Dodaj do ulubionych

Ksiazka dla Jaracza

IP: 213.186.78.* 15.12.02, 12:35
Śląskie tragedie

W czasie spotkań zwycięskiej trójki rozpoczynających się 17 lipca a
kończących ogłoszonym 2 sierpnia 1945 komunikatem, ustalono między
innymi: „Trzej szefowie rządów zgadzają się, że zanim nastąpi ostateczne
określenie zachodniej granicy Polski, byłe niemieckie terytoria na wschód od
linii biegnącej od Morza Bałtyckiego, bezpośrednio na zachód od Świnoujścia,
a stąd wzdłuż rzeki Odry do zbiegu jej z zachodnią Nysą i wzdłuż zachodniej
Nysy do granicy czechosłowackiej, włączając tę część Prus Wschodnich, która
nie została oddana pod administrację ZSRR zgodnie z porozumieniem na
niniejszej konferencji i włączając obszar wolnego miasta Gdańska będą pod
administracją państwa polskiego i ze względu na to nie będą uważane za część
radzieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech”[1].

Ostateczne decyzje, co do granicy pomiędzy Polską a Niemcami, zgodnie z
rozdz. VIII, pkt. B protokołu, i rozdz. IX, pkt. B komunikatu, miały zapaść w
czasie konferencji pokojowej.

*

Modzelewski tłumaczył 28 kwietnia 1946 r. na spotkaniu Krajowej Rady
Narodowej: „...ziemie zachodnie oddane nam w administrację, pozostaną
integralną częścią terytorium Rzeczpospolitej na zawsze. To nie jest sprawa
przetargów międzynarodowych, to nie jest sprawa, która mogłaby stanowić
igraszkę w rękach zawodowych handlarzy i producentów nafty i broni. Nasza
granica na Odrze i Nysie to kwestia życia, kwestia naszego bytu państwowego i
narodowego i dlatego nie mamy żadnej możliwości podejmowania dyskusji na ten
temat”.

Mikołajczyk stwierdzał: „Trzy wielkie mocarstwa zgodziły się Polsce oddać te
ziemie w administrację, a w naszym rozumowaniu na zawsze”. W sporach PPR-PSL
dały się słyszeć wśród komunistów opinie: „Rząd został uznany w Poczdamie,
administrację terenów zachodnich oddano Polsce - teraz będziemy mogli ich
spławić”[2].

Komunikat poczdamski nie był żadnym układem, a jedynie ustaleniem do
przyszłej konferencji pokojowej, która nigdy się nie odbyła. Trzy mocarstwa
poszły inną drogą i z pracującymi razem sojusznikami, stały się wrogami
nowych systemów. Szybko zapadła żelazna kurtyna. W ten sposób strona Polska
nie musiała się obawiać żadnych posunięć, prócz krytyki ze strony mocarstw
zachodnich.

Ciągłe powoływanie się przez stronę Polską, na rozmowy poczdamskie, miało
uspokoić i uciszyć społeczeństwo i jednocześnie wyjaśnić, że wszystkie
posunięcia rządu są legalne. I tak to Polacy przyjęli i do dziś większość
nadal sądzi, że wówczas działano zgodnie z literą prawa. Rząd różnymi
wewnętrzno-politycznymi posunięciami podawał argumenty, które miały być
pomocne w wyjaśnieniu własnym obywatelom, iż prawnie zamieszkują ziemie
zachodnie. Powoływano się na tradycje piastowskie, na istnienie powiązania
tych ziem ze starymi etnicznymi Polakami (czytaj Słowianami). Znaczący
wówczas politycy tacy jak Mikołajczyk, Gomułka i Bierut mówili na wszelkiego
rodzaju spotkaniach, zebraniach o powrocie na stare ziemie słowiańskie, o
akcie sprawiedliwości dziejowej w stosunku do tysiącletniej agresji
germańskiej. Gomułka powiedział: „Na ziemiach tych zastaliśmy jeszcze
przeszło milion Polaków autochtonów, milion świadków, którzy obecnością swoją
zeznają przed światem i historią, że ich pradziadowie byli jedynymi
gospodarzami tych ziem, że Niemcy znaleźli się na nich tylko jako przybysze,
którym zaborczość i agresja ich przodków utorowała drogę na podbite tereny
Polski piastowskiej”.

*

Rosjanie i strona Polska działały na podstawie faktów dokonanych. Stalin
twierdził w Poczdamie: „...ludność niemiecka odeszła w ślad za wycofującym
się na zachód Wehrmachtem, i było konieczne, żeby na tyłach naszej armii, na
terytorium, które zajmowała, istniała miejscowa administracja...Dlatego
wpuściliśmy tam Polaków”. Na co odpowiedział Churchill, który znał sytuację i
wiedział, iż znajduje się tam sporo mieszkańców Śląska: „Inne dane... mówią o
tym, że mimo wszystko pozostało tam 2-2,5 mln Niemców... Jeżeli, jak mówił
generalissimus Stalin, Niemcy porzucili ziemie na wschód i zachód od Odry, to
należałoby zachęcić ich, by tam wrócili”[3]. Nieco później Churchill mówił o
8 milionach mieszkańców niemieckich i przeciwstawił się transferowi. Mimo
takiego przedstawienia sprawy przez Stalina, wielka trójka ustaliła 31 lipca
1945 r. uporządkowane i humanitarne wysiedlenie ludności (rozdz. XII
protokołu i rozdz. XIII komunikatu). Zobowiązano Sojuszniczą Radę Kontroli do
przyjęcia wysiedlonych Niemców. Sojusznicza Rada zatwierdziła w dniu 20
listopada 1945 r. plan przesiedlenia Niemców z Polski.

Niektórzy autorzy wskazują na inne jeszcze zasadnicze uprawnienia człowieka,
nie dające się pogodzić z wysiedleniami. Jest nim prawo do stron rodzinnych
(das Recht auf die Heimat).

Pierwsze przesiedlenia miały nastąpić dopiero w listopadzie 1945 r.
Rzeczywistość była inna - rozpoczęto je już w maju 1945 r. Mowa była o
przesiedleniu, to znaczy, przesiedleni powinni móc zabrać wszystko co
posiadali, jak to w czasie przesiedleń bywa. Ludzie, którzy musieli opuścić
te ziemie mówili o wypędzeniu. Strona Polska zabraniała używać tego słowa.
Dopiero w słynnym orędziu biskupów polskich do ich braci w Niemczech,
napisano w oryginale tegoż (w j. niemieckim) o wypędzeniu (Vertreibung),
jednak w polskich dokumentach kościelnych drukowanych w Polsce i
przekazywanych swoim obywatelom pisano o wysiedleniu.[4] W preambule traktatu
granicznego, spisanego pomiędzy Polską a Niemcami 14 listopada 1990 roku -
użyto terminu „wypędzenie”- podpisanego przez obie strony.

