Przygotowania do ślubu w toku, niby powinnam być szczęśliwa, ale coś mi na to nie pozwala. Mam 22 lata, studiuję, mój narzeczony jest starszy ode mnie o ponad 10 lat. Mieszkamy razem już od jakiegoś czasu, wynajmujemy małe mieszkanko (przyjechałam z innego miasta na studia). Mój narzeczony pracuje, mnie utrzymują głównie rodzice. Piszę głównie, bo dostaję stypendium i trochę sobie dorabiam korepetycjami. Wszystkie wydatki dzielimy po równo, tak na jedzienie jak i na mieszkanie, jeśli idziemy np. do kina to tak samo. Teraz mi to wcale nie przeszkadza, ale zastanawiam się jak to będzie po ślubie. Głupio się z tym czuję, że będę miała męża, a rodzice będą mnie nadal utrzymywać. Myślałam nawet o tym żeby się przenieść na studia zaoczne i poszukać jakiejś pracy, ale wszyscy (rodzice i narzeczony) mi to odradzają. Perspektywy na mieszkanie też raczej brak, nawet z kredytem na 30 lat, bo kto go udzieli komuś kto ma 1000 zł na rękę (od września 1000 zł na dwie osoby). Próbowałam rozmawiać z narzeczonym, że ma przecież skończone studia, mieszkamy w dużym mieście i są szanse na dużo lepszą pracę, ale on od razu się na mnie obraża i mówi że jestem materialistką i tylko kasa mi w głowie. A ja poprostu bym chciała w miarę godnie żyć, mieć małe własne mieszkanie, choćby z kredytem na 30 lat, wiem, że moi rodzice by nam pomogli, dołożyli coś do mieszkania, ale zawsze to co innego, niż dawanie co miesiąc swojej żonatej córce na utrzymanie. Okropnie się z tym wszystkim czuję. Czy ja naprawdę jestem materialistką? odpowiedzcie mi, bo ja już sama się w tym pogubiłam