Dodaj do ulubionych

Coś dla polskich (a więc kieleckich też)naukowców

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.06.06, 12:32
Stało się! Zaczęłam czytać "Nasz Dziennik":).

www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20060628&id=my31.txt

Kiedy koniec PRL w polskiej nauce?
Po roku 1989 nie brakło w naszym kraju debat na różne tematy: rybołówstwa,
energetyki, bezrobocia, lustracji, emigracji, prywatyzacji i wiele innych.
Nie było natomiast dyskusji o stanie polskiej nauki, jej przyszłości, ale i
przeszłości. Nauka polska po cichu wpasowała się w tzw. transformację
ustrojową, tak jak gdyby nigdy nic się nie stało. A przecież jej
komunistyczna przeszłość nie wygląda różowo, dokładniej mówiąc - jest bardzo
czerwona. W nauce polskiej nie dokonała się ani dekomunizacja, ani nie było
lustracji, tak jak to miało choćby miejsce w byłej NRD, gdzie zwolniono z
pracy ok. 5 tysięcy profesorów politruków.
U nas wszystko poszło gładko. Za gładko. Nauka w służbie socjalizmu
W całym bloku sowieckim nauka była oczkiem w głowie najwyższych władz
państwowych. Nie, że we władzach zasiadali ludzie wyjątkowo wykształceni i
bezinteresownie poszukujący prawdy, ale dlatego że ideologia komunistyczna
wyznaczała nauce poczesne miejsce: sam marksizm określał siebie jako
światopogląd naukowy, zmiany społeczne dokonywały się w sposób naukowy,
świadomość społeczna była kontrolowana w sposób naukowy, państwo było
rządzone w sposób naukowy, świat miał być podbity i kierowany w sposób
naukowy. Natomiast to, co wrogie i "wsteczne", jak na przykład katolicyzm i
kapitalizm, to wszystko było nienaukowe, i dlatego było skazane na
unicestwienie. Oddał to trafnie premier Józef Cyrankiewicz, który z okazji
przyznania państwowych nagród naukowych tak kończył swoją przemowę: "Ginie
bezpłodne 'kapłaństwo wiedzy', rośnie zrozumienie istotnie społecznej funkcji
nauki" ("Życie nauki", nr 5-6, 1951, s. 528).
Jak w dziedzinie materialnej władza ograbiła Naród w imię tzw.
nacjonalizacji, tak nauka sukcesywnie poddawana była ideologizacji i
centralizacji. Ideologizacja oznaczała wsączanie marksizmu głównie do
humanistyki, a więc do takich nauk, jak: filozofia, socjologia, psychologia,
historia, polonistyka, na wszystkich szczeblach nauczania i na wszystkich
szczeblach kariery akademickiej, od magistra po profesora. Co więcej,
marksizm stał się obowiązkowym przedmiotem na wszystkich kierunkach studiów,
łącznie z weterynarią i inżynierią wodną, a ekonomia polityczna, czyli
marksistowska, była obowiązkowym przedmiotem, który musiał zdać każdy
doktorant. Z kolei centralizacja oznaczała kontrolowanie całego
zorganizowanego życia akademickiego i naukowego przez państwo, co praktycznie
oznaczało odebranie wolności nauce i jej upolitycznienie. Symbolem tamtych
czasów może być choćby nadanie Uniwersytetowi Wrocławskiemu imienia Bolesława
Bieruta w roku 1952. Ten patron przetrwał aż do roku 1989.
Zamordowana inteligencja
Papież Benedykt XVI przypomniał w Auschwitz, że w czasie wojny starano się w
pierwszej fazie "wyeliminować inteligencję", by Naród Polski nie był
samodzielnym "podmiotem historycznym", lecz Narodem niewolników. Dokładnie
tak było. W rok po zakończeniu wojny jeden z naszych profesorów tak
pisał: "Po złamaniu przez Niemców dziesięciokrotnie słabszej armii polskiej
zaciekłość barbarzyńskiego napastnika, orientującego się doskonale w
nieprzejednanym patriotyzmie nauki polskiej, z całą celową świadomością
przede wszystkim przeciwko niej się zwróciła, chcąc w ten sposób obalić ten
drugi obok wojska filar polskości". Zamordowano lub wywieziono do obozów
koncentracyjnych, nawet z całymi rodzinami, setki naszych profesorów (G.
Przychocki, Ogólne zagadnienia dotyczące zadań i potrzeb nauki
polskiej, "Życie nauki", nr 1, 1946, s. 69n.). Z kolei Katyń symbolizuje mord
dokonany na naszej inteligencji przez Sowietów, o którym jednak w latach
powojennych i przez cały okres PRL-u nie wolno było mówić i pisać.
Ideologia "na odcinku profesorskim"
Mimo tak wielkich strat życie naukowe powoli się odradzało. Zaczęły
funkcjonować wyższe uczelnie, reaktywowano ok. 50 towarzystw naukowych, w tym
Polską Akademię Umiejętności. Ale nowy system dawał znać, jak dalekosiężne są
jego zakusy. Już w 1946 r. reforma rolna pozbawiła stowarzyszenia
niezależności materialnej (odbierając im fundacje), prace naukowe objęto
cenzurą, poszerzał się zakres monopolu wydawniczego, władza państwowa mogła
arbitralnie odwołać profesora z katedry (ibid., s. 74).
W 1948 r. przeprowadzono reformę szkolnictwa. Jej ramy ideowe przestawiła na
zebraniu inauguracyjnym właśnie powołanej Rady Głównej do spraw Nauki i
Szkolnictwa Wyższego wiceminister oświaty Eugenia Krassowska. Stwierdziła
m.in.: "Uniwersytety muszą również współdziałać w ideologicznym procesie
wychowania nowego człowieka...", "Trzeba szeroko otworzyć okna i drzwi
naszych uczelni dla ideologii Polski Ludowej", "Przebudowa ideologiczna
uniwersytetów odbyć się może tylko w harmonijnym współdziałaniu z przebudową
ideologiczną, jaka się dokonuje na odcinku naszego życia społecznego i
politycznego w oparciu o ideologię mas ludowych" (E. Krassowska, Ministerstwo
Oświaty wobec nauki i szkół wyższych, "Życie nauki", nr 25-26, 1948, s. 20).
Tezy te poparł obecny na posiedzeniu prezydent Bolesław Bierut. Są one jasne:
nauka stanowi integralną część systemu komunistycznego, który swoje wymagania
