kklement
14.10.05, 23:28
Wybory prezydenckie i toczące się wokół niej spory - także bardzo burzliwie
na tym Forum - ujawniły jak nigdy dotąd oblicze konfliktu pomiędzy
liberalizmem a socjalizmem w naszym społeczeństwie.
Jeden z kandytatów reprezentuje ideologię liberalną ( w wymiarze
gospodarczym ). Mówi ona, że każdemu należy się tyle, ile jest w stanie
zarobić. Inne będą zarobki kogoś, kto zamiata ulice, a inne właściciela
dobrze prosperującej fabryki. Taka nierówność wynikać może z różnych
czynników, nie zawsze zależnych od życiowych wyborów ( rodzice zamiatacza
mogli być bardzo biedni, a rodzice przemysłowca mogli mu fabrykę podarować ),
ale liberał przyjmuje, że: 1. to wolny rynek decyduje o zarobkach, a te
uwarunkowane są tym, ile warta jest praca jednego i drugiego w danym
momencie; 2. państwo powinno dbać, żeby nie istniały żadne formalne bariery,
żeby zamiatacz któregoś dnia mógł zostać fabrykantem lub chociażby -
sięgając po bardzo aktualny w Polsce przykład - właścicielem apteki ( są siły
próbujące ograniczyć prawo posiadania do tylko jednej apteki i tylko przez
magistrów farmacji ). Oczywiście, w świecie liberalnym są olbrzymie
dysproporcje pomiędzy zamożnościa obywateli; niektórzy opływają w luksusy,
inni nie mają butów na zimę. Ale tego typu nierówności zawsze były i zawsze
będą. A każdy jest kowalem swojego losu, i o pieniądze na buty każdy przede
wszystkim powinien się martwić sam oraz powinna się martwić jego rodzina.
Pomoc społeczna powinna być dostępna tylko w takim wymiarze, który nadal
zmusza do samodzielnej walki o byt, nie zastępując jej. Kolejnym założeniem
liberalizmu jest stwierdzenie, że najlepszym dysponentem pieniędzy są
zarabiający je obywatele, w tym prywatne podmioty gospodarcze. Państwo
powinno jak najsłabiej uczestniczyć w grze gospodarczej - jego rolą jest
pilnowanie, żeby tryby gospodarki poruszały się jak naoliwione (
infrastruktura, przejrzyste prawo, szybko i sprawnie działający wymiar
sprawiedliwości ), a obywatele nie musieli sami z bronią w ręku bronić się i
wymierzać sprawiedliwość.
Po drugiej zaś stronie jest olbrzymia rzesza ludzi, dla których
słowo "liberał" to obelga. Dają oni upust swoim przekonaniom z reguły w dość
kolokwialny i emocjonalny sposób, często inwektywami rekompensując deficyty
wiedzy i logicznego myślenia. Liberalizm jest wg nich, zły bo "służy
bogatym". A dla tych ludzi bycie bogatym to najcięższa zbrodnia. Bogaty, to
znaczy oczywiście złodziej, kombinator i wyzyskiwacz. Bogatego trzeba
obciążyć dużymi podatkami, bo "powinien się dzielić", w imię "solidarności
społecznej". Nie wystarczy, że zapłaci kwotę podatku o wiele większą niż
ubożsi obywatele - on ma zapłacić jeszcze więcej, według większej stawki
podatkowej. A co ma kupować sobie drogi samochód, jechać na wakacje do
ciepłych krajów czy wysłać dziecko na studia za granicę - swoje pieniądze (
ukradzione, z pewnością ) powinien od razu oddać państwu, żeby ono mogło
obdarować tymi pieniędzmi biednych. Zabrać mu ! Nawet połowę. Nie należy mu
się.
Niektórzy w swoim zacietrzewieniu posuwają się nawet do stwierdzenia, że
gdyby obniżyc podatki bogatym do tej samej stawki, co reszcie obywateli,
to "biedni płaciliby na bogatych". Niesamowite jest, jak żywotne jest to
arcykretnyńskie stwierdzenie. Wyobraźmy sobie, że płacący wg PiSowej składki
biznesmen 38 tys. podatku nagle ma płacić 15 tys. To nadal jest 15 tys.,
podczas gdy większość obywateli płacić będzie np. 1800 PLN. W dodatku do
bogatego mniej pieniędzy wróci: nie korzysta on z dotowanego transportu
zbiorowego, z publicznej służby zdrowia, jego dzieci nie chodzą do
publicznych szkół itd.
Liberał powiedziałby, że zasługą bogatych ludzi jest tworzenie nowych miejsc
pracy. Niestety, do socjalisty i ten argument nie trafia: zatrudnia tylko po
to, żeby mieć z tego zysk ( i słusznie ! o to przecież chodzi ), żeby
wykorzystać ludzi, płaci im mało, a sam zarabia dużo.
Powyższe myślenie upodabnia antyliberalne grono do pijanego, brudnego
motłochu, który podpuszczony przez bolszewickich komisarzy idzie z widłami
rabować dwór dziedzica. Motłoch chciałby też być bogaty, ale składa się z
nieudaczników, leni, półgłówków, pozbawionych elementarnej wiary w siebie.
Jedyne na co motłoch stać, to pilnowanie, żeby nikt się za bardzo ponad
poziom nie wybił. Ograniczona wyobraźnia motłochu nie wskazuje innych
sposobów na wzbogacenie się niż to, co motłoch potrafi najlepiej - kradzież i
cwaniactwo. Siłą rzeczy jako złodziei i cwaniaków widzi tych, którzy coś
osiągnęli.
Niestety, ta druga opisana przeze mnie opcja jest nadzwyczaj silnie
reprezentowana. Ale o ile dotychczas rolę bolszewickich komisarzy odgrywali
politycy typu Leppera, dziś podburzaniem przeciwko ludziom przedsiębiorczym,
wmawianiem, że największą wartością nie jest budowanie dobrobytu,
ale "urawniłowka", zajmuje się partia, która zwyciężyła w wyborach. I jej
liderzy, którzy jeszcze niedawno mienili się prawicą, a dziś prześcigają w
socjalizmie postkomunistów.
I dlatego czarno widzę przyszłość naszego kraju.