Gość: K. Skibiński
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
01.06.06, 21:26
Sprawa agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy jest nie tylko dramatem
legendarnego już przywódcy pierwszej „Solidarności”, symbolu polskiej walki z
komunizmem i byłego prezydenta naszego państwa. To także dramat wielu
Polaków, którzy szukając stabilnych fundamentów swej tożsamości z
przerażeniem obserwują rozmiary cywilizacyjno-moralnego rumowiska, jakie
pozostawił po sobie PRL. Musimy jednak pamiętać, że odwracanie głowy od tegoż
rumowiska nie przyspieszy jego porządkowania. A z roku na rok coraz bardziej
butnemu Lechowi należy przypomnieć, że nie byłoby mitu Wałęsy, gdyby nie
miliony bezimiennych, częstokroć znacznie odważniejszych (bo nie mogących
liczyć na układy z przeszłości) bojowników o wolną Polskę.
Wspominaliśmy już na łamach GŁOSU film „Plusy dodatnie, plusy ujemne”
zrealizowany na zamówienie TVP przez studio „CINEMASTER”. Telewizja
publiczna, wciąż jeszcze żyjąca w cieniu Roberta Kwiatkowskiego i
komunistycznej agentury, oczywiście odmówiła emisji tego filmu. Na szczęście
dzięki uprzejmości autorów mogliśmy zapoznać się z tym dokumentem na otwartej
dla wąskiej grupy widzów projekcji. O czym jest ten film?
Nie Lech Wałęsa, ale robotnicy na których donosił w pierwszej połowie lat
siedemdziesiątych, oraz przywódcy WZZ-tów na Pomorzu, którym zawdzięcza swój
polityczny debiut - są tu głównymi bohaterami. Po dramatycznych zajściach z
grudnia 1970 roku komunistyczna bezpieka przeprowadziła zakrojoną na szeroką
skalę akcję zastraszania i zdobywania tą drogą agentury. Już wówczas pojawiło
się podejrzenie, że Lech Wałęsa współpracuje ze Służbą Bezpieczeństwa PRL.
Ale jednocześnie koledzy z pracy nadal z nim pracowali i przyjaźnili się w
Stoczni Gdańskiej. Dopiero po latach, dzięki zachowanym kopiom (zaginionych
za prezydentury Wałęsy) dokumentów z archiwów SB dowiedzieliśmy się, jak
znajomy elektryk marzący o przewodzeniu tłumom zawiódł ich zaufanie,
stwarzając swymi donosami zagrożenie dla ich bezpieczeństwa i życia.
***
Film zbudowany jest z trzech elementów. Jednym są rozmowy z pracownikami
Stoczni Gdańskiej, którzy w latach siedemdziesiątych stykali się z przyszłym
przywódcą „Solidarności”. Można powiedzieć, że na gruncie zawodowym i
opozycyjnym do pewnego stopnia się z nim przyjaźnili. To zapomniani
bohaterowie tamtych czasów: Henryk Jagielski i Henryk Lenarciak. Kolejni
rozmówcy stanowili już wówczas elitę opozycji. To oni organizowali pierwsze w
bloku komunistycznym Wolne Związki Zawodowe, które utorowały drogę powołanej
do życia w roku 1980 „Solidności”: Joanna Duda-Gwiazda, Andrzej Gwiazda i
Krzysztof Wyszkowski. Wszyscy oni wspominają Wałęsę, jego rolę w środowisku,
początki kariery, podejrzenia i wątpliwości, jakie budziła jego osoba oraz
twarde realia polityczne tamtych czasów, które kazały popierać go bez względu
na jego wcześniejszą współpracę z SB (do której sam Wałęsa wielokrotnie się
przyznawał także w dokumentach pisanych, a następnie upublicznianych).
Drugi element filmu stanowią odczytywane przez lektora i prezentowane na
ekranie kopie teczki personalnej tajnego współpracownika SB
pseudonim „Bolek”, rozszyfrowanego w części dokumentów jako „obywatel Lech
Wałęsa”. Podjęcie współpracy w grudniu 1970, donosy, przyjmowanie zleceń,
przyjmowanie pieniędzy, których obywatel L.W. domagał się w zamian za swoje
usługi.
W tym samym czasie TW „Bolek” angażował się coraz bardziej w życie polityczno-
związkowe w Stoczni Gdańskiej. I choć dzięki temu stawał się coraz
cenniejszym nabytkiem dla SB, to jednocześnie - jak wyraźnie pokazują to
prezentowane w filmie dokumenty - „obywatel L.W.” zaczyna wycofywać się ze
współpracy. Jego donosy są błahe, lub nie ma ich wcale. W końcu oficjalnie
odmawia dalszej współpracy. Będzie potem szantażowany faktem, że
współpracował z SB, podczas kolejnych rozmów z oficerami bezpieki, będzie
usiłował ich zwodzić, łagodzić ewentualny atak na siebie i akcje związkowe.
Lecz po raz kolejny błędu z lat siedemdziesiątych nie powtórzy – nie przyjmie
ponownie roli tajnego współpracownika.
Ale przeszłość agenturalna, z którą Wałęsa nie miał odwagi się zmierzyć,
zaciąży na jego wyborach politycznych. Boleśnie i tragicznie brzmią słowa
Henryka Lenarciaka, że przy „okrągłym stole”, a potem wzmacniając „lewą nogę”
czy też fraternizując się z Kwaśniewskim – Lechu wrócił do swoich. Dramat
polega na tym, że swoimi byli dlań robotnicy, których w głupocie czy
chciwości zdradzał swymi donosami. Swoimi byli budujący „Solidarność” Polacy,
którzy chcieli komunę i moskiewskich zwierzchników z Polski przepędzić. Dla
czerwonych, którym ostatecznie wysługiwał się politycznie był jedynie „TW
Bolkiem” - człowiekiem, którego można było w krytycznych momentach
szantażować chwilą słabości z lat siedemdziesiątych, wymuszając korzystne dla
postkomunistów rozwiązania polityczne, jak umowa okrągłego stołu, czy
zablokowanie na ponad 10 lat lustracji.
Trzeci ważny element składowy filmu to rozmowa z Lechem Wałęsą. Wychodzi w
niej cała małostkowość, bufonada i agresja legendy „Solidarności”. Bezsilna
złość, z jaką usiłuje zatrzeć pamięć o prawdzie, drąc na oczach widzów kopie
swoich donosów.
***
Film, jak powiedziano na wstępie, jest smutnym obrazem rynsztoka
pozostawionego w polskim życiu politycznym oraz publicznym przez SB i
komunistów. Póki go nie wyczyścimy, póty triumfować stale będą niezrozumiałe
na pierwszy rzut oka absurdy. Jak owa deklaracja Donalda Tuska, iż nie
pozwoli zaprzepaścić „dorobku Lecha Wałęsy”, niezrozumiała dla kogoś, kto nie
widział młodego lidera liberałów jak martwi się o poparcie SLD dla obalającej
rząd Jana Olszewskiego koalicji strachu. Jak równie wówczas młody i wahliwy
Waldemar Pawlak pyta pokornie Wałęsę, czy będzie miał wolną rękę
w „czyszczeniu MSW”, zapewne z brudów PSL-owskich, i nie tylko.
Film stawia też przed nami kolejne problemy. Choćby skandaliczna manipulacja
faktami i dokumentami, jakiej dopuścił się Leon Kieres, który ze świadectwa
IPN uczynił narzędzie sporu politycznego. Nie ulega wątpliwości, że Kieres
dopuścił się przestępstwa. A zatem pytanie: kiedy odpowie za nie przed sądem?
Mam nadzieję, że nowy prezes TVP, anonsowany od kilku dni Bronisław
Wildstein, będzie miał więcej odwagi niż jego poprzednicy. Że przypomni
zarówno film „Nocna Zmiana” traktujący o kulisach obalenia rządu Olszewskiego
jak i film „Plusy dodatnie, plusy ujemne”, nie tyle sensacyjny (bo wszystkie
prezentowane tam dokumenty i świadectwa są znane od dawna – choćby z licznych
publikacji GŁOSU) co przede wszystkim smutny. Smutny, że tak było, i smutny,
że nasi liderzy bywają tak żałosnymi tchórzami.
Krzysztof S. Skibiński