*

Jak wyglądało wyzwolenie Śląska przez Rosjan można pokazać na przykładzie
powiatu opolskiego:

w Boguszycach, gdzie trwały walki nad Odrą, zastrzelili 280 mieszkańców. W
niektórych piwnicach czy na gnoju w chlewach leżało po 10-15 zabitych. Ktoś z
tamtych mieszkańców powiedział niedawno: „Nie ma już śladów wojny, ale rany w
duszach pozostały”.
w Groszowicach zamordowano 93 osoby, część kobiet i dzieci spalono.
w Kup zamordowano 28 osób, z czego 25 z tej miejscowości, 1 osobę z
Wrocławia, 1 z Essen i 16 letniego zamiejscowego chłopaka.
w Lubieniu zamordowano 2 osoby i 18 zastrzelono.
w Kątach Opolskich zastrzelono 31 osób. Nad niektórymi znęcano się przed
śmiercią.
w Krzywej Górze zamordowano 9 starszych osób.
w Pokoju zamordowano i zastrzelono 118 cywilów, w tym 10-letniego chłopaka.
25 kobiet z dziećmi zamknięto w domu, który podpalono. Wszyscy spalili się
żywcem. W domu starców zamordowano 20 osób, w tym 92-letniego mężczyznę.
w Gosławicach zastrzelono 40 kobiet, które wcześniej zgwałcono, a także te,
które broniły się przed gwałtem.
w Zagwizdziu zamordowano 15 osób i jedną siostrę zakonną.
w Krapkowicach zamordowano i zastrzelono 30 osób. Na rynku większa ilość
żołnierzy zgwałciła 68-letnią kucharkę księdza. Zostawiono ją leżącą,
przedtem jednak rozcięto jej brzuch.
w Chrzowicach zastrzelono 23 osoby, w tym 3 kobiety.
w Rogowie zamordowano i zastrzelono 60 mężczyzn, w tym również miejscowego
księdza. Rozstrzelanie odbyło się przed murem cmentarza.
w Dobrzeniu Wielkim zamordowano 50 osób, z tego jedną kobietę, która broniła
się przed gwałtem i 15 osób, które uciekały przed Rosjanami do lasu.[5]
w Jełowej 25 stycznia 1945 r. 3 rodziny Kotzów przebywały w jednym domu, obok
którego wylądowały rosyjskie dwupłatowe (doppeldecker) samoloty. Do domu
wszedł żołnierz i poinformował obecnych, że wszyscy będą rozstrzelani.
Zapanowało grobowe milczenie. Rosjanie po kolei wyprowadzali przebywających w
tym domu mieszkańców. Najpierw Johanna, później 14-letnią Agnes, którą
zgwałcili a potem przebili bagnetem. Następnie wyprowadzili cztery
dziewczynki - Gertrudę, Leni, Adelheid i Marię. Strzelali do całej czwórki.
13-letnia Getrud była jedynie ranna, przeleża
Obserwuj wątek
    • Gość: Arnold Re: Ksiazka dla Jaracza IP: 213.186.78.* 15.12.02, 12:37
      Następnie Rosjanie wyprowadzili dalszą czwórkę, z tego Martę z 3 letnią córką,
      Resi. Kiedy strzelali w Martę, przewróciła się przykrywając ciałem córkę.
      Rosjanie odwrócili Martę i zabili dziecko. Przy okazji sprofanowali seksualnie
      nie żyjącą już 13-letnią Stephanię. Wszystkich zabitych pochowano później w
      jednym grobie.[6]

      W powiecie strzeleckim nie było lepiej.

      w Żyrowej zastrzelono 5 osób, w tym bardzo starego mężczyznę. Szóstą osobę,
      dziewczynę, która nie dała się zgwałcić, zasztyletowano i rozcięto brzuch. Inna
      kobieta została z gwałcona kilkakrotnie, pomimo zaawansowanej ciąży. Po tych
      gwałtach poroniła. Dodatkowo zastrzelono 16 żołnierzy niemieckich, którzy
      zostali zaskoczeni przez front i schowali się przed Rosjanami. Musieli wyjść ze
      schowka. Kazano im biec w kółko a Rosjanie strzelali do nich.
      Nie obeszło się bez gwałtów. Po wojnie urodziło się kilkoro dzieci spłodzonych
      w czasie gwałtu. Kobiety i dziewczyny chowały się gdzie tylko było można. W
      niektórych domach zamurowywano je na strychu, w pokojach lub stodole. Rodzina
      przynosiła i podawała jedzenie przez nieduże otwory. Kobiety, które nie miały
      takiego schronienia, przebierały się w stare, przybrudzone kiecki, zakładały
      chusty na głowę, brudziły specjalnie twarz, by żołnierze nie zwracali na nie
      uwagi.[7]

      *

      Miejscowość Bojków (Schönwald) koło Gliwic zamieszkiwało przed wojną 6.000
      osób. Tylko trochę ponad tysiąc mieszkańców pozostało na miejscu, kiedy
      Rosjanie podczas ofensywy weszli do Bojkowa. Świadek tamtych czasów
      opowiada: „26 stycznia 1945 r. po południu zobaczyliśmy pierwsze sowieckie
      czołgi. Po kilku minutach w wiosce było pełno żołnierzy. Zaczęło się
      plądrowanie, gwałcenie i mordowanie. Nic nie uszło uwagi żołnierzy. 14-letnia
      czy też 60-letnia były tak samo traktowane. Musiały się poddać woli żołnierzy.
      A kiedy ojciec czy matka stanęła w obronie córki, natychmiast zabierano ich i
      kierowano do obozu, z którego wywożono na Syberię lub rozstrzelano na miejscu.
      Na cmentarzu znajduje się 200 mogił mieszkańców zamordowanych przez Rosjan.”

      W październiku 1945 r. polska administracja wypędziła ze wsi 800 osób.
      Początkowo osadzono ich w obozie w Gliwicach a stamtąd bydlęcymi wagonami
      dowieziono do rzeki Nysa Łużycka. W drodze 60 dzieci i starszych osób zmarło z
      głodu, z braku czegokolwiek do picia. Część zamarzła. Zwłoki pozostawiono bez
      pochówku przy torach kolejowych.

      Wioska ucierpiała ogromnie, z 6 000 osób 200 zostało zastrzelonych przez
      Rosjan, 250 zginęło na froncie, 300 zostało deportowanych na wschód, z czego
      80% nie powróciło, 60 zmarło w czasie podróży do Niemiec. Razem zginęło około
      750 mieszkańców.

      *

      Świadek z Czarnowąsów wspomina: „Coraz straszniej szaleje milicja. Jeżeli do
      tej pory plądrowali tylko Rosjanie, teraz robią to jeszcze Polacy. Nic nie jest
      bezpieczne przed nową milicją. Tylko tyle, że nie gwałcą dziewcząt. Ta milicja
      przejęła rolę Gestapo albo NKWD i grabi ludność”.

      Jeden z księży z Czarnowąsów zanotował w pamiętniku pod datą 1 kwietnia 1945
      roku: „Po południu aresztowali i zabrali proboszcza. Milicja prowadziła go
      przez miasto niczym złoczyńcę. Zabronione najsurowiej jest jakiekolwiek
      niemieckie słowo. Tak więc nie odbędzie się już ani jedna lekcja religii.
      Chociaż dorośli na Górnym Śląsku mówią mową śląską tzw. Wasserpolnisch, dzieci
      nic z tego nie rozumieją. Znowu pojawił się Szatan. Zmienił mundur, ale jego
      przekonania go zdradziły. Nowy szatan wydaje się jeszcze bardziej
      niebezpieczny: sławi się swoim katolicyzmem i ciągle mówi o Częstochowie”[8].

      N. Kracher napisała: „Są w Bundesrepublice i na Opolszczyźnie ludzie, którzy
      milkną, kiedy ktoś mówi dobrze o Polakach, którzy przyszli tu w 1945 roku”[9].
      Oni pamiętają jeszcze jak pod lufami ludowego wojska polskiego, milicji,
      bezpieki, złodziei i zwykłych szabrowników musieli uciekać ze swego mieszkania,
      domu i ogrodu.

      Piotr Madajczyk[10] pisze: „W wielu wypadkach udział w akcji wysiedlania
      Niemców był pretekstem dla zemsty...gwałty i grabieże...zazwyczaj kilkakrotnie
      podczas transportu, zarówno z powodu niskiego poziomu moralnego oraz daleko
      posuniętej korupcji i demoralizacji ludzi tworzących milicję, jak i pewnej
      sankcji, władz dla tych działań. ..Jak często zabijano ludzi za to, że byli
      właścicielami majątków, bez względu na to, co robili przed r. 1945?”

      W innej książce[11] czytamy: „W pierwszych dniach i tygodniach po wojnie kilka
      tysięcy dostojników niemieckich padło ofiarą zemsty Polaków. Ponad 200 tys.
      osób cywilnych zostało wywiezionych na roboty przymusowe do związku
      Radzieckiego. Niemcy zabierani byli do baraków, aresztów, więzień karnych, w
      których uprzednio narodowi socjaliści przetrzymywali swoje ofiary. Zarazy i
      głód pochłonęły niezliczona liczbę ofiar”.

      Recenzent książki E. Paukszty podał: „Szakale byli pierwszymi przedstawicielami
      Polski, z jakimi zetknęli się, padając ich ofiarą, autochtoni. Zetknięcie to
      miało skutki jak najgorsze. Ograbieni przez bandę rabusiów i podpalaczy,
      tubylcy stali się wobec repatriantów zamknięci i nieufni, narażając się jeszcze
      bardziej na przezwisko „szwabów”[12].

      „Odra”[13] drukuje list z powiatu prudnickiego, w którym czytamy: „W pobliskiej
      wiosce milicjant zabił członka Związku Polaków w Niemczech, wymyślając mu od
      germanów i hitlerowców, a gdy bity oburzony przedłożył zaświadczenie z
      pieczątką i podpisem wice wojewody Bożka... komendant milicji oświadczył: takim
      świstkiem możesz sobie d... wytrzeć!”

      W sprawozdaniu starosty z Koźla czytamy: „Odwrotną i bardzo przykrą stronę
      przeprowadzonej akcji była grabież mieszkań opróżnionych przez niemców.
      Mieszkania były nie zawsze dostatecznie zabezpieczone. Wprawdzie urzędnicy
      Zarządu Miejskiego zamykali mieszkania na klucze i nalepiali kartki
      zabezpieczające na rzecz Zarządu Miejskiego, przeprowadzone to jednak było
      niedokładnie i wiele mieszkań ograbiono.

      Niezależnie od powyższego niezdyscyplinowane jednostki M.O. i U.B. nie
      zwracając na kartki zabezpieczającej uwagi zrywali je przemocą wdarłszy się do
      mieszkań, pod pozorem rewizji, rabowali pościel i bieliznę nie mówiąc o
      cenniejszych przedmiotach jak zegarki, kosztowności.

      Niezależnie od powyższego przedmioty skonfiskowane przy rewizji miały być
      przesłane do magistratu i po spisaniu rozdzielone przez Opiekę Społeczną,
      tymczasem wózek ręczny naładowany wartościowymi przedmiotami jak: zegarki,
      wódki gatunkowe, likiery, mydła, cygary, wędliny, itp. zabrano do gmachu Urzędu
      Bezpieczeństwa Publ. Zupełnie bezprawnie, ponieważ U.B. wezwany był tylko przy
      usuwaniu niemców i nie miał prawa zabrać jakichkolwiek przedmiotów.

      W ślad i za przykładem członków Milicji Obywatelskiej i inne jednostki spośród
      pracowników urzędów w Koźlu rabowały mieszkania opuszczone.

      Wystawione na moje żądanie posterunki w rożnych częściach miasta nie wiele
      pomogły, gdyż i rodziny repatriantów mieszkające w barakach na stacji również
      wzięły udział w grabieży”[14].

      W innym sprawozdaniu czytamy o wysiedleniu w Bytomiu: „Po dwu dniach akcja
      została przerwana, ponieważ miejscowe Władze Administracyjne do akcji zupełnie
      przygotowane nie były, nie potrafiły zupełnie opanować sytuacji, rozpanoszyły
      się na szeroką skalę grabież i szabrownictwo odnośnie mieszkań poniemieckich, a
      niekiedy nawet mieszkań zajmowanych przez repatriantów. Jak mnie poinformował
      prezydent miasta ob. Mgr Mietkiewicz jednostka wojskowa Korpusu Bezpieczeństwa
      Wewnętrznego nie umiała nie tylko ukrócić grabieży, ale sami żołnierze brali
      czynny udział w grabieżach. Jak się zdołałem później sam zorientować opinia
      publiczna była tego samego zdania o żołnierzach Korpusu Bezpieczeństwa. W dniu
      naszego przybycia do Bytomia jednostka Korpusu Bezpieczeństwa opuściła Bytom
      uda
      • Gość: Arnold Re: Ksiazka dla Jaracza IP: 213.186.78.* 15.12.02, 12:38
        W innym sprawozdaniu czytamy o wysiedleniu w Bytomiu: „Po dwu dniach akcja
        została przerwana, ponieważ miejscowe Władze Administracyjne do akcji zupełnie
        przygotowane nie były, nie potrafiły zupełnie opanować sytuacji, rozpanoszyły
        się na szeroką skalę grabież i szabrownictwo odnośnie mieszkań poniemieckich, a
        niekiedy nawet mieszkań zajmowanych przez repatriantów. Jak mnie poinformował
        prezydent miasta ob. Mgr Mietkiewicz jednostka wojskowa Korpusu Bezpieczeństwa
        Wewnętrznego nie umiała nie tylko ukrócić grabieży, ale sami żołnierze brali
        czynny udział w grabieżach. Jak się zdołałem później sam zorientować opinia
        publiczna była tego samego zdania o żołnierzach Korpusu Bezpieczeństwa. W dniu
        naszego przybycia do Bytomia jednostka Korpusu Bezpieczeństwa opuściła Bytom
        udając się do Katowic.

