gatsby_ck
14.08.02, 16:47
Zawsze wydawało mi się, że ziarenko melancholii, wszelakiej postaci, trafia w
Krakowie na tę najżyźniejszą glebę i dopiero tutaj może wzróść i rozkwitnąć w
całej swej krasie; rzekł bym, niczym jaka czarna róża. Bo czyż jest co
bardziej dekadenckiego, niż zlane deszczem kamienice, koscioły, synagogi,
tramwajownie...cmentarze i te wszystkie cudowne starocie, których w Krakowie
niezmierzona wprost obfitość. Jak nigdzie indziej, możemy być pewni, że
żadna "okoliczność przyrody" nie wyrwie nas z owego błogiego marazmu,
odrętwienia, a może nawet cudownej depresji. Właściwie jesteśmy
usprawiedliwieni, bo czymże jest nasz nędzny żywot wobec tych wieków w murach
zaklętych?;)) Oczywiście, że niczym; nie ma się zatem co spieszyć. Ja to
uwielbiam i ubolewam, bo tak nam się klimat pozmieniał, że łatwiej o tornado
ostatnio, niż o tydzień uczciwej szarugi (takiej z mgiełką i mżawką).
A Wy lubicie ten krakowski spleen?