano na kontaktach
seksualnych z Polakami, stojącymi bardzo nisko w hierarchii rasowej
Trzeciej Rzeszy, mogły w najlepszym razie zostać ogolone na łyso i
wygnane z rodzinnej miejscowości. Częściej trafiały do więzienia o
zaostrzonym rygorze lub do obozu koncentracyjnego Ravensbrźck. (Pisze
o tym specjalista od problematyki robotników przymusowych Mark
Spoerer, historyk z uniwersytetu Stuttgart-Hohenheim, w wydanej
niedawno książce "Zwangsarbeit unter dem Hakenkreuz").
- Myślenie w kategoriach rasowych nie zniknęło z dnia na dzień po
zakończeniu wojny. Po latach dominującej ideologii hitlerowskiej
nienawiść do wrogów, zwłaszcza Polaków i Rosjan, była bardzo silna.
Matki nie mogły znieść hańby córek, które uległy Polakom czy Rosjanom,
gdy tylko przestała obowiązywać kara za takie stosunki seksualne -
tłumaczy Gert Eid. - Dzieci ze związków z byłymi robotnikami
przymusowymi nie pasowały do wyobrażeń miejscowych.
Tak się dziwnie złożyło, że w Lauschied i okolicach umierały prawie
wszystkie dzieci, które urodziły się w roku 1947 czy 1948. Gdy dochodziło
do ich poczęcia, we wsiach prawie nie było niemieckich mężczyzn, poza
starcami. Dzieci się rodziły, a niemieccy narzeczeni i mężowie lada
moment mieli wrócić z obozów jenieckich czy powojennej tułaczki. -
Niemieccy bohaterowie nie zaakceptowaliby w swoim domu dziecka
wroga - twierdzi Gert, który z rozmów dorosłych pamięta, że o
niechcianych owocach związków Niemek z Polakami mówiono, iż
"usuwano je z drogi".
Jest przekonany, że w jego rodzinnych stronach, a może i w innych
regionach Niemiec wiele takich dzieci zamordowano. Działo się to w
sposób trudny do udowodnienia. Niemowlę umierało z głodu, co babka
komentowała stwierdzeniem: "Cóż, dopiero skończyła się wojna. Nie
mamy co jeść". - Nie była to prawda - mówi Gert Eid. - Na wsi zawsze
znalazła się jakaś żywność. Drugim sposobem, o którym słyszał w
młodości, było przyduszanie dzieci poduszką. Rano ogłaszano po prostu,
że dziecko się udusiło w czasie snu, co się przecież zdarza.
Gert podkreśla, że jego uratowała babcia, inna od miejscowych, bo
pochodziła z miasta. Bardzo go kochała i zawsze broniła. Gdy miał
problemy w domu czy z kolegami, wsiadał na rower i jechał do niej 8
kilometrów. W drodze powrotnej świat znowu wydawał mu się cudowny.