        15 lipca 1945 r. (jeszcze przed ustaleniami w Poczdamie - wyj. autora)
        rozpoczęto akcję wysiedleńczą w Bytomiu. Udział żołnierzy w akcji wysiedleńczej
        był następujący: dwie kompanie miały za zadanie zamknięcie ulic u ich wylotów z
        miasta, by uniemożliwić Niemcom ucieczkę poza obręb miasta w czasie wysiedlania
        (przypomina to niemieckie łapanki w czasie wojny - wyj. autora). Wypuszczano z
        miasta jedynie ludność polską po uprzednim sprawdzeniu ich dokumentów. 20
        żołnierzy było zajętych sprawdzaniem wozów tramwajowych u ich wyjazdu z miasta
        w tym samym celu. Jedna kompania otaczała kwartał, w którym w danym dniu
        toczyła się akcja wysiedleńcza; Nie wypuszczając z rejonu operacji Niemców w
        ciągu całego dnia za wyjątkiem tych, którzy spieszyli do pracy w kopalniach i
        innych przedsiębiorstwach państwowych lub wojskowych wykazując się odpowiednimi
        zaświadczeniami pracy wystawionymi w lipcu 1945 r. 30 żołnierzy stanowiło
        asystę działających 30 komisji wysiedleńczych. Pozostali żołnierze patrolowali
        w rejonie operacji, konwojowali wysiedlanych Niemców do punktów zbornych i
        pociągów oraz pełnili służbę wartowniczą przy ważniejszych obiektach, które
        uległy wysiedleniu. Dnia 21 lipca 1945 r. objął z rozkazu d-cy Dywizji
        dowództwo nad całą Wojskową Grupą Operacyjną mjr Sobiesiak, zaś mjr Wojewódzki
        powrócił do swego pułku. W związku z dużym rozmachem akcji odczuwaliśmy przez
        cały czas silny niedostatek żołnierzy w wyniku czego cała służba zamiast trój
        zmienna dwuzmienna.

        Nastroje żołnierzy w czasie akcji były wybitnie antyniemieckie. Żołnierze
        często zwracali się do mnie z zadaniem bardziej surowego traktowania Niemców.

        Milicja Obywatelska żadnej pomocy w akcji nie udzielała, tłumacząc się brakiem
        czasu. Milicja stale konfiskuje u przechodniów różne przedmioty majątkowe i to
        zarówno u Polaków i Niemców, zarzucając, że pochodzą one z „szabru” lub
        nielegalnego handlu, nie stwierdziwszy uprzednio pochodzenia danego towaru,
        przy czym na konfiskowane przedmioty nie wydaje się żadnych pokwitowań.
        Umundurowanie większej części szeregowych i oficerów Milicji miasta Bytomia w
        niczym się nie różni od umundurowania Wojska Polskiego, w wyniku czego wszelkie
        czynności Milicji zarówno słuszne, jak i niesłuszne, zarówno prawne, i
        nieprawne ludność cywilna przypisuje Wojsku. Komendat Milicji miasta Bytomia w
        stopniu podporucznika jest stale w służbie podpity”[15].

        O Bielsku Białej dowiadujemy się: „Jak powszechnie opinia społeczna Bielska i
        powiatu głosi, to Powiatowa Komisja Wysiedleńcza urzędowała w stanie zupełnie
        pijanym, przerywała, co pewien czas swe posiedzenia, by powracać następnie do
        swych czynności w stanie bardziej podnieconym wódką. Prym wodził w tym wypadku
        nieznany z nazwiska funkcjonariusz Bezpieczeństwa w Bielsku. Pełnego składu tej
        komisji nie zdołano ustalić.

        W Dziedzicach mówi się, że zwolnienie od wyjazdu do Niemiec kosztowało w
        Bielsku 2 litry wódki, kto zaś nie posiadał na to pieniędzy zmuszony był
        wyjeżdżać”[16].

        W raporcie ppor. B. Zylberberga czytamy: „Milicja jest bardzo słaba, źle
        uzbrojona i na niesłychanie niskim poziomie moralnym. Wiceprezydent Zabrza,
        Trabalski oświadczył, że z nią więcej kłopotu niż pożytku. Milicjanci biorą
        udział w rabunkach, są często w cichej zmowie z „szabrownikami”.

        *

        Sporo księży niemieckich skarżyło się na złe traktowanie przez swoich polskich
        kolegów. Przykładowo ksiądz z Brzegu napisał na ten temat: „Moje doświadczenia
        z polskimi wiernymi a szczególnie z polskimi braćmi w Chrystusie pokrywają się
        z wypowiedziami innych księży niemieckich, z którymi z różnych okazji miałem
        możliwość rozmawiać. Często doświadczaliśmy na własnej skórze, że nie widziano
        w nas duchownych, a nawet nie katolickich chrześcijan, ale jedynie Niemców i w
        ten sposób byliśmy traktowani. Jeden z nich, napełniony nienawiścią do Niemiec,
        któregoś dnia mówiąc o mnie i pracowniku probostwa
        powiedział: „Hitlerbande”[17].

        Inny ksiądz z parafii Sieroszów pisze: „W marcu 1946 r. byłem w kościele w
        Stolcu pow. ząbkowicki, gdzie spowiadałem dzieci przygotowujące się do
        pierwszej komunii, a po nich osoby dorosłe. W tym czasie wchodzi do kościoła
        polska milicja z księdzem. Siłą wyciągnięto mnie z konfesjonału i wywieziono do
        obozu przesiedleńców, gdzie przybyłem o godz. 11.00 nocą. Następnego dnia
        zostałem wsadzony do zwierzęcego wagonu kolejowego i wywieziony z innymi
        Ślązakami mówiącymi językiem niemieckim w kierunku zachodu, aż pod holenderską
        granicę”[18].

