Gość: lee
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
25.01.06, 00:43
Chiński sposób na marznące zwierzaki
Chiny. Odziany w drelichowy fartuch łowca najpierw kusi swoją ofiarę
niewinnym kici, kici. Gdy zwierzak jest już blisko, wali go drewnianą pałką w
łeb. Ledwo przytomnego kocura wsadza do umocowanej na rowerze klatki. I pędzi
na targ, by go spieniężyć.
Tam rozpoczyna się prawdziwa rzeź.
Już kilkaset metrów od targowiska w prowincji Guangzhou słychać zawodzenie
niewinnych zwierząt. Ale nawet najgłośniejsze pomiaukiwanie nie rusza
bezwzględnych kupców. Dla nich mały rudy dachowiec to jedynie kawał
chodzącego mięsa wart w najlepszym wypadku kilka zielonych.
Złapanego kota kupcy chwytają za łeb i walą nim o chodnik, aż zwierzę
zdechnie. Potem zanurzają go na kilka chwil we wrzątku i odzierają ze skóry.
Wieszają na haku i biczują. - Za tak oprawionego kocura możesz łyknąć nawet
trzy dolce - mówi handlujący od trzech lat kotami Yangwu Peng. - Ale
najlepiej rozebrać sierściucha na części. Bo za same jądra i oczy można
wyciągnąć pięć baksów z groszami - dodaje Peng.
Z targowiska oprawione i poszlachtowane koty wędrują do najdroższych
chińskich restauracji. Tam lądują na talerzach pod różnymi postaciami. Są
tzw. hot caty, czyli parówka z kota w bułce, łapy przyprawione czosnkiem i
cieszące się najlepszym wzięciem kotlety. Mięsem z kota zajadają się głównie
bogaci biznesmeni lub turyści z Zachodu.