laim1
05.09.07, 13:20
W Skierniewicach, mieszkaliśmy na ulicy Poniatowskiego. Gdy wybuchła
wojna ojciec mój dostał kartę mobilizacyjną i ruszył do walki z
Niemcami. Działania nie trwały długo, Armia Polska cofała się pod
naporem hitlerowskiej machiny, przesuwała się na wschód, tam była
rozbrajana przez Sowietów. Ludzie nie wiedzieli jak reagować,
chcieli się bić, ale nie było szans, aby cokolwiek pozytywnego
rozstrzygnąć. Mój ojciec podjął dobrą decyzję, nie zaufał jak inni
Rosjanom, przekonującym, że polskim żołnierzom krzywda się nie
stanie. Gdyby nie ten fakt nie byłoby ojca, tylko wspomnienia z
Syberii, łagrowe listy czy wykopany ze zbiorowej mogiły guzik z
orzełkiem. Bolesław, podjął ucieczkę. Jego powrót do domu trwał
kilka tygodni. Polska była już pod okupacją, nie można było poruszać
się w dzień i w żadnym wypadku w mundurze wojskowym. Nocą było o
wiele lepiej, kilkaset kilometrów trwała wędrówka lasem i polami.
Mama była bardzo zadowolona, kiedy jej mąż zjawił się w domu. Dom
nasz stał na pagórku osiemdziesiąt metrów od rzeki Łupi. Na całą
sześcioosobową rodzinę przypadała jedna izba z kuchnią. Niemcy byli
już u nas na początku września, opanowali miasto, wehrmacht zajął
polskie koszary, zaczęło się panowanie nazistów. Życie się
skomplikowało, ale nie na tyle żeby ludzie nie mogli przyzwyczaić
się do nowych warunków. W naszej izbie przez całą okupację żołnierze
niemieccy byli dwa, trzy razy. Nawet trudno mi to odtworzyć Byłem
dzieckiem, biegałem po podwórku, a ojciec z matką odpowiadali na
rutynowe pytania Niemców. Żyło się biednie jedynym karmicielem był
ojciec. Czasem trochę żywności otrzymywaliśmy od dziadków; mleko
krowie, jabłka z sadu. Na co dzień jedliśmy ziemniaki, kaszę
jaglaną, prażuchę – ziemniaki mieszane z mąką, maczało się też chleb
w oleju z cebulą, a na śniadanie bardzo często była maślanka. Ojciec
pracował dorywczo, prace na budowie, porządkowanie miasta. Gdy były
bombardowania robota ustawała, cała rodzina żywiła się wtedy
obierkami ziemniaczanymi. W szkole uczono nas niemieckiego, ale mi
to nie wchodziło do głowy, świadectwa wydawali po niemiecku i
polsku. Potem zorganizowano tajne nauczanie i tam nas rodzice
posyłali. Byłem dzieckiem wojny, kiedy nastała okupacja miałem trzy
lata, okres mojego rozwoju przypadł w nieciekawym czasie. Jednak,
dobrze wspominam momenty, kiedy, to biegaliśmy po łąkach,
podwórku,kąpaliśmy się z kolegami w Skierniewce. Chodziło się też z
ojcem na raki i ryby; środowisko nie było zniszczone, ryb było
więcej niż teraz. Ciepłą porą biegało się na bosaka, zimą trzeba
było na nogi zakładać trepy, to nie była wygoda, trzeba było umieć w
tym chodzić, buty mieliśmy tylko od święta, czy do szkoły. W pobliżu
Skierniewic w kompleksach leśnych działała partyzantka. Niemcy nie
byli zadowoleni, gdy złapali kogoś, urządzali niesmaczne widowisko.
Do dziś pamiętam szafot ulokowany w centrum rynku, pięciu mężczyzn
wiszących na szubienicy, z jakimiś kartkami pod spodem. Ludzie
patrzyli na to ze smutkiem, hitlerowcy niemal na każdym słupie
informowali o bandytach i wywrotowcach. Panował strach, większość
starała się nie politykować, trzeba było przetrwać, utrzymać przy
życiu rodziny. Czy była gwarancja? Słyszało się, że całe
Skierniewice, miały zostać eksterminowane, skończyć w lesie, albo w
obozie koncentracyjnym. Sytuacja była typowo na przetrzymanie.
Okresy biedy przeplatały się z okresami względnego „dobrobytu”. W
lecie, jak w naturze, panowała obfitość. Ojciec polował na dzikie
kaczki, przynosił mąkę na chleb z młynu, w którym dzięki Bogu dostał
pracę. Zimą przez całą okupację wykluwała się we mnie gruźlica. I
tak miałem szczęście, bo dużo dzieci umierało z niedożywienia i
braku witamin. Kiedy leżał śnieg, nasze menu składało się z
chwytanych przez ojca wróbli, gołębi, kawek, a czasem i dzikich
królików? Mama robiła, co mogła, aby ugotować dobry rosół z gołębia.
