jareal
25.10.12, 08:50
Najwyższa pora rozliczyć PiS z ofiar śmiertelnych jego rządów. Nie pamiętacie? To przypomnę.
28 stycznia 2006 r. pod naporem śniegu runął dach hali w Katowicach, gdzie odbywała się wystawa gołębi. Zginęło 65 osób. Przyczyną katastrofy były zaniedbania władz, które wolały polować na agentów, niż zająć się poważnie bezpieczeństwem obywateli. Wprawdzie minister spraw wewnętrznych Ludwik Dorn usprawiedliwiał się, że przecież upominał wojewodów, by kontrolowali stan dachów po opadach śniegu, ale rządy rozliczamy ze skutków rządzenia, a nie z upominania. Odpowiedzialności władzy za obywateli nie da się zagadać.
Na miejsce katastrofy przybyli prezydent Lech Kaczyński i premier Kazimierz Marcinkiewicz. Prezydent ogłosił żałobę narodową i przeznaczył milion złotych z budżetu swej kancelarii na pomoc rodzinom ofiar. Pozostaje pytanie o przesadną, zbyt ostentacyjną skalę tych wizyt na miejscu tragedii. Czy miały one odwrócić uwagę opinii publicznej? Chodziło o to, by Polacy nie zadawali pytania, kto ponosi winę za śmierć 65 osób?
Zresztą gdyby nawet ktoś próbował o to pytać, natychmiast zostałby zakrzyczany przez aparat propagandowy IV RP. Władza i jej nadworni dziennikarze powiedzieliby jednym głosem, że co się stało, trudno, już się nie odstanie, nie budujmy politycznego kapitału na nieszczęściu.
Wkrótce potem zdarzyła się kolejna katastrofa pokazująca, jak dramatyczny jest stan bezpieczeństwa pod rządami PiS. Autobus wiozący polskich pielgrzymów we Francji runął w przepaść na górskiej drodze. Zginęło 26 osób. Błąd popełnił kierowca, który zamiast hamować biegami, używał hamulca i go spalił.
Czy jednak na nim kończy się lista winnych? Ktoś go wyszkolił i ktoś mu dał uprawnienia do prowadzenia pojazdów. Jakkolwiek gorzko by to brzmiało, trzeba powiedzieć: państwo polskie, którego godło widnieje na prawach jazdy, zawiodło. 26 obywateli przypłaciło to życiem. Lech Kaczyński zaś, głowa tego państwa, znowu zastosował taktykę odwracania uwagi od odpowiedzialności rządzących: przybył na miejsce katastrofy i ogłosił żałobę.
Cztery miesiące później nastąpiła jedna z najtragiczniejszych katastrof w polskim górnictwie: wybuch metanu w kopalni Halemba zabił 23 osoby. Śledztwo wykazało, że w kopalni lekceważono normy bezpieczeństwa i wiedzę fachową. Bo inżynierów zastąpili w IV RP piarowcy. Dwaj z nich - premier Jarosław Kaczyński i prezydent Lech Kaczyński - natychmiast przybyli na miejsce tragedii.
Oczywiście mainstreamowe PiS-owskie media ogłosiły, że państwo się sprawdziło. Rządzący lubili tak puentować kolejne tragedie. Tylko dlatego, że do ofiar dojechała karetka, a na miejsce - służby ratownicze. To bzdura. Państwo zawiodło, bo ludzie pod rządami PiS ginęli tam, gdzie mieli prawo czuć się bezpiecznie.
Ja też zawiodłem. Mogłem to wszystko napisać już w 2006 r., a nie dziś. Tyle że wtedy jeszcze nie wiedziałem, że publicysta może bez utraty twarzy uprawiać taką demagogię. Z błędu wyprowadziła mnie dopiero lektura artykułów tzw. dziennikarzy niepokornych (czyli PiS-owskich), którzy walą w rząd dachem stadionu i katastrofami kolejowymi.
Uważni czytelnicy zapewne odnajdą w powyższym tekście liczne zapożyczenia z twórczości Rafała Ziemkiewicza i autorów portalu wPolityce.pl. Nie wypieram się tego. To żaden wstyd uczyć się od najlepszych.
Artykuł W. Maziarskiego z GW
tutaj.