egzekwować będzie w sposób instytucjonalny.
Był to ciągle początek walki o spacyfikowanie środowiska naukowego. Rok
później ta sama pani wiceminister na zebraniu plenarnym tej samej Rady
Głównej w referacie pt. "Wytyczne programowe na odcinku nauki i szkolnictwa
wyższego" dobitnie podkreśliła: "Nauka swoimi środkami musi współdziałać w
budowie fundamentów socjalizmu. Musi się stać istotnym czynnikiem postępu w
życiu zbiorowym" ("Życie nauki", nr 38, 1949, s. 130). W swoim wystąpieniu
potępiła prawicowo-nacjonalistyczne odchylenie niektórych środowisk
akademickich (oraz klerykalnych), zwłaszcza w sferze nauk humanistycznych.
Ale pani minister odnotowała też pozytywne zmiany "na odcinku nauki" w takich
ośrodkach, jak: Instytut Badań Literackich, Łódzki Instytut Socjologiczny,
Warszawski Instytut Historyczny. Mówiła: "obserwujemy również na terenie
humanistyki aktywizację elementów marksistowskich; zjazd wrocławski
historyków zadecydował o powstaniu grupy historyków marksistów, podobną grupę
utworzyli ekonomiści" (ibid., s. 134n.). Były też problemy kadrowe; chodziło
z jednej strony o to, żeby nie uważać wszystkich "starych naukowców za
reakcjonistów", z przychylnością odnosząc się do profesorów "postępowych", z
drugiej, by wykształcić własną kadrę i ją wysuwać na kierownicze stanowiska.
Przełom w powołaniu nowej kadry miał miejsce w 1963 roku. Władze
przywiązywały dużą wagę do "procesu przebudowy świadomości" oraz
do "podnoszenia poziomu ideologicznego na odcinku profesorskim" (ibid., s.
148), a także do zmiany programów nauczania zgodnie ze zmianami
ideologicznymi. Pani minister wprost wyznawała: "Musimy zdecydowanie skończyć
z fikcją apolityczności nauczania na szczeblu uniwersyteckim, co pociągnie za
sobą rozszerzenie zakresu przedmiotów światopoglądowych na wszystkich
wydziałach (elementy filozofii marksistowskiej)" (ibid., s. 156).
PAN kontra PAU
Władza miała jednak ciągle problemy z opanowaniem środowiska naukowego w
skali kraju, ale od wewnątrz. Największą organizacją naukową była Polska
Akademia Umiejętności, posiadająca wielkie tradycje zarówno z czasów
rozbiorów (od 1815 r. jako Towarzystwo Naukowe, potem od 1872 r. jako
Akademia Umiejętności, a od 1919 r. jako Polska Akademia Umiejętności), jak i
w okresie międzywojennym.
Ale nie była to agenda państwowa, lecz suwerenne stowarzyszenie naukowców,
które w dalszym ciągu stawiało silny opór, świadome dziejącego się dramatu.
Wtedy to dojrzała idea powołania "centralnej komó
Obserwuj wątek
    • Gość: berta Re: cz.2 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.06.06, 12:34
      komórki koordynującej badania naukowe" i "ustalającej wytyczne ich planowania".
      Taką państwową instytucją miała być Polska Akademia Nauk. Jej wzorem stała się
      przede wszystkim Akademia Nauk Związku Sowieckiego, uznana za przodującą w
      świecie (ibid., s. 143). Polską Akademię Nauk powołano w roku 1951 na I
      Kongresie Nauki Polskiej - był to najczarniejszy okres stalinowskiego terroru.
      Wówczas prof. Jan Dembowski, który wkrótce został pierwszym prezesem PAN,
      kończąc swoje przemówienie, nawoływał: "Wzywam wszystkich uczestników Kongresu
      do swobodnego wypowiadania się, do twórczej współpracy w dziele przebudowy
      naszej nauki i jej powiązania z potrzebami kraju, który buduje dla siebie i na
      pożytek całej ludzkości nowy ustrój społeczny: ustrój socjalistyczny" ("Życie
      nauki", nr 7-8, 1951, s. 650). Naukę polską włączono do planu tworzenia
      globalnego socjalizmu.
      Jest jednak zastanawiające, że na oficjalnej stronie internetowej PAN historia
      tej instytucji została bardzo wygładzona. Ani razu nie pojawiają się takie
      słowa,
      jak: "komunizm", "socjalizm", "totalitaryzm", "ideologia", "stalinizm", "Bierut"
      . Dlaczego jest to ukrywane? Nie wystarczy napisać ogólnikowo o "nowych
      warunkach ustrojowych" i o "gorączkowych dyskusjach". Przecież dokonywał się
      akt łamania sumień profesorów, łamania kręgosłupa polskiej nauki, która miała
      służyć już nie prawdzie, ale ideologii. Jak potworne musiały być naciski, skoro
      dwa największe (i niepaństwowe) stowarzyszenia naukowe - Polska Akademia
      Umiejętności i Towarzystwo Naukowe Warszawskie - nie tylko poparły ideę
      powołania jednej centralnej i państwowej instytucji, ale poddały się,
      zrezygnowały z dalszej działalności, oddając PAN "cały swój dorobek,
      doświadczenie, czynne placówki naukowo-badawcze oraz majątek" (s. 663, 665).
      Gdy dziś po latach czyta się wystąpienia prezesów, prof. Kazimierza Nitscha i
      prof. Wacława Sierpińskiego, oznajmiających, że ich stowarzyszenia "tracą rację
      bytu", bo ma być tylko jedna centralna organizacja, to aż ciarki przechodzą, bo
      przecież byli to ludzie bardzo inteligentni i nie mogli nie wiedzieć, że
      nastąpiło całkowite przewartościowanie sensu nauki polskiej.
      Jak Rada Główna do spraw Nauki i Szkolnictwa Wyższego podlegała ministrowi, tak
      Polska Akademia Nauk podlegała Prezydium Rządu. Oba organy nabrały więc
      charakteru stricte politycznego. Wzorem naukowca lansowanym przez władze był
      zarazem fizyk i komunista F. Joliot Curie, o którym Józef Cyrankiewicz na
      Kongresie Nauki Polskiej mówił, że jest "przykładem prawdziwej postawy naukowca-
      bojownika" ("Życie nauki", nr 7-8, 1951, s. 659).

