Do: MARECKI997

07.05.05, 21:51
Wyczytałem gdzieś w Wyborczej że chodziłeś do szkoły podstawowej na ulicy
Jaracza. Nie zgadza mi się imię szkoły ale czy chodziło o szkołę naprzeciw
teatru Jaracza czy przy dzisiejszej POW (kiedyś Armii Ludowej). W jakich
latach. Bo ja też chodziłem do szkoły przy Jaracza tej przy teatrze.
Pozdrowienia.
    • marecki997 Re: Do: MARECKI997 07.05.05, 21:57
      Chodziłem do szkoły naprzeciwko teatru Jaracza - ukończyłem w 1996, obecnie jest
      tam gimnazjum. Ciekawa szkoła to była muszę przyznać.
      • camelot Re: Do: MARECKI997 07.05.05, 22:24
        Dzięki za informację. Ja też chcodziłem do tej szkoły. wtedy miała ona numer 20
        i nie miała żadnej nazwy. Chociaż mówiło się nieoficjalnie Królowej Jadwigi.
        Ale czasy w jakich chodziłem do tej szkoły to była średnia komuna i takie nazwy
        oficjalnie nie przechodziły nikomu przez usta. Mieszkałem wtedy na
        Piotrkowskiej po parzystej stronie pomiędzy Narutowicza i Jaracza. Szkołę
        wspominam dość dobrze mimo, że chodziłem do niej tylko 6,5 lat (wtedy było
        ośmioletnie kształcenie). Fajne korytarze z posadzkami. Do tej pory mam
        wyszcerbioną jedynkę w uzębieniu jak walnąłem pyskiem w tę posadzkę. Klatki
        schodowe z super poręczą do zjeżdżania (jak leciało się na obiad i nauczyciel
        nie widzieli). Boisko otoczone murem. Oraz harcówka w bramie po prawo. Miałem
        wielu kumpli z Jaracza i Włokienniczej (Kamiennej). Jeszcze w latach 80 tych
        niektórzy cinkciarze zpod peweksu na Jaracza witali się ze mna. I na koniec
        wstyd się przyznać. Swoją naukę ukończyłem w tej szkole w grudniu 1966 roku,
        gdyż wyjechałem wtedy z rodzicami na placówkę dyplomatyczną do Szwecji. Proszę
        nie wyliczać mi wieku. Cały czas się czuję młody. Pozdrowienia.
        • marecki997 Re: Do: MARECKI997 07.05.05, 22:36
          Na lata, gdy ja chodziłem do SP20 przypada prawdziwy rozkwit tej szkoły. Tłumy
          na korytarzach, ciekawe towarzystwo. Jeden z kolegów, ps. "Cipek", podpalił na
          przykład włosy szatniarce. Innym razem paru chłopaków zabarykadowało drzwi do
          szatni, w której ta baba (po słowo "pani" do niej zupełnie nie pasowało)
          urzędowała wcześniej twrzucając tam pojemnik z gazem łzawiącym. Takich wydarzeń
          było o wiele więcej.
          • camelot Re: Do: MARECKI997 07.05.05, 22:46
            Inne czasy, inne zabawy. My bawiliśmy się w ZORRO, czyli fartuszek tak
            fartuszek z białym kołnierzykiem zapiety tylko pod szyją aby robił za
            pelerynkę. Wtedy był szał serialu znak zorro, faruszek i czarna maska. Nie było
            takiego chuligaństwa i bandytyzmu. jak cos nie tak to rodzice do szkoły,
            powiadomiony zakład pracy i pogrozenie palcem sekretarza partii w zakładzie
            rodzica. To wystarczyło aby niejeden uczeń dostał solennie w dupę od swojego
            starego. Prawa ucznia??? Jakie prawa??? Ciągnięcie za ucho to normalka,
            piórnikiem drewnianym po łapach (najlepiej było mieć piórnik z dermy) lub
            linijką. I obowiązkowe kwity na sprzedaną makulaturę - 1 kg na miesiąc. Skup
            był w domu obok szkoły. Takie były czasy, może nienormalne ale wychowujące
            dzieci w poczuciu obowiązku.
            • ukalo Re: Do: MARECKI997 09.05.05, 13:18
              To i ja się dopiszę - absolwent "dwudziestki" z 1992 roku :)
              • Gość: absolwent_20 Re: Do: MARECKI997 IP: *.toya.net.pl 09.05.05, 17:58
                Ja również chodziłem do tej szkoły (kończyłem w 1986) więc się dopisuję. Mam
                pytanie do innych absolwentów: czy uczył was historii niejaki Kaszański (jak
                dobrze pamiętam)? Camelot powinieneś Go pamiętać, bo z tego co pamiętam to w
                tej szkole był on "od zawsze". Pamiętam Go najlepiej bo .... w 7 i 8 klasie
                zawsze urywałem się z jego lekcji (historia była ostatnia). Pozdrawiam
                • marecki997 Re: Do: MARECKI997 09.05.05, 18:39
                  Ja też na Kaszańskiego się załapałem, ale tylko na zastępstwo 2 razy przyszedł
                  bo już był chyba na emeryturze i sobie tylko dorabiał. I była też nauczycielka
                  polskiego, taka staruszka-liliputka, ale nie pamiętam jak się nazywała. Ale
                  najciekawszą postacią była chyba jednak pani pedagog, historyczka i jednocześnie
                  wicedyrektor Grasz, o której chodziły plotki że kiedyś była mężczyzną...
                  • camelot Re: Do: MARECKI997 09.05.05, 20:27
                    Sorry ale z nauczycieli pamiętam tylko panią Bohdziun (moją wychowawczynię), to
                    były przecież lata 60 - te.
                  • Gość: absolwent_20 Re: Do: MARECKI997 IP: *.toya.net.pl 09.05.05, 21:06
                    Ja z Graszową nie miałem osobiście doczynienia, ale była wychowawczynią mojego
                    brata. Co do wygladu sie nie wypowiadam (chociaz jak Ją widzialem to faktycznie
                    miała "wąsy"), ale co do umiejętności pedoagogicznych to jak najbardzej ok.
                    Właśnie dzięki Jej pomocy (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) kończył kolejne
                    klasy. A potem juz bez jej pomocy liceum i studia. Z innych nauczycieli
                    pamietam jeszcze moją wychowawczynie - matematyczkę Rutkowską. Kurcze, jaką
                    człowiek ma sklerozę - nazwisk innych jakoś nie udaje mi się przypomnieć.
                    Marecki napisz kto Cię uczył - może dziadek sobie przypomni:).
                    • marecki997 Re: Do: MARECKI997 09.05.05, 21:49
                      Pani Rutkowska była naszą wychowawczynią, ale jako że byliśmy klasą chuligańską,
                      pewnego dnia opuściła nas bez pożegnania i przez kilka tygodni a może nawet
                      miesięcy pozostawaliśmy bez wychowawcy. W końcu naszym wychowawcą mianowano
                      wuefistkę, p. trener Kołakowską-Klauze, która zrobiła porządek i jednocześnie
                      łagodziła konflikty pomiędzy uczniami.
                      Pamiętam jeszcze świetną fizyczkę-chemiczkę, która nie pamiętam jak się
                      nazywała, ale do wszystkich chłopaków, którzy nie przygotowali się do zajęć
                      mówiła "facet, ty chyba żartujesz!". Ale nauczycielką najciekawszą była
                      polonistka, p. Anna Urbańczyk. Uczniom rozmawiającym na lekcji kazała stać nad
                      koszem na śmieci i "kontemplować" w śmieci się wpatrując. Nierzadko w
                      rozmawiających rzucała różnymi przedmiotami - gąbką, kredą, kluczami, czasem
                      niczym w sądzie by uciszyć gawiedź uderzała o blat biurka młotkiem. Pewnego dnia
                      coś jej się pomyliło i w jednego z chłopaków, o ksywie "rosomak" rzuciła młotkiem...
                      Pani Urbańczyk uczyła później i chyba do dziś uczy w gimnazjum pod tym samym
                      adresem. Zawitała nawet na pierwsze strony gazet gdy kazała uczniom jako pracę
                      domową napisać opowiadanie z użyciem wulgarnych wyrazów.
                      A co do pani pedagog Grasz, to nie tylko była dobrą nauczycielką, ale nawet
                      jedną z nielicznych osób w całym gronie pedagogicznym, które umiały tę całą
                      chuliganerię jakoś opanować, "poskromić". A plotki na jej temat wzięły się stąd,
                      że miała męski głos, ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i atletyczną, męską budowę
                      ciała. I przede wszystkim po męsku potrafiła porozmawiać z nieposłusznymi uczniami.
                      • Gość: absolwent_20 Re: Do: MARECKI997 IP: *.toya.net.pl 09.05.05, 22:23
                        Ciekawe lekcje były z p. Urbańczyk.Załuje że nie miałem przyjemności:)).
                        Właśnie podobne metody prowadzenia lekcji miał p. Kaszański. Szczególnie
                        upodobał sobie linijkę albo dziennik jako argument do uciszania. Chodził po
                        całej klasie i próbował prowadzić lekcję, ale zawsze było głośno i nikt Go nie
                        słuchał. Jak się już maksymalnie wkurzył to robił się czerwony i używał na kimś
                        w/w argumentów, co i tak niewiele skutkowało, bo wszyscy w śmiech (oprócz
                        delikwenta, bo czasami ostro przysolił). A tak wogole to już w 7 i 8 klasie
                        niewile osób chodziło na Jego lekcje, bo jak pisałem wcześniej były to ostatnie
                        zajęcia w danym dniu i nikomu się nie chciało siedzieć. W zasadzie to
                        urywaliśmy się z 2 ostatnich lekcji bo uczył tez WOS-u. Chociaz w sumie
                        lubilismy Jego przedmioty bo jak pamiętam to od 4 do 8 klasy pisalem tylko
                        jedna czy dwie klasowki a ustnie to chyba nigdy nie odpowiadalem. A oceny to
                        nie wiem skad sie brały. Chyba patrzyl jakie dany osobnik mial oceny z innych
                        przedmiotow i wyciagal srednia. Sami tez czasem cos wpisalismy jak były za
                        kiepskie oceny. To narazie tyle. Jak mi się coś przypomni to dorzucę dalszą
                        garść wspomnień.
                        • marecki997 Re: Do: MARECKI997 09.05.05, 22:48
                          No to ja jeszcze dorzucę - u większości nauczycieli lekcje wyglądały następująco
                          - nauczyciel wchodzi do klasy, ok. 12-15 minut ucisza wszystkich, wreszcie
                          zaczyna prowadzić lekcję. Gdy stoi odwrócony, to uczniowie rzucają w siebie
                          papierami i innymi przedmiotami (np. zimą - śniegiem, jesienią - jabłkami, przez
                          cały rok - śmieciami). Bardzo popularne było też opluwanie się nawzajem bądź też
                          opluwanie innym uczniom ławek. Czasem nawet dochodziło do rękoczynów - rzadko
                          się bili, najczęściej dusili albo szarpali. Zdarzało się że ktoś kujonkowi,
                          który jako jedyny coś notował, zabierał zeszyt i coś w nim mazał (mazanie to
                          była moja specjalność), zdarzało się także że zabierane innym uczniom przedmioty
                          wyrzucane były przez okno.
                          Co było dalej - jeśli to ostatnie lekcja, to wszyscy na ok. 10 minut przed
                          końcem zaczynają w tajemnicy przed nauczycielem zmieniać buty, zabrane na
                          poprzedniej przerwie z szatni. W szatni bowiem były kolejki, a znienawidzona
                          przez wszystkich szatniarka ociągała się jak mogła z otwieraniem klatek, tzw.
                          boksów, w których kurtki były przechowywane. W takim tłoku zmiana obuwia była
                          wręcz niemożliwa.
                          Wreszcie dzwonek - dzieciarnia wybiega z sali i pędzi na dół do umieszczonej w
                          piwnicy szatni. Kurtki zwykle nie ginęły, ale jeśli ktoś w kieszeni zostawił coś
                          wartościowego, to od razu mógł się z tym pożegnać.
                          Co się w SP20 rzucało najbardziej w oczy? - wiecznie zaplute ściany i podłoga.
                          Nie daj Boże w takich warunkach się przewrócić. I jeszcze picie sprzedawane w
                          szkolnym sklepiku w foliowych torebkach ze słomką - taka wtedy była przez kilka
                          lat moda. A na przerwach był nie tyle krzyk, co wręcz zwierzęcy wrzask tysiąca
                          gardeł - nawet gdyby nauczyciel chciał przetrzymać uczniów w klasie po dzwonku,
                          to się zupełnie nie dało, bo jego słów zwyczajnie nie byłoby słychać.
        • ukalo Re: Do: MARECKI997 12.05.05, 13:41
          Wychodzi mi, że jesteś chyba rówieśnikiem (lub prawie) mojego taty, który
          również jest absolwentem "dwudziestki"
          • ukalo Re: Camelota 12.05.05, 13:42
            ukalo napisał:

            > Wychodzi mi, że jesteś chyba rówieśnikiem (lub prawie) mojego taty, który
            > również jest absolwentem "dwudziestki"

            Powyższe oczywiście było do Camelota, nie Mareckiego :-)
Inne wątki na temat:
Pełna wersja