tow.stalin
19.06.05, 10:24
Pamięta Pan swoich dziadków?
- Oczywiście. To byli bardzo dobrzy ludzie. Dziadek, ojciec mojej matki
Jadwigi, nazywał się Paweł Głodny. Zamiatał ulice. Babcia Maria Głodny
pracowała na targu. Zabijała kury, kaczki i gęsi, sprzedawała warzywa. Cała
moja rodzina żyła w strasznej biedzie. Ojciec Jan swego czasu, by zarobić,
łapał bezpańskie psy, malował je i sprzedawał jako rasowe. Dziadka
uwielbiałem. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Dużo opowiadał, dawał
zapalić.
Fajkę?
- Tak, tyle że nabitą podłą machorką, bo dziadka nie było stać na tytoń.
Przepijał każdego feniga. Pamiętam jak dziś, gdy zapaliłem po raz pierwszy.
Nie miałem wtedy nawet 10 lat. Wypaliłem i wydawało mi się, że potrafię
latać. Że nie muszę schodzić po schodach naszego familoka, że mogę nad nimi
przelecieć.
Pił Pan też z dziadkiem?
- Nie. Tylko z ojcem, i to dopiero gdy skończyłem 13 lat. Wódkę - rzadko. W
knajpie u Kapicy sznaps kosztował 10 fenigów. Na świetne piwo Schultheiss z
zabrskiego browaru raczej nie mogliśmy sobie pozwolić. Zwykle piliśmy bimber
domowej roboty, tak jak ludzie z całej okolicy. Robiono go z żyta i
kukurydzy. Miał cudowny smak.
W tradycyjnych śląskich rodzinach dom twardą ręką trzymały kobiety. U Pana
też rządziła mama i babcia?
- Oczywiście. Kobiety na Śląsku były rozsądne i stateczne. To one trzymały
wszystko w garści. Zaraz po wypłacie zabierały mężczyznom pieniądze, by ci
wszystkiego nie przepili. Były też bardzo surowe i ortodoksyjnie katolickie.
Mieszkaliście w biednym familoku - jednym z wielu takich samych domów, które
budowano na Śląsku dla robotników.
- Pamiętam każdy jego szczegół. Ściany wybudowano z cegieł, podłogi, schody i
całą resztę z drewna. Stalowy był tylko zamek w drzwiach. Mieszkaliśmy na
piętrze w dwóch malutkich pokojach. Nasze mieszkanie było dwukolorowe -
podłoga czerwonawa, a ściany żółte od machorki. Gdy byłem małym dzieckiem,
mieszkałem tylko z dziadkami. Ojciec i matka siedzieli w więzieniu. Chyba
wpadli podczas szmuglu przez rzeczkę Czerniawkę. To było w Zabrzu bardzo
popularne zajęcie. Np. mój dziadek i ojciec szmuglowali kamienie do
zapalniczek. Za jeden można było po polskiej stronie dostać dziesięć jajek.
no i jak dociera "superślązaki"? żeście z lepszej samej gliny nie są
ulepieni? że wyżej dupy nie podskoczysz? że za niemca to bida aż piszczała,
że jeść nie było co, że trzeba było ryzykować życie żeby zdobyć 10 jajek za 1
kamień do zapalniczki? dociera to do waszych tepych, zakutych pał, że małe
slązaki zaczynały palić w wieku 10 lat a pić w wieku 13?
a różni durnie i "historycy" piszą o "przepaści kulturowej i cywilizacyjnej"
pomiędzy polską a "niemieckim śląskiem"...
kolejny cytat:
Miał Pan polskich kolegów?
- Nie. Rodzice izolowali mnie od Polaków. Chodziło o bezpieczeństwo rodziny.
Gdybym, nie daj Boże, nauczył się mówić po polsku i ktoś doniósłby o tym na
gestapo, wtedy jako Polaków wysłano by nas do obozu koncentracyjnego.
Ślązacy w latach 30. popierali nazistów?
- Niestety. Bardzo wielu gorliwie popierało Hitlera i nowe porządki. Jeden z
moich nauczycieli powiedział na przykład podczas wojny, że zostanę
zagazowany, bo jestem zbyt cherlawy. Inni chowali głowę w piasek, usiłowali
jakoś przeczekać, przeżyć. Oporu nie było. Ślązacy zresztą nigdy nie
protestowali przeciwko władzy. Nawet mój ojciec usiłował się wkręcić do
nazistów. Został nawet członkiem SA. Dostał mundur, pałkę, ale po tygodniu
został biedak wyrzucony z organizacji. Nie mam pojęcia za co. W domu to był
temat tabu. Pewno jak zwykle ojciec przesadził z piciem.
a tutaj tak strasznie biadolili, że dziadek "musiał" iść do wehrmahtu albo do
sa, bo go zmusili do tego niemcy, szedł tam i płakał a serce miał w
rosterce...
i dalej:
Wyjechał Pan z Zabrza w 1945 roku, tuż po wojnie, jako 14-letni chłopak. Nie
ma Pan do Polaków żalu, że wysiedlili Pana rodzinę z Zabrza?
- Nie. Mam w sobie wiele z Polaka. Większa część rodziny nosiła polskie
nazwiska: Głodny, Piecha, Morawiec. A wyjechaliśmy z Zabrza z własnej woli.
Majster, u którego pracowałem przekonał mnie, że powinienem ubiegać się o
polskie obywatelstwo. Byłem w pierwszej setce osób, które wypełniły
odpowiednie dokumenty. Wystarczyło jeszcze dać łapówkę urzędnikowi i sprawa
byłaby załatwiona - Eckertowie zostaliby Polakami. Jednak doszliśmy do
wniosku, że trzeba się ze Śląska wynosić. Nie mieliśmy gdzie mieszkać. Nasze
mieszkanie splądrowali i spalili Rosjanie. Nie było co jeść. A w Niemczech
było wówczas wszystko. 1 czerwca 1945 roku wyjechaliśmy z Zabrza bydlęcym
wagonem. Warunki były okropne. W czasie podróży zachorowałem na tyfus, potem
do tego przyplątała się żółtaczka.
Czy Śląsk, który opisał Pan w powieści "Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z
gliny", to kraina z Pana wspomnień, czy wymyślona?
- Nie, to Śląsk, który zapamiętałem. Wymyśliłem tylko jeden epizod. Nie było
w Zabrzu pijaka, który zakładał się, że podłoży pod tramwaj zdrową nogę, a
podkładał drewnianą protezę. Reszta jest prawdziwa. Pisałem o tym, co sam
przeżyłem i widziałem. Główna bohaterka Świątkowa to po prostu moja babcia:
zabobonna, zaradna kobieta, wiecznie niezadowolona ze swojego zięcia.
Ciągle powtarzała "z niczego nie ma nic", choć ja uważam, że nie miała racji.
Cały świat zrodził się z nicości.
W "Cholonku" jest Pan dla Ślązaków bezlitosny. Opisał ich Pan jako
hipokrytów, nałogowych alkoholików.
- Bo tacy właśnie byli. Zalewali się bimbrem, płodzili nieślubne dzieci, a
potem szli do kościoła i wszystko było w porządku. Mój przyjaciel pisarz
Horst Bienek opisywał Śląsk z zupełnie innej perspektywy - z punktu widzenia
małego mieszczanina, który wychowywał się w cywilizowanej rodzinie. On, gdy
dorósł, zrozumiał to, co dla mnie było jasne, gdy byłem małym chłopcem: że
Śląsk był nikczemny, ale przez to barwny i piękny.
Jak zareagowali na "Cholonka" wysiedleni ze Śląska Niemcy?
- Byli wściekli. Za książkę zmieszali mnie z błotem. Twierdzili, że wszystko
było na odwrót, że Śląsk był rajem na ziemi - i byłby, gdyby im go nie
odebrano. Nie przejmowałem się tym.
no właśnie wysiedleńcy najcześciej wyjechali z własnej woli, po prostu
uciekli. zachowali się jak szarańcza, zostawili ten kraj ogołocony i
wyjechali do niemiec zachodnich, gdzie alianccy "okupanci" zapewniali
wszelkie zaopatrzenie...
a zalewanie bibmbrem, płodzenie nieślubnych dzieci i wmawanie głupot, że to
wszystko wina goroli, to "superślązakom" zostało do dziś.
serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34314,2773441.html