        Sytuacja duchowieństwa na Śląsku była tragiczna. Część niemieckich księży
        poszła wraz z uciekającymi przed wojskami radzieckimi mieszkańcami, chcąc być
        blisko swych parafian. Wielu z nich powróciło po kilku dniach na swoje parafie,
        które często były już zajęte przez polskich księży. Pozostali na miejscu
        duchowni niemieccy traktowani byli w większości przez przybyszów z innych
        części Polski złowrogo. Niektórzy wypowiadali się wprost: „Nie chcemy mieć
        niemieckiego księdza”, lub „Nie pójdę do niemieckiego księdza do spowiedzi czy
        do bierzmowania”. Ks. Kominek napisał: „Znaczna część duchowieństwa
        niemieckiego uciekła na zachód jeszcze w początkach 1945 roku, a do tych,
        którzy pozostali nowa ludność polska odnosiła się nieufnie (...) Woleli
        Polacy „swojego” księdza, kapłana polskiego i w tym celu udawali się do Kurii
        Wrocławskiej. Niektórzy z nich (księża niemieccy- wyj. autora) sami decydowali
        się na wyjazd wraz ze swoimi wiernymi, inni chcieli pozostać w Polsce, lecz
        władze miejscowe nie wyraziły na to zgody. Biskup Joseph Ferche pragnął
        pozostać we Wrocławiu, ale nie uzyskał pozwolenia i musiał wyjechać do Niemiec”.

        Polski kler nie próbował być pośrednikiem pomiędzy księżmi niemieckimi a
        administracją państwową. Zamiast podchodzić do sprawy po chrześcijańsku i nie
        widzieć we wszystkich nazistów, władze państwowe i kościelne wysiedliły setki
        księży niemieckich, czy też takich, którzy znając język polski odprawiali msze
        i głosili kazania w tym języku, ale dodatkowo odprawiali msze w języku
        niemieckim dla katolików nie znających języka polskiego. A jak wszyscy wiemy,
        trudno nauczyć się jakiegoś nowego języka, w tym wypadku polskiego, w ciągu
        kilku tygodni.

        *

        Berliński korespondent gazety New Yorker Daily News pisał 7 października 1945
        r. na temat wypędzonych i przyjętych właśnie w Niemczech osób: „Jedna z kobiet
        z blizną od uderzeń pejczem przez twarz powiedziała; kiedy grupa, przechodziła
        przez Żagań, po lewej i prawej stronie drogi stali polscy cywile, i osoby z
        grupy zostały obrabowywane z ostatnich swoich majętności i bite... Na koniec
        wyjaśniła, że najprawdopodobniej jest w ciąży, gdyż została 40 razy zgwałcona”.
        Powyższa relacja została zaprotokołowana w amerykańskim senacie, i w związku z
        tym minister spraw zagranicznych USA p. Byrnes 30 listopada 1945 r. przekazał
        amerykańskiemu ambasadorowi w Polsce p. Arthur Lane, by złożył polskiemu
        rządowi słowa dez
        • Gość: Arnold Re: Ksiazka dla Jaracza IP: 213.186.78.* 15.12.02, 12:39
          Berliński korespondent gazety New Yorker Daily News pisał 7 października 1945
          r. na temat wypędzonych i przyjętych właśnie w Niemczech osób: „Jedna z kobiet
          z blizną od uderzeń pejczem przez twarz powiedziała; kiedy grupa, przechodziła
          przez Żagań, po lewej i prawej stronie drogi stali polscy cywile, i osoby z
          grupy zostały obrabowywane z ostatnich swoich majętności i bite... Na koniec
          wyjaśniła, że najprawdopodobniej jest w ciąży, gdyż została 40 razy zgwałcona”.
          Powyższa relacja została zaprotokołowana w amerykańskim senacie, i w związku z
          tym minister spraw zagranicznych USA p. Byrnes 30 listopada 1945 r. przekazał
          amerykańskiemu ambasadorowi w Polsce p. Arthur Lane, by złożył polskiemu
          rządowi słowa dezaprobaty od rządu Stanów Zjednoczonych. W nocie pisano, iż
          takie traktowanie wypędzonych nie zostało uzgodnione w Poczdamie i nie jest
          zgodne z międzynarodowymi regułami.[19]

          „Na mocy umowy polsko-brytyjskiej z 14 lutego 1946 r. Niemcy wywożeni do strefy
          brytyjskiej mieli być zaprowiantowani na 4 dni, licząc od czasu wyruszenia
          pociągu. Żywność dla całego wagonu miano przekazywać niemieckiemu kierownikowi
          wagonu, a on z kolei dokonywał jej dalszego rozdziału. Transporty do
          radzieckiej strefy okupacyjnej zaopatrywano w żywność na jedną dobę”[20].

          „Nie przestrzegano ustalonych odgórnie norm żywnościowych. Żywność przewożona
          była w złych warunkach i często nie nadawała się do spożycia. Dodatkową
          uciążliwość i niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia stanowił brak ciepłych
          napojów w czasie podróży. Spowodowane to było brakiem opału i piecyków do
          ogrzewania. Zdarzały się również wypadki okradania wagonów przez
          czerwonoarmistów”[21].

          Łamane było również zarządzenie ministerstwa, zakazujące rozdzielania rodzin
          oraz wysiedlania najbliższych krewnych fachowca pracującego w pobliskiej
          fabryce. Najczęściej zdarzały się takie rozdzielające wywózki po łapankach na
          ulicach.

          „Wysiedleńcy docierający na punkt zborczy byli poddawani rewizji osobistej.
          Kontrolowano również ich bagaże. Konfiskowano im nadwyżki artykułów
          spożywczych, ubrań i materiałów tekstylnych, narzędzi, pieniędzy, kosztowności,
          Stosowanie przepisu nakazującego konfiskatę doprowadziło do odbierania osobom
          przybyłym na punkt resztek ich dobytku. Pościel i naczynia kuchenne rekwirowano
          wbrew zarządzeniom władz ministerialnych. Zarekwirowane przedmioty miały być
          zabezpieczone, a później rozprowadzone wśród polskich przesiedleńców z dawnych
          kresów wschodnich. Odnotowano przypadki sprzeniewierzania mienia poniemieckiego
          przez „opiekujących się” nim funkcjonariuszy. Nic też dziwnego, że wysiedleni
          Niemcy czuli się pokrzywdzeni, okradzeni z własnego mienia”[22].

