Dodaj do ulubionych

Kres tułaczki doktorantów Wydziału Nauk o Zdrowiu

18.02.10, 07:32
Oczywiście, że jest tutaj wielkie nieporozumienie.

Tzw. Wydział Nauk o Zdrowiu, to zwyczajne wodolejstwo na temat ekonomii i
organizacji w służbie zdrowia.
Ma to niewiele wspólnego z normalną medycyną i nadawanie komuś takiemu tytułu
doktora nauk medycznych, to totalne nieporozumienie, a nawet nadużycie.

Doktor nauk medycznych, to ktoś, kto rozwiązał jakiś problem naukowy w
MEDYCYNIE a nie w OKOŁOMEDYCYNIE!

Jeżeli już ludzie zajmujący się ekonomiką i organizacją medycyny muszą robić
doktoraty, to niech je robią na Wydziałach zarządzania, ekonomii i dostają
tytuły naukowe z zakresu ekonomii, organizacji, zarządzania, ale nie z zakresu
medycyny!

Ludzie ci potrafią TO I OWO UWYPUKLIĆ w zakresie organizacji służby zdrowia,
ale do lekarzy medycyny to im bardzo daleko.
Są to na ogół ludzie, którzy nie dostali się na studia medyczne. Czasami nawet
nie próbowali się dostać, gdyż nie mieli talentów w dziedzinie np. fizyki,
chemii czy biologii, a teraz próbują coś mieszać w medycynie - bo jest taki
trend?!

Czasami odnoszę wrażenie, że chodzi po prostu o tworzenie nowych miejsc pracy,
by wchłonąć bezrobocie na rynku pracy?, stąd wymyślono nowy zawód SPECJALISTA
Z ZAKRESU ZDROWIA PUBLICZNEGO?!

Ciekawe , czy za jakiś czas nie wymyśli się zawodu (specjalista (doktor! -
sic) Z ZAKRESU ZDROWIA NIEPUBLICZNEGO?
To zmartwienie różnych polityków o zdrowie publiczne skutkuje tym, że mamy
coraz więcej instytucji i stanowisk pracy OKOŁOMEDYCZNYCH, co podnosi jedynie
koszty służby zdrowia i ... wydłuża kolejki do lekarzy.
Obserwuj wątek
    • turpin Dom Zrowia Publicznego 18.02.10, 09:14
      Sama idea wszelako nie jest zła, bo zarządzanie szpitalem to
      właściwie osobny zawód, ale, jak to kiedyś powiedział Premier
      Czernomyrdin: 'chcieliśmy dobrze, wyszło jak zwykle'. Istotnie,
      trafił tam głównie jakiś żywiołek drobniejszego płazu, częstokroć
      tuż po maturze, zdanej chyba magno cum sudore.

      Te studia powinny być maksymalnie dwuletnie i otwarte wyłącznie dla
      ludzi mających już ukierunkowane wyższe wykształcenie. Osobny
      program dla lekarzy (trzeba ich nauczyć czegoś o zarządzaniu),
      osobny dla mających wykształcenie z dziedzin związanych z
      przedsiębiorczością (trzeba ich nauczyć czegoś o medycynie).

      W sumie chyba prościej byłoby kształcić lekarzy, choć zachodziłoby
      ryzyko, że kierunek będzie czymś w rodzaju zlewu na medycznych
      frustratów. Z drugiej strony, kto przy zdrowych zmysłach z jakimś
      MBA będzie chciał dowodzić polskim państwowym szpitalem?
      • manfred211 Re: Dom Zrowia Publicznego 18.02.10, 09:58
        Bardzo cenne uwagi. Najlepiej byłoby, żeby lekarzy można było dokształcać z
        zakresu elementów MBA w medycynie. Robienie takich studiów dla ludzi, którzy z
        definicji szukają łatwych studiów i łatwego chleba, to po prostu demoralizacja.
        Zawód lekarza, to bardzo trudna i odpowiedzialna praca.
        Również dzielenie służby zdrowia na publiczną i niepubliczną, to anachronizm.
        Mój znajomy jest właścicielem dobrze prosperującej firmy. Za leczenie nigdzie
        nie płaci.! Korzysta tylko z plastikowej karty, którą uzyskał na podstawie
        porządnego ubezpieczenia. Lekarz przyjeżdża do niego na telefon (za wizytę nic
        nie płaci!).
        W szpitalu także "płaci" tą kartą kredytową (nie wydaje ani grosza, za jego
        pobyt w szpitalu płaci ubezpieczyciel!!!).

