Dodaj do ulubionych

Napiszmy razem książkę!

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.12.05, 22:41
Proponuję, byśmy wspólnymi siłami napisali książkę. Jedyną w swoim rodzaju, bo
mającą wielu autorów:) Zasady niech będą proste. Każde nowe zdanie ma być
kontynuacją ostatniego. Chodzi o to, by całośc miała sens, a i wątek został
zachowany. Żadnych ograniczeń co do formy, treści, jak i ilości zdań
napisanych przez każdego z was. Liczę na waszą fantazję i ciekawe pomysły.
Jestem bardzo ciekaw co z tego wyjdzie. Pozwólnie, że jako pomysłodawca
przedsięwzięcia zacznę...

Był grudniowy poranek. Robert dopiero co otworzył oczy. Bardzo bolała go
głowa. Miał tak wielkie pragnienie, że wodę byłby w stanie pić nawet z kranu.
Kiedy zaczął rozglądać się po mieszkaniu zauważył wiszące na oparciu krzesła
stanik oraz rajstopy.
Obserwuj wątek
    • Gość: Dzidek Re: Napiszmy razem książkę! Part2 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.12.05, 22:59
      > Był grudniowy poranek. Robert dopiero co otworzył oczy. Bardzo bolała go
      > głowa. Miał tak wielkie pragnienie, że wodę byłby w stanie pić nawet z kranu.
      > Kiedy zaczął rozglądać się po mieszkaniu zauważył wiszące na oparciu krzesła
      > stanik oraz rajstopy.

      Z jednej strony bardzo się ucieszył bo widać że noc należała do tych "udanych",
      a z drugiej strony na jego twarzy zarysował sie grymas zdziwienia - niz z tej
      noocy nie pamięta. W miarę "przywracania do normalności" zobaczył światło za
      szybka od łazienkowych drzwi i szum prysznica. Jego myśli zaczęły przybierać na
      prędkości.
      - Przecież z Monika pokłóciłem sie ze 2 dni temu i się nie odzywamy do siebie,
      jak zwykle po takiej kłótni.
      Jego wzrok wędrował po dalszych częściach pokoju. Zobazcył damsie zielona
      dzinsy i rozciągnięty, mozno znoszony sweterek...
      • Gość: sik Re: Napiszmy razem książkę! Part2 IP: 212.244.180.* 09.12.05, 11:04
        Powoli podszedł do drzwi łazienki. Szum wody rozbrzemiał głuchym tętnieniem w
        jego głowie. Kac. Organizm desperacko próbował pozbyć się resztek toksyn, które
        tak ochoczo wtłaczał w siebie poprzedniego wieczoru. Położył rękę na klamce.
        Nie to nie mogła być Monika - pomyślał. W takim razie kto był w łazience. Dzwi
        ustapiły z cichym skrzypnięciem. Krew, wszędzie krew. Nogi ugięły się pod nim.
        Zwymiotował.
        • Gość: takisiaki Re: Napiszmy razem książkę! Part2 IP: *.c157.petrotel.pl 09.12.05, 14:08
          Długo i ciężko dyszał. Nie znosił widoku krwi, która kojarzyła my się z
          kolorem okładek pewnej legitymacji jaką nosił przed laty. Mimo upływu wielu lat
          dobrze pamiętał od kogo i gdzie ją mu wręczono. Awersja do koloru pozostała.
          - Coś narobił. Przed chwilą sprzątałam - usłyszał głos Moniki. W głosie był
          znany ton wyrzutu.
          - Sorry, odpowiedział wycierając twarz i ręce w jakąś rózową szmatkę.
          - Do tego zaplamiłeś mi moje ostatnie majtki, powiedziała z jeszcze większym
          wyrzutem w głosie.
          - Majtki, odpowiedział skrywająć drwiący uśmiech mogę ci oddać to sobie
          wypierz. Ale co ty tu robisz. Jak weszłaś do mojego mieszkania?
          - Cham jesteś skoro tak pytasz. Sam mnie tu przyprowadziłeś. Mówiłeś wiele tym
          swoim bełkocącym głosem, a usnąłeś po drugim kieliszku. Świnia jesteś! Gdzieś
          nabrał takich nawyków. Żeby tak kobietę zwodzić! I to ja niosłam tego
          bolsa całą drogę. Spałeś jak zabity. Zeby cię cholera pokręciło,
          przystojniaku...
          -Ale co robisz w łazience? Skąd tu tyle krwi? Zapytał usiłując odtworzyć
          miejsce gdzie był i co tam się działo. Nic nie pamiętał. Głowe rozsadzał mu
          tętniący ból. Szumiało w uszach, czuł, zę znowu zwymiotuje...
          -Ani mi się waż. Nie rzygaj bo sobie pójdę - powiedziała cicho. Już nie
          krzyczała jak przed chwilą. Pogodziła się z tym co się stało. Znali sie
          przecież od dawna i wiedziała czego się spodziewać po nim jak wypije.
          Wiedziała, że potrafi być brutalny i wulgarny. Od czasu kiedy przestał być
          sekretarzem komitetu - zmienił się. Chodził zamyślony, niespodziewanie wzdychał
          i często stawał w oknie patrząc przez szybę na plac przed domem. Jakby na coś
          czekał. Potem siadał w swoim fotelu i gapiąć się bezmyślnie nie widzącymi
          oczami w ścianę - myślał. Nie było z nim wtedy kontaktu.
          -Nie rzygaj, powtórzyła. A krew jest bo się zacięłam przy goleniu.
          -Jakim goleniu do cholery? Krzyknął zdziwiony. Kto się golił, kogo goliłaś?
          -Oj, ty durny. Sobie goliłam. Wieczorem idę na basen to jak z krzakiem wejdę do
          wody? Zapytała uśmiechając się. Wygoliłam się i już. Teraz jest lepiej -
          powiedziała zadowolona z siebie. Ranka nie jest duża i już sobie opatrzyłam. Po
          co wszedłeś tutaj? Byś nie rzygał, powiedziała już prawie zalotnie.
          -Idziemy do pokoju, muszę się przebrać, powiedział.
          Wyszli razem trzymając się za ręce.
          • krystyna361 Re: Napiszmy razem książkę! Part2 09.12.05, 14:50
            Popatrzył na nią krytycznie.
            - Jeszcze mogłabyś sobie wygolić te włosy na piersiach!
            To była ostatnia kropla. Tak. To dziś. Ani dnia dłużej. Nie będzie już czekała
            na sygnał z centrali. Dziś go ułucze, a potem zadzwoni do szefa, by przysłał
            Sprzątacza. Postawi ich przed faktem dokonanym. Dawno już zorientowała się,
            gdzie ten cham trzyma fanty z akcji Żelazo. Zwłaszcza klejnoty koronne, z tym
            pięknym diademem brylantowym. Ani chwili dłużej!
            - Chcesz kawusi?
            - Ta... - odpowiedział ślamazarnie.
            Wyszła do kuchni. Otworzyła szufladę z nożami.
            • Gość: takisiaki Re: Napiszmy razem książkę! Part2 IP: *.c241.petrotel.pl 09.12.05, 16:00
              Z tajemniczym, złym uśmieszkiem na ustach, trzymając nóż w ręku zaczęła kroić
              nim salceson. Dobrze pamiętała te czasy kiedy dawała wyrób czekoladopodobny
              jako łapówkę by zła pani Teresa z mięsnego zawinęła w papier kawałek
              brunszwickiego salcesonu. Był podobny, taki jak ten na którego patrzyła z
              rozkoszą. To były czasy. Władza należała to niego, tego gbura, pomyślała,
              bawiąc sie drugą ręką kolczykiem z agatem. Lubiła ten wałbrzyski kamień choć
              nie przynosił on jej szczęścia. A niech to, powiedziała w duchu, taki los
              westchnęła. Kołysząc biodrami przyniosła mu kanapkę. Zjadł, jak zwykle
              mlaskając. Nabył sie tej maniery w Mongolii, gdzie jako członek aktywu, był
              samolotem przyjażni. Przywiózł jej wtedy baranicę, ale dała bratu. Nie lubi
              baranów by sie w nich afiszować po Tumskiej.
              - Może chcesz herbaty, zapytała.
              - Nie, kawa wystarczy! Odburknął, poprawiając sie w tym swoim fotelu. Siadaj i
              powiedz co było wczoraj. Wiesz, nie bardzo pamiętam to wszystko mi sie
              pomieszało. Te toasty...
              Wzruszyła ramionami mówiąc, uchlałeś się jak nie wiem kto. Ale co tam. Nic mnie
              to już nie obchodzi.
              -Ale przyszłaś tutaj...
              -Tak, sama chciałam. A, co? Nie zapraszałeś mnie? Powiedziałeś jeszcze -
              zabierz tę butelkę, przyda sie. To wzięłam. Na darmo - powiedziała z wyrzutem.
              -Noo, nie jestem taki ostatni. Przecież nie zostawię cię tam na pastwę tych
              wilków. Nic, tylko patrzyli na ciebie tymi ślepiami i ślinili się.
              -Jak ja ich nie nawidzę, krzyknął.
              -Ee co tam. Nie denerwuj się. To już stare pryki, a nie to co kiedyś. To był
              aktyw, rozmarzyła się.
              -Pamiętasz Sławka? Tego z Bulkowa. Ten to miał zdrowie. Żaden mu nie dorównał
              w piciu. Walił gorzałę szklankami, a jaki był silny!
              -Wiem, poczerwieniała lekko i aby nie spostrzegł tego zmieszania które to imię
              wywołało odwróciła sie do okna.
              -Tiaa, było,minęło, powiedział.
              Nie zauważył, że zaczęłą się przyglądać temu włocławskiemu wazonowi, który
              dostał na dwudziestolecie pracy partyjnej. Postawił go na tym swoim sosnowym
              regale, tam wysoko.
              -Stał przecież w innym miejscu - zauważyła.
              Podeszła do regału i udając zainteresowanie swoim odbiciem w szklanych
              dzrzwiczkach skierowała wzrok na wazon. Tak! On tam nie stał.
              Wtem poczuła szarpnięcie za ramię. Zenek stał obok. I tak by go wyczuła po
              zapachu tej swojej rumuńskiej kolońskiej wody, którą kupił w delegacji.
              Zemdliło ją ze strachu. Miał wykrzywioną z wściekłości twarz.
              - Czego tu szukasz? Zapytał, charcząc.
              -Niczego. Odpowiedziała. Była już pewna, że znalazła.Tak! Tam muszą być te
              brylanty. Te piękne kamienie z syberyjskiej kopalni. Przecież je dobrze zna.
              Sama sobie je załatwiła. Ten Wołodia był nawet, nawet pomyślała, poprawiając
              bluzkę, którą ten opój zmiąłł w swoich łapach. Była pewna, że tam są. Innego
              wazonu on nie miał. Nigdy by się drugiego nie dorobił, niezdara jeden.
              Usiadła przy nim i nalała do szklanki złocisty napój.
              -Pij, powiedziała. Butelka jest dziewicza, rzekła.
              Wypił duszkiem.
              • Gość: takisiaki No i koniec IP: *.c241.petrotel.pl 09.12.05, 19:00
                Uśmiechnęła się i nalała drugi raz. Też wypił.
                -Ooo, jak dobrze, powiedział wstając z fotela.
                -To idę.
                -To idż. Zabierz tylko tę butelkę. Nie będzie mi już potrzebna.
                Ubrał się w ten swój znoszony płaszcz i jak dawniej nie zapiął go. Musiała go
                obtulić.
                Zamknęła za nim drzwi. Pewnie minie ze trzy dni jak wyjdzie z tego
                pijackiego ciągu, Będzie szukał swojego mieszkania i zatrzymywał się przed
                każdą czerwoną tablicą na jakimkowiek budynku. To taki nawyk. Lubiał odszukiwać
                takie tablice i czytał z zapartym tchem, a potem szedł dalej, i czytał
                następne. Ale przecież znany dom już nie miał takiej tablicy. Zdjęto ją w
                osiemdziesiątym dziewiątym. Pozwolono mu zostać w pokoju gościnnym, który
                nazywa teraz garsonierą.
                To było jego intymnne miejsce. Zaczęło padać...


                * *
                *
                • Gość: takisiaki wszystko jest przypadkowe IP: *.c153.petrotel.pl 10.12.05, 11:45
                  Zbieżność osób, imion, nazwisk i miejsc jest całkowicie przypadkowa.
                • Gość: olaf Re: No i koniec IP: *.plock.mm.pl 10.12.05, 13:44
                  ale ameryka, howg. Ludzie dalii się złapać.
                  • Gość: takisiaki Re: No i koniec IP: *.c240.petrotel.pl 10.12.05, 15:27
                    Olaf! Nie bądż smutas! To są żarty. To ty sie dałeś nabrać, hahaha.
                    • krystyna361 Re: No i koniec 11.12.05, 13:12
                      wystarczyło na chwilę zniknąć w realu i nici - nie zdążyłam go zabić, szkoda.
                      Miałam fajny pomysł na kryminał
                      • Gość: takisiaki Re: No i koniec IP: *.c157.petrotel.pl 11.12.05, 14:20
                        Nie było Cię...
                        To się wkurzył i poszedł na spacer. Zdąrzył jednego wkurzyć, hehehe
                        • krystyna361 Re: No i koniec 11.12.05, 16:31
                          wiedziałam, że trzeba do utłuc. Co ma wkurzać ludzi. A teraz, to niech sobie
                          chodzi do skończenia świata
                          • Gość: takisiaki Re: No i koniec IP: *.c241.petrotel.pl 11.12.05, 17:16
                            Będzie straszył!! Innych spotka, co też straszą. ;)
                            Roman_j skierował go do ratusza. Ale się będzie działo.

                            Ps. Serce masz z kamienia. Poważnie chciałaś go załatwić?
                            • krystyna361 Re: No i koniec 12.12.05, 08:32
                              No chciałam! Mam serce z kamienia, wiem. Boję się ludzi wypalonych - to wampiry
                              emocjonalne i energetyczne. Dlatego chciałam go utłuc i przenieść akcję na
                              osobę, która daje nadzieję na akcję inną niż dramat psychologiczny. Ale pomysł
                              Romana mnie zainspirował
                              • Gość: siakitaki Re: No i koniec IP: *.c158.petrotel.pl 12.12.05, 10:12
                                krystyna361 napisała:

                                > No chciałam! Mam serce z kamienia, wiem. Boję się ludzi wypalonych - to
                                wampiry
                                > emocjonalne i energetyczne.

                                Racja! Ale tu potrzebny jest osinowy kołek;))

                                > Ale pomysł Romana mnie zainspirował

                                Czyżbyś chciała rywalizować z Romanem_j i startować w wyborach? Masz
                                gwarantowany głos ode mnie. Słowo! ;)
                                Tak, kobieta nieodgadnioną być potrafi. (jestem pod wrażeniem nocnego, filmu
                                na Canal+ Film - "CENA PORZĄDANIA"). Co tam się działo! To był dopiero horror.
                                I daje do myślenia. Grały polscy także aktorzy jak Magda Mielcarz, Rogulski,
                                Dziarska Izabela. Nie wiem dlaczego dobre, soczyste i djące do myślenia obrazy
                                są prezentowane tak póżno (03.40) :(
                                • krystyna361 No i początek kambizesa 12.12.05, 23:10
                                  Ale nam się oberwało - to właśnie ilustracja tego, o czym pisałam. Wypalony
                                  człowiek "siedzący w rogu kawiatni i mówiący: luuuudzie! na wasz widok świerzbi
                                  mnie tyłek!" tekst z jednego z moich ulubionych filmów (niezbyt ambitnego -
                                  amerykańska komedia romantyczna, nic, co mogłoby stanowić propozycję dla
                                  ambitnych) - zgadniesz, jaki to film?
                                  Myślisz, że w przypadku kambizesa wystarczy osikowy kołek?
                                  Pozdrawiam - Miłego Wieczoru.
                                  PS. Brrrr!!! Nigdy nie wystartuję w wyborach do czegokolwiek. Swój głos oddaj
                                  na Romana :-)))))
                • roman_j Re: No i koniec 11.12.05, 17:06
                  Gość portalu: takisiaki napisał(a):

                  > Zaczęło padać...

                  Postawił kołnierz płaszcza snując się po ulicach miasta trafił w końcu na rynek.
                  Cichy i smutny o tej porze roku. Po lewej stronie z mgły wyłaniały się stare
                  kamienice, których zamurowane okna wyglądały jak powieki zmarłego litościwie
                  zamknięte gestem ostatniej przysługi. Na osi placu stała fontanna nieczynna o
                  tej porze roku. Nad całym placem górował budynek ratusza. Sam nie wiedząc
                  dlaczego, skierował swoje kroki w jego kierunku. Stanął przed drzwiami, otworzył
                  je i wszedł do środka.
                  Wciąż jeszcze lekko zamroczony po porannej dawce alkoholu, słyszał, jakby z
                  oddali głos ochroniarza. "Pewnie mnie stąd zaraz wyp..." - pomyslał i zaczął się
                  odwracać w kierunku wyjścia. Wtedy dotarło do niego, co powiedział do niego
                  ochroniarz: "Dzień dobry, panie prezydencie. Czy dobrze się pan czuje? Strasznie
                  pan dziś blady." Pomyślał, że się przesłyszał. Spojrzał czujnie na ochroniarza,
                  ale ten pochylał się pół-uprzejmym, pół-uniżonym ukłonie i uśmiechał się z
                  dobrze wytrenowaną uprzejmością.
                  W tym momencie poczuł, że nogi pod nim miękną i robi mu się słabo. Upadłby
                  pewnie na posadzkę, gdyby nie chwyciły go silne ręce ochroniarza. "Panie
                  prezydencie. Co się stało? Może przynieść panu szklankę wody?" zapytał
                  ochroniarz, a w jego głosie słychać nutę paniki. "Szklankę ... kefiru ... albo
                  wody ... od kiszonych ... ogórków" wychrypiał z trudem czując, jak powoli zapada
                  w błogostan. Zemdlał...

                  Obudził się w szpitalu. Sala pachniała czystością. Był jej jedynym lokatorem.
                  Naprzeciw łóżka stał telewizor, a na stoliku stał wazon z goździkami. Obok leżał
                  pilot od telewizora i jakaś gazeta. Rzucił na nią okiem. Jego wzrok przykuł
                  wielki tytuł na pierwszej stronie. "Tajemnicze zasłabnięcie prezydenta M.".
                  Przez chwilę wpatrywał się tępo w litery tytułu, zanim uświadomił sobie, że to o
                  nim. Znowu zrobiło mu się słabo...
                  • Gość: jh Re: No i koniec IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.12.05, 08:34
                    ......
                  • Gość: KAMBIZES SZKODA CZASU IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.12.05, 22:36
                    .. co prawda popieram romana jot w jego koncepcji obrócenia tej "książki" w
                    pastisz książki, namiastkę groteski i pewien rodzaj śmiesznostki, ale czy za
                    mało dla was arcydzieł literatury pięknej oraz tej po prostu dobrej, że silicie
                    się na coś na co szkoda czasu?? Jeżeli chcecie tworzyć książkę dobrze by było
                    najpierw choć kilka przeczytać...ci "lepiej poinformowani" wiedzą, że całego
                    życia, nawet najdłuższego, by nie starczyło na przeczytanie wszytkich dobrych.
                    A tu niektórzy próbowali sklecić coś, co nazywane jest literaturą drugiego
                    gatunku lub nawet na to miano nie zasługuje. Wiem, wiem... w Płocku nie ma
                    uczelni humanistycznej, więc i tej podstawowej wiedzy u Płocczan brakuje..
                    szkoda, że nauki humanistyczne, a szczególnie filologia polska tak nisko są
                    cenione przez większość społeczeństwa. Tak mało humanistów mamy dziś, a
                    przecież każdy inteligentny człowiek powinien mieć choć odrobinę tej
                    wrażliwości czytelniczej...
                    Może rozpocznę nowy wątek zapytaniem: Co ostatnio czytałaś/czytałeś i jak dawno
                    to było i z jaką częstotliwością cztasz?
                    • kambizes Re: SZKODA CZASU 12.12.05, 22:43
                      (dla potwierdzenia jeszcze raz się wpiszę, że to ja kambizes;) napisałem
                      poprzedni wpis..)
                    • krystyna361 do kambizesa i innych 12.12.05, 23:18
                      Z literatury to ostatnio czytałam Twój wpis kambizes i zrobiło mi się Ciebie
                      żal. "Więcej wódki, mniej zakąski - to najlepszy sposób na zadufanie w sobie i
                      powierzchowny ateizm" - jak odgadniesz, z jakiej dobrej książki to cytat,
                      zastosuj się do niego. Może pomoże
                      Kompromitujesz humanistów. Luuuuudzie! Nie bójcie się humanistów - tylko ten z
                      poczuciem humoru, potrafiący się śmiać z samego siebie, jest godzien tego miana
                      • kambizes od kambizesa 13.12.05, 14:26
                        wybacz krystyno trochę się wygłupiłem... miałem ponury nastrój.. a za humanistę w pełni nie śmiem się uznawać... ;)
                        Pozdrawiam

                        a jeżeli chodzi o cytat, to się nie licytujmy, bo i ja mam ulubione książki, z których cytaty nic zapewne ci nie powiedzą, co nie oznacza mojej ani twojej niższej kultury lub mniejszego oczytania...
                        • krystyna361 do kambizesa 13.12.05, 15:16
                          Żle Cię oceniłam - myślałam, żeś nadęty buras. Zaimponowałeś mi prośbą o
                          wybaczenie, nie każdy potrafi przyznać się do "zamotania". Też nie zawsze
                          jestem w porządku.
                          Pozdrawiam
                  • krystyna361 No i nie koniec 12.12.05, 23:03
                    Mimo wszystko, mimo wpisu kambizesa:
                    Obudził się w południe. Na korytarzu intrygująco pachniało obiadem - ryżówka,
                    sztukamięs w niezidentyfikowanym sosie i gotowana marchewka. Te swojskie
                    zapachy obudziły w nim chęć do życia i nagle....
                    Zerwał się z łóżka. Popędził do łazienki. Lustro! Gdzie jest lustro!
                    - Siostro! Gdzie jest lustro!
                    - Lustro, Kochaneńki, to masz w domu. Co z tymi ludźmi. Hrabia jeden!
                    Pobiegł do damskiej. Jest! Spojrzał. Sukces! Pełny sukces! Lata pracy
                    uwieńczone powodzeniem. Oto on - Roman J., sławny wykładowca polibudy i Pan
                    forum, w ciele prezydenta M. Transporter psychiki działa. Szkoda, że to tylko
                    tydzień. Po tygodniu ciało Romana, pozostawione w garażu sąsiada, przestałoby
                    funkcjonować, a psyche MM rozpoczęła by brutalny kontratak.
                    Gdzie notatki? Wrócił do szpitalnej sali. Są - wielka niebiesko - żółta teczka
                    wypełniona papierami. Sprawy do załatwienia. I tylko tydzień. Musi natychmiast
                    do urzędu....
                    • roman_j Bynajmniej nie koniec ;) 13.12.05, 11:21
                      > I tylko tydzień. Musi natychmiast do urzędu....

                      Spojrzał na zegarek. Minęło już pół godziny z czasu, jaki miał do dyspozycji.
                      * * *
                      Tymczasem prezydent M. obudził się i po raz kolejny w ciągu jednego dnia przeżył
                      szok. Nie leżał już w szpitalnym łózku, ale w jakimś warsztacie lub garażu.
                      "Zostałem porwany!" ta myśl pojawiła się natychmiast w jego głowie. Nie czuł
                      jednak na rękach ani na nogach żadnych krępujących więzów. Podniósł ręce do
                      twarzy. Wydały mu się jakieś inne, jakby nieco spuchnięte. Złożył twarz w
                      dłoniach i ze zdumieniem stwierdził, że nie ma wąsów. "Co jest, u licha?"
                      pomyślał. Rzucił okiem na nogi, które wydały mu się znacznie krótsze i też jakby
                      nieco spuchnięte. W jego głowie zaczęła kiełkować niepokojąca myśl. Powoli wstał
                      i wtedy stwierdził ze zdziwieniem, że jest niższy.
                      Znalazł wiszące na ścianie małe, zapyziałe lusterko i podbiegł do niego.
                      "NIEEEEEEE!!!!, TO NIE MOżE BYć PRAWDA!!!!! - wrzasnął. Z lusterka patrzyła na
                      niego twarz Romana J. Ze zdumieniem zauważył, że głos też ma inny. "WSZYSTKO
                      TYLKO NIE TO!!!!!!" wrzasnął znowu, a jego krzyk przeszedł w spazm. Osunął się
                      na podłogę garażu i zaczął cicho łkać. "Doigrałem się" pomyślał. "A sk...
                      skompromituje mnie teraz do reszty."
                      * * *
                      Tymczasem Roman w nowym ciele próbował przekonać konsylium lekarskie, że jego
                      dalszy pobyt w szpitalu nie jest konieczny.
                      - Czuję się bardzo dobrze - po raz kolejny przekonywał ordynatora. Nie była to
                      do końca prawda. Z niewiadomych przyczyn bolała go głowa i okolice krocza. Czuł
                      się też lekko zamroczony, ale kładł to na karb działania transportera psychiki.
                  • Gość: cd.... igorex JESZCZE NIE KONIEC IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.12.05, 23:44
                    .... i poszedł biedaczysko do urzędu, usiadł wygodnie na swoim fotelu, i
                    spojrzał w plan dnia, po chwili słychać krzyk:
                    - Pani Krysiu co dziś robimy??? jakaś sesja?? A może spotkanie towarzyskie z
                    kolegami z PO ??
                    - wie pan co panie prezydencie - odpowiada p Krysia - nie będzie dziś zadnego
                    spotkania, ale jak pan chce ja moge panu dotrzymać towarzystwa jeśli się pan
                    bedzie nudził sam.
                    Lecz p. MM pomyślał: co ta stara rura chce ode mnie , myśli że dam jej podwyżke
                    jak sie bedzie podlizywać mi ,,,, o co to to nie to - powiedział MM i wyszedł
                    ze swego gabinetu, gwiżdzac jednocześnie nową piosenkę która mu wpadła w uchu i
                    znanym tytule - Moherowe berety .
                    ciekawe czy jest ktoś w dziś w barku- pomyślał i poszedł. Wchodząc sobaczył
                    swoich kumpli z którymi wczoraj popijał
                    - cześć chłopaki - rzucił krótko w ich stronę
                    witamy pana serdecznie - odpowiedzieli
                    za chwilę podszedł kelner i sie pyta- p. prezydencie czy podac to samo co
                    wczoraj???
                    tak - odpowiada MM - i dodaje - no chłopaki mam nową robótke, opijemy to ???

                    działacze z PO troche zmieszani lecz coż mieli odpowiedzieć mówią jednym
                    głosem - z panem zawsze.
                    I przychodzi kelner i zapodaje caluśką skrzyneczkę gorzałki marki " złudna
                    nadzieja"
                    tak jak wam mówiłem chłopaki dostałem propozycje nowej robótki - ciągnął dalej
                    MM - chcą mnie w Warszawie. to znaczy że.....
                    i tu po -owcy jeden przez drugiego - moze ja , może ja....
                    ale ale zaraz zaraz zaraz - odpowiada prezydentunio - chce stołeczek???, no
                    panowie i poprawia krawat i mowi z pełną powagą , na jutro pełniusia teczusia
                    zielonych for me i stołeczek jest wasz?? jaśniutkie
                    • Gość: takisiaki Re: JESZCZE NIE KONIEC IP: *.c153.petrotel.pl 13.12.05, 11:22
                      Do rzeczywistości przywrócił go krzyk taksówkarza
                      -jak chodzisz pijaczyno? Cholera by nadała z temi menelami. Uwali sie taki i
                      świata nie widzi. ślepy? Potem człowiek...
                      Dalszy potok słów zagłuszała ulewa. Zatrzymał się cały spocony. Zrozumiał, że
                      idąc w tym deszczu śnił i wchodził w skórę osób, ktorych nie znał osobiście, a
                      wyczytał o nich na forum internetowym. Takie obrazy oglądał prawie po kazdym
                      ostrym piciu. Wpadł by pod samochód. Kupił za ostatnie pieniądze na giełdzie
                      jakiegos peceta i często przesiadywał w necie z lubością czytająć nowinki i
                      sprzeczki na płockim forum. Podniecało go to mocno gdyż przypominało minione
                      aktywne czasy.
                      Deszcz jakby przestawał. Zdecydował skręcić nad Wisłę. Idąc Mostówką i Rybakami
                      myślał, że ma dosyć ludzi. Nie chciał nikogo spotkać, z nikim rozmawiać, nikomu
                      patrzeć w oczy. Nie lubiał rozmów o polityce, ani o robieniu pieniędzy. Nie
                      dorobił się niczego ale nie rozpaczał nad swoim losem. Ot, mówił o sobie, że
                      jest takim zwykłym urzędnikiem po Jagiellonce. Nie lubiał wspominać tej
                      partyjnej szkoły koło Wołgi. Tam wszystko zaczęło. Pili po suszonę, obrzydliwą
                      rybę. Uśmiechnął się do siebie. Te wspomnienia były tak natarczywe, że dopadały
                      go w każdym miejscu i nie mół się od nich opędzić.
                      Po lewej stronie widać było światła klubu wioślarskiego. Mrok stawał się
                      coraz większy. Od rzeki ciągnęło chłodem. Kierunek na Morkę wydał mu sie
                      najbardziej ciekawy i skręcił w tę stronę. Ten bulwar był budowany kiedy był
                      szczeniakiem i jest on prawie taki stary jak on. Usiadł na ławce gapiąc się w
                      brudną, leniwie płynącą rzekę. Była martwa jak on. Zimna, mokra i odrażająca.
                      Zaczęło się sciemniać na dobre.


                      • Gość: Dzidek NIEMIECKIE GÓRKI IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.12.05, 21:12
                        Patrząc na Wisłę i siedząc na tej ławce wspominał stare czasy.
                        Wszedł schodami w strone pomnika Broniewskiego, przechodził koło resztek
                        pubu "Pod Schodami". Łezka sie w oku zakręciła. Ilez my tu piwa wypili!!!
                        Następnie chodził po parku na Górkach. Wspominał jak wagarował tu z kolegami z
                        Jagiellonki.
                        W oddali widniał budynek kościoła p.w. Św. Dominika (tzw. na Górkach).
                        Przypomniał sobie jak to będąc małym chłopcem słózył do mszy.
                        Poszedł do kościoła, panował w nim tajemniczy półmrok.
                        Coś zaczęło go niepokoić, poczuł lekki strach. Włożył ręce do kieszeni.
                        Poczuł w niej zmiętą karttkę. Wyją ja i zaczął otwierać.
                        Na górze kartki widniał napis - tytuł:
                        MODLITWA ŚW. TOMASZA Z AKWINU.
                        Przypomniał sobie wycieczke rowerową z kolegami z forum GW do Francji.
                        Będąc w Tuluzie nawiedził grób Św. Tomasza. Stąd ta modlitwa.
                        Zaczał czytać:

                        PANIE TY WIESZ LEPIEJ, ANIŻELI JA SAM, ZE SIE STARZEJE I PEWNEGO DNIA BEDĘ
                        STARY.
                        ZACHOWAJ MNIE OD ZGUBNEGO NAWYKU MNIEMANIA, ŻE MUSZĘ COŚ POWIEDZIEĆ NA KAŻDY
                        TEMAT I PRZY KAŻDEJ OKAZJI.
                        ODNIERZ MI CHĘĆ PROSTOWANIA KAŻDEMU JEGO ŚCIEŻEK.
                        UCZYŃ MNIE POWAŻNYM, LECZ NIE PONURYM, CZYNNYM, LECZ NIE NARZUCAJĄCYM SIĘ.
                        WYZWÓL MOJ UMYSŁ OD NIEKOŃCZĄCEGO SIE BRNIĘCIA W SZCZEGÓŁY I DAJ MI SKRZYDEŁ,
                        BYM W "LOT" PRZECHODZIŁ DO RZECZY...