          Ewald Steffan Pollok


          --------------------------------------------------------------------------------

          Banasiak S., Działalność osadnicza Państwowego Urzędu Repatriacyjnego na
          Ziemiach Odzyskanych w latach 1945-1947, Poznań 1963, s.27-28; „Kwartalnik
          Opolski” nr 2 z 1994 r. s. 43
          Madajczyk P., Przyłączenie Śląska Opolskiego do Polski 1945-1948, Warszawa 1996
          Skubiszewski K., Polska granica zachodnia w świetle traktatów, Poznań 1975 r.
          s.50.
          Raina P., Kościół w PRL w świetle dokumentów, tom 1, lata 1945-1959, Wyd.
          Poznańskie 1994 r.
          Vertreibung und Vertreibungsverbrechen 1945-1948, Bonn 1989, s.67-74
          Pierzyna R., Morderstwo w Jełowej, „Beczka” 2000/2001
          Pollok E.S., Historia Żyrowej... Wyd. Żyrowa 1999
          M. Podlasek, Wypędzenie Niemców, Wyd. Polsko-Niemieckie Warszawa 1995 r. S.132;
          Tragödie Schlesiens, München 1955, s. 157
          Kracher N., Dlaczego „Heim ins reich”?, „Trybuna Opolska”, nr 273 z 25
          listopada 1989 r.
          Madajczyk P., O wysiedleniach inaczej, „Tygodnik Powszechny”, 21.10.1990
          Brandes D., Antecedencje ucieczki i wypędzenia Niemców, z książki ”Przebudź
          się, serce moje, i pomyśl”, Inst. Śl. Opole1995, s.388-390
          Golba K., O jednych i o drugich, „Gość Niedzielny” z 1948 r.
          „Odra” nr 7 z 1945 r.
          Sprawozdanie starosty w Koźlu z akcji wysiedlania Niemców z 6 lipca 1945 r.
          Sprawozdanie instruktora propagandy 13 Dywizji Piechoty por. Trinczera z 30
          lipca 1945 r
          Pismo Sekretariatu Naczelnego PSL w Bielsku do Sekretariatu Wojewódzkiego PSL w
          Katowicach z 23 sierpnia 1946 r.
          Kaps J. ks. dr, Die Tragödie Schlesiens 1945/1946, München 1955, s.226-227.
          Kaps J. Ks. dr, Die Tragödie Schlesiens..., s.301
          Forein Frelations of the United States 1945, tom 2, s.1317
          B. Pasierb, Migracja ludności niemieckiej z Dolnego Śląska w latach 1944-1947,
          Wrocław-Warszawa-Kraków 1969, s.79; „Kwartalnik Opolski” nr 2 z 1994 s. 44
          Całka M., Wysiedlenie ludności niemieckiej z Polski po II wojnie
          światowej, „Mówią wieki” 1993, nr 2, s.6
          Całka M., Wysiedlenie..., s.10; „Kwartalnik Opolski” nr 2 z 1994 r. s.48

          --------------------------------------------------------------------------------

          Powyższy tekst jest fragmentem z nowej książki E..S.Polloka o tytule „Śląskie
          tragedie”, która ukaże się w sprzedaży w drugiej połowie maja br.
          Redakcja
          • Gość: Arnold Recenzja tej antypolskiej propagandy IP: 213.186.78.* 15.12.02, 12:41
            Lech „Lele” Przychodzki

            TRAGEDIE LUDZKIE



            „...Ideologie mijają a fałsz pozostaje i utrwala się w świadomości społecznej.”
            Ewald S. Pollok

            Kiedy zdarza mi się brać do rąk książkę, poświęconą jakiejkolwiek mniejszości
            narodowej - w Polsce, Hiszpanii czy gdziekolwiek indziej - towarzyszy temu
            zazwyczaj lęk. Czy wiem wystarczająco dużo, by odróżnić nacjonalizm od
            humanizmu? Czy aby kolejny autor nie dał się ponieść emocjom, serwując
            Czytelnikom przefiltrowaną, pół-prawdziwą wersję historii? Czy wreszcie stać
            mnie na nawiązanie psychicznego kontaktu z kimś kulturowo niby bliskim a
            przecież bliskim nie do końca? Przynajmniej w momencie rozpoczynania lektury.

            Podobnie i tym razem, choć dzięki mądrości Rodziców już lata temu posiadłem
            wiedzę niezbywalną: konia z rzędem temu, kto (poza regionem świętokrzyskim i
            łódzkim) pokaże mi w obecnych granicach III RP Polaka z krwi i kości od 6 -7
            pokoleń. Nie jestem Ślązakiem - uważam się za Polaka, choć przodkowie moi i z
            Wiednia i z Wilna, i z Łucka przybyli do Kongresówki. (Byli i tacy, którzy
            znaleźli się między Bugiem a Odrą dopiero po roku 1945). Może najbliżej mi do
            polskiej litewskości. To gwoli wyjaśnienia Czytelnikowi, z jakich pozycji
            przypatruję się nabrzmiałej sprawie Śląska i tomowi Ewalda Stefana
            Polloka: „Śląskie tragedie”.

            01.

            Jałta i Poczdam ustaliły a raczej narzuciły Europie nowy porządek. Miliony
            ludzi, w większości nie dobrowolnie, musiały rozstać się (starsi praktycznie
            bezpowrotnie) z własnymi korzeniami - miejscem urodzenia, nekropoliami
            przodków, dobrami materialnymi i całkiem duchową spuścizną poprzedników.

            Polskie władze, osadzone w Lublinie przez ZSRR, stanęły przed niebywałą okazją
            uczynienia nad Wisłą „etnicznego cudu”. Większość Żydów i Romów zginęła podczas
            II wojny, z pomocą Wielkiego Brata odbyła się „akcja przesiedleńcza” Ukraińców,
            Bojków i Łemków. Poleskich Białorusinów i Litwinów zastraszono. Mazurów i
            Kaszubów uznano za uciskanych przez wieki rdzennych Polaków (potem z kolei
            Gomułka zmusił wielu Mazurów do wyjazdu). Pozostali Niemcy.

            Niemcy, gdyż dla przeciętnego osadnika - repatrianta zza Buga,
            problem „śląskości” zwyczajnie nie istniał. Podobnie było z
            zaprowadzającymi „władzę ludową” milicjantami czy funkcjonariuszami rodzimej i
            sowieckiej bezpieki. Kto mówił po polsku - był Polakiem. Kto po niemiecku -
            Niemcem. Z założenia nie przyjmowano dwu- a na Śląsku Opolskim nawet
            trójjęzyczności wielu rodzin. Pollok przytacza m.in. świetnie ilustrujący tę
            postawę cytat z wypowiedzi Edwarda Osóbki-Morawskiego, przewodniczącego PKWN: „
            Nie chcemy mieć żadnej mniejszości narodowej w momencie, gdy będziemy
            przejmowali Prusy Wschodnie. Mamy nadzieję, że Armia Czerwona wyśle wcześniej
            wszystkich dorosłych Niemców do pracy przy odbudowie Rosji, tak że nikogo tam
            już nie zastaniemy”. (s.15).

