Dodaj do ulubionych

Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.1

04.11.04, 11:29
Witold Rychter (1902 – 1984)

W ŚLĄSKIM POWSTANIU

Na wiosnę w maju 1921 roku wybuchło trzecie Powstanie Śląskie. Jakże mogło
mnie tam nie być! Zameldowałem się więc, wbrew zakazowi władz państwowych i
uczelnianych, w Sosnowcu u pani Ludyga-Laskowskiej, żony członka sztabu Sił
Zbrojnych Górnego Śląska. Otrzymałem robotniczy kombinezon, papiery na
nazwisko handlarza drobiem, Johanna Schultza, zamieszkałego rzekomo w
Szopienicach i udałem się pieszo na Śląsk. Istniała wtedy granica pomiędzy
Polską, a obszarem górnośląskim, a na granicy urzędowali „bezstronni”
obserwatorzy międzynarodowi: Francuzi, Anglicy i Włosi. Ogólnie wiadoma była
zdecydowana wrogość Anglików i Włochów i niezbyt życzliwa „neutralność”
Francuzów, pilnujących aby z Polski nie dostawało się na Śląsk zaopatrzenie,
żaden sprzęt i żadni ochotnicy.
Ale „Johann Schultz”, mówiący po niemiecku, nie miał trudności z
przekroczeniem granicy i, po dotarciu do Szopienic, do miejscowego dowództwa
powstańczego, zameldował się z prawdziwymi polskimi papierami, jako
podchorąży Witold Rychter, student, rezerwista wojsk samochodowych. Taki był
właśnie potrzebny; zostałem więc natychmiast przydzielony do samochodowej
Kolumny Wodza Naczelnego, stacjonującej w Szopienicach, w browarze
Mokrskiego, jako zastępca dowódcy, niemrawego i chwiejnego porucznika
(zapomniałem już jego nazwiska).
W kolumnie zastałem straszliwy bałagan. Trzydzieści kilka samochodów
osobowych i nielicznych ciężarowych stało prawie bezużytecznie, gdyż
kierowcom nie bardzo chciało się wyjeżdżać. Ruch zaczynał się dopiero w nocy,
gdy kierowcy samowolnie zabierali wozy wyjeżdżając nimi „na szmugiel” do
Polski przez słabo pilnowaną granicę.
Starałem się przekonać dowódcę, że trzeba natychmiast uczynić z tym porządek,
ale napotkałem na zdecydowany sprzeciw: zaprowadzenie porządku i wojskowego
rygoru nie było – jego zdaniem – możliwe, gdyż kierowcami byli starsi
podoficerowie – Ślązacy, niezwykle nieposłuszni i krnąbrni, nie uznający
autorytetu oficera „z Polski”. Cóż więc mogłem uczynić ja, młodziutki
podchorąży, i to w dodatku „Warszawista”, a nie Ślązak, nie znający nawet
gwary śląskiej i śląskich zwyczajów?
Taka sytuacja „wkurzyła” mnie okropnie i zdenerwowała. Już drugiego dnia
zatelegrafowałem do Warszawy, do mojego znajomego starszego sierżanta Wojsk
Samochodowych, Szczurowskiego, który prócz głębokiego basu i olbrzymiej
postaci siłacza miał dłonie wielkości patelni. Szczurowski zjawił się
natychmiast i, mianowany sierżantem szefem, zaczął robić porządek swoimi,
dość specyficznymi metodami. Jednocześnie korzystając z odejścia porucznika,
zarządziłem ostrą kontrolę wyjazdów, ustawiłem na bramie stałą wartę z
karabinem maszynowym i nadrabiałem miną, jak umiałem. Z prawej kieszeni mej
skórzanej kurtki wystawała przy tym znacząco długa lufa już zdobytego
Parabellum typu lotniczego.
Zdawałem sobie sprawę, że stanowiłem o wiele za mały autorytet dla mocno
zdemoralizowanej załogi, a groźba użycia broni nie miałaby poważnego
charakteru. Uruchomiłem więc moje wiadomości zawodowe i pokazałem praktycznie
wielu starszym kierowcom, jak naprawić i uruchomić ich samochody. Gdy
wreszcie sam wybudowałem z samochodu Presto uszkodzoną skrzynkę biegów i
