moje opowiadanie

08.07.07, 16:26
zapraszam do lektury i komentowania co o tym myslicie



part 1


Był piękny dzień choć słońce świeciło jedynie za kilkoma chmurami, które
niosły na pierwszy rzut oka, drobną burzę. Pioruny i błyskawice rozświetlały
ogromne pułapy nieba i hektary gruntów ornych. Czarne obłoki powoli
zasłaniały promienie słoneczne, wszystko zaczęło się zmieniać, robiło się
coraz ciemniej. Świat zaczął przybierać nowych barw. Złote dywany pszenicy,
zielone dywany jęczmienia i żółto - czerwone łebki kwiatów biły się pomiędzy
sobą o ostatnie chwile jasności, o ostatnie momenty promienia. ostatnie
ułamki blasku. Dwa światy ścierały się miedzy sobą. Złote źdźbła pszenicy
prężące się w stronę słońca zmieniały swój kolor na coraz ciemniejszy.
Błyszczący dywan zaczął przybierać matowych barw, świat zaczął umierać.
Pierwsze krople deszczu delikatnie muskały suchą, żylną glebę. Płaczące
chmury zaczęły użyźniać martwa ziemie. Wąziutkimi kanalikami miedzy
drobinkami kamieni przemieszczały się strumienie życiodajnej wody. Kolejne
krople zatrzymywały się na kruchych liściach i kłosach. Wszystko zaczęło
drżeć, jakby bało się czegoś. Kłosy i trawy uginały się pod ciężarem
następnych łez. Kolejny piorun rozświetlił morze zboża. Jego blask sprawiał
wrażenie końca świata, ramiona oplatały cały horyzont, palce jego muskały
ostatnie nawet drzewa. Czul się jak pan, władca, czul się Bogiem.
Ucichło...
Wspiął się na szczyt i upadł na samo dno.
Przeminął....
Dywany nagle zaczęły tańczyć, wydobywały z siebie nieskoordynowane ruchy, raz
w prawo, raz w lewo. Świat po chwili ciszy zaczął znowu odzyskiwać siły
Przyszedł....
Z początku cichy i spokojny, nieznajomy i delikatny. W jednej chwili pokazał
swoja moc. Słabe bezbronne dusze, umierały oplatane z każdej strony silą
wszechpotężnego. Robiło się coraz ciemniej. Obłoki wydobywały z siebie coraz
więcej łez. Dlaczego płakały? Czuły w sobie bezsilność wobec błyskawic.
Pojawił się następny piorun, ten był słabszy, ale panował nad światem dłużej.
Chciał pozostawić po sobie potomka, ślad swej obecności.
Zaatakował...
Wydawałoby się ze nikomu nic się nie stało, lecz to było tylko pierwsze
wrażenie. Gdzieś w oddali ktoś zauważył łunę światła. Dywan pszenicy pełen
życia powoli stawał się cmentarzem, wszystko umierało, słychać było krzyki i
szepty konających dusz. Najgłośniej krzyczał stary dąb w oddali. Umierał . Ta
śmierć była przerażająca, płomienie ognia okrywało jego ciało, każda jego
cząstka zaczęła zmieniać swój kształt wyginać się pod wpływem rak ognia.
Śmiech panujących ogników rozpościerał się po całym polu. Wzbudzał lek i
postrach. Jego ciało oplatało każdy konar umierającego drzewa. Wydobył z
siebie ostatnie siły i głośno zapłakał... pozostawiając po sobie martwa
mogile. Chmury wydobywały z siebie jeszcze więcej łez. Wykorzystując okazje,
pioruny ponownie zaczęły atakować. lecz juz bez rezultatów. Wszechpotężny,
bezimienny wiatr, zwiększył swoja sile. Błyszczące dywany zbóż wykonywały juz
taniec śmierci, taniec ostatnich momentów ich życia. Strugi deszczu lały się
po ich ciałach, kamienie pod nogami pszenicy, objęte były morzem łez. Lecz
tylko jeden kamie był cały czas suchy.
Resztka swoich sil wspięła się na szczyt głazu malutka stonka. Owy głaz stal
się dla niej królestwem i kraina szczęścia. Mimo wielu przeciwności stanęła
wyprostowana, spojrzała w prawa stronę i ujrzała ocean śmierci, spojrzała w
lewa stronę i ujrzała cmentarz dusz. Została sama...
Podniosła wysoko głowę i krzyknęła Qvo Vadis wietrze, cóżeś uczynił piorunie
i zapłakała...