                        W tej chili ciało prezydenta M z duszą i umysłem Romana_Jot wstało i zapłakało:
                        - Czemu ja jestem taki upierdliwy?
                        - Czemu się czepiam prawie wszystkich ludzi, być może porządnych i uczciwych??
                        - Czemu tak wielu mnie nie lubi ???
                        Zapłakał i osunął sie na posadzkę.....
                        • Gość: takisiaki Niespodziewane spotkanie IP: *.c154.petrotel.pl 13.12.05, 21:54
                          _Hej! Ty, obudż się! Wstawaj! Zirytowany, natarczywy szept targnął nim. Obudził
                          się i usiadł. Trząsł się z zimna nie mogąc nic powiedzieć. Musiał wstać.
                          Znajdował się w sytuacji, która nawet go rozśmieszała. Co robi w kościele?
                          Pewno , od razu wiedział, że jest w światyni. Poznał sklepienie, ołtarze. Tutaj
                          przecież słuzył jako ministrant do mszy, a pod tym filarem całował sie na
                          majowym z Ewką. Szalona Ewka. Najlepsza uczennica w klasie. Rozleciała sie ta
                          miłośc po pierwszych wakacjach i więcej sie już nie spotykali. Pamieta, że
                          pieknie pachniało jej z ust podczas tego całowania. Nawet celowo ją całował by
                          ona za chwilę zaczynała pachnieć. To był taki fijołkowo - mleczny zapach jaki
                          noszą w sobie młode dziewczyny. Nigdy potem nie spotkał się z takim zapachem.
                          Głowa mu ciązyła i położył by się spowrotem na tych kamieniach ale stojący obok
                          starszy człowiek mówił żeby sobie poszedł. Wstał z trudnością i wyszedł z
                          kościoła. Poszedł by do domu, było przecież blisko, ale bał sie spotkać Monikę.
                          Znowu by zaczęła te swoje wywody co było, jak i gdzie. Nie chcial tego słuchać.
                          Przypomniał sobie, że ma ze sobą butelkę, którą mu dała. Wypił z zadowoleniem
                          głeboki łyk. Ciepło roslało mu sie po ciele i znikąd wróciły siły. Szedł i
                          nagle stwierdził, że jest w parku przy czerwonym kasztanie. Mimo ciemności
                          wiedział, które to drzewo gdzyż je sadził w czynie spolecznym. Tak, to były
                          czasy! Załkał bezgłośnie. Pociągnął znowu spory łyk i poczuł sie bardzo dobrze.
                          Postanowił odwiedzić Romana z którym mieszkał w internacie nad Wołgą. Ten to
                          sie urządził. Jest nadal starym kawalerem mimo, że nie odstepuje ani na krok
                          Wandy. Nie lubił jej bo wszystko chciała wiedziec. Taka babska ciekawość bardzi
                          go irytowała. Za starym bankiem odnalazł te oszklone drzwi. Wisiały na jednym
                          zawiasie i trudno sie otwierały. Przez domofon odezwał się ochrypły głos
                          Romana - kto tam?
                          -To ja , powiedział prawie krzycząc.
                          -To ja, Zenek.
                          -Ach to ty, wejdż - usłyszał.
                          Po starych, trzeszczących schodach prawie wciągnął sie na ostatnie piętro.
                          Drzwi były otwarte, a w nich stał Roman, jak to zwykle on w garniturze ale na
                          bosaka. Taki miał zwyczaj. Po domu chodził na bosaka, ale garnituru nie
                          zdejmował. Trzeba jakoś wyglądać - mawiał. Zza pleców wyglądała Wanda.
                          -Jezu! Ale ty wyglądasz! Jesteś chory? Krzyknęła.
                          -Zostaw go - powiedział Roman i dodał - wejdż. Mamy gości. Będzie fajnie, wejdż-
                          powtórzył.
                          Za stołem o obok na kanapie siedziało kilka osób. Na stole był jakiś
                          alkohol i coś z grilla. Pachniało domem, smażoną cebulą i kiełbasą.
                          Powiesił płaszcz na wieszaku w przedpokoju i w pośpiechu przywitał się z Wandą.
                          Szepnęła - nawalony jesteś!
                          -Eee tam! Tak trochę...
                          Wszedł do pokoju o pozdrowił tym swoim - cześć wszystkim!
                          Usiadł na bzregu kanapy i się rozejrzał. Zdrętwiał.
                          Prawie vis a vis,przy stole siedział ktoś kogo nigdy by się tu spotkać nie
                          spodziewaL Tak to napewno on. Czuł, że po plecach płynie mu strużka potu.
                          Nie mylił się. Poznał go od razu.




                          • Gość: Dzidek Re: Niespodziewane spotkanie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.02.06, 23:44
                            To był jego oprawca. Dostał w poprzednim tygodniu kilka razy z piąch w pysk.
                            Było to na Stary mieście u wlotu ul. Grodzkiej i Jerozolimskiej do Starego
                            Rynku. Poznał go po bliźnie na lewym policzku. Zimne krople potu kolejno
                            spływały mu po plecach.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka