Dodaj do ulubionych

Ksero student odpowiada wykładowcy

    • Gość: DeJot Nowe standardy. IP: *.hstl6.put.poznan.pl 20.03.09, 01:24
      Świat się zmienia, zmieniają się wraz z nim standardy- także wykształcenia.

      Kiedyś kończąc technikum i zdając maturę miało się otwarte drzwi do tzw klasy
      średniej, która oferowała całkiem godny status majątkowy.
      Teraz po technikum z maturą nawet nie za bardzo można na bycie kierownikiem
      czegokolwiek (prócz własnego biznesu daj Boże) liczyć. Studia stały się
      wykształceniem niejako standardowym. Ale spokojnie - przyroda i tym razem
      znalazła rozwiązanie i niebo nam na głowy nie spadnie - są wśród nas też
      jednostki wybitne- tak jak 30 lat temu ci, którym "wydumały" się studia- tacy
      ludzie w moim pokoleniu wpadają na pomysły o drugim, trzecim kierunku, studiach
      podyplomowych, dodatkowych szkoleniach, stażach i dobrych ambitnych praktykach.
      Po prostu poziom poszedł wyżej. Teraz pojedyncze wykształcenie wyższe jest
      wykształceniem najzwyczajniej średnim. Kto chce więcej - ten sobie poradzi.

      A jeśli standardy życia zrównają się z resztą europy to ja osobiście nie mam z
      tym żadnego problemu by nie wyskoczyć w życiu ponad bycie menedżerem.

      Jest fajny program tv który coś o współczesnym świecie mówi. I uważam że może
      też na pewne rzeczy otworzyć oczy takim osobom jak Pani Doktor. Polecam : System
      09 odcinek 2 "bogaćmy się" -> Youtube
      • Gość: Be Re: Nowe standardy. IP: *.internetdsl.tpnet.pl 20.03.09, 23:02
        są wśród nas też
        > jednostki wybitne- tak jak 30 lat temu ci, którym "wydumały" się studia- tacy
        > ludzie w moim pokoleniu wpadają na pomysły o drugim, trzecim kierunku, studiach
        > podyplomowych, dodatkowych szkoleniach, stażach i dobrych ambitnych praktykach.
        > Po prostu poziom poszedł wyżej. Teraz pojedyncze wykształcenie wyższe jest
        > wykształceniem najzwyczajniej średnim. Kto chce więcej - ten sobie poradzi.


        Jeśli uważasz, że studia na dwóch kierunkach są przepustką do czegokolwiek to jesteś w ogromnym błędzie. Studiować na dwóch kierunkach obecnie po zmienia systemu przuyjęć na podstwie matury może każdy. Nie jest sztuką skończyć na detach 2 kierunki z masą poprawek.
        Pracodawcy doskonale zdają sobie sprawę, ze studia są przeładowane teorią i osoby prosto po nich wymagają mniejszego lub większego doszkolenia.

        Jesli ktoś jest ambitny i jest w czymś dobry to wybije się nawet bez tych dwóch kierunków. Po prostu trzeba CHCIEĆ i nie ograniczac się wyłącznie do tego co jest na zajęciach, ale samemu tez popracować nad tym.

        Co do kolejnej kwestii - internetu. W mojej dziedzinie jets on bardzo ważny. Zdecydowanie łatwiej jest sięgnąć po przepisy używając strony sejmowej niż wertować dzienniki ustaw na miejscu w czytalni. Poza tym w dziedzinach w których trzeba być na bieżąco internet sporo ułatwia.
    • Gość: dexo Ksero student odpowiada wykładowcy IP: *.net.autocom.pl 20.03.09, 09:21
      No studia kosztują. 1 student na mojej uczelni i na moim wydziale kosztuje
      (przez 5 lat) państwo 110 tyś. zł. Co mnie uderza w temacie to to jak czasem
      nie chce się walczyć na trudnym kierunku jak wie się że można mieć o wiele
      łatwiej....
    • Gość: Elwro Wejściówka studencka do filharmonii to 6 zł IP: *.citynet.pl 20.03.09, 09:35
      więc nie ma co mówić, że studenta "nie stać".
    • Gość: studentos Ksero student odpowiada IP: *.p.lodz.pl 20.03.09, 09:41
      Hmm myślę, że w twoim artykule jest dużo prawdy tylko zbyt grzecznie
      opisanej.. Ja bym jeszcze dodał że najczęściej wykładowcy niewiele wiedzą
      prowadząc jakiś przedmiot z danego kierunku nauki o całym tym kierunku dając
      na to np: matematyki czy chemii. Sam byłem światkiem gdy szanowny pan doktor
      powiedział że jeśli ktoś poleje się stężonym kwasem ma szybko wsadzić rękę pod
      wodę... Ktokolwiek ma pojęcie o najbardziej elementarnej wiedzy chemicznej wie
      dlaczego tego nie można zrobić, co więcej pytając o zakres właśnie jego
      "wiedzy" chemicznej z której był ekspertem np. o ćwiczenie znajdujące się na
      drugiej sali odpowiedział cytuje "nie mam pojęcia"... Ja rozumiem, że teraz
      nastały czasy że jak ktoś potrafi założyć koło to nie potrafi już obsłużyć
      lewarka ani dokręcić śrubek bo od tego jest inna osoba ale skoro ktoś wymaga
      ode mnie zdawania egzaminów ze wszystkiego i wiedzieć wszystko to czemu ja nie
      mogę wymagać tego również od tej osoby ? Spotkałem się również z opinią, że
      wykładowcy nie są od tego by tłumaczyć studentom zagadnienia tylko sprawdzać
      ich wiedzę.. tylko, że jaki to problem powiedzieć 5 słów które wyjaśnią
      wszystko niż skazywać studenta nad ślęczenie przed 4 przestarzałymi
      podręcznikami przez parę godzin ? Takich przykładów można podawać miliony ale
      myślę, że nikomu nie chciałoby się tego czytać podrawiam
      • ziemia.ognista Re: Ksero student odpowiada 21.03.09, 20:11
        > Sam byłem światkiem gdy szanowny pan doktor
        > powiedział że jeśli ktoś poleje się stężonym kwasem ma szybko wsadzić rękę pod
        > wodę... Ktokolwiek ma pojęcie o najbardziej elementarnej wiedzy chemicznej wie
        > dlaczego tego nie można zrobić

