hubar
03.09.04, 09:33
Województwo łódzkie wysunęło się na trzecie miejsce w kraju pod względem
zainteresowania zakupem ziemi przez cudzoziemców – tak wynika z
opublikowanych niedawno statystyk. W ubiegłym roku sprzedano im 256 hektarów,
a zezwolenia na kupno wydano na kolejne 160. Nie ma jeszcze danych za bieżący
rok.
Najwięcej inwestują Niemcy, którzy w 2003 roku kupili ponad 100 hektarów.
Niewiele mniej, bo 73,9 ha, nabyły firmy zarejestrowane w maleńkim
Luksemburgu. Do tego dochodzą Holendrzy – 37 ha, Koreańczycy – 20,9 ha oraz
Francuzi – 7,9 ha.
Witold Rosset, wicedyrektor Wydziału Gospodarowania Majątkiem Urzędu Miasta
Łodzi, twierdzi, że zdecydowany ruch w transakcjach z cudzoziemcami zaczął
się rok temu i ma związek z napływającymi do miasta zagranicznymi
inwestycjami.
– To zasługa dobrej polityki promocyjnej miasta i korzystnych warunków, jakie
stworzono dla cudzoziemców chcących tu ulokować kapitał – mówi Rosset.
Z kolei Tadeusz Matusiak, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji, w
którym to resorcie wydaje się zezwolenia dla cudzoziemców zainteresowanych
ziemią w Polsce, zauważył też zainteresowanie Niemców kamienicami w centrum
Łodzi.
– Decydują o tym względy historyczne. Przecież w 1939 roku Niemcy stanowili
19 procent mieszkańców miasta – przypomina Matusiak.
Głównie koncerny
Prywatni nabywcy nieruchomości czy gruntów rolnych są jednak w zdecydowanej
mniejszości. Ziemię w naszym regionie kupują przede wszystkim wielkie
światowe koncerny pod budowę swoich zakładów.
Największą inwestycję poczynił w ostatnich miesiącach amerykański koncern
Gillette, który wiosną tego roku kupił na nowym Józefowie w Łodzi 20 hektarów
ziemi. Z kolei najbardziej prestiżową działkę o powierzchni 20 tys. metrów
kwadratowych nabył w centrum Łodzi Philips, planujący tu budowę centrum
księgowo-usługowego.
Stan posiadania zwiększyli niedawno – obecni od kilku lat w Łodzi –
producenci sprzętu AGD, włoski Merloni i niemiecki Bosch, który ma już tu w
sumie 8 ha. 12 hektarów kupiły też w ostatnich miesiącach firmy
współpracujące z Boschem i Merlonim: Prettl, Wirthwein, Coco-Verk, Hirsch
oraz Drahtzung. Łódź sprzedała też ziemię Horyzontowi – inwestorowi centrum
handlowego Manufaktura, a także producentowi ubrań Wrangler, firmie VF Polska
z niemiecko-luksemburskim kapitałem.
Hiszpański koncern Alberico kupił w Tomaszowie aż 16 hektarów ziemi. Z kolei
w Kutnie, gdzie inwestycyjny boom pojawił się wiosną tego roku, angielski
producent opakowań tekturowych Smith nabył 2,5 ha, a czeska Kofola 6,5 ha pod
budowę fabryki napojów.
Tempo zakupu ziemi w Łódzkiem może jeszcze wzrosnąć, ponieważ od 1 maja firmy
z krajów Unii Europejskiej nie muszą już ubiegać się o zezwolenie w MSWiA.
Chlebem i solą witani
– O wyborze Łodzi zadecydowało położenie geograficzne, wykwalifikowana siła
robocza i doskonałe stosunki z lokalnymi władzami – powiedział Joergen Buhl
Rasmussen, jeden z szefów Gillette, podpisując w marcu tego roku umowę
inwestycyjną z władzami miasta. Amerykański koncern kupił 20 ha ziemi na
nowym Józefowie i kosztem przeszło pół miliarda złotych postawi tam zakład
zatrudniający 1100 osób.
O dobre stosunki z władzami wielkie zachodnie koncerny nie muszą się martwić.
Znamienny jest tu przykład Gillette. Szefów firmy witał w łódzkim pałacu
Poznańskich, jednej z najokazalszych rezydencji w Polsce, sam premier Leszek
Miller, otoczony wiankiem lokalnych polityków. Był bankiet, płomienne
przemówienia i prezenty. Premier dostał złotą maszynkę do golenia,
Amerykanie – krawaty. A także coś o wiele bardziej cennego.
Przy okazji tej inwestycji rozgorzała dyskusja, jak daleko można się posunąć,
żeby przyciągać do Polski zachodni kapitał. Specjalne dla Gillette Rada
Miasta Łodzi zmieniła bowiem przepisy dotyczące ulg podatkowych dla wielkich
inwestorów, którzy zaangażują minimum 100 mln euro i zatrudnią 600 osób.
Dzięki podjętej w kwietniu uchwale, szybko ochrzczonej mianem „Gillette lex”,
koncern przez dziesięć lat (a więc dwa razy dłużej niż było to dotąd w
zwyczaju obdarowywać firmy) nie będzie płacił w Łodzi podatku od
nieruchomości. Do tego dochodzą inne zwolnienia, bo inwestycja ulokowana jest
w Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej.
Magistrat szacuje, że kiedy z uchwały zaczną korzystać inne wielkie firmy,
miasto straci na niej rocznie 3 do 5 milionów złotych.
Hojny dla inwestorów jest też budżet państwa. Premier Leszek Miller
zadeklarował 42 miliony złotych pomocy publicznej dla Gillette. A Łódzka
Specjalna Strefa Ekonomiczna sama wykupiła za 8 milionów złotych grunty pod
inwestycję, odsprzedając je Amerykanom za jedyne 2 mln. Czy warto?
– Za to dostajemy nowoczesną fabrykę, która wpisuje się w filozofię Łodzi,
miasta wysokich technologii – mówi Andrzej Ośniecki, prezes ŁSSE. – Mamy
tysiąc miejsc pracy w budowanym zakładzie i przynajmniej trzy razy tyle w
polskich firmach, które powstaną po to, żeby z nim współpracować. A budując
infrastrukturę, będziemy bardziej atrakcyjni dla kolejnych inwestorów
Dobrze u nas i tanio
Na Zachodzie mało kto cieszy się z tego, że „nasi” cudzoziemcy decydują się
zakotwiczyć w Polsce. W ubiegłym roku holenderski koncern Philips kupił 20
tys. metrów kwadratowych najbardziej prestiżowej wolnej działki w centrum
Łodzi. Kiedy firma ogłosiła przenosiny swojego centrum księgowo-finansowego
do Łodzi ze stolicy Irlandii, Dublina, na zielonej wyspie zawrzało. Parlament
dyskutował, dlaczego Philips ucieka, media dopytywały, co takiego jest w
Łodzi, żeby opłacało się zwalniać 150 doświadczonych pracowników, zamykać
firmę i przenosić ją na drugi koniec Europy.
Oficjalnie przedstawiciele Philipsa podkreślają, że do Łodzi ściągnął ich
potencjał intelektualny miasta. Ten nie jest jednak przecież większy niż
uznanych ośrodków akademickich w Europie, a nawet w Polsce Łódź ustępuje na
tym polu wyraźnie Warszawie czy Krakowowi.
Najważniejszym czynnikiem przemawiającym za przeprowadzką do Łodzi jest to,
że w trawionym niemal dwudziestoprocentowym bezrobociem mieście koszty pacy
są wielokrotnie niższe niż w Irlandii. Zachodnie koncerny bez trudu znajdą w
Łodzi pracowników, którzy mimo skończonych trzech fakultetów będą pracować za
tysiąc złotych i obietnicę rozwoju zawodowego.
To jednak nie wszystko. Andrzej Ośniecki uważa, że za mało cenimy też nasze
grunty. – Potrzebowaliśmy koła zamachowego, żeby zacząć się rozwijać.
Inwestorzy wiedząc o tym, mieli nad nami przewagę i ją wykorzystywali. Zbyt
często przymykaliśmy oko na to, że są sprzedawane po niekorzystnej cenie.
Czas to zmienić – mówi Ośniecki.
Międzynarodowa Spała
Ta miejscowość znana była dotychczas z ośrodka przygotowań olimpijskich oraz
walorów wypoczynkowych. Od niedawna staje się również popularnym miejscem
osiedlania się obcokrajowców. Tak jak i cała gmina Inowłódz, na terenie
której leży Spała.
– Szczególnie poszukiwane są siedliska w Spale, choć kilka osób osiedliło się
już we Fryszerce i w Liciążnej lub zrobi to wkrótce. Mamy w tym gronie
Greków, Holendrów, Francuzów, Amerykanów, są obywatele Rosji i Bułgarii –
mówi Cezary Krawczyk, wójt Inowłodza.
Są w tym gronie zarówno Polacy, posiadający podwójne obywatelstwo, jak i
obcokrajowcy, których przywiódł tutaj sentyment lub szczególnie urokliwe
miejsca.
– Wszyscy obcokrajowcy, chcący kupić ziemię, muszą być przedsiębiorcami –
mówi Janina Gostyńska, kierownik referatu obrotu gospodarki nieruchomościami,
rolnictwa i ochrony środowiska Urzędu Gminy Inowłódz. I są, reprezentując
różnorodne branże. Grek prowadzi przedsiębiorstwo spożywcze, a np. Rosjanin
jest dystrybutorem sprzętu do mikrochirurgii.
Ceny działek są takie same dla wszystkich i podczas popr