black_brass
08.07.07, 16:26
zapraszam do lektury i komentowania co o tym myslicie
part 1
Był piękny dzień choć słońce świeciło jedynie za kilkoma chmurami, które
niosły na pierwszy rzut oka, drobną burzę. Pioruny i błyskawice rozświetlały
ogromne pułapy nieba i hektary gruntów ornych. Czarne obłoki powoli
zasłaniały promienie słoneczne, wszystko zaczęło się zmieniać, robiło się
coraz ciemniej. Świat zaczął przybierać nowych barw. Złote dywany pszenicy,
zielone dywany jęczmienia i żółto - czerwone łebki kwiatów biły się pomiędzy
sobą o ostatnie chwile jasności, o ostatnie momenty promienia. ostatnie
ułamki blasku. Dwa światy ścierały się miedzy sobą. Złote źdźbła pszenicy
prężące się w stronę słońca zmieniały swój kolor na coraz ciemniejszy.
Błyszczący dywan zaczął przybierać matowych barw, świat zaczął umierać.
Pierwsze krople deszczu delikatnie muskały suchą, żylną glebę. Płaczące
chmury zaczęły użyźniać martwa ziemie. Wąziutkimi kanalikami miedzy
drobinkami kamieni przemieszczały się strumienie życiodajnej wody. Kolejne
krople zatrzymywały się na kruchych liściach i kłosach. Wszystko zaczęło
drżeć, jakby bało się czegoś. Kłosy i trawy uginały się pod ciężarem
następnych łez. Kolejny piorun rozświetlił morze zboża. Jego blask sprawiał
wrażenie końca świata, ramiona oplatały cały horyzont, palce jego muskały
ostatnie nawet drzewa. Czul się jak pan, władca, czul się Bogiem.
Ucichło...
Wspiął się na szczyt i upadł na samo dno.
Przeminął....
Dywany nagle zaczęły tańczyć, wydobywały z siebie nieskoordynowane ruchy, raz
w prawo, raz w lewo. Świat po chwili ciszy zaczął znowu odzyskiwać siły
Przyszedł....
Z początku cichy i spokojny, nieznajomy i delikatny. W jednej chwili pokazał
swoja moc. Słabe bezbronne dusze, umierały oplatane z każdej strony silą
wszechpotężnego. Robiło się coraz ciemniej. Obłoki wydobywały z siebie coraz
więcej łez. Dlaczego płakały? Czuły w sobie bezsilność wobec błyskawic.
Pojawił się następny piorun, ten był słabszy, ale panował nad światem dłużej.
Chciał pozostawić po sobie potomka, ślad swej obecności.
Zaatakował...
Wydawałoby się ze nikomu nic się nie stało, lecz to było tylko pierwsze
wrażenie. Gdzieś w oddali ktoś zauważył łunę światła. Dywan pszenicy pełen
życia powoli stawał się cmentarzem, wszystko umierało, słychać było krzyki i
szepty konających dusz. Najgłośniej krzyczał stary dąb w oddali. Umierał . Ta
śmierć była przerażająca, płomienie ognia okrywało jego ciało, każda jego
cząstka zaczęła zmieniać swój kształt wyginać się pod wpływem rak ognia.
Śmiech panujących ogników rozpościerał się po całym polu. Wzbudzał lek i
postrach. Jego ciało oplatało każdy konar umierającego drzewa. Wydobył z
siebie ostatnie siły i głośno zapłakał... pozostawiając po sobie martwa
mogile. Chmury wydobywały z siebie jeszcze więcej łez. Wykorzystując okazje,
pioruny ponownie zaczęły atakować. lecz juz bez rezultatów. Wszechpotężny,
bezimienny wiatr, zwiększył swoja sile. Błyszczące dywany zbóż wykonywały juz
taniec śmierci, taniec ostatnich momentów ich życia. Strugi deszczu lały się
po ich ciałach, kamienie pod nogami pszenicy, objęte były morzem łez. Lecz
tylko jeden kamie był cały czas suchy.
Resztka swoich sil wspięła się na szczyt głazu malutka stonka. Owy głaz stal
się dla niej królestwem i kraina szczęścia. Mimo wielu przeciwności stanęła
wyprostowana, spojrzała w prawa stronę i ujrzała ocean śmierci, spojrzała w
lewa stronę i ujrzała cmentarz dusz. Została sama...
Podniosła wysoko głowę i krzyknęła Qvo Vadis wietrze, cóżeś uczynił piorunie
i zapłakała...
Part 2
Zgięła kolana i usiadła, jej oczy stały się czerwone z żalu i płaczu. Czuła w
sobie pustkę, wiedziała, że została sama. Ta obcość, która ją ogarnęła
przenikała w całe jej ciało. Powoli zsunęła się, schowała pod głaz i aby nie
widzieć zniszczeń świata zamknęła oczy i zasnęła.
Wiatr powoli ucichł. Przechodził, szedł dalej i dalej, niosąc zniszczenie na
kolejnych areałach ziemi. Martwe dywany pszenicy przybrały kolor ponownie
lśniąco żółty. Połamane ręce i nogi kłosów sprawiały wrażenie ludu inwalidów.
Bezimienne dusze deptały martwe ciała, odchodząc w zapomnienie. Nie
wydobywały już z siebie żadnego dźwięku, szły w ciszy i zadumie. Jakaś
potężna siła wołała ich w swoją stronę, szły bez celu. Nie oglądały się za
siebie. Legiony dusz nie walczyły już o życie, walczyły teraz o wieczne
szczęście. Ostatni piorun na niebie wydobył z siebie takt melodii.
Nastała cisza, słychać było kroki wojsk nadające rytm. Pojedyncze żywe
jednostki odzyskiwały powoli siłę, siłę która pozwoliłaby im przetrwać. Znów
tańczyły, lecz teraz spokojnie, tańczyły ze szczęścia.
Spod czarnych burzowych chmur przeciskało się słońce. Nieliczne promienie
oświetlały kłosy. Te promienie stały się dla nich spełnieniem marzeń. Świat
wracał do normalności. Ale czy normalnością moglibyśmy nazwać legiony dusz
odchodzących do wieczności, czy normalnością stał się ocen łez, czy w końcu
normalnością stało się martwe ciało dęba? Jego mogiła przetrwała, stała się
symbolem bezbronności. Lecz kto będzie opowiadał o wczorajszych wydarzeniach.
Od kogo dowiedzą się potomni o tej krwawej nocy. Czy następne dywany pszenicy
będą w stanie obronić się przed wszechpotężnym, złowieszczym wiatrem,
wszechmocnym piorunem.
Chmury zaczęły ustępować, nie nazwałabym tego litością o co błagały źdźbła
pszenicy i jęczmienia, to raczej był drobny kaprys. Ironiczny śmiech upadłych
aniołów podążał za wiatrem. Dwa światy znów zaczęły walczyć ze sobą. Pierwsze
promienie słońca przykrywały zło, spychały ciemność na bok. Pojedyncze już
chmury odsłaniały pełne słońce. Złote dywany martwych ciał lśniły jeszcze
mocniej. Żyzna odżywiona gleba nie przyjmowała tak dużej ilości łez. Ręce
pszenicy obmywały swoje ciała w kałużach żalu. Krew spływała z ich ran
mieszając się z wodą. Ostanie szepty konających dusz obudziły z głębokiego
snu jedyne zwierzę, które przetrwało - malutką stonkę. Promienie słoneczne
skierowane w otwierające się oczy stonki powodowały wzruszenie. Symboliczna
łza spłynęła jej po policzku... Nie była to łza ociężała, przepełniona
żalem, lecz była to łza szczęścia. Malutkie zwierzę układało się do snu z
myślą nadchodzącej zagłady, z myślą, że już nigdy może się nie obudzić, z
myślą, że jej sen może stać się wiecznością. Myślała, że zamyka oczy na
zawsze, lecz ktoś chciał inaczej. Ktoś chciał aby przeżyła. Podniosła powieki
i ujrzała błękitne niebo przepełnione radością. Obejrzała się dookoła siebie,
mimo iż świat był wypełniony promieniami słonecznymi, martwe dywany dusz i
konające resztki pszenicy przypominały jej o wczorajszej nocy. Czuła
współczucie, lecz czuła także radość. Radość z tego, że marzenia mogą się
spełnić, jeszcze wczoraj pragnęła ujrzeć niebieska taflę nieba i
rozświetlające się nieliczne białe obłoki. Ponownie stanęła na kamieniu,
wyprostowała się i zaśmiała. Wydobywała z siebie coraz głośniejszy dźwięk.
Upadła….jej oczy stały się ciężkie, powieki powoli zamykały się. Jasny świat
stawał się ciemnością. Jakaś siła sturlała ją z kamienia, czuła się bezwładna.
Nastała cisza……..
Świat powoli zapadał w sen, lecz nikt nie zamykał już oczu, nikt nie kładł
się spać. Pojedyncze kłosy pszenicy i jęczmienia bały się, że już nigdy nie
ujrzą świata, bały się, że ze zmęczenia na zawsze odejdą, podążą za swoimi
rówieśnikami wydobywając z siebie ostatnie takty kroków, odejdą w otchłań.
Bały się i drżały, cisza oplatała swoimi ramionami nawet najdalej leżące
istnienie. Nikt nie porozumiewał się miedzy sobą, z braku wewnętrznych sil.
Część z nich straciła glos ze zmęczenia, druga część obawiała się powrotu
wszechpotężnego. Na zawsze stały się ułomne. Już same nie wiedziały co byłoby
dla nich lepsze: odejść w zapomnienie do wiecznego szczęścia, czy żyć jako
inwalida, żyć i nie móc opowiadać swoim dzieciom o tej okrutn