dałem sobie radę z niezwykłym mechanizmem przekładni cichobieżnymi łańcuchami
Morse`a, kierowcy nabrali do mnie nieco szacunku. W dodatku, stwierdzili oni,
że umiem jeździć lepiej od nich, a pokaz jazdy jednym z czterech Harley-
Davidsonów z wózkiem w górze zupełnie ich przekonał. Autorytet wzrósł, ale
posłuszeństwo wojskowe jeszcze nie bardzo, jako że w tamtych czasach istniał
stale teoretyczny spór, kto jest starszy stopniem: starszy sierżant, zwany
sztabowym, czy też taki młody podchorąży ze srebrnym, podłużnym paskiem na
naramiennikach i srebrnym kątem na czapce: takie coś – już nie podoficer, ale
i jeszcze nie pełny oficer, noszący jednak na ramieniu biało-niebieską opaskę
oficera (podoficerowie mieli biało-czerwoną).
Pomoc przyszła w samą porę. Oto zgłosił się mianowany dowódcą kolumny
porucznik Grabowski rodem z Płocka, samochodziarz i sportowiec, kipiący
życiem i energią. Od razu przypadliśmy sobie do gustu, a porucznik,
zorientowany już w sytuacji, zastosował metodę żelaznej dyscypliny,
łagodzonej w miarę poprawiania się stosunków w oddziale. W każdym razie
doszliśmy do porozumienia z załogą, która zrozumiała nareszcie, że Powstanie
miało na celu wyzwolenie Śląska, a nie przysporzenie im doraźnych korzyści
materialnych. Tak więc później przeprowadzone bojowe akcje na zajętym przez
Niemców terenie, na przykład w Katowicach, mające na celu powiększenie
naszego taboru, nękanego awariami, były popisem odwagi, waleczności i
determinacji kierowców oraz ich pomocników. Trzeba zaznaczyć, że w zasadzie
posługiwaliśmy się nie bronią palną, która była za mało skuteczna, lecz
granatami ręcznymi, niezwykle przydatnymi w dłoniach doświadczonych
podoficerów.
Jakie były wtedy stosunki na Górnym Śląsku, można było ocenić na przykład
choćby z takiego faktu: jedyny dobry warsztat naprawy ogumienia znajdował się
w Bytomiu, zajętym przez Niemców. Wobec tego jeździliśmy w biały dzień,
poprzez iluzoryczną linię „frontu” z Szopienic do Bytomia szybkim samochodem
osobowym, 120-konnym Mercedesem. Tam, w cichej uliczce wjeżdżaliśmy w bramę
ogrodzenia, natychmiast ryglowaną. Na podwórzu, przed warsztatem Franza
Glomba, wyładowywaliśmy przywiezione opony i dętki, a zabieraliśmy już
naprawione, z poprzedniego transportu. W czasie naszego pobytu i regulowania
należności, przed bramą gromadziły się grupki „Stosstrupplerów”, usiłujące
dostać się do wnętrza. My zaś, spokojnie, ale bez zbędnej zwłoki,
wyjeżdżaliśmy drugą bramą na inną ulicę biorąc kierunek na Katowice. Niemcy
usiłowali nas gonić samochodami, ale nasz Mercedes był znacznie szybszy, a
poza tym stosowaliśmy „środki otrzeźwienia” w postaci kilku granatów
rzuconych przed samochody ścigających , których ogień z ręcznej broni nie był
celny.
Obserwuj wątek
    • piast1025 Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.1 04.11.04, 11:33
      grba! Ciekawe rzeczy prezentujesz na forum! pozdrawiam! Czy ciąg dalszy również
      będzie taki sielankowy?
      • Gość: grba Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.1 IP: *.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 04.11.04, 11:38
        piast1025 napisał:

        > grba! Ciekawe rzeczy prezentujesz na forum! pozdrawiam! Czy ciąg dalszy
        również
        >
        > będzie taki sielankowy?

