Gość: Filip
IP: *.look.ca
16.10.03, 18:33
USA: Lataj LOT-em… będziesz potem
Czwartek, 14 sierpnia, 2003
Nareszcie nadszedł ten wyczekiwany dzień wakacji – wyjazd do Polski
zaplanowany od dawna. Bilety w kieszeni, bezpośredni lot LOT-em do Krakowa,
co za wygoda...
Cała rodzinka, mąż Wojtek, córka Marcelina i ja, jesteśmy w drodze na
lotnisko JFK. O godzinie 16:12 znajdujemy się na moście. Po lewej stronie
mijamy Statuę Wolności, pokazuję córce, gdzie stały dwie wieże World Trade
Center... i nagle słyszymy z radia, że Kanada i część USA (w tym Nowy Jork)
odłączona jest od prądu, a my w drodze na lotnisko. Po chwili major NY
uspokaja, że to tylko chwilowe a prąd będzie przywrócony za około 4-6 godzin.
Nasz samolot ma dopiero odlecieć o 22:30 więc mamy nadzieję, że nie będzie
tak źle, że może tylko trochę będzie opóźniony.
Znów pada pytanie naszego kierowcy - „co robimy? – (bo jedziemy na lotnisko z
przewoźnikiem) – wszyscy pasażerowie doszli do tego samego wniosku, co i my –
dojedziemy do lotniska i tam spróbujemy zorientować się w sytuacji...
Docieramy do lotniska i docieramy do stanowiska LOT-u. Na stanowisku nikogo.
Zastanawiamy się, co robić i skąd uzyskać informacje? Upłynęło sporo czasu
zanim ukazały się panie obsługujące LOT i udzieliły nam następującej rady: -
Jeżeli Państwo zdecydujecie się wrócić do domu, wówczas musicie zmienić
rezerwacje, jeżeli zdecydujecie się zostać, wówczas odlecicie pierwszym
rejsem LOT-u do Polski... -
Wracać do Filadelfii nie bardzo mamy jak, bowiem nasz przewoźnik już odjechał
a powiadomienie kogokolwiek z rodziny czy przyjaciół jest niemożliwe, bo po
pierwsze nie działały telefony komórkowe, a kolejki do telefonów na lotnisku
były ogromne. Mimo wszystko staliśmy w kolejce około 4 godziny, by się
nigdzie dodzwonić a po północy wszystkie już telefony były głuche. Nie tylko
do telefonów były kolejki, ale i do toalet, gdzie pomimo usilnych starań
obsługi ich stan sanitarny był nie do pozazdroszczenia. Światło było tylko w
niewielkim obszarze lotniska a i to podobno nie na długo, bo agregaty miały
pracować tylko 6 godzin. Zrobiło się duszno.
Dziękowałam Bogu, że starym polskim zwyczajem zapakowałam parę kanapek na
drogę i wzięłam coś do picia. Jakoś przetrwamy, bo ktoś tam powiedział, że
rano to już odlecimy. Znajdujemy się w obszarze należącym do części
powierzchni lotniska „przed odprawą”. Nie ma żadnych foteli, miejsc do
siedzenia. Znaleźliśmy sobie parę kartonów by ułożyć się na ziemi. Wszyscy
pasażerowie bardzo wyrozumiali i spokojni, choć wszystkich zastanawiało,
gdzie są przedstawiciele LOT-u, dlaczego nie wyszli do nas ze zwykłymi
słowami otuchy i zrozumienia...
Niektórzy wynieśli z samolotu innych linii lotniczych parę kocy... to już
coś, nie leżymy bezpośrednio na podłodze. Przedstawiciele którejś z linii
lotniczej zaczęli rozdawać rodzynki i soki... A gdzie przedstawiciele LOT-u?
Piątek, 15 sierpnia, 2003
Rano! W dalszym ciągu brak światła. Nastąpiło ożywienie. Zaczęły się pierwsze
odprawy. Przeprowadzano je manualnie. Pierwsi wylecieli nasi sąsiedzi z koca –
Włosi. Powoli zaczęli się pokazywać przedstawiciele innych linii lotniczych.
Tylko nie ma przedstawicieli LOT-u.
Nagle, ktoś tam wypatrzył panienki, które były poprzedniego dnia. Pytamy co z
nami? Panie nie są sympatyczne. Pada niemiła odpowiedź. – Nie wiemy, my nie
pracujemy dla LOT-u! – Jeden z Amerykanów zadał to samo pytanie po angielsku
i panie już bardziej sympatycznie odpowiadają, że się dowiedzą i znikają!
Kończą się zapasy wody. Ustawiamy się w kolejce do fontanny. Woda ciepła, ale
woda, zresztą mamy nadzieję, że i nas już niedługo odprawią. Nadzieja nas nie
opuszcza, mimo, że pasażerów LOT-u przybywa. Zmęczenie się nasila, ktoś
zasłabł. Pojawiają się ponownie panienki i radzą nam zupełnie bezsensownie
połączyć się z naszym agentem z biura podróży. Po pierwsze w dalszym ciągu
nie działają telefony, po drugie, co może w tej sytuacji zrobić agent
sprzedający bilety, czyli tylko pośredniczący między liniami lotniczymi i
nami. – Chyba dziś nie odlecicie. Być może w sobotę rano. Tak naprawdę to my
nie pracujemy dla LOT-u nie możemy Wam pomóc. – ostatecznie stwierdzają
panienki. Zaczynamy prosić w takim razie o skontaktowanie nas z
przedstawicielem LOT-u. Panienki wznoszą oczy ku górze i mówią
zniecierpliwione. – Próbujemy się z nimi skontaktować, więc może ktoś z nich
zejdzie na dół.
Jest już południe. Kolejni szczęśliwcy z innych linii lotniczych odlatują a
nas pasażerów LOT-u przybywa. Zmęczenie daje się we znaki. Znów kolejna noc
przed nami... Ktoś tam usłyszał, że i my będziemy odprawiani manualnie, tylko
ktoś tam musi podpisać na to zgodę... Czekamy... Zaczyna się ściemniać...
Wciąż nie ma światła... Zastanawiamy się, na co czekamy! By znów zapadła noc
i brak nadziei na odprawę, kiedy nic nie będzie widać. Wśród pasażerów rośnie
wzburzenie. Nie ma przedstawiciela LOT-u... nie ma też panienek, które
ulotniły się jak kamfora.
Zatrzymujemy pracownika lotniska z pytaniem. „Gdzie są przedstawiciele LOT-
u?”. Tajemniczo wskazuje mi na drzwi, za którymi po otwarciu widzę „nasze”
panienki siedzące na stole. – Bardzo przepraszam, ale tam pasażerowie czekają
już drugą dobę na jakiekolwiek wiadomości a panie sobie tak tu siedzą ... –
mówię.
- My rozmawiamy z przedstawicielem LOT-u – odpowiadają panienki.
- A gdzie ON jest, bo ja tu nikogo nie widzę a sama chętnie bym z nim
porozmawiała – kontynuuję.
W moim głosie słychać zniecierpliwienie. Panienki szybko zeskoczyły ze stołu
na ziemię. Tymczasem zrozpaczeni współpasażerowie zaczęli głośno krzyczeć z
nadzieją, że w końcu ktoś zwróci na nich uwagę. Przybyła służba
bezpieczeństwa lotniska, a mnie udało się znaleźć managera lotniska pana
Mossesa, który obiecał sprowadzić przedstawiciela LOT-u do swoich coraz mniej
wyrozumiałych pasażerów. Po niedługim czasie ukazał się „Pan i władca”. Był
to piątek, 15 sierpnia, 2003 godzina 19:00. Wyglądał tak, jakby się dopiero
co obudził, bo nie mógł zrozumieć, o co właściwie wszystkim tym pasażerom
chodzi. Tłumaczył się, że to nie jego wina,... że to brak prądu. Mieliśmy
wszyscy już serdecznie dość, bo wszyscy rozumieli całą sytuację, natomiast
nie mogli pojąć niepowagi owego Pana.
Dlaczego inne linie lotnicze mogły odprawić swoich pasażerów pomimo braku
prądu? Dlaczego przedstawiciele innych linii lotniczych byli przez cały czas
w kontakcie ze swoimi pasażerami, tylko nie przedstawiciele LOT-u. Wszyscy
pasażerowie byli zdenerwowani i wzburzeni, zatem przedstawiciel LOT-u
zadecydował, że za godzinę manualnie zacznie się odprawa pasażerów
odlatujących dzisiaj tzn. w piątek, a my, którzy planowo mieliśmy odlecieć w
czwartek, mimo tak długiego pobytu na lotnisku odlecimy na końcu! Także loty
wszystkie miały docelowo kończyć się w Warszawie a nie np. w Krakowie jak w
naszym przypadku.
Była już godzina 20:00. Ogarnęła nas rozpacz i zaczęliśmy krzyczeć. Dla nas
było to i nielogiczne i nieludzkie. Czwartkowi pasażerowie po tak długim
wyczekiwaniu w całym tym koszmarze mieli zostać jeszcze jedną noc, kiedy
każda chwila wydawała się nam wiecznością. Niestety przedstawiciel był
nieubłagany. Być może chciał nas ukarać za zmuszenie go do personalnego
wystąpienia przed nami.
Zaczęła się ręczna odprawa. Można by o niej napisać oddzielny rozdział...
Jakimś sposobem udało się nam dostać na ostatnie wolne miejsca. Szczęśliwi
znaleźliśmy się przed wejściem do samolotu. Obok na wielkiej stercie leżały
nasze bagaże.
Godzina 21:45. Światło! Wszyscy biegiem do telefonu by dać znać najbliższym,
co się z nami dzieje. Powiadamiamy radośnie, że za parę minut wylatujemy. Już
wiemy, że rodzina i znajomi w Polsce usiłują się dowiedzieć czegoś o