        Taa? Cytat z BHP z mojego laboratorium:
        "Większość oparzeń chemicznych jest wywołana stężonymi roztworami kwasów i zasad. Pierwsza pomoc polega na natychmiastowym zmyciu żrącej substancji dużą ilością bieżącej zimnej wody. Następnie, w celu zobojętnienia, należy przemyć oparzone miejsce 1-procentowym roztworem kwasu octowego w przypadku oparzenia zasadą lub 1-procentowym roztworem wodorowęglanu sodu przy oparzeniu kwasem."
    • Gość: hyner66 Ksero student odpowiada wykładowcy IP: 86.47.47.* 20.03.09, 09:43
      student to taka lepsza rasa psa
      • 8y Re: Ksero student odpowiada wykładowcy 20.03.09, 09:55
        Ludzie piszacy, ze zaoczni maja mniej wiedzy sa pacanami. WIedza nie zalezy od
        tego ile ma sie godzin i jaki zakres materialu. WIedza zalezy od czlowieka, od
        tego ile sie uczy. Sam skonczylem studia zaoczne i wiem, ze po otrzymaniu
        dyplomu moja wiedza byla duzo wieksza niz wiekszosci ludzi ze studiow dziennych.
        Przyklad: wiekszosc z nich znala 3 programy do projektowania, ja doksztalcilem
        sie sam i znalem ich 7.
        Dziekuje.
    • Gość: stu-dęt Czyja wina? IP: *.speed-net.pl 20.03.09, 10:08
      Moim zdaniem, przyczyną całego tego konfliktu jest fakt, iż świat poszedł do
      przodu a system nauczania na uczelniach wyższych pozostał niezmieniony od
      n-dziesięciu lat. Nie można zrzucać winy ani na wykładowców, ani na studentów,
      bo obie grupy są ofiarą tej stagnacji. Różnica polega na tym, że osoba, która
      zostaje na uczelni, robi doktorat, habilitację, z czasem "wtapia się" się w
      system, przyzwyczaja się do niego i uważa za coś oczywistego. I nie jest to nic
      dziwnego - czy pracując 30 lat w jakiejkolwiek branży, człowiek mógłby z
      łatwością powiedzieć "czas na zmianę"?

      Fakt, że dziś studentem może być niemal każdy nakręca coraz większe wymagania
      pracodawców w kwestii wykształcenia i na odwrót - zataczamy błędne koło.
      Absolwenci uciekają na zachód - dlaczego? Bo tam nie mają takich wymagań, bo na
      zachodzie studenci to nie 50% społeczeństwa. Zamiast myśleć o tym, czy wcześniej
      była kura czy jajko i szukać winnych, lepiej byłoby poszukać jakiegoś
      rozwiązania. Osobiście uważam, że skostniałe oblicze całej metodyki i sposobu
      przekazywania wiedzy wynika poniekąd z faktu, że wszystkie badania
      przeprowadzane Polsce wciąż zamknięte pod twardym kloszem schematów, których
      nikt nie chce, lub boi się, przebić.

      Są tu na szczęście wyjątki - nasz przyszły promotor, przykładowo (tu się
      zdradzę, że jestem studentem 3 roku anglistyki), na samym początku proseminarium
      podał nam trzyczęściową bibliografię. Pierwsza część zawierała opracowania,
      rozprawy , bibliografie, monografy itp. Na drugiej widniały czasopisma
      międzynarodowe dot. naszego przedmiotu, a trzecia część to zestawienie linków
      internetowych do zaufanych witryn dot. lingwistyki, przez które dotrzeć można do
      niezliczonej liczby źródeł typu e-booki, artykuły etc. Dodatkowo, nie ma on nic
      przeciwko kserowaniu książek (przecież z dwóch egzemplarzy dostępnych w
      bibliotece, jak i prawdopodobnie jedynych dwóch w naszym mieście, nie da rady
      korzystać grupa kilkunastu osób).

      Jeśli chodzi o notatki z wykładów, to mamy nawet własną witrynę studencką, gdzie
      dzielimy się wersjami PDF z młodszymi rocznikami, więcej, na tym forum
      zarejestrowani są nasi profesorowie, którzy wspierają nas w tym działaniu. Na
      wykładzie nieraz spotkałem się z sytuacją, gdy student podchodzi i pyta się
      wykładowcy, czy może nagrywać na dyktafon - nigdy nie było sprzeciwu. Czy taka
      postawa jest czymś złym? Czy rozleniwia nas i sprawia, że nie mamy ochoty do
      nauki? Wręcz przeciwnie, ja dzięki takiemu podejściu, mocno zainteresowałem się
      tym, czego uczę się na moim kierunku.

      Kwestia koleżeństwa, czy rywalizacji to kwestia względna - jedni są przyjaźni,
      inni zawistni. Argument, w zasadzie, nie związany z tematem.

      Filharmonie, czy teatry przyciągały w dawnych czasach z braku innych rozrywek
      kulturalnych. Jeśli ktoś się tym interesuje - idzie, a jeśli nie, to nie idzie -
      czy kiedyś było inaczej? Nie rozumiem, dlaczego naszym obowiązkiem ma być
      uczęszczanie od filharmonii, jeśli nas to w ogóle nie interesuję. Ja słucham
      muzyki metalowej i nie uważam, że obowiązkiem "true" studenta jest chodzenie na
      koncert Metallici, czy Slipknota.

      Zwiększając wymagania na uczelni nic się nie poprawi, stworzymy jedynie coś na
      miarę chińskich obozów pracy. I tak większość osób będzie chciała pójść na
      studia, choćby z tego powodu, że większość ogłoszeń pracy zawiera w części
      "wymagania" napis "wykształcenie wyższe".

      Co do odpowiedzi studenta to nie zgadzam się z argumentami dotyczącymi rzekomych
      ograniczeń (typu "nie mam pieniędzy na filharmonię") - przykład typowego
      polskiego narzekania, że jest mi źle i cały świat jest przeciwko mnie. Zgadzam
      się natomiast, że system nauczania i podejście dużej części wykładowców jest
      dinozaurem w porównaniu z tym, co oferują uczelnie na zachodzie.
    • Gość: stu-dęt Winny? IP: *.speed-net.pl 20.03.09, 10:10
      Moim zdaniem, przyczyną całego tego konfliktu jest fakt, iż świat poszedł do
      przodu a system nauczania na uczelniach wyższych pozostał niezmieniony od
      n-dziesięciu lat. Nie można zrzucać winy ani na wykładowców, ani na studentów,
      bo obie grupy są ofiarą tej stagnacji. Różnica polega na tym, że osoba, która
      zostaje na uczelni, robi doktorat, habilitację, z czasem "wtapia się" się w
      system, przyzwyczaja się do niego i uważa za coś oczywistego. I nie jest to
      nic dziwnego - czy pracując 30 lat w jakiejkolwiek branży, człowiek mógłby z
      łatwością powiedzieć "czas na zmianę"?

      Fakt, że dziś studentem może być niemal każdy nakręca coraz większe wymagania
      pracodawców w kwestii wykształcenia i na odwrót - zataczamy błędne koło.
      Absolwenci uciekają na zachód - dlaczego? Bo tam nie mają takich wymagań, bo
      na zachodzie studenci to nie 50% społeczeństwa. Zamiast myśleć o tym, czy
      wcześniej była kura czy jajko i szukać winnych, lepiej byłoby poszukać
      jakiegoś rozwiązania. Osobiście uważam, że skostniałe oblicze całej metodyki i
      sposobu przekazywania wiedzy wynika poniekąd z faktu, że wszystkie badania
      przeprowadzane Polsce wciąż zamknięte pod twardym kloszem schematów, których
      nikt nie chce, lub boi się, przebić.

      Są tu na szczęście wyjątki - nasz przyszły promotor, przykładowo (tu się
      zdradzę, że jestem studentem 3 roku anglistyki), na samym początku
      proseminarium podał nam trzyczęściową bibliografię. Pierwsza część zawierała
      opracowania, rozprawy , bibliografie, monografy itp. Na drugiej widniały
      czasopisma międzynarodowe dot. naszego przedmiotu, a trzecia część to
      zestawienie linków internetowych do zaufanych witryn dot. lingwistyki, przez
      które dotrzeć można do niezliczonej liczby źródeł typu e-booki, artykuły etc.
      Dodatkowo, nie ma on nic przeciwko kserowaniu książek (przecież z dwóch
      egzemplarzy dostępnych w bibliotece, jak i prawdopodobnie jedynych dwóch w
      naszym mieście, nie da rady korzystać grupa kilkunastu osób).

      Jeśli chodzi o notatki z wykładów, to mamy nawet własną witrynę studencką,
      gdzie dzielimy się wersjami PDF z młodszymi rocznikami, więcej, na tym forum
      zarejestrowani są nasi profesorowie, którzy wspierają nas w tym działaniu. Na
      wykładzie nieraz spotkałem się z sytuacją, gdy student podchodzi i pyta się
      wykładowcy, czy może nagrywać na dyktafon - nigdy nie było sprzeciwu. Czy taka
      postawa jest czymś złym? Czy rozleniwia nas i sprawia, że nie mamy ochoty do
      nauki? Wręcz przeciwnie, ja dzięki takiemu podejściu, mocno zainteresowałem
      się tym, czego uczę się na moim kierunku.

      Kwestia koleżeństwa, czy rywalizacji to kwestia względna - jedni są przyjaźni,
      inni zawistni. Argument, w zasadzie, nie związany z tematem.

      Filharmonie, czy teatry przyciągały w dawnych czasach z braku innych rozrywek
      kulturalnych. Jeśli ktoś się tym interesuje - idzie, a jeśli nie, to nie idzie
      - czy kiedyś było inaczej? Nie rozumiem, dlaczego naszym obowiązkiem ma być
      uczęszczanie od filharmonii, jeśli nas to w ogóle nie interesuję. Ja słucham
      muzyki metalowej i nie uważam, że obowiązkiem "true" studenta jest chodzenie
      na koncert Metallici, czy Slipknota.

      Zwiększając wymagania na uczelni nic się nie poprawi, stworzymy jedynie coś na
      miarę chińskich obozów pracy. I tak większość osób będzie chciała pójść na
      studia, choćby z tego powodu, że większość ogłoszeń pracy zawiera w części
      "wymagania" napis "wykształcenie wyższe".

      Co do odpowiedzi studenta to nie zgadzam się z argumentami dotyczącymi
      rzekomych ograniczeń (typu "nie mam pieniędzy na filharmonię") - przykład
      typowego polskiego narzekania, że jest mi źle i cały świat jest przeciwko
      mnie. Zgadzam się natomiast, że system nauczania i podejście dużej części
      wykładowców jest dinozaurem w porównaniu z tym, co oferują uczelnie na zachodzie.
    • Gość: filozofia Ksero student odpowiada wykładowcy IP: *.ghnet.pl 20.03.09, 11:23
      Zastanawiam się także, dlaczego Ksero Student się nie podpisał? Na panią
      doktor wszyscy najeżdżają i przeszukują jej życiorys, a Ksero Student
      pozostaje anonimowy jak graficiarz?
      Też mi odwaga cywilna.
      • ar.co Re: Ksero student odpowiada wykładowcy 20.03.09, 20:06
        Mimo wszystko pani doktor mniej grozi w związku z ujawnieniem
        nazwiska, niż studentowi (zwłaszcza jeśli jest studentem pani
        doktor).
    • Gość: Q44 Konfabulacje tzw. "Elity" sprzed 30 lat. IP: 83.238.175.* 20.03.09, 12:10
      Zgadzam się z pismem STUDENTA. Mam takie samo zdanie. Starsze pokolenie
      zaszywało się w bibliotekach i robiło fiszki, bo wiedzieli, że to zapewni im
      dobrą pracę, a co się z tym wiąże- przydział mieszkania ze spółdzielni. Teraz
      tak pięknie porównują to co przeżyli z tym co obecnie widzą. Ale nikt nie
      bierze pod uwagę, że studenci prócz nauki pracują aby zdobyć doświadczenie
      zawodowe i pieniądze na utrzymanie. A może p. doktor nauk społecznych nie wie
      nic o "syndromie opóźniania". Polecam w takim razie "Przemiany obyczaju" M.
      Czerwińskiego - już w latach 70-tych rozprawiano o zmianach generacyjnych.
      Slany, Kocik, Bauman, Trawińska...Widać temat mało znany... Nikt przecież nie
      pomyślał, że nam stawia się poprzeczkę bardzo wysoko. Obsługa komputera,
      znajomość języków, kursy, kwalifikacje - tylko po to, by w przyszłości nie
      mieć sobie niczego do zarzucenia. A i tak do niczego to nie prowadzi, bo
      panuje i tak nepotyzm, kumoterstwo z dekady studenckich lat p. doktor. Ale to
      POLSKA właśnie!
    • Gość: student zaoczny Ksero student odpowiada wykładowcy IP: 194.42.110.* 20.03.09, 12:18
      Witam.

      Z jedną rzeczą się tylko nie zgodzę, otóż bilet do filharmonii kosztuje 12 zł
      (studencki) lub 6 zł miejsce stojące ale i tak nigdy nie ma pełnej sali więc
      można sobie spokojnie usiąść (tak wiec 6 zł to mniej niż paczka papierosów).

      Co do studiów to powiem szczerze, że ja w system edukacji zwątpiłem. Pracuje
      jako programista i studiuje na studiach zaocznych. Uczą mnie jakieś stare
      pierniki których wiedza zatrzymała się na etapie windowsa 3.11 i tylko marnuje
      tam czas ale co poradzić papierek mieć trzeba, tak więc brnę w to bagno ciesząc
      się że już niedługo koniec. Jednym słowem odcinam się od całego systemu edukacji
      w Polsce i smutne jest to że wszyscy studiują tylko po to aby mieć papier bo
      umiejętnośći po studiach są żadne!

    • Gość: Ted Ksero student odpowiada wykładowcy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.03.09, 13:00
      Chłopie, nawtykałeś, może Ci ulżyło ale to nic nieda, dopóki ktoś nie zrobi porządku z "profesorska falą". Akuratnie tam jest wszystko, tak jak w falującym morzu, te stworzenia psują się od głowy.
    • Gość: Aga Brawo student IP: *.net.autocom.pl 20.03.09, 13:34
      Chociaż jestem z pokolenia Pani Doktor, porównuję teraz moje studia ze
      studiami syna, który kończy V rok w Krakowie. Muszę przyznać wiele racji
      studentowi. Bardzo dobrze odpowiedział, a stwierdzenie, że o poziomie studiów
      decydują wykładowcy, a nie studenci jest najlepszą pointą do tej dyskusji.
    • Gość: Air zone Ksero student odpowiada wykładowcy IP: *.lublin.mm.pl 20.03.09, 18:31
      Kocham go!
    • Gość: kolo co było a nie jest nie pisze się w rejestr IP: *.t17.ds.pwr.wroc.pl 20.03.09, 18:59
      Mam przyjemność studiować na jednej z najlepszych uczelni technicznych w kraju na wydziale elektroniki. Z doświadczenia mogę powiedzieć że część przedmiotów była sztuką dla sztuki, bo jaki jest sens uczyć pascala (ten język programowania jest martwy od tak dawna), jak to jest możliwe żeby na 3 roku studenci nie mieli jeszcze programowania obiektowego, na zajęciach z elektroniki cyfrowej omawiano mikrokontroler intela 8051, dlaczego ludziom którzy na pierwszym roku dopiero uczą się na analizie całek na innym przedmiocie zakłada się ich biegła znajomość. Z drugiej strony tylko tutaj z tego co wiem można iść do prowadzącego z najdziwniejszym problemem technicznym którego tematyka zaledwie ociera się o prowadzone przez niego kursy a on zawsze znajdzie czas i wyjaśni, pomoże poprawi. Są laboratoria do których można wejść w określonych godzinach i korzystać ile dusza zapragnie. Przedmiotów które były dla mnie wartościowe w przeciągu 3 lat nauki policzyłbym na palcach jednej ręki.
    • Gość: Konieczko rozleniwianie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.03.09, 20:55
      pamiętam dobrze jak na pierwszych zajęciaach mój prowadzący powiedział "Ja
      państwa do nauki nie zachęcę, ja państwa do nauki zmuszę". Efekt? moja grupa
      zdała w całości egzamin. Również wydaje mi się że szkoła średnia nie kształci
      pewnych umiejętności zdobywania wiedzy. Matura jest skonstruowana tak by
      kreatywne, twórcze myślenie sprowadzić do poziomu umiejętności użycia schematów.
    • Gość: Rzeszów Ksero student odpowiada wykładowcy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.03.09, 17:08
      Stypendium naukowe na Uniwersytecie w Rzeszowie za średnią powyżej 4.7 300zl
      social 180zł. od rodziców ( pochodzę z małej wsi w Świętokrzyskim) dostaje
      100zł wynajęcie pokoju razem z 2 innymi osobami 350zł + 50 zł rachunki. Ja
      jako student prawa na uniwersytecie Rzeszowskim niestety chodzę żebrać inaczej
      się nie da. Jeść chodzę do Alberta lub zbieram winniczki.Ale mam nadzieję ze
      po studiach najdę super pracę i dostanę 1300zł bruto :-) wtedy będę mógł
      codziennie kupić sobie świeża bułkę. ;-)
    • Gość: cienizna O kserach, zerach na koncie, maturach i bzdurach 1 IP: *.chello.pl 21.03.09, 21:30
      Podobnie jak autor komentarza „Ksero student odpowiada wykładowcy”
      posiadam legitymację uczelni wyższej, jednak nie mogę się zgodzić z
      kilkoma, cynicznymi skądinąd, uwagami zawartymi w tej wypowiedzi,
      będącej polemiką z tekstem dr Antoniny Sebesty „Wykładowca: ksero
      studia, ksero studenci”. Choć może w pierwszej kolejności powinienem
      zganić jej autora, (jeżeli nie osobę w Gazecie odpowiedzialną za
      korektę) za niedbałość interpunkcyjną (a może tylko
      niekonsekwencję?), kilka błędów ortograficznych drugiego rzędu (ale
      przecież w dobie Google i komórek, co to za różnica, czy użyję dużej
      czy małej litery, prawda?). Ciekawe, czy i w tym wypadku posłużyłby
      się argumentem oszczędności! Ale niech strona formalna wypowiedzi
      mówi za siebie. Pragnę odnieść się do tych punktów, w których moje
      spostrzeżenia różnią się diametralnie od tego, o czym pisze „Też
      student”.
      Jeden z prowadzących zajęcia w moim instytucie stwierdził, że jest
      za rozdawnictwem. Ucieszył mnie tym. Nie rozbawił, a ucieszył. Bo to
      ma chyba jednak coś wspólnego ze swobodnym przepływem wiedzy,
      którego umożliwienie leżało, zdaje się, u podstaw idei uniwersytetu.
      Studenci i wykładowcy dzielą się notatkami, podają sobie teksty,
      wymieniają się, pożyczają książki – tworzą wspólnotę, która jest
      rodzajem inkubatora wiedzy. Prawda, że taka wizja zahacza o
      sentymentalność, może brak jej łączności z realiami, chociaż…
      Patrząc na sprawę z czysto ekonomicznej strony – czy nie więcej
      zyskałyby kieszenie studentów, gdyby panowało właśnie takie
      rozdawnictwo, zasada, że notatki są za friko albo, że osoba, która
      zdała już egzamin z danego przedmiotu przekazuje swoje notatki pro
      publico bono, dla dobra kolejnych lat? Jeśli argumentem
      przemawiającym za odpłatnym odstępowaniem notatek jest szczupłość
      studenckich portfeli, to można wytknąć mu pewną nielogiczność. Jeśli
      ja sprzedam komuś notatki, to ja zarobię. Ale ktoś inny wyda na nie
      pieniądze. Jeśli takie pomaganie sobie zarabianiem na notatkach jest
      praktyką powszechną, to wówczas studenci zamiast usuwać ze swojego
      życia jedno z ograniczeń finansowych (które, jak pisze autor
      tekstu „Ksero student odpowiada wykładowcy”, tak bardzo utrudniają
      mu wszechstronny rozwój), sami wyświadczają własnej społeczności
      niedźwiedzią przysługę, tworząc niepisaną regułę, że jeśli chce się
      dostać od kogoś notatki, to trzeba zabulić. Dlaczego, jeśli oburzamy
      się, że mieszkańcy Krakowa podnoszą ceny wynajmu mieszkań
      studenckich, powodowani prawem rynku, sami przyzwalamy, żeby i na
      uczelni to prawo zapanowało? Może jednak środowisko uczelni powinno
      różnić się czymś od świata na zewnątrz? Może faktycznie powinno być
      takie nieżyciowe, dziwne, rządzące się własnymi regułami? Nie należy
      tego, jak wielu dziś sądzi, anachronicznego modelu odsyłać jeszcze
      do lamusa, umieszczać w muzeum osobliwości, choćby dlatego, że gdyby
      go tam umieścić i nie zażądać opłaty za wstęp, mogłoby się okazać,
      że nikt nie przyszedłby oglądać. I co wtedy z argumentem o biedzie
      studentów, tak poza tym bardzo spragnionych kultury?
      Jeszcze słowo o kserowaniu książek. Na moim kierunku, jednej z
      neofilologii UJ-u bez kilku tytułów (książek do praktycznej nauki
      języka, podręczników i ćwiczeń na lektoraty) po prostu nie sposób
      się obejść. Tyle, że są drogie (ok. 60-70 zł za książkę). I zdarza
      się tak, że dwie, trzy osoby w grupie mają książkę kupioną w
      księgarni, a reszta kseruje książki od nich, chociaż nie wierzę, że
      wszyscy którzy tak robią, nie mają pieniędzy, by taką książkę kupić.
      Tych, którzy pożyczają swoje książki na ksero dla innych można by
      wprawdzie nazwać realizatorami wyżej wspomnianej pięknej idei
      rozdawnictwa, ale może lepszym, bardziej sprawiedliwym, pomysłem
      byłoby złożenie się kilku osób na egzemplarz, który mogłyby między
      sobą powielać? Jeśli tylko kilka osób w grupie rozdaje, to nie mamy
      co mówić o solidarności i tym samym przyznaję doktor Sebeście rację
      w punkcie, w których pisze ona o kryzysie więzi między ludźmi na
      roku.
      Autor odpowiedzi na artykuł dr Sebesty, pisze: „(…) chciałbym
      poruszyć kwestię tego, co tzw. >>nowa matura<< zrobiła z ludźmi z
      mojego pokolenia. (…)Oni w okresie swojego
      największego "uduchowienia" uczeni są schematów postępowania,
      schematów rozwiązań czy też schematów pisania prac literackich (…)
      obecnie kreatywne myślenie i nieszablonowość są bardzo nie na
      miejscu, bycie kreatywnym na egzaminie maturalnym może się skończyć
      wyłącznie katastrofą”. Ja z kolei chciałbym wyrazić zaniepokojenie
      tym, że autor – mimo iż kilkakrotnie w swoim tekście używa słowa
      kreatywność, nie poświęca zbyt dużo miejsca na zdefiniowanie
      stojącego za tym słowem pojęcia. Nie raz i nie dwa spotkałem się z
      zarzutem stawianym przez autora maturze z języka polskiego, jakoby
      zabijała kreatywność i wymagała tylko wstrzelenia się w schemat
      odpowiedzi. Zresztą nie tylko się spotkałem, a sam byłem piewcą tego
      poglądu, kiedy chodziłem jeszcze do liceum. Zmieniłem zdanie, bo
      zdaje mi się, że zarzut ten jest uproszczeniem problemu, którego
      dotyczy, a co za tym idzie – łatwym usprawiedliwieniem dla tych
      spośród maturzystów, którym matura poszła gorzej, niż by chcieli.
      Chodzi mi o to, że nie każdą, radosną twórczość można nazwać
      kreatywnością, a przymiotnika „nieszablonowe” można na dobrą sprawę
      używać jako eufemizmu wobec tego, co wprawdzie odstaje od normy, ale
      nie jest rzeczą wybitną, a przeciwnie – choćby przykładem przerostu
      formy nad treścią. I śmiesznym byłoby zgodzić się na to, by każdy,
      kto pisał „z głowy” czy „tak jak czuł”, miał prawo stawiać się w
      pozycji niedocenionego twórcy, któremu ciasne ramy konwencji
      obowiązujących w jego epoce odmówiły miana artysty. Tzw. „własne
      przemyślenia” to jednak coś nieco innego, niż analiza dzieła
      literackiego, której przeprowadzenia wymaga się od maturzysty na
      egzaminie.
      Analiza literacka jest zadaniem problemowym, wymagającym myślenia,
      zadawania sobie pytań o tekst, a to chyba nie stoi w sprzeczności z
      kreatywnym wykorzystaniem umysłu. I choć pracę na maturze konstruuje
      się według mniej lub bardziej ścisłego schematu postępowania, reguł
      rządzących tym „gatunkiem” (gatunkiem „praca maturalna”?), którego
      odbicia w pracy ucznia oczekują egzaminatorzy, to nie przekreśla to
      możliwości wykazania się oryginalnym stylem, nadania pracy ciekawego
      charakteru. Wręcz o dużej klasie zdającego świadczy jego umiejętność
      połączenia wymogów formalnych z oryginalnym ujęciem tematu, i niech
      mi głowę utną, jeśli klucz nie przewiduje dodatkowych punktów za
      to „oryginalne ujęcie tematu”. Problem tkwi, według mnie, w tym, że
      zbyt wielu uczniów rzekomą kreatywnością maskuje luki w edukacji,
      nieznajomość lektur, tematów, konwencji. Inni z kolei pod tym
      względem mają się dobrze, ale są zbyt leniwi, żeby przy pisaniu
      swoich tekstów pomęczyć się trochę z zastosowaniem powszechnie
      obowiązujących standardów formułowania myśli, przez co ich prace są
      często chaotyczne i przesadnie emocjonalne albo ostentacyjnie
      obnoszą się z jakąś manierą. Niezależnie od poziomu merytorycznego,
      takie prace nie mogą zostać uznane za teksty dobre. Przekonanie o
      tym, że kogoś na maturze spotkała krzywda, ponieważ był zbyt
      nieszablonowy niejednokrotnie jest więc nieuzasadnioną pretensją,
      wynikającą ze zbytniego uproszczenia sprawy.
    • Gość: cienizna O kserach, zerach na koncie, maturach i bzdurach 2 IP: *.chello.pl 21.03.09, 21:33
      Czy student musi kombinować, żeby przetrwać? „Ksero student
      odpowiada wykładowcy”, że tak. A ja twierdzę, że student musi sobie
      radzić. I jakkolwiek niektórzy uważają, że to jedno i to samo,
      uważam, że kombinować i dawać sobie radę to dwie różne rzeczy.
      Student zaradny nie musi być kombinatorem, który nagina albo wręcz
      łamie normy i przepisy uczelni, który posługuje się nie całkiem
      czystymi zagraniami. Nie musi wcale wynosić z czytelni książek do
      skserowania, czego wyraźnie zabrania regulamin, nie musi czytać
      streszczeń lektur, korzystać tylko z cudzych notatek i to jeszcze
      wyłącznie pod kątem egzaminu, ściągać na kolokwiach, nie jest też
      zmuszony czatować na rejestrację w USOS-ie, żeby tylko zdążyć przed
      innymi (w rezultacie czasem już w godzinę po rozpoczęciu rejestracji
      brak wolnych miejsc na zajęciach z niektórych przedmiotów). Student
      zaradny będzie utrzymywał dobre stosunki z innymi, nie tylko
      dlatego, że to mu się bardzo może przydać. Zaradny student będzie
      także chodził do bibliotek, czytelni, wyszukiwał tam trudno dostępne
      materiały, bo nie wszystko jest dostępne przez Internet. Nie wiem,
      czy autor tekstu wie, że kopii większości współczesnych powieści-
      lektur na moim kierunku nie znajdzie w Internecie. Różnica między
      kombinowaniem, a radzeniem sobie, polega dla mnie przede wszystkim
      na tym, że to drugie jest trudniejsze, bo wymaga więcej wysiłku,
      cierpliwości, dyscypliny, chodzenia, zaangażowania – nierzadko
      zaangażowania w bronienie własnych interesów …przed wykładowcami. Bo
      jeśli jest tak, jak pisze wypowiadający się student, że wykładowcy
      sami są leniwi, nie zależy im na aktualizowaniu wykładów,
      rozszerzaniu ich o nowe treści, jeśli idą po najmniejszej linii
      oporu (a odnoszę wrażenie, że tak bywa, choć w żadnym wypadku nie
      jest to regułą i są wydziały, gdzie działania sensowne ze strony
      kadry akademickiej spotykane są zdecydowanie częściej niż
      bezsensowne), to studenci, jeśli rzeczywiście zależy im na studiach,
      powinni nie zgadzać się na taką degrengoladę, zamiast czuć się
      usprawiedliwionymi, że sami za bardzo się nie starają. Może jest
      jednak tak, że to studenci, prezentując postawę, jaką opisuje w
      swoim tekście dr Sebesta, pokazali wykładowcom, że nie warto się dla
      nich poświęcać?
      Acha, dodam jeszcze coś, za co – jak mniemam – adresat mojej
      polemiki winien mi wdzięczność. Jeśli, jak pisze, przeciętnego
      studenta nie stać, by pod koniec miesiąca wybrać się do filharmonii,
      to radzę wybierać się tam na początku. Na pewno starczy grosza. Czy
      to ze stypendium naukowego, czy to z socjalnego, czy wreszcie ze
      sprzedaży notatek.
      Za przeproszeniem, z koleżeńskim pozdrowieniem,
      Mikołaj
    • Gość: Absolwent Kilka słów rzuconych na wiatr... IP: *.mielec.mm.pl 21.03.09, 23:00
      2 lata temu ukończyłem Politechnikę Krakowską, studia dzienne, 5 lat
      Oto czego nauczyłem się na studiach, czysta praktyka:
      1. Za wszelką cenę (nawet cenę gorszych ocen), trzymaj się grupy. Każde późniejsze podejście do sprawozdania z laboratorium, kolokwium czy egzaminu wystawia cię na znacznie ostrzejsze kryterium oceny.
      2. Alkohol, tudzież inne używki, bardzo pomagają w nawiązaniu kontaktu, często są nawet warunkiem dopuszczenia do pewnych kręgów (patrz wyżej).
      3. Znasz i rozumiesz teorię ale nie umiesz jej sprzedać, przegrywasz. Nie znasz teorii ale jesteś sprytny, wygrywasz (w sensie zaliczasz lub nie).
      4. Mobbing ma się świetnie... to druga strona medalu wyścigu szczurów. Jako grupa nie pozwalamy żeby ktoś biegł szybciej. Jeśli chciało mu się i zrobił sprawozdanie to ma się nim dzielić. Inaczej naraża się na ostracyzm, wykluczenie z grupy. Nie jest powiedziane że zawsze ty jesteś ofiarą. Potwierdzeniem tego zjawiska są rozmowy z pracownikami uczelni, według niektórych z nich współpraca to najrozsądniejsza metoda działania, być może nawet jedyna.
      5. Jeśli uczelnia jest twoją matką (Alma mater)...to wyrodną i złupi cię jeśli tylko może. Wymuszanie ubezpieczenia się od wypadku za cenę podbicia legitymacji, utrzymywanie monopolu na punkty ksero, kioski itp. które są prowadzone przez znajomych królika, utrzymujących znacznie zawyżone ceny za usługi a jednocześnie dających zniżki pracownikom uczelni. Dodam jeszcze prezenty (hm, czy to się nie nazywa łapówka?) za egzaminy u niektórych profesorów, zdarzało się, chociaż nie wiem od kogo wychodziła inicjatywa.
      6. Jeśli coś ma być na egzaminie, to na pewno mają to na akademiku.
      7. To że coś jest w programie, nie znaczy że tam powinno być, a tym bardziej nie znaczy że mam się tego uczyć. Jest to wynikiem idiotycznych wojen pomiędzy katedrami o tzw. "godziny". Wystarczy że zmieni się dziekan, prodziekan lub ktoś tam jeszcze, i mamy do czynienia z przyznawaniem swojej katedrze większej ilości godzin oraz kierowaniem strumienia pieniędzy właśnie do niej. Schemat działa na wszystkich szczeblach uczelnianej administracji (rektor). Podobne antagonizmy istnieją pomiędzy wydziałami...rzeczą skandaliczną jest fakt że jako student wydziału np. mechanicznego jesteś narażony na kpiny ze strony pracowników wydziału elektrycznego czy też fizyki. Czy za granicą też tak jest?
      8. Jest wykład, egzamin, cokolwiek...Czy naprawdę facet przed tobą powinien mieć u ciebie autorytet? Prawie go nie znasz. Wiesz że mówić to on potrafi, ale jak trzeba nacisnąć coś w urządzeniu podczas laboratoriów, to woła technika bo najzwyczajniej się boi. Jeździ dużym fiatem, i ubiera się jakby po wycieczce do NRD już nic innego w życiu go nie spotkało. Bardzo się cieszy z rzutnika i laptopa którego dostał, ale sposób w jaki go używa wprawia cię w zakłopotanie (szukanie klawiszy, pytanie studentów jak wyjść z programu, czy też głupi uśmieszek bo przez połowę czasu zajęć uruchamia się Windows i on nie wie co się dzieje, itp.)
      9. To że ktoś zna się na, powiedzmy fizyce, nie jest równoznaczne z tym że powinien tego nauczać, bo to jest inna para kaloszy i to też trzeba umieć.
      10. Chcesz się poczuć jak śmieć, idź do dziekanatu (Student wyjdzie i sobie przeczyta). Gdy chcesz poczuć że jesteś psem, idź po wpis do indeksu. Poczekaj sobie 2 godzinki przed drzwiami, żeby dowiedzieć się że dziś Pan Profesor nie ma już czasu (podczas następnych jego konsultacji nie możesz przyjść, bo warujesz z indeksem pod innymi drzwiami). Hał, hał, jaka to frajda .
      11. Jeśli koniecznie potrzebujesz stypendium (stypa), to przykładasz się do tych przedmiotów które są najbardziej punktowane. Na resztę nie starczy ci ani siły, ani chęci, ani czasu.
      12. Opłaca się oszukiwać (czytaj: ściągać, zwalać, zrzynać...) Program jest przeładowany. Prowadzący zajęcia rozkłada ręce i mówi że musi zrobić kolokwium, bo musi jakoś wystawić ocenę. I pisze się kolokwium z procesu "spęczania", sprowadzające się do możliwie dokładnego napisania/opisania wzoru matematycznego, którego nawet prowadzący nie rozumie. Żeby było ciekawiej, pani z punktu ksero nauczona latami doświadczeń zatrzymuje u siebie kopie ściągawek, można przyjść, powiedzieć o które chodzi i kupić tuż przed egzaminem.
      13. To że jesteś dobrym studentem nie znaczy że znajdziesz dobrą pracę. Cechy pozwalające na zdobywanie stypendium naukowego a rynek pracy - temat na pracę dyplomową. Swoją drogą, czy pisze się je po coś innego niż li tylko w celu wzbogacenia dorobku naukowego promotora?(ewentualnie dostarczenia mu kolejnej podkładki pod myszkę)
      14. Kraków to piękne miasto i przez sam fakt życia tam zyskałem. Pochodzę z prowincji i dopiero po skończeniu studiów i powrocie, zrozumiałem co chcieli mi kiedyś przekazać koledzy którzy nigdy stamtąd nie wyjechali.
      Na tym poprzestanę....
      aaa, zapomniałbym, podczas tych 5 lat przyswoiłem naprawdę sporo wiedzy, spokojnie mogę mówić że jestem "techniczny". Dojrzałem, zmądrzałem, otworzyłem oczy i chyba wiem co chciałbym robić w życiu.

      Tak czy inaczej, chciałbym być bardziej świadomy gdy się na to decydowałem. Gdybym musiał za to płacić, powiedzmy co miesiąc, to na pewno bardziej bym się przykładał i na pewno więcej bym wymagał.

      A tak pozostaje mi tylko zamieścić cytat:
      "Co za ponury absurd... Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?"

      * Postać: Adaś Miauczyński
    • Gość: x dopiero dziś IP: *.autocom.pl 24.03.09, 00:23
      dopiero dzis zauwazyłem, ze Szanowna Doktor Sebesta, autorka
      artykułu, jest z Akademii Pedagogicznej, tfu, Uniwersytetu
      Pedagogicznego. To tłumaczy wszystko i szkoda czasu na jakiekolwiek
      komentarze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka