Gość: Tomek
IP: *.idg.com.pl
05.03.01, 12:40
Kupiłem wczoraj książkę ZAKAZANA ARCHEOLOGIA. Przeczytałem już kilkadziesiąt
stron, nie licząc długich wstępów. Bardzo, bardzo ciekawe.
Skamieniała podeszwa w łupkach, złoty łańcuszek czy kubek żelazny w bryłach
węgla (podobno epoka Karbonu). Dzbanek srebrzony pod 12 warstwami wapienia,
rzeźbione figurki wydobywane podczas wiercenia studni na głębokości 40 i 90 m.
To tylko nieliczne z setek dokładnie opisanych i udokumentowanych odkryć.
Jakoś nie słychać, żeby "oficjalna nauka" starała się zbadać i obiektywnie
ocenić znaleziska, które jawnie przeczą teorii ewolucji. Mamy w zamian do
czynienia z odwróceniem logiki zgodnie z zasadą "jeżeli fakty nie pasują do
teorii, tym gorzej dla faktów". Odkrycia "nie pasujące" do teorii ewolucji
naukowcy uznają za niemożliwe lub niebyłe - nawet, jeżeli dowodzenie ich
prawdziwości odbywa się metodami, które sami uznają za "bezdyskusyjnie pewne".
Wcale się nie dziwię, że takie fakty się ukrywa, bądź celowo pomija - ich
uznanie za autentyczne stawiałoby na głowie całą wiedzę i teorie, na których
będący dziś naświeczniku naukowcy się doktoryzowali czy habilitowali. Tym
lepszym nie wypada, bo się publicznie ośmieszą, tym słabszym zaś nie wypada, bo
ci lepsi ich wyśmieją.
Faceci, którzy napisali tę książkę przyznają się do przynależności do ruchu
hare kryszna, z którym, zaznaczam, w ogóle się nie identyfikuję. Co by nie
mówić, trzeba przyznać, że każdy opisywany w ZAKZANEJ ARCHEOLOGII
przypadek/znalezisko traktowany jest naukowo - bez jakichkolwiek uprzedzeń czy
dogmatów. Jeżeli czegoś nie da się jednoznacznie udowodnić, nie starają się
tego robić na siłę i otwarcie o tych wątpliwościach mówią. Nie naginają faktów,
jak zwolennicy teorii ewolucji. Jednocześnie materiał jest napisany i
skomentowany w przyjemnym stylu "historyjki". Poza tym dobrze się to czyta -
niezłe tłumaczenie.
Niby dziwię się, że w ogóle wydano tę książkę - że nie było jakichś "anty-
akcji" ze strony "świata nauki". Z drugiej strony, być może jednak właśnie tak
ma być - książka ma pozostać w drugim "szarlatanerskim", "oszołomiarskim"
obiegu. Przemilczenie jest łatwe i skuteczne. W końcu oficjalna nauka ma i tak
nieograniczony dostęp do mediów (np. kanał Discovery) i to ona kształtuje
programy szkolne. Wątpię, żeby w jakiejkolwiek szkole ktokolwiek bawił się w
tego typu niuanse. Dyskusje nad materiałem przedstawionym w książce powiny
trwać na uniwersytetach - z definicji powołanych do tego, żeby badać i
zastanawiać się. Nie spodziewam sie jednak zbyt wiele. Polskie uniwersytety - z
tych czy innych względów, nie działają twórczo, lecz odtwórczo.
Napiszcie, co sądzicie.
Pozdrowienia,
Tomek