Witam!
Uwielbiam czytac to forum i postanowiłam podzielić się z Wami dziwną historią, w którą sama dalej nie wierzę, chociaż wydarzył się w ubiegły weekend...
Byłam świadkiem na weselu mojej bardzo dobrej (jak mi się wydawało) koleżanki. Wesele było w Gdańsku, więc już w piątek rano wybrałam się tam z moim narzeczonym (wszystko było ustalone z przyszłą panną młodą). Pojechaliśmy prosto na salę, żeby pomóc w ostatnich przygotowaniach. Kiedy dotarliśmy na miejsce, po kilku godzinach ciągłej jazdy (Warszawa - Gdańsk)koleżanka nawet nie wstała, żeby nas przywitać, chociaż nie widzieliśmy się kilka miesięcy. Zabiegana jest, pomyślałam, nieświadomie to zrobiła...Nikt nie zapytał, jak droga, czy jesteśmy głodni (w końcu pojechaliśmy na kebaby). Całą noc siedzieliśmy na tej sali jak dwa alieny, bo miejscowe towarzystwo nas olewało (łącznie z panną młodą), nikt nie chciał naszej pomocy itd.W końcu o 3 w nocy dostaliśmy adres mieszkania, gdzie możemy się zatrzymać. Okzało się, że to MELINA z lokatorem i jego kolegami!!!(Z perspektywy czasu - bylismy głupi, że nie pojechaliśmy od razu do hotelu jakiegoś!)Całą noc nie spaliśmy bo "panowie" głośno rozmawiali i wypalili chyba tonę papierosów. Było szaro od dymu, nasze ubrania śmierdziały. Ciepłej wody brak. Słabo mi się robi na wspomnienie TEGO.
Następnego dnia, podduszona i niewyspana poszłam samotnie do osiedlowego fryzjera, później ze świadkiem (który okzazał się jednym normalnym tam)pojechaliśmy do kwiaciarni. Od początku była mowa, że ja płace za stroik na samochód, a on za kwiaty dla PM i mnie. No i zapłaciliśmy. 600 ZŁOTYCH!!! (z czego ja, szczęsciara TYLKO 270
Później poszłam wykąpać się do mieszkania PM,czułam się jak intruz, bo wszyscy krzyczeli, że szybko, że już nie ma czasu itd. (chociaż do ślubu 3 godziny były). Pomalowałam sie na szybko, pomogłam się ubrać koleżance, która tylko fukała na wszystkich dookoła (łącznie z przeklinaniem na swoją mamę!!!!!!). Wspomniałam też,że chcemy się wynieść z Meliny (nazwałam to ładniej), co było wielkim błędem, bo była wielka obraza i stwierdzenie, że muszę problemy robić a i tak rano wrócimy i przekimamy jakoś. Inni goście spali w hotelu, zaproponowałam, ze sama zapłacę za pokój, a ona, żebym przestała o tym gadać, bo ma wystarczająco dużo na głowie. Zamknęłam się. Później przez całe wesele czułam sie jak popychadło ostatnie. PM wogóle ze mną nie rozmawiała. "Posyłała" tylko po mnie jak szminki jej trzeba było. Na sesji się wymarzłam przez 3 godziny a byłam na jednym zdjęciu (bo nie chcieli świadków na fotach,a na to jedno fotograf nas zaciągnął). Oczepiny też przeżyłam w stresie, a PM fukała na mnie przy wszystkich gościach. Następnego dnia skoro świt zebraliśmy się i wróciliśmy bez słowa pożegnania do wawy.Minął tydzień, koleżanka nie dzwoniła, ja tez nie mam ochoty.
Jestem tak zniesmaczona, że odechciao mi się nawet swojego wesela...
Myślicie, że dobrze zrobiłam unosząc się i wyjeżdżając bez słowa? z jednej strony mam wyrzuty sumienia, a z drugiej wcale nie końca żałuję tej wieloletniej przyjaźni.
przepraszam za błędy.
Pozdrwiam!