numero.uno
04.05.07, 13:00
Od kilku lat staram się o zwrot wywłaszczonej działki. W końcu rok temu
została wydana decyzja o zwrocie. Zebrano górę dokumentów, zrobiono operat
szacunkowy, w którym poza wyceną, udowodniono, że należy działkę zwrócić.
Podstawowym i najważniejszym argumentem jest fakt, że zgodnie z art. 137
ustawy o gosp. nieruchomościami, działka nie została wykorzystana zgodnie z
celem wywłaszczenia (7 lat na rozpoczęcie inwestycji, 10 lat na jej
zakończenie). W tym roku mija 30 lat od wywłaszczenia i na tej działce nigdy
nic się nie działo, jest zarośnięta gęsto krzewami i drzewami.
Urząd miasta się jednak odwołał od tej decyzji do wojewody. Wojewoda natomiast
uznał, że działkę należy zwrócić, bo argumenty miasta nie mają potwierdzenia w
dokumentach.
W międzyczasie spotkałam się z p. naczelnik delegatury gospodarki
nieruchomościami w gminie i zapytałam, na jakiej podstawie się odwołują, skoro
ich argumenty nie są prawdziwe. Argumenty zostały przemilczane. A odwołują
się, bo mogą. I tyle.
Po decyzji wojewody, miasto miało 30 dni na złożenie skargi na tę decyzję do
WSA za pośrednictwem wojewody. Skarga nie wpłynęła, otrzymałam informację, że
decyzja jest prawomocna, ucieszyłam się.
Po ok. miesiącu otrzymałam pismo od wojewody, że skarga jednak wpłynęła, co
prawda po terminie, ale decyzja o zwrocie zostaje cofnięta, a skarga
przekazana do WSA. Czyli przede mną kolejne miesiące czekania.
To jak to jest? Skarga wpłynęła po terminie i została uznana? To po co ten
termin?
I takie moje spostrzeżenie na temat pracy urzędów i obowiązujących procedur -
odwołują się, bo mogą, choć wiedzą, że sprawa jest dla nich przegrana.
Wykorzystują całą ścieżkę odwoławczą, tak po prostu dla zasady, nie biorąc pod
uwagę ile czasu i pieniędzy różnych ludzi marnują.