Po śmietnikach nikt nie grzebał, nic w nich nie było, a i ludzie
woleli iść coś złapać, pokombinować. Umieralność wokoło była duża, w
wielu rodzinach często nie było obiadów, chowano dorosłych i dzieci,
u nas na szczęście nikt nie zmarł. Inaczej było z ojcem. Właściciel
młynu, u którego pracował mój ojciec, miał wielki kłopot naraził się
Niemcom, wedle ich paragrafów zasłużył na karę śmierci. Śledztwo
było tak prowadzone, aby jak najszybciej doprowadzić sytuację do
końca. Konopacki był zrozpaczony, prosił mojego tatę, aby ten winę
wziął na siebie, bo w jego wypadku zachodzi możliwość, że Niemcy z
racji na posiadanie licznej rodziny, darują mu życie. Ojciec był w
szachu, bał się, że straci pracę, dochód na rodzinę, myślał, aż w
końcu zgodził się na propozycję młynarza. Najszybciej jak mógł
zgłosił się do hitlerowskiego urzędu i całą winę wziął na siebie,
przyznawał się do wszystkiego, co mu zarzucano, Niemcy uzyskali, to,
co chcieli zamknęli go w więzieniu. Kiedy mama dowiedziała się o
wszystkim, wzięła wszystkie swoje dzieci I poszła na gestapo
wstawiać się za mężem. Bolesław został skazany na karę śmierci,
Eugenia prosiła „nadludzi”, aby darowali tacie życie. Pamiętam jak
przechodziliśmy, kładką przez rzekę w kierunku miejsca gdzie
stacjonowali hitlerowcy. Matka powoływała się na nas, na to, że bez
mężczyzny sama sobie nie poradzi z utrzymaniem dzieci przy życiu.
Mama była mądra, wzbudzała litość, była stanowcza i racjonalna,
wiedziała, że trzeba próbować, że nie wszyscy Niemcy byli do końca
źli. Tak, to oczywiste, są ludzkie kanalie, ale są i ludzie, którzy
mimo wszystko potrafią wczuć się w sytuację. Ostatecznie za sprawą
tych próśb ulegli, mama wynegocjowała kompromisowe rozwiązanie.
Przed ojcem pojawiła się szansa życia, Niemcy w bardzo krótkim
czasie oczekiwali z jego strony rekompensaty poprzez pracę. Tato
miał wybudować w ciągu kilku dni bunkier, o rozmiarach średniego
garażu. Trudno powiedzieć, do czego okupantom był potrzebny ten
schron, ale miał on w większej swej części być pod ziemią i tylko
nieznacznie wystawać ponad powierzchnie. Ojciec pracował sam, dniem
i nocą bardzo się przejął sytuacją, robił, co mógł, aby oddalić od
siebie wyrok, nadludzkim wysiłkiem wywalczył dalsze życie. Ojciec do
domu przyczołgał się stękający, był pobity i posiniaczony, na
plecach miał pręgi, leżał jeszcze przez jakiś czas, aż wrócił do
zdrowia. Znowu jedliśmy króliki, ryby, kawki, i gołębie. Konopacki
był bardzo szczęśliwy, wdzięczny i zadowolony. Tato wrócił do
swojego pracodawcy i zawsze był traktowany jako szczególnego rodzaju
pracownik. Konopacki, zatrudniał tatę przez całą okupację i jeszcze
rok po wojnie, do momentu, gdy rodzina zaczęła podejmować inne
decyzje. Od młynarza mieliśmy mąkę, kasze jaglaną, w takich
ilościach, że starczało nie tylko dla nas, ale i dla pozostałej
rodziny. W tym czasie nikomu się nie przelewało, ale od czasu
pobicia ojca sytuacja się poprawiła. Można było biegać na bosaka po
trawie, ściernisku, korzystać z beztroskich lat dzieciństwa.
Pod koniec wojny w 1944 roku ojciec naraził się Niemcom drugi raz!
Sprawa była poważna, groziła za to czapa dla całej rodziny. Tato,
jak każdego dnia wracał z pracy, w pewnym momencie dobiegły do jego
uszów jęki dobiegające z kierunku nasypu kolejowego. Kiedy
zaciekawiony, podszedł bliżej, okazało się, że natrafił na
uciekinierów z transportu Warszawa – obóz koncentracyjny? Bobowicze,
byli wywożeni zaraz po upadku Powstania. Mężczyzna był w pełnej
kondycji, ale jego żona, przy wyskakiwaniu z pociągu, poważnie
złamana nogę. Ludzie ci byli w wieku około trzydziestu lat, mogli
jeszcze wiele znieść, jednak trzeba było im pomóc. Ojciec w dzień
mógł im tylko zanieść koce i ubrania. Natomiast nocą Bobowicze
zostali przyprowadzeni do naszego domu. Ułożono ich na siennikach,
do końca okupacji obowiązywała nas tajemnica. Nikomu nie można było
mówić, że mamy w d