grba
04.11.04, 11:29
Witold Rychter (1902 – 1984)
W ŚLĄSKIM POWSTANIU
Na wiosnę w maju 1921 roku wybuchło trzecie Powstanie Śląskie. Jakże mogło
mnie tam nie być! Zameldowałem się więc, wbrew zakazowi władz państwowych i
uczelnianych, w Sosnowcu u pani Ludyga-Laskowskiej, żony członka sztabu Sił
Zbrojnych Górnego Śląska. Otrzymałem robotniczy kombinezon, papiery na
nazwisko handlarza drobiem, Johanna Schultza, zamieszkałego rzekomo w
Szopienicach i udałem się pieszo na Śląsk. Istniała wtedy granica pomiędzy
Polską, a obszarem górnośląskim, a na granicy urzędowali „bezstronni”
obserwatorzy międzynarodowi: Francuzi, Anglicy i Włosi. Ogólnie wiadoma była
zdecydowana wrogość Anglików i Włochów i niezbyt życzliwa „neutralność”
Francuzów, pilnujących aby z Polski nie dostawało się na Śląsk zaopatrzenie,
żaden sprzęt i żadni ochotnicy.
Ale „Johann Schultz”, mówiący po niemiecku, nie miał trudności z
przekroczeniem granicy i, po dotarciu do Szopienic, do miejscowego dowództwa
powstańczego, zameldował się z prawdziwymi polskimi papierami, jako
podchorąży Witold Rychter, student, rezerwista wojsk samochodowych. Taki był
właśnie potrzebny; zostałem więc natychmiast przydzielony do samochodowej
Kolumny Wodza Naczelnego, stacjonującej w Szopienicach, w browarze
Mokrskiego, jako zastępca dowódcy, niemrawego i chwiejnego porucznika
(zapomniałem już jego nazwiska).
W kolumnie zastałem straszliwy bałagan. Trzydzieści kilka samochodów
osobowych i nielicznych ciężarowych stało prawie bezużytecznie, gdyż
kierowcom nie bardzo chciało się wyjeżdżać. Ruch zaczynał się dopiero w nocy,
gdy kierowcy samowolnie zabierali wozy wyjeżdżając nimi „na szmugiel” do
Polski przez słabo pilnowaną granicę.
Starałem się przekonać dowódcę, że trzeba natychmiast uczynić z tym porządek,
ale napotkałem na zdecydowany sprzeciw: zaprowadzenie porządku i wojskowego
rygoru nie było – jego zdaniem – możliwe, gdyż kierowcami byli starsi
podoficerowie – Ślązacy, niezwykle nieposłuszni i krnąbrni, nie uznający
autorytetu oficera „z Polski”. Cóż więc mogłem uczynić ja, młodziutki
podchorąży, i to w dodatku „Warszawista”, a nie Ślązak, nie znający nawet
gwary śląskiej i śląskich zwyczajów?
Taka sytuacja „wkurzyła” mnie okropnie i zdenerwowała. Już drugiego dnia
zatelegrafowałem do Warszawy, do mojego znajomego starszego sierżanta Wojsk
Samochodowych, Szczurowskiego, który prócz głębokiego basu i olbrzymiej
postaci siłacza miał dłonie wielkości patelni. Szczurowski zjawił się
natychmiast i, mianowany sierżantem szefem, zaczął robić porządek swoimi,
dość specyficznymi metodami. Jednocześnie korzystając z odejścia porucznika,
zarządziłem ostrą kontrolę wyjazdów, ustawiłem na bramie stałą wartę z
karabinem maszynowym i nadrabiałem miną, jak umiałem. Z prawej kieszeni mej
skórzanej kurtki wystawała przy tym znacząco długa lufa już zdobytego
Parabellum typu lotniczego.
Zdawałem sobie sprawę, że stanowiłem o wiele za mały autorytet dla mocno
zdemoralizowanej załogi, a groźba użycia broni nie miałaby poważnego
charakteru. Uruchomiłem więc moje wiadomości zawodowe i pokazałem praktycznie
wielu starszym kierowcom, jak naprawić i uruchomić ich samochody. Gdy
wreszcie sam wybudowałem z samochodu Presto uszkodzoną skrzynkę biegów i
dałem sobie radę z niezwykłym mechanizmem przekładni cichobieżnymi łańcuchami
Morse`a, kierowcy nabrali do mnie nieco szacunku. W dodatku, stwierdzili oni,
że umiem jeździć lepiej od nich, a pokaz jazdy jednym z czterech Harley-
Davidsonów z wózkiem w górze zupełnie ich przekonał. Autorytet wzrósł, ale
posłuszeństwo wojskowe jeszcze nie bardzo, jako że w tamtych czasach istniał
stale teoretyczny spór, kto jest starszy stopniem: starszy sierżant, zwany
sztabowym, czy też taki młody podchorąży ze srebrnym, podłużnym paskiem na
naramiennikach i srebrnym kątem na czapce: takie coś – już nie podoficer, ale
i jeszcze nie pełny oficer, noszący jednak na ramieniu biało-niebieską opaskę
oficera (podoficerowie mieli biało-czerwoną).
Pomoc przyszła w samą porę. Oto zgłosił się mianowany dowódcą kolumny
porucznik Grabowski rodem z Płocka, samochodziarz i sportowiec, kipiący
życiem i energią. Od razu przypadliśmy sobie do gustu, a porucznik,
zorientowany już w sytuacji, zastosował metodę żelaznej dyscypliny,
łagodzonej w miarę poprawiania się stosunków w oddziale. W każdym razie
doszliśmy do porozumienia z załogą, która zrozumiała nareszcie, że Powstanie
miało na celu wyzwolenie Śląska, a nie przysporzenie im doraźnych korzyści
materialnych. Tak więc później przeprowadzone bojowe akcje na zajętym przez
Niemców terenie, na przykład w Katowicach, mające na celu powiększenie
naszego taboru, nękanego awariami, były popisem odwagi, waleczności i
determinacji kierowców oraz ich pomocników. Trzeba zaznaczyć, że w zasadzie
posługiwaliśmy się nie bronią palną, która była za mało skuteczna, lecz
granatami ręcznymi, niezwykle przydatnymi w dłoniach doświadczonych
podoficerów.
Jakie były wtedy stosunki na Górnym Śląsku, można było ocenić na przykład
choćby z takiego faktu: jedyny dobry warsztat naprawy ogumienia znajdował się
w Bytomiu, zajętym przez Niemców. Wobec tego jeździliśmy w biały dzień,
poprzez iluzoryczną linię „frontu” z Szopienic do Bytomia szybkim samochodem
osobowym, 120-konnym Mercedesem. Tam, w cichej uliczce wjeżdżaliśmy w bramę
ogrodzenia, natychmiast ryglowaną. Na podwórzu, przed warsztatem Franza
Glomba, wyładowywaliśmy przywiezione opony i dętki, a zabieraliśmy już
naprawione, z poprzedniego transportu. W czasie naszego pobytu i regulowania
należności, przed bramą gromadziły się grupki „Stosstrupplerów”, usiłujące
dostać się do wnętrza. My zaś, spokojnie, ale bez zbędnej zwłoki,
wyjeżdżaliśmy drugą bramą na inną ulicę biorąc kierunek na Katowice. Niemcy
usiłowali nas gonić samochodami, ale nasz Mercedes był znacznie szybszy, a
poza tym stosowaliśmy „środki otrzeźwienia” w postaci kilku granatów
rzuconych przed samochody ścigających , których ogień z ręcznej broni nie był
celny.