Gość: .
IP: 81.210.102.*
04.05.05, 13:54
O świcie strajk paraliżuje Górny Śląsk. Stoją wszystkie zakłady przemysłowe.
Uchwałę o strajku i o rozpoczęciu w nocy trzeciego już powstania śląskiego
podjęto przedwczoraj na tajnym zebraniu przedstawicieli polskich ugrupowań
politycznych, związków zawodowych i dowództwa konspiracji wojskowej. Wojciech
Korfanty, polski komisarz plebiscytowy i niekwestionowany przywódca śląskich
Polaków, potajemnie dowiedział się tego dnia, że Komisja Międzysojusznicza
nadzorująca plebiscyt postanowiła przydzielić większość spornych terenów
Niemcom.
Wyją fabryczne syreny, biją dzwony kościelne. Polscy Ślązacy wyrywają sobie z
rąk wczorajszy numer "Gońca Śląskiego", organu prasowego Polskiego
Komisariatu Plebiscytowego. Z wściekłością komentują informację gazety o
uchwale przemysłowców niemieckich, którzy jakoby postanowili, że w wypadku
przyznania Polsce Górnego Śląska zniszczą tam wszystkie fabryki i kopalnie.
Choć polityczna decyzja o rozpoczęciu powstania zapadła na przedwczorajszym
zebraniu kierownictw konspiracji cywilnej i wojskowej, choć zaprzysiężeni
powstańcy od ponad 20 godzin wydobywają ze skrytek broń i potajemnie
przenoszą ją w rejony koncentracji oddziałów uderzeniowych, to jednak
formalny rozkaz o rozpoczęciu walki zbrojnej podpisać musi Wojciech Korfanty.
Późnym rankiem podpułkownik Maciej hr. Mielżyński, naczelny dowódca
konspiracji wojskowej na Śląsku, wychodzi ze swego gabinetu w ponurym gmachu
bytomskiego hotelu Lomnitz. W hotelu mieści się kwatera główna polskiego
Dowództwa Obrony Plebiscytu, rezydują tu polscy politycy. Ppłk Mielżyński
niesie teczkę z najważniejszym w jego wieloletniej karierze wojskowej
dokumentem - rozkazem rozpoczęcia powstania. Za pułkownikiem idą szef
powstańczego sztabu major Stanisław Rostworowski i pierwszy oficer operacyjny
por. Remigiusz hr. Grocholski.
Ppłk Mielżyński w asyście oficerów wchodzi do obszernego gabinetu Wojciecha
Korfantego. Prócz gospodarza zastaje tam jednego z przyjaciół i najbliższych
współpracowników Korfantego, adwokata Konstantego Wolnego. Przez dłuższą
chwilę panowie rozważają, jak po wybuchu walk zmieni się sytuacja polityczna.
Wreszcie ppłk Mielżyński otwiera teczkę i podaje tekst rozkazu do podpisu.
Ale ciężar odpowiedzialności nieoczekiwanie paraliżuje Korfantego. Z piórem w
ręku zastyga nad kartką papieru. Zaskoczony ppłk Mielżyński, który świetnie
wie, że nie ma już odwrotu, poleca mjr. Rostworowskiemu i por. Grocholskiemu
złożyć szczegółowy raport o przygotowaniach do walki. Korfanty nadal wpatruje
się jak sparaliżowany w kartkę z rozkazem. Nieznośną ciszę przerywa Konstanty
Wolny: "Wojtek, skoro powiedziałeś a, powiedz też i b!".
Korfanty składa podpis. Godzinę później depeszuje do premiera Wincentego
Witosa: "Wobec stanu rzeczy i olbrzymiego rozgoryczenia ludu nie jestem
zdolny spełniać więcej naczelnego mego zadania, a mianowicie utrzymania ładu
i porządku na terenie plebiscytowym. Z tej przyczyny niniejszym składam urząd
komisarza plebiscytowego, podkreślając, że wszelkie usiłowania w kierunku
cofnięcia mego postanowienia pozostaną bez skutku". Składając dymisję z
urzędu autoryzowanego przez Warszawę, Korfanty politycznie asekuruje władze
Rzeczpospolitej.
Ale polski rząd za wszelką cenę chce uniknąć zbrojnej konfrontacji. Politycy
i wojskowi uważają, że powstanie jest słabo przygotowane, a rozpoczęcie walk
grozi interwencją armii niemieckiej.
Telefon z Warszawy do hotelu Lomnitz. Premier Wincenty Witos przekazuje
Korfantemu oficjalne stanowisko zajęte przez rząd na dzisiejszym tajnym
posiedzeniu: "Rząd kategorycznie sprzeciwił się rozpoczęciu powstania".
Korfanty, który chwilę wahań nad kartką z rozkazem ma już za sobą, twardo
odpowiada premierowi, że powstania odwołać już nie można. Nie wzrusza go
nawet argument Witosa, że przeciwny walce jest także naczelnik państwa Józef
Piłsudski.
Tuż przed godziną 19 Korfanty jeszcze raz depeszuje do Witosa. Przekazuje
pomyślną informację, że głównodowodzący wojsk międzysojuszniczych na Śląsku
Francuz gen. Gratier najwyraźniej nie ma nic przeciw zbrojnej akcji Polaków.
Prócz tego Korfanty prosi o potwierdzenie dymisji ze stanowiska komisarza
plebiscytowego.
Telegram Korfantego ląduje na stole, przy którym radzą ministrowie. Co rusz
wybuchają spory i kłótnie. Reprezentujący Narodową Partię Robotniczą Jan
Jankowski domaga się poparcia przez rząd akcji zbrojnej na Śląsku, ale
ministrowie ostatecznie podejmują uchwałę wzywającą Korfantego do
zapobieżenia powstaniu. Premier Witos wychodzi do swego gabinetu i dzwoni do
Korfantego. "Jestem niewolnikiem wypadków" - słyszy od niego. Witos wraca na
salę obrad rządu. W tej sytuacji ministrowie prze-
głosowują podjęcie akcji dyplomatycznej wspierającej powstanie.
A powstańcy już się zbierają. Przychodzą z nimi niezaprzysiężeni Ślązacy,
domagają się broni. Za trzy, cztery godziny ruszą do walki, ale w wielu
tajnych punktach koncentracji atmosfera przypomina niedzielne pikniki.
Ochotnicy palą ogniska, śpiewają piosenki. Oficerowie z trudem zaprowadzają
wojskowy porządek.
W tym czasie kilkusosobowe grupy dywersyjne Dowództwa Oddziałów
Destrukcyjnych polskiej konspiracji rozpoczynają akcję "Mosty". Od jej
powodzenia zależy przyszłość powstania. Chodzi o zniszczenie mostów na Odrze
i odcięcie w ten sposób sił niemieckich na prawym brzegu od dostaw i wsparcia
z głębi Niemiec. Kluczowe znaczenie ma liczący 200 metrów długości most w
Szczepanowicach pod Opolem. Dowództwo akcji w Szczepanowicach obejmuje
osobiście szef Oddziałów Destrukcyjnych kpt. Tadeusz Puszczyński "Wawelberg".
Po zmroku spod klepiska w stodołach Damboniów i Biasów dywersanci wydobywają
lonty, spłonki i 320 kg silnego materiału wybuchowego - melinitu. Dosyć, by
wysadzić dwa granitowe, grube na trzy metry filary mostu.
Ale saper Wiktor Wiechaczek nie-
oczekiwanie odkrywa, że kilkumetrowej długości wolnopalny lont Bickforda
prawie cały zamókł. Co robić? Na dwa ładunki lontu nie wystarczy. "Wawelberg"
decyduje, że trzeba wysadzić choć jeden filar, za to porządnie, za pomocą
całych 320 kg melinitu. Ale jak? Eksplozja tak wielkiej ilości melinitu
zainicjowana pojedynczym detonatorem może rozrzucić minę, zanim zostanie
zdetonowana całość materiału wybuchowego. A wtedy skończy się nie na
powaleniu przęsła, lecz na efektownym, ale nieszkodliwym fajerwerku.
Wiechaczek, były saper armii niemieckiej, od ręki konstruuje w stodole
specjalny detonator. Do blaszanej puszki wkłada cały zapas kilkuset spłonek z
piorunianem rtęci i dopycha jeszcze 10 kg melinitu. Powinno zadziałać. Jest
tylko jeden kłopot - nawet najlżejszy wstrząs spowoduje wybuch spłonek i
detonatora.
Oddział "Wawelberga" w ciemnościach skrada się w stronę mostu. Każdy modli
się, by niosący detonator Wiechaczek nie potknął się albo nie kichnął.
Kwadrans przed północą dywersanci minują środkowy filar mostu. Mocują na nim
50-kilogramowe skrzynki z melinitem, a pośrodku Wiechaczkową puszkę z
piorunianem rtęci.
Gdy Wiechaczek w ciemnościach kończy mocować suchy odcinek lontu, na biurku
dowódcy wojsk powstańczych płk. Mielżyńskiego dzwoni telefon. Z Warszawy. Płk
Bogusław Miedziński na polecenie szefa sztabu generalnego gen. Władysława
Sikorskiego próbuje wymusić odwołanie powstania.
"Powstania zbrojnego nie jestem w stanie powstrzymać" - odpowiada ppłk
Mielżyński.
Pod mostem w Szczepanowicach Wiechaczek podpala lont. W tym momencie patrol
strzegący mostu podnosi alarm. Polacy odskakują w chaszcze. Chwila
oczekiwania i - nic. Cisza. "Wawelberg" wraz z Wiechaczkiem i 18-
-letnim górnikiem Hermanem Jurzycą, uczestnikiem obu poprzednich powstań,
wracają pod filar. Pół metra od detonatora zgasł lont. "Wawelberg" i
Wiechaczek wycofują się, Jurzyca podpala niedopałek lontu jeszcze raz i zmyka
co sił. Potężny wybuch. Wielkie przęsło majestatycznie wali się na ziemię