        Czy zatem ten menedżer, to publiczny czy niepubliczny?

        Problem zatem jest w ubezpieczeniu a nie w podziale służby zdrowia na publiczną
        i niepubliczną!

        Problem w tym, że 80 procent obywateli RP nie stać po prostu na porządne
        ubezpieczenie. Za nich odpowiedzialność medyczną musie przejąc państwo, ale
        niestety nie robi tego.

        Próbuje się zatem "słodzić herbatę samym jej mieszaniem" i wymyśla coś takiego,
        jak bezpłatne, kosztowne studia z zakresu "publicznej służby zdrowia".
        Gdyby pieniądze, które idą na te studia przeznaczyć na poprawę sytuacji w
        placówkach służby zdrowia, to poprawa byłaby widoczna.

        Kiedyś w roku 1990 wizytowałem z grupą samorządowców szpital w Szwecji. W
        szpitalu tym były 4 tomografy komputerowe. Dyrektorem szpitala był lekarz, który
        za pomocnika miał ... technika-ekonomistę. Szpital był olbrzymi.
        Gdy jeden z referujących polskich lekarzy powiedział, że dyrektor jego szpitala
        zarabia 15 średnich krajowych miesięcznie (kontrakt menedżerski) i że w
        przypadku zwolnienia dostanie 22-miesięczną odprawę, to ci Szwedzi nie mogli
        wyjść ze zdumienia.
        Kilkakrotnie pytali, czy się nie przejęzyczyliśmy. Ich dyrektor szpitala
        (lekarz) zarabiał 1,5 miesięcznej, średniej pensji lekarza w tym szpitalu, a
        zastępca d/s ekonomicznych mniej niż lekarz.
        Nic dziwnego, mówili, że nie macie pieniędzy na leczenie ludzi, jeżeli jesteście
        tacy rozrzutni.
        Jeszcze bardziej się zdziwili, gdy usłyszeli, że jest to pomysł Solidarności.
        Obecnie jest normą, że dyrektorem szpitala jest ... magister ekonomii i zarabia
        miesięcznie 5 średnich krajowych. Być może, że w przyszłości będzie to absolwent
        Wydziału nauk o Zdrowiu? - dokąd zatem zmierza nasza służba zdrowia i czym to
        się skończy, mnoży się struktury organizacyjne, które polegają na mieszaniu
        herbaty łyżeczką bez dodawania cukru.
        Wydaje mi się, że problem polega na tym, że wiele ludzi ma dobrze płatne pensum
        dydaktyczne na tym wydziale. Spokojnie siedzą sobie w świątyni nauki i uczą
        przyszłych frustratów, którym wpaja się przez całe studia, że będą tylko
        dyrektorami i menedżerami służby zdrowia.

        Tymczasem placówką służby zdrowia powinien kierować lekarz z zasługami i
        dorobkiem zawodowym, przyuczony na kilkumiesięcznych kursach z zakresu
        organizacji i zarządzania. Do tego naprawdę nie potrzeba żadnych studiów.
        "Wiedzę tajemną" z tej dziedziny można zdobyć nawet w internecie!
        • Gość: Agata Re: Dom Zrowia Publicznego IP: *.internetdsl.tpnet.pl 18.02.10, 20:49
          i znów błędne myslenie... z założeniem że na Zdrowie Publiczne idą tylko osoby
          szukające łatwych studiów:) lekarze niestety najczęściej nie zrozumieją podstaw
          ekonomiki, matematyki i statystyki i ciężko byłoby ich dokształcić z tego
          zakresu nawet najlepszym nauczycielom jakich ma w tym zakresie wydział nauk o
          zdrowiu. A jeśli chodzi o "dzielenie służby zdrowia na publiczną i niepubliczną"
          o którym Pan pisze i przykład Pana znajomego, to bardzo proszę zapoznać sie
          najpierw z definicją Zdrowia Publicznego, a nie pisać bzdury. Zdrowie publiczne
          nie oznacza bynajmniej leczenia w placówkach publicznych i nie rozróżnia sie
          zdrowia publicznego vs niepublicznego, natomiast zdrowie publiczne i zdrowie
          jednostki, a więc działania takie jak np organizacja programów szczepień,
          programy profilaktyczne (np. antynikotynowe), dotyczące jakości życia i poprawy
          warunków życia będą dotyczyly właśnie Zdrowia Publicznego a lekarz skupia sie na
          przypadku konkretnego pacjenta. to tak łopatologicznie dla Pana żeby Pan
          zrozumiał ponieważ Zdrowie Publiczne jest o wiele szerszym pojeciem. i
          moglibysmy o tym podyskutowac dłużej. Wracając po przykładu Pana
          znajomego...pisze Pan że za nic on nie płaci... znów sformułowanie trochę
          dziecinne.. oczywiście że płaci, tylko w swojej składce ubezpieczeniowej, jego
          firma ubezpieczeniowa tak mu ja obliczyla żeby czasem nie stracic bo dba o swój
          zysk. jesli Pana kolega zachoruje poważniej, to pierwszym krokiem tej firmy
          bedzie podniesienie składki albo zupełne zerwanie umowy. a jesli (czego nie
          życzę Pana koledze), kolega bedzie miał cięzki wypadek (chociażby na stoku albo
          w drodze do Zakopanego:)) firma ubezpieczeniowa nie pokryje najczęsciej kosztów
          jego leczenia albo tylko częsciowo. Proszę przekazać koledze żeby uważnie
          przeczytał zawartą umowę z ubezpieczycielem napewno znajdzie wyłączone z
          ubezpieczenia świadczenia:) pisząc znowu o przejęciu odpowiedzialności przez
          Panstwo mowi Pan po prostu o podatkach bo nikt inny jak my sami nie ponosimy
          kosztów leczenia tych osób których nie stac na opłacenie składek albo urodziły
          sie niepełnosprawne. jeśli (oczywiście nie życzę znów tego Panu|) urodziło by
          sie Panu dziecko niepełnosprawne, proszę dać znać jakie warunki uzyskał Pan i
          jakie składki musi Pan płacić w prywatnej firmie ubezpieczeniowej i czy w ogóle
          ubezpieczyli Pana dziecko. to że jest Pan zdrowy, młody i zdolny do pracy nie
          zonacza że każdy rodzi sie z takimi warunkami i niestety na tym polega rola
          państwa żeby redystrybuować posiadane środki. jesli mielibyśmy zapewnić pełną
          opiekę zdrowotną, socjalną itp wszystkim osobą, to podatki osób zdolnych do
          pracy i zdrowych musiałyby być kilkakrotnie wyższe a i tak nie pokryłyby w pełni
          kosztów OZ ponieważ główne prawo ekonomiki mówiące że potrzeby będą zawsze
          wyzsze od środków dostepnych na realizacje tych potrzeb, jest faktem i w
          sektorze OZ to prawo sprawdza sie niestety brutalnie..nie mamy pieniędzy żeby
          leczyć każdą chorobę u każdego, dlatego musimy leczyc jak najwiecej za to co
          posiadamy i własnie oceną taką zajmuje sie m.in. specjalista ZP. niżej juz Pana
          wypowiedzi nie chciało mie sie czytać:)
          • manfred211 Re: Dom Zrowia Publicznego 19.02.10, 06:34
            I jeszcze jeden argument w tej dyskusji.

            Gdy moja córka zdawała na medycynę, odbyłem rozmowę z moim kolegą - profesorem
            AE w Krakowie. Jego córka też bardzo chciała studiować medycynę lub farmację.
            Gdy pokazałem jej testy egzaminacyjne z poprzednich lat, to złapała za głowę i
            powiedziała, że to nie dla niej egzamin.
            Zdała w cuglach do taty na Akademię Ekonomiczną, skończyła ją celująco i została
            pracownikiem naukowy AWF w Krakowie. W tej chwili jest już po doktoracie.

            Córka drugiego kolegi - też profesora Akademii Ekonomicznej (Obecnie Uniwersytet
            Ekonomiczny) zdawała razem z moją córką na Wydział Lekarski CM UJ.
            Moja córka uzyskała na egzaminie prawie 100 punktów a jego córka tylko 47
            (pomimo, że była wzorową uczennicą liceum matematyczno-fizycznego w Krakowie).
            Za rok powtarzała egzamin i zdobyła tylko 45 punktów na 120 możliwych.
            Dała sobie spokój ze zdawaniem nas medycynę. Skończyła u tatusia marketing i
            zarządzanie zrobiła doktorat i habilitację i teraz uczy studentów marketingu i
            zarządzania.

            To tylko potwierdza wniosek jak specyficzne są studia medyczne, jakiego wymagają
            wysiłku intelektualnego i jakich predyspozycji i że nie należy w żadnej mierze
            rozmywać i deprecjonować nie tylko tytułu zawodowego lekarza medycyny ale
            zwłaszcza tytułu naukowego DOKTORA NAUK MEDYCZNYCH!
            • Gość: kwiek Re: Dom Zrowia Publicznego IP: *.markom.krakow.pl 19.02.10, 17:18
              lecz się bo smutne życie człowieka z wielkim ego prowadzisz :)!
          • manfred211 Re: Dom Zrowia Publicznego 19.02.10, 07:04
            Żeby uzmysłowić państwu, że jego obowiązkiem, jest zapewnienie opieki medycznej
            obywatelom wystarczy stosowanie w praktyce zapisów konstytucji a nie wydawanie
            publicznych pieniędzy na Wydziały Zdrowia Publicznego (zwłaszcza, że pieniędzy
            tych brakuje na leczenie Obywateli i to w zakresie niezbędnym dla utrzymania ich
            zdrowia i życia).

            Jeżeli np. Zakład Fizjoterapii dostaje tak mało pieniędzy z NFZ, że już we
            wrześniu wyczerpuje roczny limit i pracownicy są zwalniani a pacjenci po
            skomplikowanych zabiegach operacyjnych, zgłaszający się na rehabilitację są
            odprawiani z kwitkiem (proponuje im się zgloszenie się w ... styczniu!!!), gdyż
            nie ma po prostu pieniędzy na finansowanie ich rehabilitacji, to jest to chore i
            żaden Wydział Zdrowia Publicznego tutaj nie pomoże.

            Gdyby ci pacjenci byli porządnie ubezpieczeni, to w ogóle nie byłoby problemu,
            gdyż za ich leczenie płaciłby ubezpieczyciel. Tymczasem są to albo emeryci albo
            renciści (wcześniejsi) - na ogół są to "ofiary przekształceń ustrojowych", o
            których nasze liberalne państwo po prostu zapomniało.

            Tymczasem jest to obowiązek państwa (KONSTYTUCYJNY) - zapewnienie opieki
            medycznej Obywatelom. Nasze państwo albo tego w ogóle nie robi albo robi to
            bardzo źle. Winę za to ponoszą POLITYCY, którzy zachłystują się wolnym rynkiem i
            liberalizmem a zupełnie zapominają o Obywatelach!

            Oczywiście nalezy NATYCHMIAST podnieśc składkę zdrowotną o jeden punkt
            procentowy!!! albo ... zrezygnować natychmiast z drogich prosesów aparaturowych
            w medycynie - np . przeszczpów.

            Tymczasem my szukamy oszczędności, tam gdzie ich nie ma.
            Jeżeli będzie porządny system ubezpieczń zdrowotnych, to będzie jasne, których
            pieniędzy starcza i dla kogo a których nie wystarcza.

            Przecież w takim superliberalnym kraju jak USA rząd wprowadza obowiązkowe
            ubezpieczenia zdrowotne dla prawie 50 milionów obywateli za prawie bilion
            dolarów rocznie!!! Robi to tylko w trosce o bezpieczeństwo zdrowotne ludzi,
            których nie stać na dobrowolne, samodzielne ubezpieczenie.

            U nas tymczasem minster zdrowia prowadzi polityczno-intelektualny pingpong na
            temat czy podnieść czy nie składkę zdrowotną, gdy gołym okiem widać, że nie
            wystarcza ona na finansowanie opieki zdrowotnym na elementarnym poziomie.

            Wystarczy popatrzeć inle wynosi składka zdrowotna u naszych sąsiadów i wszystko
            bedzie jasne.
            Tymczasem my robimy badania "naukawe" na Wydziałach Zdrowia Publicznego na
            temat, jak to jest w innych krajach. Przeznaczamy na to fundusze publiczne,
            tymczasem bez żadnych badań widać, gdzie jest problem.

            SYTUACJA JEST NAPRAWDĘ CHORA WÓWCZAS, GDY PACJENCI ZACZYNAJĄ WYPISYWAĆ RECEPTY!
    • Gość: naukowiec Znow.... IP: *.hist.uj.edu.pl 18.02.10, 13:16
      ...popis dziennikarskiej ignorancji. Wydzial stracil prawa nadawania
      tytulow - tyle tylko, ze chodzi o tytuly... ZAWODOWE(np.
      licencjat/inzynier, magister/lek. med.). DOKTOR jest nizszym
      STOPNIEM naukowym i prawo do jego nadawania stracila Rada Wydzialu
      Nauk o Zdrowiu CM UJ. Nalezy przypomniec niedouczonej Pani
      Readaktor, ze w Polsce nadaje sie aktualnie JEDEN TYTUL NAUKOWY i
      robic to moze wylacznie Prezydent RP na wniosek Centralnej Komisji
      ds Stopni i Tytulu Naukowego - zadna Rada Wydzialu nie ma do tego
      prawa.
    • Gość: naukowiec znowu... IP: *.hist.uj.edu.pl 18.02.10, 13:19
      ......popis dziennikarskiej ignorancji. Wydzial nie stracil prawa
      nadawania tytulow - tyle tylko, ze zawsze mogl nadawac jedynie
      tytuly... ZAWODOWE(np. licencjat/inzynier, magister/lek. med.).
      DOKTOR jest nizszym STOPNIEM naukowym i prawo do jego nadawania
      stracila Rada Wydzialu Nauk o Zdrowiu CM UJ. Nalezy przypomniec
      niedouczonej Pani Redaktor, ze w Polsce nadaje sie aktualnie JEDEN
      TYTUL NAUKOWY i robic to moze wylacznie Prezydent RP na wniosek
      Centralnej Komisji ds Stopni i Tytulu Naukowego - zadna Rada
      Wydzialu nie ma do tego prawa.
      • Gość: nie hist.uj Re: znowu... IP: 188.33.131.* 18.02.10, 14:36
        Znowu to jakaś menda z wydziału rozpisuje się na tematy które nie są z niczym związane...

        faktem jest, że kupa ludzi została postawiona pod ścianą...i to nie prawda, że bronione były tylko prace bezwartościowe, były też ambitne! i to tych ludzi głównie dotknęło!

        "Naukowcy" mają to do siebie, że coraz częściej zajmują się tematem nie na temat, żeby tylko odwrócić uwagę od tego, że im skarpety cuchną!
      • miskolabo Ależ panie profesorze 18.02.10, 17:28
        takich absolwentów kształcicie - stado niedouczonych ignorantów -
        i na historii i na zdrowiu publicznym - może gdyby wybitna kadra akademicka,
        światowej sławy specjaliści od zdrowia publicznego wioch i mieścin galicyjskich
        w xix wieku, i innych michałków równie przydatnych co świerzb na gołębiach
        defekujących krakowski rynek anno domini 2010 , BYLI w ogóle UCHWYTNI we
        wszystkicvh instytutach, katedrach i zakładach , w których mają zatrudnienia -
        stan wiedzy absolwentów byłby nieco lepszy. O jakości kształcenia i jakości
        intelektualnej kadry nie wspominając - bo po co robić sobie przykrości -
        przecież koń jaki jest każdy widzi i tu w IH i na WOZ.

    • pamflet1 wplyw prasy codziennej 18.02.10, 13:28
      Wpływ prasy codziennej na choroby układu krążenia można badać między
      innymi na podstawie reakcji na takie teksty gazetowe, jak ten tu
      komentowany. Ciśnienie tętnicze krwi może znacząco i gwałtowanie się
      podnieść, gdy widzi się mylenie stopnia naukowego z tytułem, gdy
      czyta się, że to przewód ma temat, a nie rozprawa
      doktorska :))))))))))))))))))))
    • Gość: Agata Re: Kres tułaczki doktorantów Wydziału Nauk o Zdr IP: *.internetdsl.tpnet.pl 18.02.10, 20:25
      Jest Pan żałosny. Pisząc że "Ludzie ci potrafią TO I OWO UWYPUKLIĆ w zakresie
      organizacji służby zdrowia,ale do lekarzy medycyny to im bardzo daleko" przede
      wszystkim pomylił Pan pewne kwestie.. osoba która obroniła pracę dr na WOZ
      bynajmniej nie zostawała lekarzem medycyny a doktorem nauk medycznych. Mała
      różnica, nieprawdaż? jesli chodzi o rozwiązywanie tych "problemów naukowych"
      które jakoby robią lekarze na studiach doktoranckich to niestety najczęściej tak
      jest, ze robiąc specjalizację mają gotową grupę pacjentów z którymi spotykaja
      się w pracy, więc nic prostszego jak spisać to i owo z dokumentacji lekarskiej,
      ktoś (najczęściej jakiś statystyk lub własnie osoba po zdrowiu publicznym)
      opracowuje im i przygotowuje wszystkie obliczenia i statystyki bo niestety
      lekarze najczęściej kompletnie sie na tym nie znają (chyba "nie mieli talentu"
      jak to Pan pisał z matematyki i statystyki). kolejna kwestia do fragmentu "Tzw.
      Wydział Nauk o Zdrowiu, to zwyczajne wodolejstwo na temat ekonomii i organizacji
      w służbie zdrowia" - pragne poinformować, iż na wydziale nauk o zdrowiu oprócz
      "specjalisty ZP" uzyskuje sie również tytuł mgr pielęgniartwa, fizjoterapii i
      licencjat ratownictwa medycznego, widzę że wiedza osób komentujacych jest
      malutka na ten temat, a jeśli sie czegoś nie wie, to lepiej sie nie odzywać:)
      inne moje uwagi w pozostałych komentarzach:) zapraszam:)
      p.s. proszę nie zakładać że marzeniem wszystkich jest dostanie sie na medycynę,
      może przemawiaja przez Pana niespełnione pragnienia, ale ja pamietam jak dobrych
      parę lat temu, gdy kończyłam liceum (klasa biol.-chem.) na medycynę z mojej
      klasy wybierały sie głównie osoby bez "talentu" z powodów finansowych
      (przyszłych spodziewanych korzyści oczywiście wynikających z zawodu lekarza), a
      inni, którzy mieli naprawde ten Pana "talent" wybierali np biotechnologię lub
      kierunek matematyczno-przyrodniczy na który przyjmowana jest tylko garstka osób,
      naprawdę inteligentnych.
      • manfred211 Re: Kres tułaczki doktorantów Wydziału Nauk o Zdr 19.02.10, 06:07
        Słowo "lekarz" w swojej opinii użyłem celowo, by pobudzić dyskusję w tym temacie.
        Absolutnie nie mylę tytułu naukowego z tytułem zawodowym.

        Sprawa jest banalnie prosta. Ktoś kto nie zajmuje się medycyną i para się
        badaniami OKOŁOMEDYCZNYMI nie może uzyskać tytułu naukowego DOKTORA NAUK
        MEDYCZNYCH! po prostu dlatego, że nie zajmuje się medycyną a zastosowaniami
        narzędzi i modeli matematycznych w badaniach z zakresu ekonomiki, organizacji i
        zarządzania w medycynie.

        Tak jak magister ekonomii zajmujący się badaniami nad organizacją i
        zarządzaniem w przemyśle chemicznym nie otrzymuje tytułu naukowego DOKTORA NAUK
        CHEMICZNYCH a np. doktora nauk ekonomicznych.
        Jest to bardzo proste.

        Tymczasem wg Pani, ktoś kto zajmuje się modelami i statystyką w służbie zdrowia
        i zrobi z tej dziedziny doktorat, ma zostać doktorem nauk medycznych a nie
        DOKTOREM EKONOMII lub DOKTOREM ŃAUK Z ZAKRESU ZARZĄDZANIA. Tutaj jest problem.


        Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że dotychczasowy egzamin na studia medyczne
        był najtrudniejszy z możliwych. Zdanie egzaminu testowego jednocześnie z chemii,
        fizyki i biologii wymagało wybitnych talentów, wiedzy i odporności psychicznej.
        Chodziło o wypełnienie testowe w ciągu pięciu godzin książeczki około 60
        stronicowej. Nie dało się tego zrobić bez biegłości, wiedzy i predyspozycji
        psychicznych. Teraz jest to o wiele prostsze. Decyduje konkurs świadectw i na
        studia medyczne będzie trafiało coraz więcej osób przypadkowych, a studia te
        oprócz zdolności i pracowitości wymagają jeszcze tzw powołania.

        Żadna zazdrość przeze mnie nie przemawia. Moja żona i córka są lekarzami, więc
        nie mam czego nikomu zazdrościć. Ja zdałem na Politechnikę egzamin konkursowy i
        zawsze byłem dobry z matematyki, ale z testem na medycynę miałbym spore
        problemy. Egzamin na Politechnikę był dla mnie spacerkiem. gdyż tam wystarczały
        tylko zdolności matematyczno-fizyczne. W przypadku zdawania na Medycynę one
        niestety nie wystarczają.

        Moja córka kończyła liceum biologiczno-chemiczne w Krakowie. Z jej klasy (32
        osoby) 14 osób zdawało na CMUJ i wszystkie się dostały. 8% studentów jednego
        rocznika to byli absolwenci jednej klasy jednego liceum w Krakowie. To o czymś
        świadczy.
        Twierdzenie, że moja córka nie ma talentu do matematyki i statystyki, to też
        nieporozumienie. Pisze biegle w Power Poincie referaty na konferencje naukowe,
        korzysta z internetu, zna biegle programy komputerowe. To w zupełności
        wystarcza, żeby sobie radzić w badaniach naukowych (także statystycznych!).
        Jeżeli ma jakiś problem statystyczny, to zawsze może poprosić kogoś z
        Uniwersytetu Ekonomicznego lub AGH o konsultację i współpracę. Problem w tym, że
        mądre wnioski z tych statystycznych uogólnień może wyciągnąć jedynie lekarz
        medycyny a nie ktoś, kto zajmuje się okołomedycyną.

        Oczywiście rozumiem Pani argumentację i doceniam badania z zakresu
        biotechnomogii, ale przecież nie domaga się Pani dla siebie w przypadku
        zrobienia doktoratu tytułu naukowego doktora nauk medycznych a doktora chemii
        fizyki lub biotechnologii (o ile taki tytuł istnieje w nomenklaturze tytułów
        naukowych?).

        Proponuję, by nie deprecjonować tytułu naukowego DOKTOR NAUK MEDYCZNYCH, tak jak
        nie każdy może się nazwać LEKARZEM MEDYCYNY pomimo, że jest przydatny i
        użyteczny w OKOłOMEDYCYNIE (próbują to nagminnie robić hochsztaplerzy z
        dziedziny "bioenergoterapii"??? - co to w ogóle jest?).

        I jeszcze jedno. Jeden z dyskutantów na tym forum wyraził opinię, ze tytuły
        naukowe DOKTORA NAUK nadaje Prezydent. Nie jest to prawda. Nadaje je Rada
        Wydziału czyli samorząd uczonych. Dotyczy to również tytułu DOKTORA
        HABILITOWANEGO. Tylko tytuł PROFESORA i to tylko BELWEDERSKIEGO nadaje
        prezydent. Tytuł profesora uczelnianego nadaje Senat uczelni. I tutaj jest jasność.
        W dalszym ciągu uważam, że Wydział Zdrowia |Publicznego nie jest nikomu
        potrzebny. Zarówno pielęgniarki i jak i rehabilitantów (fizjoterapeutów według
        nomenklatury UE) można kształcić (nawet na poziomie doktorskim) w
        dotychczasowych strukturach (na stosownych wydziałach CM lub Akademii Wychowania
        fizycznego). Nie trzeba do tego żadnego specjalnego wydziału, a zwłaszcza nie
        trzeba dla doktorów nauk z tych dziedzin tytułu naukowego DOKTORA NAUK MEDYCZNYCH.
        • pamflet1 chlopie! 19.02.10, 10:28
          ogarnij sie wreszcie! Nie ma "tytulu naukowego DOKTORA"!!!! Nie
          ma "tytulu naukowego DOKTORA HABILITOWANEGO". Jest [u]STOPIEN [u]
          NAUKOWY DOKTORA, jest [u]STOPIEN[u]NAUKOWY DRA HAB
        • Gość: naukowiec Re: Kres tułaczki doktorantów Wydziału Nauk o Zdr IP: *.hist.uj.edu.pl 19.02.10, 10:45
          Zdaje sie, ze kolega manfred wywowal mnie do tablicy, piszac:
          "I jeszcze jedno. Jeden z dyskutantów na tym forum wyraził opinię,
          ze tytuły
          > naukowe DOKTORA NAUK nadaje Prezydent. Nie jest to prawda. Nadaje
          je Rada
          > Wydziału czyli samorząd uczonych. Dotyczy to również tytułu DOKTORA
          > HABILITOWANEGO. Tylko tytuł PROFESORA i to tylko BELWEDERSKIEGO
          nadaje
          > prezydent. Tytuł profesora uczelnianego nadaje Senat uczelni. I
          tutaj jest jasność".

          Przypomne co napisalem:
          "DOKTOR jest nizszym STOPNIEM naukowym i prawo do jego nadawania
          stracila Rada Wydzialu Nauk o Zdrowiu CM UJ. Nalezy przypomniec
          niedouczonej Pani Redaktor, ze w Polsce nadaje sie aktualnie JEDEN
          TYTUL NAUKOWY i robic to moze wylacznie Prezydent RP na wniosek
          Centralnej Komisji ds Stopni i Tytulu Naukowego - zadna Rada
          Wydzialu nie ma do tego prawa".

          Zatem, kolego manfredzie - czyzby klopoty ze zrozumieniem prostego
          tekstu pisanego? Pomoge wiec koledze:
          1. Nigdy nie napisalbym niedorzecznosci w rodzaju: "tytuł naukowy
          doktora nadaje prezydent", z dwoch wzgledow: a) doktor to nie tytul
          (wbrew urojenionm kolegi manfreda) ale STOPIEN naukowy, b)jestem
          przy zdrowych zmyslach.
          2. kolega manfered widac nie wie, ze w Polsce jest jeden tytul
          naukowy skoro pisze: "tytul i to tylko profesora belwederskiego...".
          Z nastepnego zdania (kompletnie niedorzecznego) kolegi manfreda
          wynika, ze wedlug niego istnieje cos takiego jak "tytul profesora
          uczelnianego". Widac jak na dloni, ze kolega manfered nie umie
          odroznic nie tylko stopnia naukowego od tytulu naukowego, ale tez
          tytulu naukowego od stanowiska. Zgroza!
        • pamflet1 Wykaz 19.02.10, 11:12
          wiesz, co naukowiec? ja mysle, ze ludnosc zupelnie nie wie jaka jest
          roznica miedzy tytulem zawodowym, stopniem naukowym, tytulem
          naukowym, stanowiskiem akademickim. Zrobmy wiec wykaz!

          Tytuly zawodowe:
          licencjat lub inzynier
          magister lub lekarz medycyny/dentysta

          Stopnie naukowe:
          doktor
          doktor habilitowany

          Tytul naukowy:
          profesor

          Stanowiska akademickie (naukowo-dydaktyczne):
          asystent
          adiunkt
          profesor nadzwyczajny
          profesor zwyczajny
          (dydaktyczne):
          instruktor/lektor
          wykladowca
          st. wykladowca.

          No i po bolu! Zeby tylko ludnosc byla pojetna :))))))))))))

          • manfred211 Re: Wykaz 19.02.10, 11:27
            Oczywiście Pamflecie masz świętą rację. Przecież są prace naukowe na stopień
            naukowy a nie na tytuł naukowy. Nie wiem dlaczego uznałem, że kwestionujesz
            prawa w tym zakresie Rad Wydziałów. Przepraszam Cię.

            Żeby Ci wynagrodzić pewien intelektualny dyskomfort tej polemiki, to powiem ci
            dowcip:

            Jaka jest różnica pomiędzy Panią Doktor a Panią Doktorową?

            - Pani Doktor doszła do swego stopnia naukowego przez talent i pracę, a Pani
            Doktorowa doszła do swojego tytułu przez D..ę.

            Pozdrawiam - manfred211
            • pamflet1 Drogi Manfredzie! 19.02.10, 12:15
              Widze, ze mam do czynienia z powaznym polemista i sympatycznym
              czlowiekiem! Pozdrawiam Cie serdecznie i nie przejmuj sie,
              ze "naukowiec" sie po Tobie troszke "przejechal" (mial racje, choc
              sie niepotrzebnie wkurzyl). Oby wiecej takich dyskutantow na forum,
              bo jak na razie duzo tu takich "nie histów", dla ktorych
              slowo "menda" to jedno z najchetniej uzywanych.
    • Gość: Andy Re: Kres tułaczki doktorantów Wydziału Nauk o Zdr IP: *.net.autocom.pl 19.02.10, 11:08
      Faktycznie, ludziom zajmującym się profesjonalnie organizacją
      ochrony zdrowia bardzo daleko do lekarzy medycyny - reprezentują
      zdecydowanie wyższy poziom inteligencji i logicznego myslenia,
      których to cech lekarzy niestety kompletnie się pozbawia w procesie
      pamięciowego kształcenia.. :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka