Gość: hanka
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
29.08.02, 09:05
Zgłosiłam speawę urzedu pracy i tego co się tam dzieje do
gazety, moja opinia zawiera się w tym co napisałm poniżej:
Program „Pierwsza praca” dla absolwentów.
Jestem tegoroczną absolwentką politologii. Zaraz po
obronie, w lipcu, zgłosiłam się do Urzędu Pracy, żeby wziąć
udział w programie „Pierwsza praca”. Poszłam tam niechętnie.
Szukam bowiem pracy na własną rękę od kilku miesięcy.
Zarejestrowałam się bo to wymóg. Tylko wtedy bowiem obowiązuje
mnie ubezpieczenie zdrowotne.
SZKOLENIE
Pierwsza wizyta zwala z nóg. Wie o tym każdy bezrobotny,
który musi odstać swoje kilka godzin w kolejce na schodach, W
kolejce, która jest tam zawsze. Nie zraziłam się jednak. Po
pierwszej wizycie każdy absolwent obowiązkowo musi przejść
szkolenie, które trwa także kilka godzin oraz wypełnić pare
formularzy. Szkolenie, które przeszłam, a które jest obowiązkowe
(jak wszystkie inne wizyty w dniu wyznaczonym inaczej jest się
skreślonym z listy zarejestrowanych) okazało się tzw. waleniem
kotka za pomocą młotka. Panie prowadzące wyjaśniają bowiem
absolwentom ( w większości z wyższym wykształceniem) tajniki
pisania CV i listu motywacyjnego. Tak jakby od pisania listów
przybywało miejsc pracy. Jest tu też czas na zabawę pt. ”Znajdź
kogoś kto...” , która polega na tym, że z grupy uczestników
szkolenia należy znaleźć osobę, która lubi lody, często się
uśmiecha, ma taki samo kolor oczu jak ty, często ma katar, itd.
Potem wszyscy zajmują się diagnozą własnych predyspozycji
zawodowych. Pani pokazuje planszę z takowymi predyspozycjami, z
których należy wybrać kilka najbardziej pasujących do nas
samych. Ta sama procedura ma miejsce przy określaniu głównych
cech charakteru (własnego) i przy wartościach jakie ma nam
przynieść praca. Potem czas na film. I tutaj już wymiękłam. Mój
kierunek studiów obejmuje bowiem zakres komunikacji oraz
częściowo psychologii i filmów na oglądałam się całe mnóstwo.
Ale cóż obowiązek obowiązkiem. Dowiedziałam się więc (choć już
wiedziałam), że na rozmowę z pracodawcą należy ubrać się
elegancko, włoski związać, ładnie się uśmiechać, nie zajmować
pozycji zamkniętej (nogi i ręce skrzyżowane), itd. Film banalny
i tendencyjny. Nie przejęłoby mnie to, gdyby nie fakt, że
większość absolwentów trafia szlag, że traktują ich jak idiotów,
i że takie szkolenia są obowiązkowe. Panie zadają ponadto
pytania w stylu: a jakie znacie sposoby poszukiwania pracy?. I
każdy podnosi z ironicznym uśmiechem (byle szybciej) łapkę do
góry, cedząc przez zęby: w prasie, w Internecie, przez znajomych
itd. Pani podpisuje kartę wizyt z nazwą kursu „Samodzielna(y) w
poszukiwaniu pracy. Cały cyrk się kończy i wszyscy już
samodzielni w poszukiwaniu pracy wracają do domu. Dowiedziałam
się też wtedy, że jeśli nie zgłoszę się do urzędu w terminie mi
wyznaczonym, muszę przynieść zaświadczenie od lekarza lub od
pracodawcy, u którego byłam na rozmowie w sprawie pracy za ten
właśnie dzień. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie sytuacji w
której proszę potencjalnego pracodawcę o zaświadczenie do
urzędu, ale.... inaczej mnie wykreślą. Można przeżyć i to –
pomyślałam sobie, dopóki nie zajrzałam do Urzędu Pracy , do
pokoju 301.
POKÓJ 301
Urzędują w nim 3 panie, które nie spieszą się ze swoją pracą,
przekładając papierki z kupki na kupkę. Kiedy byłam tam po raz
pierwszy, obowiązkowo po raz któryś z kolei wypełniłam
formularze i złożyłam 40 podpisów. Dziś już wiem, że należy to
robić w każdym pokoju i zastanawiam się nad wyrobieniem sobie
pieczątki, z napisem chociażby „a takiego wała”, choć istnieje
możliwość, że ze złości trzasnęłabym nią Panią w czoło.
A więc pierwsza wizyta w 301. Niczego nie można się dowiedzieć.
Pytam o szkolenie w j. angielskim dotyczące Unii Europejskiej, a
Pani buzie w dzióbek i , że nie ma jeszcze programu (mimo, iż
informacja o kursie znajduję się na tablicy ogłoszeń) i żebym
przyszła za tydzień a ona się wszystkiego dowie i da mi
skierowanie na szkolenie. I wpisała mi datę następnego spotkania
w „moim dzienniczku”. Pytałam jeszcze o ofertę pracy dla mojej
siostry, ponieważ zauważyłam pewną nieścisłość. Pracodawca
szukał absolwenta prawa, stanowisko było określone jako radca
prawny. Pani nie widziała w tym żadnej różnicy, a ja nie miałam
jej siły wyjaśniać, że absolwent prawa nie jest radcą bez
aplikacji. Poinformowała mnie, że to one w Urzędzie tak sobie
nazwały stanowisko, bo pracodawca sam go nie określił. No cóż,
nieznajomość prawa szkodzi. Uciekłam.
Kolejna wizyta odebrała mi mowę.
KOSZMAR? HORROR? NIE, TO JAWA.
Najpierw pokój 308. Parę formularzy i kilka podpisów. Nic
nowego. A potem od 9 do 14 w kolejce do pokoju 301. Cały
korytarz absolwentów. Udało mi się wyprosić, żeby mnie
wpuszczono bez kolejki bo chcę się tylko dowiedzieć czy muszę
stać, żeby się zapisać na ten cholerny kurs czy mogę to zrobić
telefonicznie, w końcu mają wszystkie moje dane osobowe i
wszystkie możliwe do zaprezentowania podpisy. Nie mogę. Muszę
stać. Więc stoję. 50 osób przede mną (niektórzy z nich mieli
pecha, bo po dwóch godzinach dowiedzieli się, że to nie ich
kolejka i, że najpierw muszą stać do rejestracji). Nogi mi
cierpną. Gorąco. Zniecierpliwienie przechodzi w złość, kupiona
gazeta przeczytana od deski do deski, głowa boli, zaduch. Ale
stoję, choć nie wiem już nawet jak się nazywam. W kolejce
zawiązują się znajomości, słychać niewybredne żarty. Ktoś po 3
godzinach czekania rezygnuje. Komentarz: poszedł się powiesić.
Ktoś zastanawia się głośno, że jak to jest, że do pokoju wchodzi
jedna osoba a wychodzą po godzinie cztery. Ktoś odpowiada, że
okres oczekiwania na przyjęcie jest tak długi, że faktycznie
można spokojnie się rozmnażać. Ktoś się zakłada o 50 gr, że
zdąży lub nie zdąży wejść. Ktoś opowiada, o ubikacji na 7
poziomie w Urzędzie, że ostatnio idąc się tam wysiusiać trafił
na kolesia ładującego w żyłę. Ktoś wpada na genialny pomysł,
żeby pozamieniać cyferki z godzinami urzędowania na tablicy
ogłoszeń. A więc możliwości jest wiele. Jest bowiem napisane:
godziny przyjęć od 8:00 do 14:00, przerwa śniadaniowa od 10:00
do 10:15. Można zamieniając same słowa a pozostawiając godziny
na swoim miejscu uzyskać całkiem ciekawy wynik. Albo zrobić
przerwę od 10:00 do 10:01plus urzędowanie od 10:01 do 8 rano
następnego dnia i zrobić zmianowy system pracy. Żarty są
przaśne, w końcu w kolejce stoi elita polskiego społeczeństwa.
Godzina 13:00. Jeszcze 2 osoby przede mną. Cholera nie zdążę.
Zmarnowałam cały dzień. Więcej mnie tu nie zobaczą. Mam gdzieś
to ubezpieczenie. Wykończę się prędzej w kolejkach do pokoju
301. Ale musze stać, przecież termin mam na dziś....
Obok mnie stoi dziewczyna. Wróciła specjalnie z wakacji, też ma
termin na dziś (jak zresztą większość czekających) i musi wejść.
Ona już nie zdążyła. Inni, choć wiedzą już że nie wejdą dziś,
stoją i czekają dalej. Nie wiedzą co robić. Umawiają się że ktoś
przyjdzie w poniedziałek i zajmie rano kolejkę wszystkim, którzy
nie weszli dziś. Każdego roznosi od środka. Wchodzę . Uff...
GROCH O ŚCIANE.
Usiadłam. Tłumaczę, że przyszłam się zapisać na kurs, że tylko
po skierowanie, żeby dała mi je szybko to jeszcze ktoś zdąży
wejść. Popatrzyła na mnie z politowaniem i przyniosła
formularze. Dane osobiste i czego się spodziewam po programie
Pierwsza praca. Pytam czy daje to wszystkim wchodzącym. Tak –
odpowiada. Pytam dlaczego nie rozda ich wcześniej wszystkim
siedzącym i czekającym, ludzie mieliby co robić, i wszystko
szybciej by szło. Znowu wzrok boga zza biurka. Proszę uzupełnić –
słyszę. Tłumaczę pani, że po tylu godzinach oczekiwania, nie
jestem w stanie szybko wymyślić sensowną odpowiedź. Nie szkodzi,
przecież mamy czas. Zastanawiam się, myśląc o tym, żeby
szybciej, może ktoś jeszcze zdą