Part 2


Zgięła kolana i usiadła, jej oczy stały się czerwone z żalu i płaczu. Czuła w
sobie pustkę, wiedziała, że została sama. Ta obcość, która ją ogarnęła
przenikała w całe jej ciało. Powoli zsunęła się, schowała pod głaz i aby nie
widzieć zniszczeń świata zamknęła oczy i zasnęła.
Wiatr powoli ucichł. Przechodził, szedł dalej i dalej, niosąc zniszczenie na
kolejnych areałach ziemi. Martwe dywany pszenicy przybrały kolor ponownie
lśniąco żółty. Połamane ręce i nogi kłosów sprawiały wrażenie ludu inwalidów.
Bezimienne dusze deptały martwe ciała, odchodząc w zapomnienie. Nie
wydobywały już z siebie żadnego dźwięku, szły w ciszy i zadumie. Jakaś
potężna siła wołała ich w swoją stronę, szły bez celu. Nie oglądały się za
siebie. Legiony dusz nie walczyły już o życie, walczyły teraz o wieczne
szczęście. Ostatni piorun na niebie wydobył z siebie takt melodii.
Nastała cisza, słychać było kroki wojsk nadające rytm. Pojedyncze żywe
jednostki odzyskiwały powoli siłę, siłę która pozwoliłaby im przetrwać. Znów
tańczyły, lecz teraz spokojnie, tańczyły ze szczęścia.
Spod czarnych burzowych chmur przeciskało się słońce. Nieliczne promienie
oświetlały kłosy. Te promienie stały się dla nich spełnieniem marzeń. Świat
wracał do normalności. Ale czy normalnością moglibyśmy nazwać legiony dusz
odchodzących do wieczności, czy normalnością stał się ocen łez, czy w końcu
normalnością stało się martwe ciało dęba? Jego mogiła przetrwała, stała się
symbolem bezbronności. Lecz kto będzie opowiadał o wczorajszych wydarzeniach.
Od kogo dowiedzą się potomni o tej krwawej nocy. Czy następne dywany pszenicy
będą w stanie obronić się przed wszechpotężnym, złowieszczym wiatrem,
wszechmocnym piorunem.
Chmury zaczęły ustępować, nie nazwałabym tego litością o co błagały źdźbła
pszenicy i jęczmienia, to raczej był drobny kaprys. Ironiczny śmiech upadłych
aniołów podążał za wiatrem. Dwa światy znów zaczęły walczyć ze sobą. Pierwsze
promienie słońca przykrywały zło, spychały ciemność na bok. Pojedyncze już
chmury odsłaniały pełne słońce. Złote dywany martwych ciał lśniły jeszcze
mocniej. Żyzna odżywiona gleba nie przyjmowała tak dużej ilości łez. Ręce
pszenicy obmywały swoje ciała w kałużach żalu. Krew spływała z ich ran
mieszając się z wodą. Ostanie szepty konających dusz obudziły z głębokiego
snu jedyne zwierzę, które przetrwało - malutką stonkę. Promienie słoneczne
skierowane w otwierające się oczy stonki powodowały wzruszenie. Symboliczna
łza spłynęła jej po policzku... Nie była to łza ociężała, przepełniona
żalem, lecz była to łza szczęścia. Malutkie zwierzę układało się do snu z
myślą nadchodzącej zagłady, z myślą, że już nigdy może się nie obudzić, z
myślą, że jej sen może stać się wiecznością. Myślała, że zamyka oczy na
zawsze, lecz ktoś chciał inaczej. Ktoś chciał aby przeżyła. Podniosła powieki
i ujrzała błękitne niebo przepełnione radością. Obejrzała się dookoła siebie,
mimo iż świat był wypełniony promieniami słonecznymi, martwe dywany dusz i
konające resztki pszenicy przypominały jej o wczorajszej nocy. Czuła
współczucie, lecz czuła także radość. Radość z tego, że marzenia mogą się
spełnić, jeszcze wczoraj pragnęła ujrzeć niebieska taflę nieba i
rozświetlające się nieliczne białe obłoki. Ponownie stanęła na kamieniu,
wyprostowała się i zaśmiała. Wydobywała z siebie coraz głośniejszy dźwięk.
Upadła….jej oczy stały się ciężkie, powieki powoli zamykały się. Jasny świat
stawał się ciemnością. Jakaś siła sturlała ją z kamienia, czuła się bezwładna.
Nastała cisza……..


Świat powoli zapadał w sen, lecz nikt nie zamykał już oczu, nikt nie kładł
się spać. Pojedyncze kłosy pszenicy i jęczmienia bały się, że już nigdy nie
ujrzą świata, bały się, że ze zmęczenia na zawsze odejdą, podążą za swoimi
rówieśnikami wydobywając z siebie ostatnie takty kroków, odejdą w otchłań.
Bały się i drżały, cisza oplatała swoimi ramionami nawet najdalej leżące
istnienie. Nikt nie porozumiewał się miedzy sobą, z braku wewnętrznych sil.
Część z nich straciła glos ze zmęczenia, druga część obawiała się powrotu
wszechpotężnego. Na zawsze stały się ułomne. Już same nie wiedziały co byłoby
dla nich lepsze: odejść w zapomnienie do wiecznego szczęścia, czy żyć jako
inwalida, żyć i nie móc opowiadać swoim dzieciom o tej okrutn
    • black_brass Re: moje opowiadanie 08.07.07, 16:27
      Dywanów już nie było, zostały pojedyncze włókna, włókna, które już nie lśniły
      jak dawniej. Mogiły pszenicy broniły nieliczne żywe jednostki od delikatnego
      wiatru. Wczoraj te zaczęło się od takiego delikatnego chłodku a skończyło się
      na straszliwej wojnie na śmierć i życie. Bezbronne źdźbła bały się nawet
      takiego delikatnego przyjaznego wszechpotężnego. Nie czuł się on potężny, lecz
      chciał być ich przyjacielem, chciał ukoić ich rany. Nie został przyjęty
      entuzjastycznie obawiano się go.
      Czuł się niechciany wiec odszedł. Słońce kładło się na białych obłokach i
      chowało za horyzontem. Panem świata powoli stawał się lśniący książę. Władca,
      który miał wokół siebie order poddanych. Małe gwiazdy rozświetlały cmentarze
      martwych dusz. Dopiero dzisiaj wszechpotężny zobaczył zniszczenia świata.
      Zapłakał…jedna z jego gwiazd zeszła na ziemię i wraz ze swoim rydwanem niosła
      pomoc i ukojenie.
      Każdy kto ja zobaczył szybko wypowiadał życzenie. Nie były to marzenia o
      bogactwie i miłości, lecz o spokoju ich dusz i życzenia o wieczna modlitwę za
      ich umarła rodzinę. Owa gwiazda i możliwość zmiany na swego losu stała się dla
      nich radością. Srebrzysty książę patrzył i nie wierzył, czuł pustkę, czuł jakby
      zabrano mu coś co kochał. Już nigdy nie zobaczy lśniących roześmianych dywanów,
      tańczących w rytm delikatnego wiatru. Na ich miejscu widzi pole proszących o
      pomoc dusz, widzi bose stopy zanurzone w kałużach krwi i cierpienia. Współczuł
      wszystkim tym, którzy oglądali pogorzelisko walki z wszechpotężnym i
      złowieszczym piorunem.
      Chciał się dowiedzieć o przebiegu boju stoczonego przez odważne źdźbła
      pszenicy. Już chciał wypowiedzieć pierwsze słowa lecz ujrzał martwe ciało swego
      przyjaciela dęba. Patrzył i nie wierzył. Nie zapłakał, lecz wydobył z siebie
      dwa słowa
      - dlaczego Ty
      I zamknął oczy….
      Świat ułożył się do snu. Aby nie widziano załzawionych oczu księcia przykryto
      go chmurami. Gwiazdki nie lśniły już jak przed momentem. Wszystko pogrążyło się
      w żałobie. Każdy przyjmował ciężar losu w milczeniu. Martwe dywany pszenicy
      przykryły ocalałych i zasnęły. Zasnęły marząc o aniele, który byłby dla nich
      krainą szczęścia, arkadią. Marzyły o innym świecie, lecz to były tylko
      marzenia.
      Gdzieś słychać było ostatnie szepty i krótkie kołysanki matek tulących swoje
      dzieci. Jeszcze nigdy tak mocno nie ściskały małych ździebełek, ale był to
      wyraz wielkiej miłości i szczęścia. Nastała cisza a wszystkie oczy oddały się
      marzeniom sennym.
      Lecz coś nagle drgnęło, ktoś się poruszył, szmer dochodził spod kamienia.
      Malutka stonka zaczęła przebierać oczami. Nieświadomie otwierała i zamykała
      powieki….nagle, znalazła się w innym świecie….






      Part 3

      Nie znała nic dookoła, wszystko było obce, jej przerażone oczy i wyraz twarzy
      mówiło samo za siebie. Była zachwycona i niedowierzała gdzie jest? Morze krwi,
      które pamiętała zamieniło się w błękitne, lazurowe dywany. Pszenica stała się
      areałem wody tańczącej raz w prawo, raz w lewo stwarzając delikatne, malutkie
      fale. Letni ciepły wietrzyk, oplatał ciało radosnej stoneczki. Czuła w sobie
      podniecenie a wręcz ekscytacje. Jej ciało stawało się coraz cieplejsze,
      nagrzewało się pod wpływem mocnych , wyraźnych promieni. Nie było to słońce,
      które znała z prawdziwego życia, lecz było ono większe, mocniejsze,
      intensywniejsze i wyraziście panujące nad całym światem. Tutaj nie pioruny i
      wiatry były wszechpotężne i złowieszcze lecz żółty jak dywan pszenicy okrągły
      władca. Za dnia on, zaś w nocy srebrzysty księżyc opiekował się wszystkimi
      żyjącymi istotami na tym nieznanym dla malej stonki świecie. Oni byli
      najsilniejsi. Stała na rozgrzanych od żaru malutkich kamyczkach a przeogromna
      ich ilość rozbudzały w niej wspomnienie o bladożółtych przyjaciołach. Ciepły
      dywan wody obmywał jej chudziutkie nóżki prawie jak kłosy jęczmienia. Jej stopy
      były mokre, czuła w sobie ciepło, było to jej spełnieniem czego nie ukrywała.
      Przed jej oczami rozpościerał się widok lazurowego morza. Nagle posmutniała, z
      początku nie wiedzieć czemu, lecz przypomniała sobie widok umierających kłosów,
      zmywających krew ze swoich nóg. Nie potrafi zapomnieć, ta fotografia zachowała
      się w jej myślach bardzo głęboko i nie potrafi opuścić jej głowy.
      Nie wiedziała co ze sobą zrobić, będąc sama na obcej na ziemi, czy udać się w
      głąb ciemnego boru, czy pozostać na plaży i cieszyć oczy w przepięknego widoku
      ciepłego morza? Nagle przez jej głowę przeleciała jak błyskawica choć to nie na
      miejscu porównanie złota myśl, bo przypomniała jej się opowieść o takim jak ona
      rozbitku Robinsonie Cruzo’e. Nie chciała skończyć taj jak on, lecz bała się, że
      to będzie nieuniknione. Nie chciała aby taki obraz zaprzątał jej głowę wiec jak
      najszybciej wyrzuciła go ze swojej podświadomości. Postanowiła cieszyć się
      chwila. Choć nie jadła od wielu godzin, nie czuła w sobie pragnienia głodu.
      Swoje ciało ułożyła na drobniutkich ziarenkach piasku, zdjęła wierzchnie
      ubranie wiedząc ze jest sama i oddała swoje ciało promieniom słońca. Zamknęła
      powieki, które tym razem nie było ociężałe i zmęczone, lecz lekkie i zwiewne
      jak piórko. Słyszała delikatny, namiętny szum wody, fal podmywających jej
      prawie nagie ciało. Jak wielką sprawiało jej to rozkosz, tego nie jest pojąć
      nikt kto tego nie przeżył powtarzając te słowa na głos przeciągała się raz w
      prawo, raz w lewo. Czy to było moimi marzeniami? Wyszeptała myśląc, że ktoś ją
      usłyszy.
      Pragnęła tego, lecz jej apetyt rósł w miarę jedzenia. Uważała, ze mimo iż
      jest w tak pięknym miejscu to gdzieś musi być jakiś osobnik przeciwnej płci,
      bo tylko tego brakowało jej do pełni szczęścia i spełnienia tych najskrytszych
      marzeń. Chciało czuć w sobie świadomość przynależności do kogoś, żyć wiedząc,
      że następnego dnia obudzi się o jego boku.
      Jej romantyczna dusza pragnęła oglądać lazurowe morze, delikatną plażę wysokie
      aż po samo niebieskie niebo palmy.
      Czuła się jak taka samotna palma w wielkim świecie którego nie znała. Czuła, że
      znajdzie tu przyjaciół z biegiem czasu, wiedziała, że jest potrzebna sama
      sobie. Chciała żyć, chciała istnieć, pokazywać się. Pragnęła aby ją podziwiano,
      brano z niej przykład a najbardziej czego w życiu pragnęła to przygoda wielkiej
      miłości, której nigdy nie doznała. Tak mocno pragnęła kogoś kochać, że
      zapomniała o swoich celach w życiu. Gdyby nie myślała tyle o miłości jak z
      bajki, gdyby nie szukała przez całe życie swojego księcia byłaby szczęśliwa.
      Najwyraźniej za wysoko postawiła poprzeczkę, której nikt nie był w stanie
      przeskoczyć, lecz marzy i marzyć będzie, bo wierzy, że on kiedyś nadejdzie, ze
      pokocha ją tak mocno jak ona jego.
      Usiadła na kamieniu głęboko wzdychając. Na cóż mi to wszystko, skoro i tak moja
      dusza, moje serce cierpi. Momentalnie na jej twarzy zagościł smutek, który
      mimo, iż rzadko ją ogarniał to czasem przychodził. Na cóż mi szczęście, skoro
      nie wiem czym ono jest….? Zadawała sobie to pytanie patrząc daleko poza
      horyzont. Boże zesłałeś mnie tą piękną krainę, ale po co to zrobiłeś skoro i tu
      nie odnajduję szczęścia, którego poszukuję przez całe życie. Sam widzisz, że
      tutaj czuję się bardziej samotna niż zwykle wiec po co mi to?
      Mimo palącego słońca, jej policzki stały się zimne. Swój wzrok zatrzymała w
      jednym punkcie siedząc w bezruchu. Miała pustkę w głowie, nie myślała o niczym.
      Spojrzała w górę na niebieskie bezchmurne niebo, odwróciła się za siebie i znów
      przed siebie. Tu jest przepięknie- wyszeptała. Przechyliła się na lewy bok aby
      obejrzeć kamień na którym siedziała. Nie dosięgała wzrokiem. Wychyliła się
      jeszcze bardziej, nią mając się za co złapać wpadła do wody.





      Part 4


      Nie przeraziła a wręcz przeciwnie, zaczęła się śmiać, tak głośno, że samej było
      jej wstyd za siebie. Chlapała się wodą, podskakiwała na miarę swoich
      możliwości. Wyrzuciła w siebie wszystkie smutki i rozter
      • black_brass Re: moje opowiadanie 08.07.07, 16:28
        Part 4


        Nie przeraziła a wręcz przeciwnie, zaczęła się śmiać, tak głośno, że samej było
        jej wstyd za siebie. Chlapała się wodą, podskakiwała na miarę swoich
        możliwości. Wyrzuciła w siebie wszystkie smutki i rozterki. Jej radość z życie
        wypełniało całe morze.
        Myślała, że na chwile straciła przytomność, ale to było tylko jej pierwsze
        wrażenie. Znalazła się pod wodą. Tam świat wyglądał zupełnie inaczej, niż ten
        który znała z rzeczywistości. Nie było w nim dywanów pszenicy ani jęczmienia.
        Nie było w nim srebrzystego księcia, wszechpotężnego wiatru, złowieszczych
        piorunów. Tutaj światem rządziły inne siły. Poczuła się jak w rodzinie, nie
        była sama, dookoła niej pływały dziwne stworzenia, których nigdy wcześniej nie
        widziała. Na jej twarzy można było dostrzec lekki uśmiech a oczy rozbłysły
        szczęściem. Stała w miejscu i nie wiedziała co zrobić. Liczne stada dziwnych
        stworów przepływały obok niej, była nimi zafascynowana. Nie wierzyła, że drugi
        świat dotąd jej nie znany mógł być tak inny, nie wierzyła że woda może być
        czyimś domem. Pamiętała tylko wodę zmieszaną z krwią. Nie spodziewała się ze
        błękitna życiodajna woda może być normalnością dla jakiś istot, tak jak dla
        niej czymś takim była pszenica i stary dąb. Rozglądała się dookoła. Wśród
        zielonych dziwnie małych drzew odpoczywały stare kamienie na puchowej pościeli
        piasku. Życie toczyło się tu swoim rytmem. Wszystko poruszało się jakby
        tańczyło, znała skądś ten obraz, lecz nie mogła sobie przypomnieć skąd.
        Delikatne drgania ramion, faliste uniesienia kończyn sprawiało wrażenie lotu.
        Widziała uśmiechy na twarzach, widziała pasję życia. Wszystko pływało a ona
        stała w miejscu przyglądała się podwodnej rzeczywistości. Wewnątrz siebie
        czuła, że tutaj byłoby jej dobrze, tutaj odnalazłaby szczęście, do którego
        krocząc przeżycie dąży.
        Ogromne stada malutkich istot poruszał się wokół niej. Były tak samo zdziwione
        jej obecnością jak ona nimi. Zatrzymały się i patrzyły sobie prosto oczy. Ni
        obchodził jej już świat, w którym się znalazła, lecz interesowała ją głębia w
        oczach małych istotek. Błagalny lecz radosny wzrok sprawiał iż w malutkim ciele
        stonki serce było tak wielkie i tak gorące, że jej zadowolenie nawet ślepiec by
        dojrzał. Nie wypowiedziała z siebie żadnego słowa, nie była w stanie. Moment
        później ocknęła się z magnetyzującego spojrzenia. Fascynowała ją wzajemna
        relacja miedzy wszystkimi przebywającymi w tym świecie. Zapragnęła żyć miedzy
        nimi., pragnęła mieć tu swoich przyjaciół, pragnęła mieć towarzysza do rozmów.
        Chciała opowiedzieć komuś o tym co przeżyła, chciała się komuś zwierzyć,
        wypłakać na ramieniu, pragnęła współczucia i pocieszenia. Nie chciała wracać do
        tych okropnych chwil, lecz to przyszło samoczynnie. Wróciły wspomnienia, o
        których chciała zapomnieć. Nagle poczuła kłucie swoim sercu, coś dziwnego
        działo się z jej umysłem i ciałem. Poczuła, że nie może oddychać. Ten moment
        obudził ją z transu, w którym przybywała pod wodą. Wynurzyła głowę i
        zaczerpnęła powietrza. Wzięła głęboki oddech i wspięła się na kamień, z którego
        wcześniej spadła. Czuje się nieswojo, ale wiedziała, że zawsze może wrócić do
        podwodnego świata, wiedziała, że nie jest sama. Na jej twarzy zagościł szeroki
        uśmiech, który nie chciał odejść. Odwróciła twarz ku słońcu i zamknęła oczy,
        wystawiła swe ciało oddając je jego promieniom. Zdała sobie sprawę, że pod woda
        przebywała jedynie kilka sekund, które dla niej wydawały się przynajmniej
        kilkoma minutami. Leżała i zachwycała się widokiem gorącego morza, które teraz
        wydawało jej się bardziej przyjazne i mniej tajemnicze. Nie czuła już w sobie
        obcości, przestała się czuć jak intruz. Gdyby miała komu to i tak nie
        potrafiłaby opisać widzianych przez nią rzeczy w tym świecie, wszystko co
        zobaczyła było dla niej nowością, większość rzeczy dopiero poznawała. Z każdym
        razem gdy zmieniała perspektywę przed oczami widziała cos innego. Z zachwytu
        nie mogła wypowiedzieć żadnego słowa.
        Zapragnęła poczuć się jak władca., jako pan tych wód wyniesiony na piedestał,
        miała przecież przed sobą tylko gładziutką taflę. Ku jej nieszczęściu tylko owy
        kamień stawał się dla niej tronem o którym dumała. Taka mała rzecz a potrafiła
        doprowadzić ją do wzruszenia i smutku na jej twarzy. Miała przed sobą dwa
        światy: świat morki chylił czoła przed światem powietrza, nieba i chmur. Czułam
        się jak zawieszona istota pomiędzy nimi, jak królowa rządząca dwoma
        królestwami, to ja decydowałam o ich losach. Kierując swój wzrok ku niebo
        kontynuowała. Gdyby miała komuś relacjonować widok i wspomnienia jakie
        zachowała z tego świata opisałaby to właśnie takimi słowami. Wyobrażała sobie
        iż te śnieżno- białe obłoki to jej przyjaciele z podwodnego świata. Zaczęła do
        nich mówić, monologowała, lecz jej słowa sprawiały wrażenie dialogu. Ożywiała
        je, jakby to one odpowiadały na jej pytania, słuchając jej. Przestała się czuć
        samotna, lecz jako królowa chciała mieć swoich podwładnych, swoje wojsko.
        Przecież w bajkach zawsze tak jest- wykrzyczała mając łzy w oczach. Czy miała
        władczy charakter? – przychodzi zapytanie, ona uważała, że tak, ale w
        rzeczywistości była wrażliwą mocną psychicznie mała istotką.

        Mimo, iż była zafascynowana przyrodą i widokiem jakim miała przed oczami po
        dłuższej chwili chciała obejrzeć resztę nieznanego jej lądu. Znała tylko
        kawałek morza i Tyche piasku. Bała się udać w głąb. Nie wiedziała jakie
        czekają ją tam przeciwności, jakie przeszkody i jakie zmagania. Przesiąknięta
        chęcią poznania powoli jej stopy zaczęły dotykać delikatnie muskającej jej
        stopy trawy. Niewielkie źdźbła zieleni, na których spoczywały błyszczące
        rodziny kropelek porannej rosy oplatały jej chudziutkie nóżki. Czuła jakby szła
        po miękkim dywanie zieleni zraszającego jej stopy. Wkraczała do innego świata.
        Tutaj promienie słońca już nie docierały. Delikatna zieleń była granicą
        pomiędzy dwoma cywilizacjami. Żółto- brązowe drobinki piasku kończyły swój
        żywot. Przed oczami miała teraz krainę ciemności. Jej tajemniczość kusiła nawet
        najmniejszą istotę jaką była stonka. Tutaj bało się zajrzeć nawet słońce, panem
        tej krainy stał się mrok, ciemność, przerażający cień. Cień, który cichutko
        szeptał: chodź do mnie, come to me. Nie potrafiła oprzeć się jego głosowi, był
        tak pochłaniający, tak ekscytujący, taki czuły, że szła w jego stronę. Przeszła
        granice, której tak się obawiała, weszła do krainy, której nigdy nie znała. Nie
        bała się, lecz czuła coś dziwnego. Tajemnicza aura oplatała jej ciało. Jak
        bluszcz wiła się wokół jej nóg i rąk. Poczuła lekkość, lekkość która sprawiała
        wrażenie lotu. Ogromne zielone krzaki patrzyły się w jej stronę, podziwiały jej
        odwagę, imponowała im. Nie była bierna tej postawie, również skupiała na nich
        wzrok. Przyglądała im się z niedowierzaniem. Kilkanaście par rąk, które
        posiadał każdy z nich stały w miejscu, nie poruszały się. Przyroda wydawała się
        martwa, kraina ciemności, do której udają się martwe dusze. I to do takiego
        świata udała się malutka stonka. Ogromne drzewa stojące przed nią ucichły jakby
        kładły się do snu, ale wiedziała, że musi być czujna. Stały jak ogromne słupy
        soli, patrzyły na nią jak na intruza. Czułam się obco, czułam na sobie ich
        wzrok i słyszałam szydercze szepty- relacjonowała swoja odważna wyprawę aby
        nie czuć się samotnie. Szłam dalej, zaparta w sobie, nie wiedziałam co mnie
        czeka, stawiając kolejny krok.
        Pamiętała, że zawsze może zawrócić i cieszyć widokiem błękitnego dywanu wody i
        bezchmurnego nieba, lecz szła dalej. Czuła coś takiego w sobie, co mówiło jej
        idź dalej, bo tam czeka na ciebie lepszy świat.
        Delikatne kropelki porannej rosy muskały jej stopy z giętkich zielonych liści.
        Falowały jakby były w stanie euforii, poruszały się raz w jedna, raz w drugą
        stronę tańcząc w takt melodii, które samemu nuciły. Każde z nich unosiło się w
        innym rytmie, lecz robiło to
      • black_brass Re: moje opowiadanie 08.07.07, 16:29
        Myślała, że na chwile straciła przytomność, ale to było tylko jej pierwsze
        wrażenie. Znalazła się pod wodą. Tam świat wyglądał zupełnie inaczej, niż ten
        który znała z rzeczywistości. Nie było w nim dywanów pszenicy ani jęczmienia.
        Nie było w nim srebrzystego księcia, wszechpotężnego wiatru, złowieszczych
        piorunów. Tutaj światem rządziły inne siły. Poczuła się jak w rodzinie, nie
        była sama, dookoła niej pływały dziwne stworzenia, których nigdy wcześniej nie
        widziała. Na jej twarzy można było dostrzec lekki uśmiech a oczy rozbłysły
        szczęściem. Stała w miejscu i nie wiedziała co zrobić. Liczne stada dziwnych
        stworów przepływały obok niej, była nimi zafascynowana. Nie wierzyła, że drugi
        świat dotąd jej nie znany mógł być tak inny, nie wierzyła że woda może być
        czyimś domem. Pamiętała tylko wodę zmieszaną z krwią. Nie spodziewała się ze
        błękitna życiodajna woda może być normalnością dla jakiś istot, tak jak dla
        niej czymś takim była pszenica i stary dąb. Rozglądała się dookoła. Wśród
        zielonych dziwnie małych drzew odpoczywały stare kamienie na puchowej pościeli
        piasku. Życie toczyło się tu swoim rytmem. Wszystko poruszało się jakby
        tańczyło, znała skądś ten obraz, lecz nie mogła sobie przypomnieć skąd.
        Delikatne drgania ramion, faliste uniesienia kończyn sprawiało wrażenie lotu.
        Widziała uśmiechy na twarzach, widziała pasję życia. Wszystko pływało a ona
        stała w miejscu przyglądała się podwodnej rzeczywistości. Wewnątrz siebie
        czuła, że tutaj byłoby jej dobrze, tutaj odnalazłaby szczęście, do którego
        krocząc przeżycie dąży.
        Ogromne stada malutkich istot poruszał się wokół niej. Były tak samo zdziwione
        jej obecnością jak ona nimi. Zatrzymały się i patrzyły sobie prosto oczy. Ni
        obchodził jej już świat, w którym się znalazła, lecz interesowała ją głębia w
        oczach małych istotek. Błagalny lecz radosny wzrok sprawiał iż w malutkim ciele
        stonki serce było tak wielkie i tak gorące, że jej zadowolenie nawet ślepiec by
        dojrzał. Nie wypowiedziała z siebie żadnego słowa, nie była w stanie. Moment
        później ocknęła się z magnetyzującego spojrzenia. Fascynowała ją wzajemna
        relacja miedzy wszystkimi przebywającymi w tym świecie. Zapragnęła żyć miedzy
        nimi., pragnęła mieć tu swoich przyjaciół, pragnęła mieć towarzysza do rozmów.
        Chciała opowiedzieć komuś o tym co przeżyła, chciała się komuś zwierzyć,
        wypłakać na ramieniu, pragnęła współczucia i pocieszenia. Nie chciała wracać do
        tych okropnych chwil, lecz to przyszło samoczynnie. Wróciły wspomnienia, o
        których chciała zapomnieć. Nagle poczuła kłucie swoim sercu, coś dziwnego
        działo się z jej umysłem i ciałem. Poczuła, że nie może oddychać. Ten moment
        obudził ją z transu, w którym przybywała pod wodą. Wynurzyła głowę i
        zaczerpnęła powietrza. Wzięła głęboki oddech i wspięła się na kamień, z którego
        wcześniej spadła. Czuje się nieswojo, ale wiedziała, że zawsze może wrócić do
        podwodnego świata, wiedziała, że nie jest sama. Na jej twarzy zagościł szeroki
        uśmiech, który nie chciał odejść. Odwróciła twarz ku słońcu i zamknęła oczy,
        wystawiła swe ciało oddając je jego promieniom. Zdała sobie sprawę, że pod woda
        przebywała jedynie kilka sekund, które dla niej wydawały się przynajmniej
        kilkoma minutami. Leżała i zachwycała się widokiem gorącego morza, które teraz
        wydawało jej się bardziej przyjazne i mniej tajemnicze. Nie czuła już w sobie
        obcości, przestała się czuć jak intruz. Gdyby miała komu to i tak nie
        potrafiłaby opisać widzianych przez nią rzeczy w tym świecie, wszystko co
        zobaczyła było dla niej nowością, większość rzeczy dopiero poznawała. Z każdym
        razem gdy zmieniała perspektywę przed oczami widziała cos innego. Z zachwytu
        nie mogła wypowiedzieć żadnego słowa.
        Zapragnęła poczuć się jak władca., jako pan tych wód wyniesiony na piedestał,
        miała przecież przed sobą tylko gładziutką taflę. Ku jej nieszczęściu tylko owy
        kamień stawał się dla niej tronem o którym dumała. Taka mała rzecz a potrafiła
        doprowadzić ją do wzruszenia i smutku na jej twarzy. Miała przed sobą dwa
        światy: świat morki chylił czoła przed światem powietrza, nieba i chmur. Czułam
        się jak zawieszona istota pomiędzy nimi, jak królowa rządząca dwoma
        królestwami, to ja decydowałam o ich losach. Kierując swój wzrok ku niebo
        kontynuowała. Gdyby miała komuś relacjonować widok i wspomnienia jakie
        zachowała z tego świata opisałaby to właśnie takimi słowami. Wyobrażała sobie
        iż te śnieżno- białe obłoki to jej przyjaciele z podwodnego świata. Zaczęła do
        nich mówić, monologowała, lecz jej słowa sprawiały wrażenie dialogu. Ożywiała
        je, jakby to one odpowiadały na jej pytania, słuchając jej. Przestała się czuć
        samotna, lecz jako królowa chciała mieć swoich podwładnych, swoje wojsko.
        Przecież w bajkach zawsze tak jest- wykrzyczała mając łzy w oczach. Czy miała
        władczy charakter? – przychodzi zapytanie, ona uważała, że tak, ale w
        rzeczywistości była wrażliwą mocną psychicznie mała istotką.

        Mimo, iż była zafascynowana przyrodą i widokiem jakim miała przed oczami po
        dłuższej chwili chciała obejrzeć resztę nieznanego jej lądu. Znała tylko
        kawałek morza i Tyche piasku. Bała się udać w głąb. Nie wiedziała jakie
        czekają ją tam przeciwności, jakie przeszkody i jakie zmagania. Przesiąknięta
        chęcią poznania powoli jej stopy zaczęły dotykać delikatnie muskającej jej
        stopy trawy. Niewielkie źdźbła zieleni, na których spoczywały błyszczące
        rodziny kropelek porannej rosy oplatały jej chudziutkie nóżki. Czuła jakby szła
        po miękkim dywanie zieleni zraszającego jej stopy. Wkraczała do innego świata.
        Tutaj promienie słońca już nie docierały. Delikatna zieleń była granicą
        pomiędzy dwoma cywilizacjami. Żółto- brązowe drobinki piasku kończyły swój
        żywot. Przed oczami miała teraz krainę ciemności. Jej tajemniczość kusiła nawet
        najmniejszą istotę jaką była stonka. Tutaj bało się zajrzeć nawet słońce, panem
        tej krainy stał się mrok, ciemność, przerażający cień. Cień, który cichutko
        szeptał: chodź do mnie, come to me. Nie potrafiła oprzeć się jego głosowi, był
        tak pochłaniający, tak ekscytujący, taki czuły, że szła w jego stronę. Przeszła
        granice, której tak się obawiała, weszła do krainy, której nigdy nie znała. Nie
        bała się, lecz czuła coś dziwnego. Tajemnicza aura oplatała jej ciało. Jak
        bluszcz wiła się wokół jej nóg i rąk. Poczuła lekkość, lekkość która sprawiała
        wrażenie lotu. Ogromne zielone krzaki patrzyły się w jej stronę, podziwiały jej
        odwagę, imponowała im. Nie była bierna tej postawie, również skupiała na nich
        wzrok. Przyglądała im się z niedowierzaniem. Kilkanaście par rąk, które
        posiadał każdy z nich stały w miejscu, nie poruszały się. Przyroda wydawała się
        martwa, kraina ciemności, do której udają się martwe dusze. I to do takiego
        świata udała się malutka stonka. Ogromne drzewa stojące przed nią ucichły jakby
        kładły się do snu, ale wiedziała, że musi być czujna. Stały jak ogromne słupy
        soli, patrzyły na nią jak na intruza. Czułam się obco, czułam na sobie ich
        wzrok i słyszałam szydercze szepty- relacjonowała swoja odważna wyprawę aby
        nie czuć się samotnie. Szłam dalej, zaparta w sobie, nie wiedziałam co mnie
        czeka, stawiając kolejny krok.
        Pamiętała, że zawsze może zawrócić i cieszyć widokiem błękitnego dywanu wody i
        bezchmurnego nieba, lecz szła dalej. Czuła coś takiego w sobie, co mówiło jej
        idź dalej, bo tam czeka na ciebie lepszy świat.
        Delikatne kropelki porannej rosy muskały jej stopy z giętkich zielonych liści.
        Falowały jakby były w stanie euforii, poruszały się raz w jedna, raz w drugą
        stronę tańcząc w takt melodii, które samemu nuciły. Każde z nich unosiło się w
        innym rytmie, lecz robiło to tak delikatnie i tak niewyczuwalnie, że zielone
        gąszcza namiętnie muskały stopy stonki. Bała się coraz bardziej, szła dalej
        przed siebie, lecz coraz częściej wątpiła czy dobrze robi. Mijając jedno drzewo
        spotykała następne, nie różniące się niczym od poprzedniego.
        • breblebrox Re: moje opowiadanie 08.07.07, 17:19
          black_brass napisała:

          > Ogromne zielone krzaki patrzyły się w jej stronę, podziwiały jej
          > odwagę, imponowała im.

          Łał!
        • jelonek72 Re: moje opowiadanie 09.07.07, 12:45
          bardzo ciężko się czyta
          język zbyt ubarwiony, za dużo różnego rodzaju porównań przez co tekst staje się
          "sztucznie" zagmatwany
          dosyć monotonny i nie ciągnie do czytania - "co będzie dalej"
          ogólnie pomysł dosyć ciekawy, tylko trzeba by jakoś lekkości dodać
          znalazłam też trochę błędów - piszesz wszystko 'o niej" a gdzieniegdzie rzuciły
          mi się słowa w pierwszej osobie

          ale nie od razu Kraków zbudowano :) trzeba pisać i próbować , przerabiać,
          ulepszać , czasem coś skiepścić ,żeby się okazało ,że pierwotnie było lepiej
          pisanie to ciężki kawałek chleba :)

          powodzenia życzę
          Jelonek


    • vincent34 Re: moje opowiadanie 08.07.07, 16:29
      czysta grafomania. niegodne czytania.
      • vincent34 Re: moje opowiadanie 08.07.07, 16:31
        niezly syfilis rozsiewasz. zbastuj.
      • black_brass Re: moje opowiadanie 08.07.07, 16:31
        vincent34 napisał:

        > czysta grafomania. niegodne czytania.
        przeczytales pierwsze zdanie juz jestes w stanie stwierdzic, gratuluje
        • vincent34 Re: moje opowiadanie 08.07.07, 16:33
          przeczytalem kilka zdan. wystarczy.
    • aaa202 A co to jest 'part', że tak spytam prowokacyjnie? 08.07.07, 16:34
      przyznam się, że nie przeczytałam. Nie lubię czytać z ekranu, a drukarki nie
      mogę podłączyć, bo nie mam tylu gniazdek. No i w ogóle drukarkę mam do dupy.
      Atramentówka. Skończył się tusz, kupiłam podróbę, jedną, drugą, kolejną,
      drukarka nadaje się do wyrzucenia.
      • vincent34 Re: A co to jest 'part', że tak spytam prowokacyj 08.07.07, 16:36
        Winno byc fart, nie part.
        • aaa202 A. Jasne. Może smark? Smark 1, Smark 2. 08.07.07, 16:37
          • vincent34 Re: A. Jasne. Może smark? Smark 1, Smark 2. 08.07.07, 16:55
            Nie, fart: pierdniecie 1, i td...
            • nett1980 Re: A. Jasne. Może smark? Smark 1, Smark 2. 08.07.07, 17:15
              vincent vel Fracktal?!?
    • iluminacja256 Re: moje opowiadanie 08.07.07, 18:49
      Hmmm...A może zdjęcia byś lepiej cykał? Łodzianie robią nieprawdopodobne wręcz
      zdjęcia szczegółów, to może i ty masz do tego talent? Bo, wybacz, ale pisacnie
      powinieneś - już choćby biorac pod uwagę problemy z końcówkami rzeczowników ...
    • nett1980 Re: moje opowiadanie 08.07.07, 19:46
      kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/0,73596.html moze tu sprobuj sil?
    • dziad_borowy Re: moje opowiadanie 09.07.07, 12:25
      Krotko: czytac to czy nie?
      Dzierżżż!!!
      • aaa202 Ja czekam aż wyjdzie w bryku 09.07.07, 12:37
      • trooly Re: moje opowiadanie 09.07.07, 12:43
        Obrałeś kierunek, który prowdzi w ciemne miejsce. To Twoje coś można
        wykorzystać pod warunkiem, że wreszczie się obudzisz i określisz cel swoich
        dążeń. Życie bez celu też może być ciekawe lecz ulotnym ono jest i innym
        przysłowiowego "kopa" nie daje. Nie trzeba wcale zostawiać swoich genów by
        trwać wiecznie, zrób coś wielkiego i na wielkość kształtuj swój życiowy
        optymizm, będzie lepiej dla Ciebie i dla Nas odbiorców Twoich "tchnień".
        Zazwyczaj z takich jak Ty powstaje coś wartosciowego, tylko nie działaj w
        samotności, wystraszysz nawet myszy.
        • aaa202 Na miejscu Dziada 09.07.07, 12:48
          strwożyłabym się.
          • dziad_borowy Re: Na miejscu Dziada 09.07.07, 12:55
            To zmieni moje zycie. Swoj tomik zatytuluje "Ostatnie tchnienie Dziada"
            Dzierżżż!!!
        • dziad_borowy Re: moje opowiadanie 09.07.07, 12:50
          Czyli jeszcze mam szanse? Ufff.
          Dzierżżż!!!
Pełna wersja