      Centralna Komisja: czy tylko troska o jakość nauki?
      Trzecim ramieniem pozwalającym władzy na kontrolowanie nauki była Centralna
      Komisja Kwalifikacyjna dla Pracowników Nauki powołana w 1951 roku. Jej status,
      zakres działania, a nawet nazwa co pewien czas, aż po ostatnie lata, ulegały
      zmianie. Akty prawne dotyczące tej instytucji nigdy nie były w całości zebrane
      w jednej publikacji, trudno więc śledzić wszystkie niuanse związane ze
      zmianami, najczęściej w kontekście przełomów politycznych.
      Początkowo był to organ powołany do decydowania w sprawach nadawania tytułów
      naukowych docenta, profesora nadzwyczajnego i profesora zwyczajnego oraz w
      zakresie zatwierdzania uchwał o nadaniu stopnia naukowego kandydata nauk i
      doktora nauk (M. Jaroszyński, Prawo pracowników naukowych, Wrocław 1971, s.
      117). W 1958 r. CKK otrzymała nową nazwę: Komisja Kwalifikacyjna, i
      podporządkowana została Polskiej Akademii Nauk, a ta - pamiętajmy - była
      podporządkowana Prezydium Rządu. Zakresy działania Rady Głównej i Komisji
      Kwalifikacyjnej zaczęły się krzyżować, a w ich centrum znalazła się kariera
      naukowca, który musiał wspinać się po coraz nowych szczeblach, zabiegając o
      pozytywne opinie.