            Na Śląsku tak się nie dało. Nie trudno zgadnąć, jakie były kryteria nowych
            władców, stosowane przy podejmowaniu decyzji przesiedleńczych. Obok
            opowiedzenia się przy polskości lub niemieckości (innej możliwości wyboru nie
            stworzono) przez poszczególnych obywateli - donosy „życzliwych”, wyznanie (znów
            często źródło tragicznych „pomyłek”), status majątkowy. Bogatsi mieli wszelkie
            szanse, by stać się mięsem przesiedleńczym - zrujnowany kraj potrzebował
            pieniędzy. A gdy nie ma się swoich złotówek - najprościej sięgnąć po cudze. W
            sztafażu „wyrównywania dziejowych krzywd”, „odbudowy stolicy”, „nacjonalizacji”.

            Nie dostrzeżono z wysokości Lublina, potem Warszawy i Łodzi (gdzie
            funkcjonowała część wyższych urzędów), iż samorzutnie uruchamiający zniszczone
            huty, kopalnie i fabryki ludzie mówili po polsku, niemiecku i śląsku.
            Klasyfikacja na lepszych i gorszych narodowo uczyniła w regionie więcej złego,
            niźli trzy powstania razem wzięte.

            W dodatku tych śląsko- i niemieckojęzycznych uczyniono kozłami ofiarnymi
            zbrodni III Rzeszy. Znów autor: „Zemsta za zbrodnie hitlerowskie dotykała
            głównie ludzi niewinnych, bo prawdziwi naziści dawno uciekli”. (s.45). A
            przecież trafiała na Śląsk, zwłaszcza Dolny, inna ludność przesiedlana - ci,
            którym udało się wydostać z powiększonego raptem, kosztem upadłej II RP,
            Związku Radzieckiego. Ci, którzy mieli za co się mścić. Tylko - na kim? „W ich
            świadomości funkcjonował mechanizm powszechnej winy i zbiorowej
            odpowiedzialności wszystkich Niemców”. (s.15). „Polacy szukali wroga, a
            ponieważ nie mógł nim być „brat” zza Buga, skierowali swoją pełną niechęć na
            zachód”. (s.136).

            Nieszczęście fałszu pogłębiali latami historycy. Na potrzeby „naukowego”
            komunizmu (socjalizmu?) twierdzono, iż absolutnie słowiańska niegdyś ludność
            Śląska została przez wieki zgermanizowana. A po roku 1918 część „dzielnicy”
            wyzwolono spod „pruskiego zaboru”. Tymczasem: „Pojęcie jednorodnej etnicznie
            ludności rodzimej na Śląsku nie istnieje. Śląsk był krajem, przez który
            przechodziły różne plemiona, szczepy, narody i dlatego też nie mógł zostać
            jednolity.” (s.153). Żaden s z a n u j ą c y s i ę historyk nie napisze już, że
            taki Biskupin to pozostałość grodu Słowian. Szkoda, że wielu s z a n o w a n y
            c h historyków powtarza u progu XXI wieku narosłe wokół Śląska kłamstwa i mity.

            Pro publico bono sprzedajni uczeni (nadwiślańska inteligencja lubi dziwnie
            traktować jako towar siebie, nie wytwory własnych umysłów) doprowadzili do
            stanu, kiedy to ”Polacy potrafią zrozumieć krzywdę i ból, jaki Rosjanie
            sprawili ich rodakom. Ale trudno im zrozumieć, że również sprawili krzywdę i
            ból Ślązakom.” (s.190). „Czyżby podwójna moralność?” - pyta autor „Śląskich
            tragedii”. Pewnie tak, mentalność Kalego z Sienkiewiczowskiej powieści dla
            młodzieży była do niedawna oficjalną wykładnią rządzących Polską za sowieckim
            przyzwoleniem elit.

            Od „nowej”, III już, Rzeczypospolitej mamy prawo wymagać więcej. Tak - sami
            pokrzywdzeni czyli Ślązacy, jak i ci spośród Polaków, którzy lubią patrzeć
            prawdzie w oczy. A dzieje się niewiele. Do dziś plebiscyt śląski traktowany
            jest niemal niczym karciane oszustwo strony niemieckiej, powstania jako zryw
            samych mieszkańców Górnego Śląska z „ochotniczą” niemal pomocą Wojska
            Polskiego, a powojenną gehennę obozów „dla ludności niemieckiej” przedstawia
            się (jeśli już) jako swoisty „wypadek przy pracy”.

            Nie darmo tedy przypomina (bo, niestety, przypominać wciąż musi) Ewald Stefan
            Pollok, iż „to właśnie polska delegacja pod przewodnictwem Romera na
            konferencji w Paryżu zgłosiła wniosek o głosowanie emigrantów-Ślązaków
            mieszkających chwilowo poza Śląskiem, bez względu na ich język i przynależność
            narodową. Spodziewano się większego udziału głosujących za Polską.” (s.225).

            Pryska też, wobec przedstawionych faktów, mit polskości Góry św. Anny i walk o
            nią. „ Na samej Górze walk nijakich nie było. Powstańcy pobrali w nocy z 2/3
            maja broń na Wahldowie (Leśniku) i poszli „zdobywać” Górę św. Anny. Problemów z
            tym żadnych nie było, bo nie stacjonowały tam żadne jednostki Selbschutzu, byli
            jedynie dwaj niemieccy policjanci, którzy poddali się bez walki.” (s.198). I
            dalej: „ W nocy z 2/3 maja, kiedy rozpoczęło się powstanie, odbywał się odpust
            Znalezienia Krzyża Świętego. Sporo pielgrzymów zebrało się na Górze, widząc
            jednak co się dzieje, z samego rana pospiesznie opuściło kościół i kalwarię.
            Nikt z wiernych nie zamierzał brać udziału w powstaniu, choć okazja do tego
            była” (s. 198).

            Podobnie rzecz ma się ze swobodą odprawiania liturgii w językach niemieckim i
            polskim. „Rząd niemiecki zabronił w lipcu 1939 odpr
            • Gość: Arnold Re: Recenzja tej antypolskiej propagandy IP: 213.186.78.* 15.12.02, 12:41
              Podobnie rzecz ma się ze swobodą odprawiania liturgii w językach niemieckim i
              polskim. „Rząd niemiecki zabronił w lipcu 1939 odprawiania nabożeństw w języku
              polskim. Nie odprawiano ich przez 6 lat. Natomiast rząd PRL przez 44 lata nie
              pozwalał na sprawowanie liturgii w języku niemieckim w żadnym kościele na
              Śląsku Opolskim.” (s.221). Przykładem jakże rozsądnej postawy wobec mieszkańców
              Śląska mógł być wrocławski, przedwojenny kardynał A. Bertram, propagujący
              odprawianie liturgii w języku parafialnej większości - niemieckim, polskim lub
              czeskim. Swe listy pasterskie wydawał zawsze po niemiecku i po polsku.
              Odczytywano je - zależnie od potrzeb wiernych. Będąc rodowitym Niemcem,
              potrafił on stwierdzić w liście do ówczesnego Gauleitera Śląska, Josefa
              Wagnera, iż „...utrzymywanie obok języka niemieckiego języka polskiego w
              służbie Bożej jest konieczne.” (s.289).

              Podobną rolę, zdaniem autora, odgrywa dziś biskup Nossol, chcący, by jego
              parafianie posługiwali się w kościele językiem serca. „Jako duszpasterze
              zechciejmy za Apostołem Narodów być wszystkim dla wszystkich.” (s.217).

              02.

              Trudno ocenić wkład pracy, jaką włożył Ewald Stefan Pollok w napisanie kolejnej
              książki. Relacje bezpośrednich świadków (zwłaszcza rozdziały „Śląska tragedia”
              i „Za powojennym obozowym drutem - Łambinowice”), dokumentacja ( „Powstania
              Śląskie?” czy „Problemy duszpasterstwa mniejszościowego na Śląsku polskim w
              okresie międzywojennym”) a nade wszystko rzeczowa polemika i demistyfikowanie
              wciąż obecnych, a głupio pro-polskich (jedyny sposób na szacunek Ślązaków do
              polskich badaczy - to ni mniej ni więcej tylko przedstawianie prawdy) mitów -
              nie u wszystkich moich rodaków zostaną przyjęte właściwie, bez zbędnych emocji.

              Legenda wciąż działa. Postacie, przedstawione w rozdziałach „Rektor”
              i „Fałszowanie historii” , bynajmniej nie spieszą się, by zniknąć z „naukowej”
              sceny. Mniej można się dziwić historykom z głębi Polski, niż tym, którzy Śląsk,
              jako swój dom, znać powinni. Widocznie nie do końca czują się oni jednak „u
              siebie”, „bo mieszkać z kimś oznacza akceptować go” (s.161). A owej akceptacji
              w pracach przywoływanych piórem Ewalda S. Polloka „autorytetów” - wybitnie nie
              widać.

              Potrzeba zaistnienia równolegle dwu warunków koniecznych: upływu czasu i
              odarcia z kłamstw, by stan rzeczy uległ zmianie. „Śląskie tragedie” drugiemu z
              warunków służą doskonale. Ciekawe czy znajdą się odważni pedagodzy, którzy
              polecą tę pozycję starszym z uczniów (a może i rodzicom)? Jeśli bowiem mamy
              zrozumieć przyczyny zła - musimy je wpierw poznać. Inaczej diagnoza z 226
              strony książki będzie obowiązywała następnych lat pięćdziesiąt: „Hitler i jego
              pomocnicy oszukiwali naród 12 lat i jeszcze teraz poniektórzy uważają, że
              mówili prawdę. PRL i jej pomocnicy w postaci pisarzy, naukowców, prasy,
              oszukiwała przez 45 lat (niektórzy robią to jeszcze teraz) i dlatego musi
              upłynąć wiele lat, by ludzie zrozumieli, że stali się marionetkami w rękach
              polityków i uczonych.”

              Pokazując niedawno książkę śląskiego historyka znajomemu - usłyszałem: „Wiesz,
              ten facet buduje kolejny mur...” Taaaak... Moim akurat zdaniem jest odwrotnie:
              potrzeba więcej podobnych voluminów, by sztucznie, ponad głowami i sercami
              ludzi wzniesiona bariera - mogła wreszcie odejść do lamusa.

              A Ewaldowi S. Pollokowi udała się niemała sztuka - nadał tragediom swej ziemi
              wymiar nie tylko narodowy-śląski, ale po prostu ludzki. Spójrzmy więc
              w „Śląskie tragedie” niczym w zwierciadło. I zastanówmy się - czy mamy prawo w
              nie patrzeć.
              • Gość: gorol Re: Recenzja tej antypolskiej propagandy IP: *.bienczyce.sdi.tpnet.pl 15.12.02, 13:40
                Przeczytalem te relacje-zeczywiscie wstrzasajace. Szkoda jednak ze nie
                przytaczasz relacji Polakow ktorzy przez 6 lat niemieckiej okupacji byli bici,
                zabijani, gwalceni. Nic nie mowisz o tym jak niemcy niszczyli nasze miasta
                (Warszawe zrownali z ziemia), rabowali dobra kulturalne, ludzi wysylali na
                smierc do obozow. Ich celem bylo przeciez zniszczenie polskiego narodu. I
                dziwisz sie ze Polacy w ten sposub potraktowali potem niemcow? Teraz w
                Niemczech robi sie z przesiedlen wielka tragedie. Zdaje sie ze zapomniano tam
                jakich cierpien oni sami dostarczyli ludziom w Polsce.
                • Gość: Johann Re: Recenzja tej antypolskiej propagandy IP: *.proxy.aol.com 15.12.02, 13:54
                  Gość portalu: gorol napisał(a):

                  > Przeczytalem te relacje-zeczywiscie wstrzasajace. Szkoda jednak ze nie
                  > przytaczasz relacji Polakow ktorzy przez 6 lat niemieckiej okupacji byli
                  bici,
                  > zabijani, gwalceni. Nic nie mowisz o tym jak niemcy niszczyli nasze miasta
                  > (Warszawe zrownali z ziemia), rabowali dobra kulturalne, ludzi wysylali na
                  > smierc do obozow. Ich celem bylo przeciez zniszczenie polskiego narodu. I
                  > dziwisz sie ze Polacy w ten sposub potraktowali potem niemcow? Teraz w
                  > Niemczech robi sie z przesiedlen wielka tragedie. Zdaje sie ze zapomniano tam
                  > jakich cierpien oni sami dostarczyli ludziom w Polsce.

                  Czy przez te publikacje ktos podwaza wine Niemcow w IIWS?To jest jakas alergia
                  ze jesli cos jest niezgodne z oficjalna linia to wyjezdza sie z 6 latami
                  okupacji.Ale przeciez wszyscy zesmy o tym przez ostatnie dziesiatki lat
                  dokladnie slyszeli .A jesli razi ci to ze w Niemczech oficjalnie mowi sie
                  o wypedzeniach to wyjedz na znak protestu i wroc do Polski napewno Niemcy sie
                  tym faktem zmartwia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka