Gość: cyberghost
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
22.12.04, 19:28
Co roku mam tego faceta coraz bardziej dość i co roku właśnie o tej porze muszę znosić jego nachalną obecność. Atakuje mnie z nieskończonej liczby reklam w telewizji i czasopismach (lub czasopismach ;-) ), wyłazi na ulice, dyżuruje przy wejściu do co drugiego sklepu, wszystko w jednym celu: zmusić mnie do wydania pieniędzy. Wcisnąć ile tylko się da gadżetów, telefonów komórkowych, zabawek i wszelkiego innego śmiecia, najlepiej na kredyt, który będę w pocie czoła spłacał do połowy przyszłego roku. Może by mnie to aż tak nie wkurzało, gdyby nie fakt, że ów jegomość, o powierzchowności przepitego piwosza, przebranego dla zgrywy za krasnoludka, podszywa się przy tym pod świętego. I to bardzo konkretnego świętego…Świętego Mikołaja.
Taki święty istniał naprawdę, żył na przełomie II/III wieku po Chrystusie w Azji Mniejszej, gdzie jako biskup zasłynął z opieki nad ubogimi do tego stopnia, że chrześcijańska tradycja uczyniła go w końcu dobrym duchem, przychodzącym do biednych dzieci, a potem do wszystkich dzieci z workiem prezentów. (polecam lekturę o tym świętym polskim księżom….z wyjątkiem księży pedofili).
Ktokolwiek to wie powinien się od razu zdziwić: jeśli Azjia Mniejsza to skąd sanie, renifery, futrzane obrębienie szat? Jeśli biskup to skąd pomponiasta czapka krasnala? Oczywiście można to łatwo wyjaśnić – sanie i renifery, bo w naszej strefie klimatycznej święta Bożego Narodzenia kojarzą się z zimą, a taki a nie inny strój – bo kościół imieniem świętego ochrzcił jakiegoś skrzata, związanego z pogańską tradycją zimowego święta przesilenia, czy narodzin nowego słońca, tak jak samo święto utożsamił z narodzinami Jezusa. Taką strategie przyjęła w Europie ewangelizacja pierwszych wieków. Z politeistycznymi nawykami poradzono sobie już to dopisując miejscowe demony (jak polskiego Rokitę) do listy chrześcijańskich diabłów, już to oddając kompetencję lokalnych bożków świętym patronom. Germańskiego Dziadka Mroza (jakkolwiek się pierwotnie zwał) utożsamiono ze świętym Mikołajem, a zimowy entourage był do tej operacji niezbędny. Gdy teraz patrzę na spaślucha z pijackim nosem, wciąż z rozpędu nazywanego świętym Mikołajem, gdy widze jak znakiem świąt stało się nakładanie czerwonych czapeczek z pomponem już nie tylko sprzedawcom, ale nawet panienkom z okładek pism dla dorosłych, mam wrażenie, że metody wczesnośredniowiecznej chrystianizacji znowu zostały użyte, tylko do celu dokładnie odwrotnego. Święta, które jeszcze dla pokolenia moich rodziców były przeżyciem religijnym, zawłaszczane są coraz częściej przez inną zupełnie religię – religię rozbuchanej konsumpcji, reklamy i ubóstwienia kolorowych przedmiotów w supercenach i trzech w cenie jednego. Religii, która zamienia czasem siedem grzechów głównych z dekalogiem. Facet w czerwonej czapeczce, jeśli rzeczywiście jest świętym, to tej właśnie nowej świeckiej religii. Zresztą fakt znaczący w tej postaci, w jakiej go znamy, wymyślony został przez twórców reklamy amerykańskiego napoju chłodzącego.
Ratunku....szukam argumentów "za" świętami, bo powszechność mody na nielubienie świąt już mi sie zaczyna nudzić. Ave przekora! :)