      Tytuły i stopnie, komisje i recenzje
      Podział na stopnie i tytuły naukowe to swoiste curiosum, którego normalny
      człowiek nie jest w stanie ogarnąć. W okresie międzywojennym i tuż po wojnie
      magisterium było niższym stopniem naukowym, a doktorat - wyższym. W 1951 r.
      zamieniono te stopnie, idąc za wzorem sowieckim, odpowiednio na kandydata nauk
      i na doktora nauk, gdy samo magisterium oznaczało tylko dyplom ukończenia
      studiów. Od 1920 do 1958 r. docentura nie była stopniem naukowym, lecz funkcją,
      a habilitacja oznaczała procedurę, która doprowadza do prawa wykładania w
      szkole wyższej. W 1958 r. doktorat stał się niższym stopniem naukowym, a
      wyższym - docentura. Ale ustawą z roku 1951 wprowadzono też nową kategorię,
      która nigdy w nauce polskiej nie istniała - tytuł naukowy. Były takie oto
      tytuły: profesor zwyczajny, profesor nadzwyczajny, docent, adiunkt, starszy
      asystent, asystent. W 1958 r. kategorię "tytułu" zawężono już tylko do
      profesorów. Wcześniej mianował profesorów minister, a od 1958 r. Rada Państwa.
      W 1965 r. tytuł nadawała Rada Państwa, a mianowanie ponownie przychodziło od
      ministrów (Sekretariat Naukowy w Akademii). Trudno śledzić tu wszystkie zmiany,
      ale jeden z prawników, zasłużony dla państwa ludowego, nie wahał się już w 1971
      r. określić całej sytuacji mianem "gmatwaniny przepisów o stanowiskach,
      stopniach i tytułach naukowych" (ibid., s. 85).

      W światowej czołówce
      Powstaje pytanie: po co tak skomplikowany system, po co taka "gmatwanina"?
      Odpowiedź jest prosta: to nie chodziło o rozwój nauki ani o prawidłową karierę
      adeptów nauki. Chodziło o to, aby przez cały okres zatrudnienia władza mogła
      kontrolować naukowców, a temu właśnie sprzyjał rozbudowany system "tytułów i
      stopni naukowych", niczym hierarchia urzędów po reformie Piotra Wielkiego.
      Sytuację tę znakomicie przedstawia W. Rolbiecki: "Kluczowym 'osiągnięciem' pod
      tym względem było ogromne pomnożenie formalnych szczebli kariery naukowej, tj.
      kolejnych stopni i tytułów. Jest ich obecnie (nie licząc magisterium) siedem -
      co plasuje nas w ścisłej czołówce światowej, daleko przed krajami Zachodniej
      Europy i Ameryki Północnej. Pracownikom nauki osiąganie tych szczebli na ogół
      wypełnia życie aż do wczesnej starości, stanowiąc jeden z najdonioślejszych
      czynników sterujących, nie tylko ich badaniami, lecz w ogóle ich postępowaniem,
      z niewątpliwą korzyścią (w cudzysłowie) dla dzieła stabilizowania i uspokajania
      tej grupy społecznej, lecz z nie mniej ewidentną szkodą zarówno dla wyboru
      tematyki podejmowanych badań, jak i kształtowania moralno-zawodowych postaw
      badaczy. System ustawicznego ubiegania się o kolejne stopnie i tytuły oraz - co
      się z tym wiąże - zabieganie o względy 'starszych' jako potencjalnych
      egzaminatorów, recenzentów, członków komisji oceniających dorobek itd.,
      premiując postawy konformistyczne kandydatów, musi bowiem niekorzystnie wpływać
      na ich sylwetki moralne, a także dokonywać wśród nich negatywnej selekcji, pod
      tym samym względem" ("Walka o kierownictwo i organizację nauki w Polsce w
      latach 1944-1951", w: "Zagadnienia naukoznawstwa", 3-4, 1982, s. 224). Chociaż
      minęło ponad 20 lat od ukazania się tego artykułu, jest on przedziwnie
      aktualny. W dalszym ciągu żyjemy w "gmatwaninie" stopni i tytułów, które
      zamiast promować autentyczną twórczość, raczej generują postawy
      konformistyczne, w odniesieniu do osób (recenzentów, członków komisji), doboru
      tematów, a także stosunku do będącej na czasie ideologii, nawet wśród samych
      naukowców. Jak dawniej liczyło się akcentowanie "naukowości" i "postępu", tak
      dziś liczy się "dialog" i "otwartość". Takie słowo jak "prawda" budzi śmiech i
      zażenowanie.

      Kontrola nauki dziś
      Spośród trzech ramion powołanych przez władze ludowe w najczarniejszym okresie
      stalinowskim, które miały pomóc władzy ludowej w kontrolowaniu nauki, wszystkie
      szczęśliwie przetrwały przełom roku 1989: Rada Główna Szkolnictwa Wyższego,
      Polska Akademia Nauk, Centralna Komisja do spraw Stopni i Tytułów. Najbardziej
      odpolityczniona została PAN. Rada Główna, bezpośrednio podlegają
      • Gość: berta Re: cz.3 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.06.06, 12:35
        bezpośrednio podlegająca ministrowi nauki, ma w swym zakresie "wszystkie sprawy
        dotyczące szkolnictwa wyższego i nauki" (np. akty prawne, budżet, statuty
        uczelni), jest nadal ciałem politycznym, bo "pomaga w ustalaniu polityki
        edukacyjnej państwa", ale nie podejmuje decyzji, tylko przedstawia swoją
        opinię. W tym kontekście zrozumiała staje się huśtawka systemu edukacji naszego
        państwa, która wynika z upolitycznienia nauki i nauczania; nowa ekipa, promując
        nową ideologię, przerywa jedną reformę i zaczyna drugą, która zostaje przerwana
        przez kolejną ekipę.

        W kolejce po tytuł
        Najsilniejszym organem jest Centralna Komisja do spraw Stopni i Tytułów,
        ponieważ jest to organ decyzyjny. Jeszcze do roku 2005 decydował o przyznaniu
        jednostkom organizacyjnym uprawnień do nadawania stopni naukowych, o przyznaniu
        stopnia doktora habilitowanego i o przedstawieniu prezydentowi kandydata do
        tytułu profesora. Obecnie pozycja CK jest osłabiona w zakresie habilitacji.
        Doktor habilitowany i profesor to samodzielni pracownicy naukowi, bez których
        nie ma ani katedry, ani wydziału, ani uczelni, a których odpowiednia liczba
        daje uprawnienia do nadawania stopnia magistra i doktora. A więc poruszamy się
        tu w kręgu elity naukowej, punktu bardzo czułego w całym systemie edukacji i
        nauki. Temat rzadko podejmowany przez samą kadrę akademicką, bo... mogłoby
        zaszkodzić, np. kandydatom lub środowisku, magistrów to nie interesuje, a
        przeciętny zjadacz chleba tego nie zrozumie. Jednym słowem, formułowanie
        kontrowersyjnych uwag pod adresem CK to taki taniec na żyletce. A więc tym
        bardziej trzeba o tym mówić.
        Postulat troski o jakość kwalifikacji naukowych pracowników akademickich ma
        wielkie znaczenie i dla nauki, i dla edukacji. Problem w tym, na ile obiektywne
        i kompetentne są opinie i decyzje. W czasach PRL-u Centralna Komisja skutecznie
        kontrolowała i - gdy trzeba było - blokowała habilitacje i profesury
        niewygodnych osób lub środowisk, zwłaszcza prawicowych i katolickich. Powstaje
        pytanie: czy mimo zmian pewne mechanizmy nie są nadal skutecznym narzędziem
        kontroli ideologicznej, środowiskowej, personalnej? Czy Centralna Komisja nie
        jest w jakiejś mierze reliktem PRL-u?

        Proste mechanizmy kontroli
        Pewne przesłanki wskazują na to, że jednak tak, że CK jest reliktem PRL-u.
        Spośród wielu warto zwrócić uwagę na niektóre. Głównym kryterium uznania
        wniosku o nadanie tytułu profesora jest dorobek po habilitacji stanowiący
        oryginalny wkład do reprezentowanej przez kandydata dyscypliny naukowej. Bardzo
        cenny wymóg. Ale kto o tym decyduje? Decyduje o tym Prezydium Centralnej
        Komisji. A czy członkowie Prezydium na owej dyscyplinie naukowej się znają? W
        większości wypadków NIE.
        Rozbierzmy cały mechanizm na części. Rektor jakiejś uczelni na wniosek Rady
        Wydziału, poparty trzema recenzjami profesorów, z których tylko jeden może
        należeć do uczelni kandydata, składa wniosek do Centralnej Komisji o
        przedstawienie owego kandydata do tytułu. Komisję stanowi 8 sekcji oraz
        Prezydium, w skład którego wchodzi przewodniczący, dwaj zastępcy i szefowie
        poszczególnych sekcji. Sekcja Nauk Humanistycznych to ok. 50 osób
        reprezentujących ok. 20 dyscyplin naukowych, od nauki o zarządzaniu, poprzez
        bibliologię, psychologię, socjologię, aż do filozofii. Objęte opisowym
        mianem "nauki humanistyczne" stanowią różne dyscypliny, o odmiennej metodzie,
        przedmiocie i celu, o czym wie każdy, kto zapoznał się na studiach z takim
        przedmiotem, jak metodologia nauk, kto pisał pracę magisterską lub robił
        doktorat. Czy członkowie wspólnej komisji znają się - i to na poziomie
        habilitacji i profesury - na tych naukach, by ocenić czyjś dorobek naukowy?
        Jest to mało prawdopodobne, wręcz niemożliwe. Ale pomocą służyć mogą recenzenci
        powołani przez CK. Tu jednak okazuje się, że mogą być nimi naukowcy nie z danej
        dyscypliny, lecz z dziedzin pokrewnych! Dorobek filozofa może recenzować
        socjolog. Na pewno może, ale na podstawie metodologii marksistowskiej, wedle
        której filozofia jest odmianą socjologii. Ostatnia nowelizacja prawa o
        szkolnictwie wyższym z lipca 2005 r. jeszcze bardziej uelastyczniała tę
        możliwość recenzowania przez przedstawicieli dyscyplin pokrewnych. Marksizm
        został w metodologii nauk, na podstawie której wyznacza się recenzentów. Co
        wcale nie dziwi, bo gdy zajrzymy do dorobku przedstawicieli nauk
        humanistycznych, a także powoływanych recenzentów, to nie zaskoczą nas
        publikacje pisane z pozycji zaangażowanego marksizmu. Dochodzi więc do
        sytuacji, w której marksista (eks-marksista?) recenzuje dorobek kandydata ze
        środowiska katolickiego, odwołując się do schematów i metodologii
        marksistowskiej jako naukowych.
        Recenzent znajduje się w komfortowej sytuacji: na podniesione przezeń zarzuty
        osoba opiniowana nie ma możliwości odpowiedzi, jest wyłączona z całego procesu.
        To sąd kapturowy. Tak. Kandydat do tytułu profesora, który jest już
        samodzielnym pracownikiem naukowym, nie ma prawa ustosunkowania się
        merytorycznego do stawianych mu zarzutów! W ten sposób naruszona zostaje nie
        tylko zasada dyskusji naukowej, ale i zdrowego rozsądku, a także złamane są
        podstawowe prawa wynikające choćby z Kodeksu Postępowania Administracyjnego
        (art. 10 i 11), czyli zasada wysłuchania strony. Aż trudno sobie wyobrazić, że
        na samym szczycie nauki może mieć miejsce takie bezprawie.
        Chociaż sprawa toczy się przed sekcją, to sekcja nie podejmuje żadnej decyzji,
        a tylko przegłosowuje wniosek, jest organem opiniodawczym. Decyzję podejmuje
        Prezydium składające się w najlepszym wypadku z przedstawicieli 11 dyscyplin
        naukowych, gdy takich dyscyplin jest ok. 80. A więc Prezydium może podejmować
        decyzję o wartości naukowego dorobku kandydata bez znajomości dyscypliny, o
        której wyrokuje. I znowu Prezydium jest w komfortowej sytuacji, ponieważ
        decyzję podejmuje w głosowaniu tajnym, co oznacza, że nie musi jej zbyt
        szczegółowo uzasadniać. Ileż tu uznaniowości, z którą nie ma jak polemizować!

        Generowanie patologii
        Taka procedura może generować poważną patologię, wobec której kandydat do
        tytułu jest bezsilny, ponieważ to wszystko dzieje się poza nim. W przypadku
        negatywnej decyzji CK pozostaje najpierw odwołanie za pośrednictwem Rady
        Wydziału, które raczej ma małe szanse powodzenia, a potem Sąd Administracyjny,
        Wojewódzki, a następnie Naczelny. Dla sądu jest to komfortowa sytuacja,
        ponieważ nie zabiera on głosu w sprawach merytorycznych, nie wnika, kto ma
        rację, ale czy wszystko odbyło się zgodnie z... procedurą, a więc patrzy na
        sprawę czysto formalnie. Najczęściej wszystko odbyło się zgodnie z procedurą, a
        jeśli nawet nie, to Komisja poprawia procedurę, a wynik jest ten sam. I w ten
        sposób kółko się zamyka. Nie kółko, ale koło, bo każdy etap trwa miesiącami,
        które jeśli zsumujemy, to wyjdzie nam kilka ładnych lat.

        Przerwać zmowę milczenia
        Ludzie nauki skrzywdzeni przez organa administracji państwowej są bezradni i
        bezsilni. Milczą. Temat na szerszą skalę nie jest poruszany. Może ktoś wreszcie
        się odważy i zacznie mówić, wyjaśniać, protestować. Etapy kariery naukowej
        rozpisane są w czasie. Komunistom udało się roztoczyć parasol nad naukowcami,
        tak by po ponad 50 latach ogarnąć wszystkie pokolenia. To prawda, nie każdy
        naukowiec się poddał ideologizacji, wielu było zdolnych, twórczych, nawet
        genialnych, a zarazem ludzi prawych. Chwała im za to, tylko że system i tak
        robił swoje. Po dziś dzień różne państwowe komisje do spraw nauki (czy to gdy
        chodzi o aprobatę stopni lub programów, czy rozdział funduszy) nie były ani
        zdekomunizowane, ani zlustrowane. Oznacza to, że w tych gremiach mogą spokojnie
        działać naukowcy z aparatu partyjnego (członkowie PZPR) czy tajni
        współpracownicy, którzy dobrze się znają i wiedzą, komu szkodzić, a kogo
        promować (oczywiście, zgodnie z prawem). Takiej możliwości nie można wykluczyć.
        Niewiele osób, nawet ze środowiska nauk
        • Gość: berta Re: cz.4 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.06.06, 12:37
          Niewiele osób, nawet ze środowiska naukowego, wie, jak to działało i jak było
          zaplanowane, jak działa dziś. Bo choć zmieniło się nazewnictwo, wypadł taki czy
          inny paragraf, to mechanizm pozostał. A jednak środowiska naukowe, zwłaszcza
          młodsze kadry, powinny poznać historię nauki w PRL-u po to, by nie być w
          dalszym ciągu jej ofiarami. Ani PRL, ani PRL-bis, jak się wydaje, jeszcze w
          naszej nauce się nie skończył. A jest to ważne, żeby się skończył, bo bez
          suwerennej nauki nie będziemy podmiotem historii.
          prof. Piotr Jaroszyński

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka