Witam wszystkie narzeczone i swiezo upieczone mezatki, do ktorych ja tez
naleze od piatku. Znalazlam wreszcie chwilke czasu, aby podzielic sie z Wami
moimi wrazeniami ze slubu i dni go poprzedzajacych.
Zacznijmy od tego, ze wszystko poszlo zupelnie inaczej niz to sobie
planowalismy, chociaz ogolnie na koncu wszystko wypadlo dobrze. Jednak dni
poprzedzajace slub byly, glownie a moze i wylacznie dzieki moim tesciom,
bardzo stresujace. Wszystko zaczelo sie tak na prawde na 2 tygodnie przed
slubem. Ale to Wam juz opisywalam- tesciowie straszyli nas, ze nie przyjada,
jesli nie dostana oficjalnego zaproszenia i takie tam. Na tym sie jednak nie
skonczylo. W poniedzialek- na 4 dni przed slubem- rozpoczeli ofensywny atak na
mnie. Oswiadczyli mezowi, ze to przeze mnie nie przyjada (a nie tak, jak
dotychczas twierdzili, ze ze wzgledu na brak oficjalnego zaproszenia). Nie
wiem, co takiego zrobilam tesciom, bo kontaktuje sie z nimi przez meza i nigdy
nie powiedzialam im ani tym bardziej nie zrobilam nic zlego. Ale historia ta-
jak tesciowie mnie traktuja- tez jest Wam juz znana. Tak wiec w poniedzialek i
wtorek maz otrzymal dziesiatki maili i telefonow od matki, w ktorych skarzyla
sie ona na mnie i straszyla go, ze przeze mnie nie przyjada na jego slub.
Doszlo nawet do tego, ze maz zaczal obwiniac mnie o psucie mu kontaktow z
rodzina itp, bo na to zwrocila mu uwage jego mamusia. Przestraszyl sie i
opanowal wreszcie dopiero, gdy ja dostalam zalamania nerwowego. Ale ja tez
przestalm milczec i wyzalilam sie mojej siostrze. A ona pomogla mi bardzo
przejsc przez to wszystko i przemowila do rozsadku mezowi. W srode przyjechala
moja mama i wszystko powoli wrocilo do normy. Maz pogodzil sie z tym, ze jego
rodzicow nie bedzie na naszym slubie i stwierdzil, ze to nawet lepiej. Ja
czulam, ze to troche nie fair, ze bedzie obecna tylko moja rodzina. Ale z
drugiej strony cieszylam sie, ze jesli tesciowie mieliby mi znow robic horror,
to dobrze, ze ich nie bedzie.
Nadszedl piatek- dzien slubu. Pogoda byla przepiekna. Troche nawet za goraco i
spocilam sie jak mysz. Na szczescie nie bylo tego widac (mam nadzieje, ze tez
nie bylo czuc

...). Jeszcze w czwartek wieczorem na wariata zamowilam sobie
bukiecik do slubu, ktory potem maz odebral pomiedzy wizyta u fryzjera i myciem
samochodu. Wszystko dzialo sie na wariata. W trakcie sniadania przyjechala
moja siostra z rodzina i zaczelo sie zamieszanie. Maz polknal 1 bulke bez
przezuwania i pognal do fryzjera, po kwiaty i do myjni a slub o 11.30. Wrocil
o 10.30 i oswiadczyl, ze za 15 minut mamy byc gotowi, bo musimy znalezc wolny
parking. A wszyscy jeszcze w rozsypce. Potem pognalismy do slubu. Mezczyzni
wysadzili kobiety na placu pod ratuszem i pojechali szukac wolnego parkingu.
Wrocili na 5 minut przed slubem a ja w miedzyczasie nasluchalam sie glupich
zartow, ze moze sie rozmyslil itd. i spocilam jak prosie stojac w prazacym
sloncu. Potem popedzilismy do sali. Pan urzednik wpuscil nas do srodka i
bardzo ladnie powital. Wytlumaczyl nam na wstepie, jak bedzie przebiegala cala
ceremonia i wogole wszystko przeprowadzil tak spokojnie i ladnie, ze nie
mielismy zadnej tremy. Po wstepie urzednik zaczal sprawdzac nasze personalia,
gdy nagle ktos zalomotal do drzwi (a drzwi w trakcie slubu sa zamkniete). Pan
podniosl sie z fotela i spytal, czy kogos brakuje. Rozejrzelismy sie wokol i
stwierdzilismy, ze nie. Pan usiadl i wrocil do dokumentow, gdy wtem jeszcze
wieksze lomotanie do drzwi i szarpanie za klamke. Urzednik wstal i ponowil
pytanie. Goscie znow sie rozejrzeli wokol i odparli, ze raczej jestesmy w
komplecie. Na co my ze swiadkowa zazartowalysmy, ze moze to tesciowie chca
wejsc na sale i krzyknac, ze sprzeciwiaja sie temu slubowi. Ledwo
wypowiedzialysmy te slowa, urzednik wreszcie otworzyl drzwi i... w drzwiach
ukazali sie moi tesciowie. A mnie zawylo w brzuchu. Na szczescie dalsza czesc
ceremoni przebiegla bez zaklocen. Pan urzednik wyglosil bardzo ladna mowe.
Wcisnelismy sobie obraczki (okazalo sie, ze mielismy tak spuchniete palce, ze
wieczorem nawet woda z mydlem nie pomogla do zdjecia obraczek), rodziny sie
rozplakaly (nie wnikamy kto z jakiego powodu) i poszlismy na obiad do naszej
ulubionej tureckiej restauracji, ktora spodobala sie wszystkim- najbardziej
chyba mojej swiadkowej, ktora pochodzi z Turcji. Moja swiadkowa zrobila
furrore wsrod mojej rodziny i wszyscy zaprosilismy ja na slub do Polski a ona
z checia zgodzila sie przyjechac. I nie tylko moja rodzina ja polubila, ale
takze swiadek, ktory od niedawna jest singlem. My z mezem teraz obserwujemy
wszystko jak na szpilkach, czy z tego cos sie wykluje, bo oboje- swiadkowa i
swiadek okazywali sobie bardzo duza sympatie. W trakcie obiadu moja siostra
zrobila nam pare psikusow. Najpierw przyniosla "prezent" w pudelku, ktory
podczas wreczania mezowi upuscili "przypadkowo" na podloge. Maz skamienial z
przerazenia a ja znajac juz te sztuczke smialam sie z niego do rozpuku. Potem
musielismy wspolnie wyciac serce w takim duzym kawalku plotna, przez ktore
potem przeniosl mnie moj maz. Po wyjsciu z obiadu obsypano nas ryzem i
swiadkowa wreszcie doczekala sie rzucania bukietem, ktory naturalnie zlapala.
Na moja uwage, ze teraz to jej kolej wyjsc za maz, odparla, ze w takim razie
bede musiala jej swiadkowac, na co ja z mila checia sie zgodzilam. I tak
spokojnie rozstalismy sie. Po poludniu jeszcze wpadli do nas tescie na kawe i
ciasto. Tesciowa znow zaczela o tym, ze zyskali nowa corke. Ale ja po
ostatnich wydarzeniach i patrzac na skwaszona mine tescia, przyjelam to bez
emocji. I tak wszystko sie skonczylo. Wszystko na wariata, wszystko nie tak,
jak planowalismy, ale jednak milo i jestesmy szczesliwi.
Pozdrawiam,
Zosiaczek25