Gość: czytelnik
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
08.08.05, 08:38
Miłosz zawsze był lewicowcem, a przez wiele lat komunistą, co tłumaczył tym,
iż „komunizm to fascynująca przygoda intelektualna” (sic!). Na
łamach „Rodzinnej Europy” deklarował, iż brzydzi go „kurczowy patriotyzm
Polaków”, zwłaszcza kiedy jest podszyty religijnością, bo wiara katolicka
to „gleba snów paranoicznych” („Prywatne obowiązki”). Szczególnie idiotyczną
paranoją była dla noblisty wszelka walka powstańcza, czy choćby tylko wojna
ojczyźniana (nawet zwycięstwo grunwaldzkie przezwał „plugawym nonsensem”).
Waleczność patriotyczną określał jako „powiązany system narodowej paranoi”
(„Życie na wyspach”), dodając: „Polaków, umiejących myśleć tylko politycznie,
mam w dupie” („Zaraz po wojnie”). Miał ich w dupie jako Litwin –– ciągle
zaznaczał, że nie jest Polakiem, tylko stuprocentowym Litwinem (m. in. w
radiu francuskim przedstawił się: „Jestem Litwinem, który pisze po polsku”).
Ja go rozumiem –– nikt nie chce być świnią. A według Miłosza: „Polak musi być
świnią, ponieważ się Polakiem urodził” („Prywatne obowiązki”).
Nie chcąc być świnią –– Miłosz nie był entuzjastą Armii Krajowej i Powstania
Warszawskiego. Przeciwnie –– opluwał AK jako drastyczny przejaw
polskiej „paranoi nacjonalistycznej”. Pisał m. in.: „Warszawa okupacyjna była
dla mnie miejscem i czasem spotkania z polskim nacjonalizmem w jego
najwyższym natężeniu, kiedy to występował wyłącznie jako patriotyzm, którego
nikt nie ma prawa krytykować” („Rok myśliwego”); „Moja niechęć do przywódców
AK była silna (…), cały konspiracyjny aparat żył nierealnością, ponieważ w
siebie pompował narodową ekstazę” („Rodzinna Europa”); et cetera, et cetera.
Akowskiemu kultowi patriotyzmu (zwanemu przez Miłosza „moczopędnym środkiem
narodowym” –– wiersz „Toast”) noblista przeciwstawiał rozsądną („bierną”)
kolaborację z okupantem, dając przykłady narodów, które bardzo dobrze wyszły
na uległości wobec okupantów.
Wspomniany tekst Miłosza, który „Polityka” publikowała roku 1987, został
odkryty w archiwum chełmskiej Biblioteki Wojewódzkiej. Autor napisał go
odręcznie na firmowym blankiecie przedsiębiorstwa hitlerowskiego,
prawdopodobnie A. D. 1945, bo rok później pracował już w Waszyngtonie jako
bierutowski (vulgo: stalinowski) dyplomata. Cały ów rękopis jest diagnozą ––
diagnosta Miłosz wskazuje nim główną pejoratywną cechę Polaków, a zwłaszcza
ich wrednych narodowych przywódców: nieczułość. Zwierza się, iż
często „zaciskał bezsilnie pięści patrząc na przejawy polskiej nieczułości”.
Choćby nieczułości mieszkańców Warszawy wobec dramatu getta. Aczkolwiek nie
wpadł na pomysł, na który wpadła kilkadziesiąt lat później „Gazeta Wyborcza”
(że za Powstania Warszawskiego akowcy parali się głównie dobijaniem resztek
Żydów), lecz pomysł z karuzelą też jest przedni: „W ustosunkowaniu się
Warszawy do getta była i niechęć, i współczucie, i wstyd, i antysemityzm. Nad
wszystkim górowała jednak bezmyślna nieczułość. Te karuzele pełne śmiechu,
obracające się w dymach płonącego obok getta…”. Kalumnię karuzelową noblista
sprzeda później całemu światu wierszem „Campo di Fiori”.
Bardziej wylewnie rozpisuje się Miłosz w owym tekście na temat nieczułości
przywódców narodu, piętnując zwłaszcza nieczułość wodzów Sanacji
przedwojennej i nieczułość dowódców Powstania Warszawskiego. Ci ostatni
bowiem bezlitośnie wysyłali na śmierć gromady „młodych kurierek roznoszących
gazetki pełne bzdur”, a w przerwach między wysyłaniem balowali po
kawiarniach: „Zamawiali koniak i mówili: «ofiary muszą być»”. To wszystko.
Naprawdę nie koloryzuję –– karcąc Powstanie Warszawskie Miłosz daje aż trzy
dowody hańby patriotycznego zrywu: śmierć „młodego filozofa” (który mógłby
filozofować, miast głupio walczyć), rzeź kurierek roznoszących idiotyzmy,
tudzież kawiarnianą, podlewaną koniakiem „nieczułość ich zwierzchników”,
którzy wznosząc toasty bełkoczą: „ofiary muszą być”.