        Sielankowy? Zobaczysz...

    • piast1025 Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.1 04.11.04, 14:21

      ...czekam na dalszą część...
    • grba Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.2 04.11.04, 18:42
      Właśnie na Górnym Śląsku przeżyłem przygodę, z której uszedłem z życiem dzięki
      mym umiejętnościom. Oto pojechaliśmy samochodem osobowym do Katowic. Kierowca i
      czterech innych, najodważniejszych jechało w samochodzie, a ja, samotnie na
      motocyklu Harley-Davidson z wózkiem. Po wykonaniu akcji w mieście, polegającej
      na zabraniu trzech niemieckich samochodów, stojących na ulicy (czwarty nie dał
      się uruchomić), wracaliśmy śpiesznie na naszą stronę, ale nie główną,
      najkrótszą drogą, szosą brukowaną gładką kostką kamienną, lecz mniej
      uczęszczaną boczną szosą o szutrowej, bardzo kurzącej nawierzchni. Niemcy
      jednak zorganizowali za nami dość niebezpieczny pościg jednym samochodem,
      szybszym od naszej kawalkady.
      Zorientowałem się w niebezpieczeństwie i kazałem kierowcom na znanym mi,
      najbliższym rozwidleniu pojechać w prawo, na główną drogę, gdyż od granicy
      dzielił ich zaledwie kilometr. Ja sam natomiast wycofałem się za samochody,
      jadąc w tumanie kurzu i pojechałem na rozwidleniu w lewo, rzucając motocyklem w
      prawo i lewo, aby zwiększyć obłok kurzu, zamykający widok na rozwidlenie i
      czyniący wrażenie, że uciekające pojazdy jadą nadal tą kurzącą drogą.
      Istotnie, gdy nawierzchnia zmieniła się nieco i kurz opadł, zauważyłem za sobą
      samochód z Niemcami. Dysponując jednak dość szybkim motorem, nie miałem jeszcze
      potrzeby używać granatów; wystarczyło dodać gazu. Szukałem jedynie wzrokiem
      przejazdu przez znany mi w tym miejscu strumyk, na którym spodziewałem się
      według poprzednio przestudiowanej mapy znaleźć mostek.
      Tak! Strumyk znalazł się na drodze, ale zamiast mostka wyłoniła się kładka o
      szerokości chyba metra, bez poręczy, absolutnie za wąska do przejazdu
      motocyklem z wózkiem.
      Nie było czasu do namysłu. Trzeba było działać błyskawicznie, gdyż z
      nadjeżdżającego o kilkadziesiąt metrów za mną samochodu rozlegała się już
      pistoletowa kanonada. Działać, ale jak? Bronić się, czy unikać walki? Czy
      istnieje jakaś szansa? Najprościej byłoby porzucić motocykl i przebiec po
      kładce pieszo, ale taki niehonorowy wariant nie wchodził w rachubę. Przecież
      zanim zahamuję, zeskoczę z motocykla i przebiegnę po kładce, Niemcy znajdą się
      tuż za mną i niechybnie mnie zastrzelą lub dogonią pieszo. Więc?
      Nie, nie było wyboru! Pojechałem zatem prościutko w kierunku kładki, skręciłem
      nagle i dość mocno, podnosząc wózek i na dwóch kołach motocykla pojechałem po
      kładce. Dopiero po drugiej stronie strumyka zdołałem się zdziwić, jak łatwo mi
      poszedł ten akrobatyczny manewr. Jednak nie było się czemu dziwić, gdyż
      przecież wiele razy tak jeździłem. Ale nigdy nie przyszło mi na myśl, że tę
      sztukę wykonam w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa!
      cdn.
      • Gość: . Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.2 IP: 81.210.102.* 05.11.04, 11:45
        Po wykonaniu akcji w mieście, polegającej
        > na zabraniu trzech niemieckich samochodów, stojących na ulicy

        Cóż za uroczy zwrot "zabranie samochodów", brakuje tu tylko dodatku "w celu
        krótkotrwałego użycia".
        Oczywiście były to samochody prusaków-hakatystów, a nie broń boże uczciwych
        mieszkańców tego grodu (Polaków rzecz jasna, boć to odwiecznie polskie miasto).
        • grba Święte prawo własności 05.11.04, 12:56
          Gość portalu: . napisał(a):

          > Po wykonaniu akcji w mieście, polegającej
          > > na zabraniu trzech niemieckich samochodów, stojących na ulicy
          >
          > Cóż za uroczy zwrot "zabranie samochodów", brakuje tu tylko dodatku "w celu
          > krótkotrwałego użycia".
          > Oczywiście były to samochody prusaków-hakatystów, a nie broń boże uczciwych
          > mieszkańców tego grodu (Polaków rzecz jasna, boć to odwiecznie polskie
          miasto).
          >


          Niemcy w Polsce byli tacy przykładni...

          WOŹNIAKOWIE
          Jan Woźniak pochodził z podczęstochowskiej wsi Zajączki. Po powstaniu
          styczniowym 1863 r. zbiegł na Śląsk. Poślubił Małgorzatę z d. Baron; mieli
          synów: Andrzeja, Franciszka i Teodora. W 1885 r. zmuszono ich do opuszczenia
          Śląska; zamieszkali w Sosnowcu, Jan pracował w hucie "Katarzyna", Małgorzata
          prowadziła "ławę piwną". Po rewolucji 1905 roku Franciszek został zesłany na
          Syberię, po powrocie z zesłania ukończył szkołę techniczną w Niemczech. Andrzej
          ukończył studia techniczne w Niemczech.
          W 1910 roku zmarł Jan. Małgorzata Woźniak i jej synowie, na pograniczu Starego
          Sosnowca i Pogoni założyli małą odlewnię staliwa. Po dwóch latach był to już
          duży zakład, z dużą halą produkcyjną, suwnicą, obrabiarkami, zatrudniający 90
          osób. W 1914 roku zmarła Małgorzata. I wojna światowa przerwała rozwój odlewni,
          Niemcy wywieźli urządzenia. Po wojnie Woźniakowie odbudowali odlewnię, w 1919
          roku zatrudniali 300 osób. Podczas powstań śląskich wspomagali powstańców,
          m.in. w ich zakładzie dwa samochody zostały opancerzone ("Korfanty" i " Walerus-
          Woźniak"). W latach 1926-1930 wybudowali przy odlewni willę o nieprzeciętnej
          architekturze. Odlewnia Staliwa M. Woźniak i Synowie została w 1930 roku
          przekształcona w Spółkę Akcyjną "Stalownia Woźniak". Franciszek i Andrzej
          działali w organizacjach przemysłowch Sosnowca. Podczas II wojny światowej
          odlewnia była w rękach niemieckich i miała nazwę "Stalwerke". Po wojnie
          dyrektorem był Franciszek, ale w 1948 roku zakład upaństwowiono. Po połączeniu
          z Odlewnią Czechowskiego (przy ul. Miłej, dziś ul. Kiepury, Zakład Nr 2) nosił
          nazwę Sosnowieckie Odlewnie Staliwa Zakład Nr 1, a następnie Sosnowieckich
          Odlewni Staliwa "Sostal", produkujących na potrzeby górnictwa węglowego. Dziś
          odlewnia nie istnieje, na części jej powierzchni prowadzą działalność różne
          firmy.
    • rico-chorzow Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.1 05.11.04, 00:41
      Witam Panów,Grbę i Piasta 1025,


      Teraz wiem skąd bierze się polska mitologia i wiara w nią,


      19-sto letni Polak z Warszawy bierze udział w powstaniu polskim na Sląsku,w tym
      wieku 19-nastu lat jest już oficerem rezerwy w randze podchorążego,studentem i
      oczywiście nie wolno zapomnieć,wspaniałym mechanikiem samochodowym,z pewnością
      zdobył te kwalfikacje w żłobku.Porusza się świszcząco przez niepolski Sląsk ten
      nasz polski bohater z Szopienic samochodem o 120-tu koniach mechanicznych do
      Bytomia,wymieniąc tam dętki i opony,uchodząc każdorazowo przed
      Stosstruplerami,tłuczącymi do bram,bez pośpichu przez drugą bramę.Sądzę do
      Sosnowca z Szopienic byłoby bliżej i bezpieczniej,albo tam nie znali jeszcze
      dętek i opon,albo nasz polski bohater chciał być
      bohateren,albo......?,przeczytał dużo książek przygodowych.Ale zostawmy naszego
      polskiego bohatera polskich mitów historycznych,mamy przecież innych.


      Panie Grba,Panu się nie dziwię i nie będę pisał o "bananach",czekam z
      utęsknieniem/ciekawością na dalsze odcinki tej wspaniałej lektury,po co nam
      James Bond,czy Winnetou,gwarantuję Panu,TO jest o wiele ciekawsze.

      I następny nam znany bohater,jest bardzo zaciekawione/podniecone,niemal
      błagające na kolanach o ciąg dalszy,nasze ponadintelektóalne Małpiontko czy
      Zabawka 1025.

      Tak się zastanawiam,czy Wy potraficie się zastanowić.


      O przejechaniu tej kładki już czytałem.


      Rico.
      • grba Materiały pomocnicze dla Rico-Zawziętego 05.11.04, 08:12

        www.pw.edu.pl/miesiecz/1998/01/bipw002.html
        • grba Materiały pomocnicze dla Rico-Zawziętego nr 2 05.11.04, 08:15

          spójrz na okładkę

          www.ksiegarnia.bytom.pl/ks4349.php
          • rico-chorzow Re: Materiały pomocnicze dla Rico-Zawziętego nr 2 05.11.04, 12:25
            grba napisał:

            >
            > spójrz na okładkę
            >
            > www.ksiegarnia.bytom.pl/ks4349.php


            Panie Grba,potwierdza Pan parę rzeczy:

            1.
            że Polacy byli siłą napędową powstań polskich na Sląsku,i ich dużą liczebność.

            2.
            że Polacy już przed 80-ciu laty mieli ciągotki do kradzieży samochodów.

            3.
            że ludzie nieskażeni telewizją,czytający więc więcej książek,mają
            bujniejszą,wysublimowaną wyobraźnię,jakby powiedział nasz nadworny
            ponadintelekt.

            Poza tym autor dobrze wiedział,co lubią jego krajanie czytać,opierając swą
            książkę przygodową na tle historycznym.

            Przypomina mi ona filmy wojenne,gdzie jeden Polak,czy Rosjanin kładł całe łany
            tych głupich,strzelających grochem przeciwników,raniąc się jedynie w palec
            wskazujący przy wymianie magazynka amunicyjnego.
      • piast1025 Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.1 05.11.04, 12:34
        rico napisał:(
        ...)nasze ponadintelektóalne Małpiontko czy Zabawka 1025 (...)

        he,he,he...pisze się głuptasku "ponadintelektualne" (cokolwiek to ma
        znaczyć...) - masz kłopoty nie tylko z ortogfrafią, ale również z
        logiką...gdzie tyś się chował - w WPKiW? W "Wesołym Miasteczku"? ;-D

        i dalej jest kolejny rarytasik rico:
        (...)Tak się zastanawiam,czy Wy potraficie się zastanowić(...)

        ...powiedział nasz forumowy myśliciel (he,he,he) - filozof z chorzowskiego
        hasioka (toż to prawie Diogenes...) ;-D

        • rico-chorzow Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.1 05.11.04, 23:57
          piast1025 napisał:

          > rico napisał:(
          > ...)nasze ponadintelektóalne Małpiontko czy Zabawka 1025 (...)
          >
          > he,he,he...pisze się głuptasku "ponadintelektualne" (cokolwiek to ma
          > znaczyć...) - masz kłopoty nie tylko z ortogfrafią, ale również z
          > logiką...gdzie tyś się chował - w WPKiW? W "Wesołym Miasteczku"? ;-D



          W tym pytaniu odpowiadam Panu poważnie i szczerze,w pewnym sensie właśnie TAM
          się wyhowałem.


          > i dalej jest kolejny rarytasik rico:
          > (...)Tak się zastanawiam,czy Wy potraficie się zastanowić(...)


          Z pewnością rarytasik dla Pana,słodka Zabawko,tak!,bo
          przed "zastanowieniem",mósiał Pan zacząć myśleć,terz rarytasik,co?


          > ...powiedział nasz forumowy myśliciel (he,he,he) - filozof z chorzowskiego
          > hasioka


          Tótaj,Małpiontko 1025,proszę nie obrarzać hasiokym WPK i W oraz Wesołego
          Miasteczka,Pan to taka zła Zabawka,tak,obrarza,tópie nogami i wszyscy się Pana
          boją.Bżydki nieznośny Marcapanek.


          (toż to prawie Diogenes...) ;-D


          Ktury Diogenes?,filozof,cynik czy ten z cielętnika,synek łod Pawłowy?,moja Ty
          bestio ponadintelektóalna!


          Błysk Twego umysłu,
          W wielkim wzlocie,
          Przypomina trochę tyłku,
          I szum wody w klozecie.

          Bądź pozdrowiony,O Wielk......!


          A dodam kiedyś końc ó wkę!
          • arnold7 Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.1 06.11.04, 00:01
            Srac takich Goroli Rico, uoni ciulato rozumujom.
            • rico-chorzow Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.1 06.11.04, 00:58
              arnold7 napisał:

              > Srac takich Goroli Rico, uoni ciulato rozumujom.


              Niy Arni!!!jym ca pomooc!ino poleku,Rzym tys niy naros cuzamyn ściepli.
    • pistulka2 Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.1 05.11.04, 10:08
      Ciekawe jest, ze pisze sie o powstaniu slaskim. A gdzie ci Slascy?
      Co to za metody by na ternie nie nalezacym do panstwa Polskiego przerzucac
      dywersantow, ktorzy rzucaja po drogach granatami.
      Prosze o dalsze opowiastki, napewno ze wkrotce Rychter opisze ten oddolny
      zryw "polskiego slaskiego ludu".
      A narazie bawimy sie pysznie przy opowiastkach tych smarkatych polskich
      dywersantow.
    • grba Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.3 05.11.04, 12:50
      W naszej kolumnie znajdowały się samochody najrozmaitszych marek. Królował
      pojazd Wodza Naczelnego, wspaniały, „flagowy” Mercedes z roku chyba 1912.
      Czterocylindrowy silnik o mocy 120 koni mechanicznych trzeba było uruchamiać we
      dwóch, gdyż jednemu trudno było obrócić wał silnika korbą rozruchową. Istniał
      wprawdzie odprężnik, czyli dekompresor, taki uchwyt pod chłodnicą pozwalający
      na przestawienie rozrządu tak, aby sprężanie w cylindrach było tylko częściowe,
      ale przy użyciu tego urządzenia silnik na zimno ruszał nieco trudniej. Kierowcy
      starali się więc pokazać, że potrafią obrócić korbą wał przy pełnym sprężaniu.
      Przy pewnej wprawie, dawało się to uczynić, ale kosztowało niestety złamaną
      kość dłoni jednego z kierowców, a mnie – znów bolesne uszkodzenie ręki.
      Samochód, ważący na oko około dwóch ton, miał tylko cztery miejsca. Łańcuchowy
      napęd kół tylnych wywoływał niezbyt miły chrzęst podczas jazdy, a olbrzymie
      koło kierownicy jeden człowiek ledwo mógł utrzymać. Ale pojazd umiał gnać, gdy
      go się rozpędziło. Jego doświadczony kierowca, starszy sierżant Siwicki, bez
      trudu rozwijał 110 kilometrów na godzinę. Wspaniały był wygląd tego białego
      samochodu. Na przodzie klinowa chłodnica „przecinająca” powietrze, a z tyłu –
      szpic nadwozia. Olbrzymie, mosiężne, błyszczące reflektory acetylenowe nie było
      nigdy używane, gdyż w nocy, dla bezpieczeństwa, jeździliśmy bez świateł.
      Mieliśmy też dwa amerykańskie Dodge z demobilu, ale malowane na czarno i cztery
      Fordy T z „fordzistami” za kierownicami. Reszta samochodów – to była zbieranina
      wozów niemieckich: kilka Opli różnej wielkości, Brennabor, Protos, Presto, AGA,
      NAG, kilka Benzów, dwa Dürkoppy, Simplex, Adler duży i mały, dwa Apollo, NSU i
      inne, których marek już nie pamiętam. Każdy z nich inaczej się prowadził,
      wymagał innej obsługi i miał inny rozmiar ogumienia. Można sobie więc
      wyobrazić, ile problemów nastręczało „dowodzenie” taką zbieraniną.
      Największy kłopot z nimi miał zaopatrujący nas z Będzina polski 11 dywizjon
      samochodowy, przysyłający nam co kilka dni stare i nie dające się do służby
      samochodu, jak na przykład półciężarowe FIAT 15-ter, które wszystkie trzeba
      odesłać z powrotem.
      Oprócz zbrojnych akcji w ramach naszej kolumny, odbywałem wiele wyjazdów do
      jednostek frontowych z samochodami dla nich, lub po samochody. Jeden taki
      wyjazd małym samochodem ciężarowym Packard do oddziału majora Walerusa (był to
      właściwie major z własnej nominacji) pozostawił mi mieszane uczucie. Oto
      dotarłem po wielu drobnych utarczkach zbrojnych do kwatery majora, ale
      stwierdziłem, że znajduje się dookoła niej cały oddział, nie wiem – batalion,
      czy pułk, beztrosko odpoczywający o sto metrów od linii frontu. Objaśniono
      mnie, że na zasadzie obustronnej umowy, zarówno Niemcy, jak i Ślązacy, bijąc
      się już tydzień, zrobili sobie ... dobę przerwy na odżywianie sił i wyspanie.
      Czegoś takiego nie tylko jeszcze nie widziałem, ale nie mogłem sobie wyobrazić!
      Oddałem mego Packarda Walerusowi, wielce ucieszonemu, gdyż brakowało mu
      samochodu ciężarowego, a zabrałem osobowy NSU w dość nawet dobrym stanie, nieco
      tylko postrzelany.
      Wreszcie Powstanie skończyło się. Nie czekając na ewakuację mojej kolumny do
      Będzina i i na wręczenie mi obiecanego Powstańczego Krzyża Waleczności,
      powróciłem na uczelnie, gdyż był to już najwyższy czas na zdawanie egzaminów.
      • arnold7 Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.3 05.11.04, 17:16
        "Objaśniono mnie, że na zasadzie obustronnej umowy, zarówno Niemcy, jak i
        Ślązacy, bijąc się już tydzień, zrobili sobie ... dobę przerwy na odżywianie
        sił i wyspanie.
        Czegoś takiego nie tylko jeszcze nie widziałem, ale nie mogłem sobie wyobrazić!"

        Slazacy , nazwijmy to "propolscy", zdazyli zauwazyc po tygodniu, ze holota z
        Gorolyji znacznie bardziej sie rozni od nich, niz Slazacy walczacy w obronie
        integralnosci Gornego Slaska, stad te zrozumiale (ale nie dla Gorola)
        zawieszenie broni.

        • grba Re: Witold Rychter W ŚLĄSKIM POWSTANIU cz.3 05.11.04, 17:31
          arnold7 napisał:

          > "Objaśniono mnie, że na zasadzie obustronnej umowy, zarówno Niemcy, jak i
          > Ślązacy, bijąc się już tydzień, zrobili sobie ... dobę przerwy na odżywianie
          > sił i wyspanie.
          > Czegoś takiego nie tylko jeszcze nie widziałem, ale nie mogłem sobie
          wyobrazić!
          > "
          >
          > Slazacy , nazwijmy to "propolscy", zdazyli zauwazyc po tygodniu, ze holota z
          > Gorolyji znacznie bardziej sie rozni od nich, niz Slazacy walczacy w obronie
          > integralnosci Gornego Slaska, stad te zrozumiale (ale nie dla Gorola)
          > zawieszenie broni.
          >


          Rychter był żołnierzem, który walczył w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku i
          jego doświadczenia na tej krwawej i okrutnej wojnie były zupełnie inne.
          Innych twoich wynurzeń nie będę komentował, konstans.
    • Gość: Gero Re: grba-widze ze dziadzius twoj ma fantazje!!!! IP: *.j.pppool.de 06.11.04, 15:30
      Opowiastki dziadziusia grba to legendy polskiego zrywu narodowego
      ubarwione ukwiecone historyjki o niezwyciezonej bojowosci Sosnowiaka?
      jak sie udalo wikiwac Slazkich Niemcow He he!! bajeczki na dobranocke
      dla grba spij synek spij marz dalej polakowcu!!!
      • grba Re: grba-widze ze dziadzius twoj ma fantazje!!!! 06.11.04, 17:02
        Gość portalu: Gero napisał(a):

        > Opowiastki dziadziusia grba to legendy polskiego zrywu narodowego
        > ubarwione ukwiecone historyjki o niezwyciezonej bojowosci Sosnowiaka?
        > jak sie udalo wikiwac Slazkich Niemcow He he!! bajeczki na dobranocke
        > dla grba spij synek spij marz dalej polakowcu!!!


        Żero nie ogarniasz materiału.
        • Gość: Gero Re: grba-widze ze dziadzius twoj ma fantazje!!!! IP: *.j.pppool.de 06.11.04, 17:07
          OGARNIAM!!!bardzo widze i czytam pilnie twoje posty ty piewco polskosci
          Slazka nudzisz wymysl cos mądrego!!
          • grba Re: grba-widze ze dziadzius twoj ma fantazje!!!! 06.11.04, 17:28
            Gość portalu: Gero napisał(a):

            > OGARNIAM!!!bardzo widze i czytam pilnie twoje posty ty piewco polskosci
            > Slazka nudzisz wymysl cos mądrego!!


            Nie ogarniasz, bo nie zauważyłeś, że to wspomnienia Rychtera, a nie moje, z nim
            polemizuj. W jaki sposób? Domyśl się.
            • hierowski Re: grba-widze ze dziadzius twoj ma fantazje!!!! 28.02.05, 17:34
              Fajny tekst grba.
              • rico-chorzow Re: grba-widze ze dziadzius twoj ma fantazje!!!! 28.02.05, 23:05
                hierowski napisał:

                > Fajny tekst grba.


                Tak,ma Pan rację bardzo ładny tekst,egzotyka,Tomek w Krainie Górnoślązaków szuka
                ogumienia samochodu Sally.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka