Gość: adam
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
04.07.06, 19:11
Kielce 1946
04-07-2006
Fejgin: „Pogromy i inne fortele” Kolejna okrągła rocznica zbrodni popełnionej
na Żydach 4 lipca 1946 roku przypomina nam, jak mało w istocie wiemy o
tamtych wydarzeniach. Choć stale wychodzą na jaw nowe dokumenty i dowody,
burzące stereotypowe przekonanie o zbiorowej winie Polaków, mamy do czynienia
z niezmiennym zjawiskiem.
Oto czołowe „autorytety moralne”, dysponujące praktycznie nieograniczonym
dostępem do usłużnych (lub własnych) mediów, stale wmawiają nam, że tak
naprawdę wszystko jest jasne. Do jednoznacznej oceny wystarcza im
przekonanie, że w Polsce jest odwieczny antysemityzm, który jest dla nich
wytrychem do interpretacji prawie wszystkich zjawisk. Niedawno takie toporne
narzędzie zastosował Adam Michnik na łamach własnej „Gazety Wyborczej”,
odnośnie do postaci ks. biskupa Czesława Kaczmarka.
Instytut Pamięci Narodowej wydał zbiór opracowań i dokumentów „Wokół pogromu
kieleckiego”, który zapewne pod poprzednim kierownictwem prof. Leona Kieresa
w takiej postaci nie mógłby ujrzeć światła dziennego. Zawiera on bowiem wiele
ustaleń i dokumentów, które nie tylko nie potwierdzają odgórnie przyjętej
wersji o czysto antysemickim odruchu polskiego tłumu, lecz nasuwają szereg
nowych wątpliwości i podejrzeń, że sprawa ta od początku była i jest jedną
wielką manipulacją. Do najważniejszych z nich należy przekonanie, że władza
ludowa zrobiła dosłownie wszystko, aby prawda nigdy nie wyszła na jaw.
W związku z tym zamiast starannego wyjaśniania stanu faktycznego mieliśmy do
czynienia z pospiesznym zacieraniem śladów, ukrywaniem istotnych dowodów,
niechlujnym i urągającym zasadom praworządności procesem oraz zmasowaną
kampanią propagandową, w której sprawców „szukano”
wśród „andersowców”, „harcerzy”, „szlachty”, „reakcji”, „księży” i im
podobnych.
„Pogrom” z użyciem broni palnej i bagnetów?
Dziś już wiemy, że główną rolę w organizowaniu i wykonaniu zbrodni odegrały
ówczesne komunistyczne władze i to nie tylko na szczeblu województwa czy
miasta, ale też na szczeblu centralnym. Jakże bowiem tłumaczyć fakt, że na
wiele godzin przed rozpętaniem zajść do Kielc udali się… specjalni wysłannicy
Komitetu Centralnego, tak zwanej Polskiej Partii Robotniczej, którzy
następnie określili swą rolę w „Sprawozdaniu wysłanników KC PPR […] z wyjazdu
do Kielc w związku z rozruchami antyżydowskimi w dniu 4 lipca 1946 r.”? Skąd
wysocy funkcjonariusze partyjnych władz wiedzieli, że akurat jadą
obserwować „zajścia antyżydowskie”, które dopiero miały „spontanicznie”
nastąpić? Drugi ważny element, który zamiast cokolwiek wyjaśniać i
potwierdzać tezę o spontanicznej roli antysemickiego polskiego tłumu to fakt,
że prawie połowa z trzydziestu dziewięciu Żydów zginęła na skutek użycia
broni palnej oraz bagnetów. Przecież kielecki tłum nie mógł być tak
uzbrojony. Warto przypomnieć, że za nielegalne posiadanie broni groziła
wówczas kara śmierci, bardzo surowo zresztą egzekwowana przez komunistów.
Ułomny proces nie ujawnił, aby bronią dysponował ktokolwiek z przechodniów
czy gapiów.
Broń palną i bagnety mieli natomiast funkcjonariusze komunistycznego aparatu
bezpieczeństwa (bezpieki, milicji, KBW i ORMO) oraz ludowego WP. I jeszcze
jeden ważny szczegół – broń mieli także (w dodatku „legalnie”) miejscowi
Żydzi, którzy zresztą użyli jej jako pierwsi. I kto wie, jak potoczyłyby się
dalej wydarzenia, gdyby jej wówczas nie użyli. Jako jeden z pierwszych
zwrócił na to uwagę ks. bp Czesław Kaczmarek w swym raporcie: „Fakt ten, że
Żydzi zaczęli pierwsi strzelać do Milicji i tłumu nie ulega najmniejszej
wątpliwości. Stwierdzają to wszyscy bez wyjątku świadkowie. Pierwszymi
ofiarami podczas zajść kieleckich byli zatem Polacy. Nawiasem mówiąc,
posiadanie broni palnej jest w Polsce zakazane pod karą śmierci. (...) Te
strzały żydowskie sprowokowały dalszy bieg wypadków”. (Bp Cz.
Kaczmarek, „Zajścia kieleckie z dnia 4 lipca 1946 r.”, Kielce 1946).
Ni z tego, ni z owego?
Inny bardzo niejasny i całkowicie pomijany wątek to fakt, że w tym samym domu
na Plantach – ale w sąsiedniej klatce schodowej – zamieszkiwali miejscowi
Żydzi, na ogół funkcjonariusze UB i przedstawiciele miejscowych władz. Oni
nie byli jednak w żaden sposób niepokojeni. A przecież, gdyby to był
spontaniczny, antysemicki odruch tłumu, to ta nienawiść powinna być
skierowana właśnie w ich stronę, a nie w kierunku przypadkowych Żydów, którzy
w Kielcach znaleźli się przejazdem. Do lipca 1946 roku, jak stwierdził
ówczesny mieszkaniec Kielc Moishe Sokołowski, nie było zadrażnień między
Polakami i Żydami („The Toronto Star”, 23 kwietnia 1995 roku). Powracający po
wojnie do Kielc Żydzi swobodnie odzyskiwali swe majątki i handlowali nimi.
Podobnie było zresztą w innych regionach Polski. Cóż więc mogło się takiego
wydarzyć, aby doszło nagle do tak krwawych zajść? Czy impulsem była wersja o
uprowadzonym przez Żydów chłopcu? Ale temu mogły całkowicie zapobiec
niewielkie nawet przeciwdziałania organów władzy.
Nie wytrzymuje również krytyki wersja o nieprawdopodobnie wielkich tłumach
napastników, sięgających nawet 15 tysięcy ludzi! W rzeczywistości było to
kilkadziesiąt osób (z tego część to byli zwykli gapie), a ocenę zajść
komplikuje dodatkowo fakt, że budynek już wcześniej został szczelnie otoczony
przez funkcjonariuszy UB i wojsko.
„Jeszcze nie czas o tym mówić”
Po kilku latach, w 1951 roku, gdy trwało okrutne śledztwo przeciwko ks.
biskupowi Cz. Kaczmarkowi, płk Józef Goldberg-Różański z MBP napisał w
raporcie do swego przełożonego gen. Stanisława Radkiewicza, że to księża
diecezji kieleckiej przygotowali pogrom i kierowali nim. Dla odwrócenia uwagi
od roli, jaką odegrał ks. biskup, rzekomo przygotowano jego wyjazd na
kurację. Co więcej, został on zmuszony w tym śledztwie do podpisania
zeznania, że faktycznie to on wszystko przygotował. Miną kolejne lata i kto
wie, może znowu jakiś „wybitny historyk” pokroju Jana T. Grossa sięgnie i po
takie odkrywcze „źródła”?
O zakulisowej, tajemniczej roli, jaką odegrały w tej sprawie ówczesne władze
bezpieczeństwa, może świadczyć jeszcze jeden fakt. Otóż jeden z najwyższych i
najbardziej wpływowych oficerów stalinowskiej Informacji Wojskowej i
Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, płk Anatol Fejgin, w wywiadzie,
jakiego udzielił Henrykowi Piecuchowi, powiedział: „Wszystkie chwyty są
dozwolone, gdy chce się wygrać z bezwzględnym przeciwnikiem. Po wojnie, po
tych straszliwych przejściach Polski i Polaków, nie można było zrezygnować z
argumentu dającego tak olbrzymi atut pozyskania nowych zwolenników. [...]
Nastroje antysemickie wykorzystywaliśmy w inny sposób. Jeszcze nie czas o tym
mówić. Liczyliśmy na błąd naszych przeciwników. Musieli go w końcu zrobić.
Nie mogliśmy jednak długo czekać. Potrzebny był jakiś przyspieszacz. Stąd
pogromy i inne fortele” (zobacz „Reporter” 1990, nr 4). Wersja ta została
zakwestionowana przez sędziwego Fejgina dopiero kilka lat później, gdy
podczas spotkania w Żydowskim Instytucie Historycznym miał on powiedzieć,
że: „To wszystko z brudnego palca wyssane” (zob. M. Turski, Pogrom kielecki w
protokołach Centralnego Komitetu Żydów Polskich, w: „Kalendarz Żydowski” 1996-
1997, Warszawa 1996). Bp Kaczmarek w przytoczonym wyżej raporcie,
sporządzonym tuż po wydarzeniach z 4 lipca 1946 roku, napisał, że głównymi
organizatorami komunizmu w Polsce są Żydzi. I uznał, że UB to „organizacja
analogiczna do niemieckiej gestapo i kierowana przez Żydów”. Co do
zbrodniczego charakteru UB nikt już nie ma dziś wąt