polikarp
28.11.01, 18:52
Drodzy M.. Lem i inni forumowicze. Pozwalam sobie utworzyc nowy watek i wlac tu
ciurkiem to co do tej pory powstalo. Ciekaw jestem, jak to sie rozwinie. Mam
nadziej, ze bedzie to naprawde Pierwsze Radomskie Political Science Fiction.
Cieszylbym sie, gdyby pojawialy sie tu tylko posty rozwijajace nasza powiesc,
ale pewnie sie nie uda. Literaci! Do klawiatur!
”Potem wszyscy wsiedli do swojego pojazdu kosmicznego i odlecieli w kierunku
gwiazdozbioru Oriona... Kiedy byli już tylko jednym ze świecacych punktów na
niebie pomyślałem, że trzeba wracać do swojego M3. Całe szczęście, że w zeszłym
tygodniu Lepper przejeżdżał przez Radom. Gdyby nie on, nie byłoby już do czego
wracać. Eksmisje to codziennośc w naszym mieście. Jutro kolejny ciężki dzień.
Trzeba będzie odstać swoje przed Urzędem Pracy... Śmieszna nazwa. Mało kto
pamięta jeszcze co to praca. Ale przecież Urząd Kultury też jest w naszym
mieście skarbów.”
M skończył pisać, a łza kapnęła na klawiaturę jego laptopa. Dla poprawienia
nastroju pociągnął łyk Johnnie Walkera Black Label. ”Wyjątkowo udany rocznik” -
pomyślał.
Zatopił się w fotelu, nogą niedbale popchnął kieszeń odtwarzacza DVD. Po chwili
na jego 62-calowym, plazmowym Sony pojawiła się charaktersytyczna postać,
symbol wytwórni Columbia. ”Gdyby obok niej stał facet z młotem, to wyglądaliby
zupełnie jak czołówka Mosfilmu. Ech, to były filmy...” - rozrzewnił się na
wspomnienie Tygodni Filmu Radzieckiego, na które chadzał z całą klasą do kina
Przyjaźń.
Wsłuchując się w nastrojową muzykę sączącą się z głośników dyskretnie ukrytych
między antykami i za portretami przodków zamyśłił się głęboko. „Tak, lud
cierpi. Eksmisje, głód, poniewierka, emeryci walczący o spleśniałą bułkę na
śmietniku”. Aż się wzdrygnął.
Delikatnie, cytatem z Bolero Ravela, zakwiliła komórka. Odebrał telefon
niechętnie. ”Co tam znowu?” rzucił zimno w słuchawkę. ”No jak to, chyba już
ustallaiśmy kto ma być dyrektorem” - podniósł głos. ”Jaki konkurs, co wy mi tu,
tow..., przepraszam, panie prezydencie, pieprzycie. Przecież już Zenkowi
obiecałem” - M grzmiał w słuchawkę. Na nerwową odpowiedź rozmówcy ryknął: - ”Ty
mi tu z demokracją nie wyjeżdżaj, nie pamiętasz, kto cię gnoju na ten stołek
wsadził?”. Po chwili twarz mu się nieco rozjaśniła: „- Nie trzeba tak było od
razu? No, przecież zawsze możemy się dogadać. Dla dobra miasta, obywateli, i
tak dalej, sami rozumiecie. Aha, i ten przetarg co to mieli tamci wygrać, to
się jednak zdecyduję. Załatwcie tam, w tej komisji, żebym wygrał. Że już
rozstrzygnięty? No i co, że rozstrzygnięty? Ja mam wam mówic jak to załatwić?
No, pa, buźka, bo mam wazne spotkanie” - wyłączył aparat.
Spojrzał na ekran. Murzyni zawodząc jakąś pieśn zbierali bawełnę. „O, wszędzie
wyzysk, nędza, upodlenie, wyzysk człowieka przez człowieka. Korupcja, układy,
znajmości. A prosty lud cierpi. Kiedy to się skończy, kiedy to się skończy...”
myślał rozgoryczony.
*
Nienawidzę go. Za kogo on się uważa. Ta rozmowa nie należała do przyjemnych.
Polikarp ze złością wcisnął przycisk na swoim samochodowym zestawie
głośnomówiącym. Lubił te elektroniczne cacka. Cały samochód naszpikowany był
elektroniką.
Automatycznie po zakończeniu rozmowy zestaw audio przełączył się na radio. Jego
ulubione, radio. Bądźmy szczerzy, jak można nie lubić radia, które bez przerwy
sławi jego czyny. Humor trochę mu się poprawił, bo znów mówili o nim. Zaczął
się
bawić pokrętłem barwy tonu. Teraz jego głos brzmi jeszcze lepiej. Z zamyślenia
wyrwał go ryk klaksonu. Cholera, to znowu to mini rondko. Nigdy nie umiał się
na
nim wpasować tak dużym samochodem. Zaklął pod nosem na swoich poprzedników.
Wszystko zostawili w spadku za małe. Budżet i ronda też. Teraz trzeba się z tym
męczyć. I jeszcze narzekają i wypisują jakieś artykuły po gazetach. Pędząc
dziurawymi ulicami miasta swoją limuzyną nie czuł kolein i dziur w asfalcie.
Proszę jak niektórzy nie doceniają samochodów jego ulubionej firmy - pomyślał z
zadowoleniem.
Wrócił myślami do rozmowy z M. Czasu coraz mniej, a tyle do zrobienia. Może
przeskoczyć do tej partii, do której ostatnio wszyscy jego dawni znajomi
przeskakują? Nie, to się nie może udać. Nie z takim życiorysem.
Do cholery. Co ja bredzę. Przecież gdyby nie M... Co ja bym teraz robił w tym
mieście?
*
Byl szary, jesienny wieczor. Plazmowe swiatla latarni z trudem torowaly sobie
droge przez wszechobecny mrok. Cholera, ciemno jak u marsjanina w uchu -
szepnal wychodzac na ulice. Mial umowione spotkanie na remontowanym od 400 lat
placu Wlodarczyka, ale wcale nie chcialo mu sie spacerowac. Sczzegolnie ze po
ostatniej wymianie oleju jedno z jego kolan podajrzanie skrzypialo. Coz, czas
biegnie nieublaganie i dla wielu znajomych byl juz tylko robotem III generacji.
Wyprodukowanym wprawdzie przez slynne Zaklady Maszyn „Walter” (ich upadlosc
ogloszono w 2345 r), jednak kogo to teraz obchodzilo? Jego czas minal i
wiedzial ze to jest ostatni dzien jego egzystencji. Chcial spedzic go na
wesolo, ale nie bylo mu do smiechu. Idac deptakiem mijal grupy gangsterow,
ktorych znakiem rozpoznawczym byly dlugie, fantazyjnie ufarbowane wlosy. - Tacy
jak oni nie musza sie niczym martwic. Im nigdy nie skonczy sie termin
przydatnosci - westchnal...
* M. obudził ból głowy. Obok leżała pusta butelka, w pokoju śierdziało
alkoholem, widocznie trochę „wędrowniczka” wylało się na długowłosy dywan,
przywieziony przed laty z Iranu. Telewizor śnieżył. ”Japońskie badziewie” -
pomyślał M. szukając pilota. ”Jak dostałem na ślub Rubina, to przez pietnaście
lat działał, tylko dwa razy trzeba było wymienić kineskop”. Dopiero teraz
zauważył, że spał na pilocie, widocznie wcisnął jakiś niewłaściwy klawisz.
Zajrzał do laptopa, przeczytał jeszcze raz zdanie „Trzeba będzie odstać swoje
przed Urzędem Pracy... Śmieszna nazwa. Mało kto pamięta jeszcze co to praca”. -
To jest dobre, zawiozę to chłopakom do Dwutygodnika Tygodniowego, na pewno im
się spodoba - powiedział do siebie wyraźnie zadowolony. O dziennikarstwie
marzył od małego, ale cóż, życie potoczyło się inaczej... Teraz od czasu do
czasu drukował pod pseudonimem w lokalnej gazecie, której przypadkiem był
głównym udziałowcem. No i mógł w niej zatrudnić kolegów, a czasami taka gazeta
bardzo się przydawała...
Jak zwykle drogę do firmy skrócił przez rozkopany plac. ”Nie skończą go chyba
do 2345 roku, wstęgę to będzie wtedy przecinał jakiś mutant popromienny”
pomyślał. ”No, ale jak się puszcza takie zamówienie poza miasto, to trudno się
dziwić, że pojawiają sie obiektywne trudności” - zachichotał.
Właśnie miał skręcić przed fontannami (”ale fontanny to już ja zmoderniuzuje” -
pomyślał), gdy przed maską jego jeepa grand cherokee wyrósł nie wiadomo skąd
strażnik miejski.
- Gdzie to się jedzie, panie kierowco? Znaków się nie widzi? - zapytał, pukając
w boczną szybę.
- Wyp... - odparł M. beznamietnie, wystukując na klawiaturze numer telefonu. -
Słuchaj, mam tu jakiegoś twojego jelenia, chyba jest nowy, zrób coś z tym -
warknął w słuchawkę i oddał telefon strażnikowi.
- Tak jest, panie komendancie. Natychmiast. Już wyp..alam - mówił wyciągnięty
jak struna strażnik. Z szacunkiem oddał aparat, zdążył jeszcze rękawem zetrzeć
niewidzialny pyłek z karoserii odjeżdżającego samochodu.
”Co my tu dzisiaj mamy?” - zastanawiał się M. ”Najpierw do Dwutygodnika
Tygodniowego, potem do firmy, później na sesję Rady Miasta [z przyczyn od niego
niezależnych M. nigdy nie pomyślałby Rada Miasta dużymi literami - przyp.
tłumacz]. Wieczorem mam chyba się spotkać z tym Polikarpem. Matko, co to za
palant. I jeszcze łeb mnie tak boli...”