Gość: dp
IP: *.zax.pl / *.zax.pl
03.02.06, 12:33
Nie będziemy kończyć naszej polemiki tylko dlatego, że wam się tak podoba.
Mogliśmy ją odłożyć ze zrozumiałych względów - na czas żałoby narodowej po
katowickiej tragedii. Nie możemy zakończyć, dopóki nie przeprosicie za
insynuacje i pomówienia, których dopuściliście się wobec "Dziennika
Polskiego" i jego wydawcy - Zarządu Wydawnictwa Jagiellonia SA w
tekstach: "Bezwstydni lustratorzy z Dziennika Polskiego", "Dziennik Polski
lustruje dziennikarzy", "Autolustracja w Dzienniku Polskim". Nawet w
sobotniej rejteradzie z pola walki pt. "Nie warto polemizować" pomawiacie
nadal, pisząc o nas jako "współodpowiedzialnych za propagandę stanu
wojennego".
Wiem, że brak argumentów, ale "insynuacji, kalumnii, inwektyw i pomówień"
zawsze ci u was był dostatek. Rzucanych na lewo i na prawo od lat pod adresem
wielu uczciwych, ale niewygodnych wam ludzi z wielu środowisk. Nie jesteśmy
pierwsi - i pewnie nie ostatni.
O nie! panowie z "Wyborczej" - nie zamierzam niczego kończyć na rozkaz
wydawany z waszych łamów...
Chcecie "merytorycznego, cywilizowanego sporu"? Proszę bardzo! Jestem gotów,
bo taki spór - wbrew temu, co napisaliście - leży właśnie w
naturze "Dziennika", od kiedy ci "bezwstydni lustratorzy" mają rzeczywisty
wpływ na jego oblicze. Tak więc oczekuję od was odpowiedzi na moje argumenty
przytoczone w miniony piątek - a obalające waszą tezę, iż oto za lustrowanie
dziennikarzy biorą się ci, którzy nie mają żadnego moralnego prawa, aby tak
czynić...
Ja uważam, i starałem się to udowodnić, że nie tylko mam takie prawo, ale
wręcz obowiązek wobec własnego tytułu i zatrudnionych w nim uczciwych ludzi.
Starałem się to wykazać faktami do sprawdzenia - nie ograniczając się
do "insynuacji i kalumnii" - bo to dla was byłoby najbardziej wygodne...
Wy natomiast powtarzacie wciąż tylko mantrę o "dziennikarzach aktywnych w
latach 80.", pomijając zupełnie milczeniem to, co napisałem - na czym owa
aktywność ludzi z "Dziennika" także polegała w owej mrocznej epoce. Nie wam,
panowie z "Wyborczej", osądzać, kto miał a kto nie prawo spojrzeć w lustro
wówczas, gdy cała reżimowa prasa kłamała głównie Jerzym Urbanem (wszak
bliskie kontakty towarzyskie czołowych przedstawicieli "Wyborczej" z tymże
osobnikiem nie są pomówieniem, lecz publicznie uczynionym wyznaniem waszego
redaktora naczelnego). Wy, panowie z "Wyborczej", ośmielacie się osądzać mnie
i moich kolegów z dziennikowej "Solidarności", którzy w najtrudniejszych
chwilach nie mieli wątpliwości, po której stronie powinien się znaleźć
człowiek, chcący być po prostu przyzwoitym.
Wy, którzy mieliście, a może i macie nadal w swych szeregach
TW "Ketmana", "Returna" (czy jak się on tam jeszcze w SB-ckiej nomenklaturze
nazywał), którego meldunki siały spustoszenie w szeregach krakowskiej
opozycji.
Trudno to dzisiaj uznać, nawet wam, za pomówienie - to stwierdzony i bardzo
dobrze udokumentowany fakt. Między innymi w najnowszych publikacjach
historyków IPN Ewy Goleń-Zając, Henryka Głębockiego, Piotra Gontarczyka (w
zbiorze "Aparat represji w Polsce Ludowej 1944-89"). My nie mieliśmy kontaktu
z Maleszką vel "Ketmanem" - dlatego może nie trafiliśmy tam, gdzie wielu
przyzwoitych ludzi. Czy mamy się z tego powodu wstydzić? A gdzie pracował, a
może i jeszcze pracuje Maleszka - w "Dzienniku Polskim" czy w "Gazecie
Wyborczej"? Pomówienie to, czy fakt?
Poddajmy się, panowie z "Wyborczej", osądowi Czytelników, zanim wzajemnie
podejmiemy przeciwko sobie "kroki prawne".
Są tylko dwie możliwości.
Pierwsza - że to ja kłamię. Nasze zaangażowanie po stronie solidarnościowego
podziemia, czego parę przykładów dałem w miniony piątek - to konfabulacja.
Takoż dziełem przypadku zapewne jest, że po czasach podziemnych
koło "Solidarności" przy "Dzienniku Polskim" reaktywuje się oficjalnie od
razu jako pierwsze spośród krakowskich redakcji. Również przypadkiem właśnie
w "Dzienniku" przed wyborami 1989 roku ukazuje się stała kolumna
Małopolskiego Komitetu Obywatelskiego "Solidarność". Przypadkowo przed
wyborami samorządowymi 1990 roku stałą kolumnę ma tu Krakowski Komitet
Obywatelski "Solidarność" - i jakimś przypadkiem redagują ją dwaj aktualni
członkowie Zarządu Wydawnictwa Jagiellonia SA (dziś według waszej
terminologii "bezwstydni lustratorzy, niemający moralnego prawa" itd...). Jak
sądzicie - Służby Bezpieczeństwa i jej informatorów z naszej redakcji
zupełnie to nie interesowało? Także i to, że zanim jeszcze SB - przynajmniej
formalnie - wyzionęła ducha, właśnie w "Dzienniku Polskim" nastąpił "zamach
stanu" i dawnego redaktora naczelnego, nominowanego jeszcze przez komitet
PZPR, zastąpił wkrótce wybrany przez zespół na tę funkcję przewodniczący
redakcyjnej "Solidarnośći"?...
Jest jednak i możliwość druga. Taka mianowicie, że to właśnie wy, panowie
z "Wyborczej"... mijacie się z prawdą. Tak jak często macie zwyczaj to
czynić - bez pobieżnego bodaj sprawdzenia - przyjęliście z góry tezę (każdy,
kto przed 1989 rokiem pracował w dziennikarskim zawodzie, musiał być świnią,
czyli "wychwalać stan wojenny, partię i jej zbrojne ramię"), a potem do tej
tezy zaczęliście szukać uzasadniających ją rzekomo "faktów". A jak faktów nie
było - to półprawd. A jak i ćwierćprawd zabrakło, to... postanowiliście
zakończyć polemikę.
Hola, panowie z "Wyborczej". Zanim zakończycie, to najpierw przeprosicie.
Przede wszystkim Czytelników "Dziennika Polskiego" i jego zespół. Potem
Zarząd Wydawnictwa Jagiellonia SA. Przeprosicie też z imienia i nazwiska
mojego kolegę z zarządu pomówionego przez was o przynależność do PZPR. A na
końcu przeprosicie mnie - Czesława T. Niemczyńskiego (b. członka
Międzyredakcyjnej Komisji Koordynacyjnej NSZZ "Solidarność", b.
przewodniczącego tegoż związku w "Dzienniku Polskim", b. redaktora
naczelnego "Dziennika" w latach 1990-2000, a dziś jego wydawcę i wiceprezesa
Zarządu Wydawnictwa Jagiellonia SA). Tego, który uważa, że ma moralne prawo
wystąpić do własnych dziennikarzy z apelem o autolustrację, bo wbrew temu, co
napisaliście, panowie z "Wyborczej" - choć jestem pewien, że szukaliście
głęboko - nie znajdziecie jego tekstu, w którym "wychwala stan wojenny,
partię i jej zbrojne ramię". Jak poszukacie, to znajdziecie za to cykl
tekstów o Powstaniu Styczniowym, a obok coś do poczytania o wiecznie żywych
metodach działania carskiej "ochrany". Dla osób niezajmujących się historią
wyjaśniam - to była taka "bezpieka" cara-batiuszki, niestety dość skuteczna,
której bliskie były metody prowokacji i pomówień...
I jeszcze jedno - jeżeli jest tak, że to wy kłamiecie, nie ja - to będziecie
to kłamstwo odwoływać nie tylko w dodatku krakowskim waszej gazety. Tutaj,
gdzie rozchodzi się "Dziennik Polski", o werdykt Czytelników jestem dziwnie
spokojny. Natomiast wy pomówiliście mnie przed Czytelnikami w całej Polsce.
Także tam, dokąd "Dziennik Polski" - przynajmniej na razie - jeszcze nie
dociera ze słowami prawdy. Przeprosicie więc wszędzie tam, gdzie
skłamaliście.
CZESŁAW T. NIEMCZYŃSKI
PS A żeby nie było tak - nie po chrześcijańsku - że tylko wy mnie
przepraszacie, a ja zupełnie bez winy... Owszem, za określenie "misiaczki z
gazetki", którym poczuliście się urażeni - po katolicku niniejszym
przepraszam. Poniosło mnie.
Czuchnowskim
i Mancewiczom
"Gazeta Wyborcza" ogłosiła, że kończy dyskusję z "Dziennikiem Polskim" z
uwagi na jej poziom. Nareszcie choć trochę samokrytyki. Dowiedzieliśmy się
też, że Wojciech Czuchnowski poda nas do sądu. Pozew może być lepszy od
wypracowań Czuchnowskiego, bo prawnicy bywają inteligentni.
Ja Czuchnowskiego do sądu nie skieruję, choć powodów byłoby pod dostatkiem.
Przepraszając mnie, znowu pomieszał przeprosiny z kłamstwem. Nie wyślę do
sądu ani Czuchnowskiego, ani Mancewicza. Mnie nie każdy może obrazić.