Dodaj do ulubionych

Australia - nauka i praca -duże rozczarowanie! Chciwy Perfect.

IP: *.elblag.dialog.net.pl 26.09.01, 12:32
uwaga na rodzimą firmę! nabiera studentów w ilościach hurtowych. więcej
szczegółów w poniższym tekście.
pozdrawiam

onfoto@poczta.onet.pl


Kuszą nadzwyczajnymi warunkami wyjazdu – na miejscu okazuje się,
że zostaliśmy zwyczajnie naciągnięci, a pośrednicy cieszą się z zarobionych na
nas pieniędzy.

Australijskie Eldorado.


W 2000 roku do Australii przyjechało przynajmniej 500 studentów z
Polski. Zwabieni zostali obietnicami wyśmienitych szkół oraz nadzwyczajnych
warunków do nauki i pracy (pozwalającej na zwrot inwestycji w naukę). Większość
z nich wydała na to ogromne sumy, które można było spożytkować znacznie
efektywniej pozostając na miejscu, w Europie (np. ucząc się języka angielskiego
na dobrym kursie w kraju lub chociażby w Anglii). Być może po przeczytaniu tego
artykułu mniej osób będzie przeżywało swoje rozczarowanie na pięknym i odległym
kontynencie.

Australia jest ostatnio niewątpliwie jednym z najsprawniej
wypromowanych krajów na świecie. Z odległego i zdawałoby się, mało atrakcyjnego
(w oczach turystów) kontynentu stała się wielkim magnesem dla osób spragnionych
wrażeń. W tym także z Polski. A że młodzi Polacy nie grzeszą nadmiarem gotówki,
swoją australijską przygodę próbują sfinansować poprzez pracę na miejscu.
Australijskie przepisy są na tyle łaskawe, że studenci po opłaceniu czesnego za
szkole, mają prawo przepracować legalnie 20 godzin tygodniowo. Cały wyjazd
zaaranżować jest stosunkowo łatwo. Trzeba tylko posiadać odpowiednia ilość
gotówki (lekko licząc przynajmniej 12 tysięcy złotych) a chętna firma/pośrednik
zaaranżuje cały wyjazd.
A na miejscu? No cóż, rzeczywistość odbiega nieco od tego, co
wyobrażamy sobie po lekturze materiałów reklamowych otrzymanych od naszych
rodzimych pośredników. I o tym właśnie chciałbym opowiedzieć.

Wszystko zaczyna się od katalogów.

Wybieramy się do takiej firmy (w moim przypadku znajdowała się we
Wrocławiu), gdzie dowiadujemy się, ze Australia to niemal raj na ziemi. Szkoły
są tanie i wszystkie prestiżowe, pracodawcy już na lotnisku łapią za rękę
kolejnych przybyszów, życie jest niedrogie i nad wyraz przyjemne, wszyscy
przyjaźni i zrelaksowani. Żyć nie umierać, nawet nie będzie się Wam chciało
oglądać za Ojczyzną… Jakże bardzo można się pomylić. Ale może od początku.

Pierwszym krokiem jest uzyskanie wizy.

Postanowiłem nie płacić Organizatorowi wyjazdu prowizji i do ambasady
wybrałem się osobiście. Koszt wizy turystycznej to około 300 dolarów
australijskich (zarobki z ponad 20 godzin pracy na miejscu!)– stosunkowo drogo
i to jeszcze nie wszystko. Po przybyciu do Australii trzeba dopłacić jeszcze
50 dolarów, aby wklejono nam do paszportu nowa wizę (z pozwoleniem na pracę).
Każde przedłużenie wizy (i nauki) kosztuje kolejne A$ 300. Takie same opłaty
wiążą się ze zmianą szkoły. Aby uzyskać wizę trzeba jeszcze przejść badania
lekarskie (zaledwie kilku wybranych lekarzy w całej Polsce), gdzie opłata
liczona jest już w dolarach amerykańskich! Przelicznik jest tutaj zdecydowanie
mniej korzystny i koszt badań to w przeliczeniu przynajmniej 300 złotych.

Kolej na bilet lotniczy.

Nasz Organizator znów zaoferuje swoją pomoc i jeśli tylko się zgodzimy,
informuje nas, że nasz bilet będzie oczekiwał w zaprzyjaźnionym biurze podróży,
na lotnisku we Frankfurcie (stąd odlatują praktycznie wszyscy Polacy, z którymi
miałem okazję rozmawiać w Sydney) – dojazd do Frankfurtu – to lekko licząc
kolejne 300 zł. Na lotnisku udajemy się do wskazanego nam wcześniej biura i
okazuje się, że tam o naszym bilecie nic nie wiedzą! Dobrze, jeśli jeszcze
odnajdzie w porę (tak było w moim przypadku), ale bywa inaczej. Dwie Polki
(przybyły do Sydney na pod koniec listopada 2000 roku) miały mniej szczęścia.
Najpierw nie mogły doprosić się swoich biletów, potem wsiadły do samolotu,
którym dotarły do Singapuru. Tam czekała je 40 godzinna przerwa w oczekiwaniu
na kolejne połączenie (za hotel musiały zapłacić z własnej kieszeni!!). Podczas
wsiadania do kolejnego samolotu okazało się, że rezerwacja dokonana została z
błędem i według komputera, nie ma ich w ogóle w Singapurze! Tylko z największym
trudem (i dzięki życzliwości miejscowych urzędników) udało im się wsiąść do
samolotu, na pokładzie, którego (na szczęście) znalazły się dwa wolne miejsca.

Moja przygoda z samolotem była równie interesująca!

Na początku organizator zadzwonił z wieścią, że cena biletów, którą
podawał nam pierwotnie uległa zmianie i muszę dopłacić kilkaset złotych. W
zamian za to jednak obiecał, że dostanę bilet klasy „Q”, który jest rzekomo
lepszy od tego w klasie ekonomicznej. Pieniądze wpłaciłem niezwłocznie wiedząc,
że komfort trwającego 24 godziny lotu warto w jakiś sposób podnieść. Na
miejscu, w Sydney dowiedziałem się, że klasa „Q” to absolutnie najtańszy z
biletów.. Bilet ten jest tak tani, że pozwala na przewiezienie zaledwie 20 kg
bagażu (to waga średniej wielkości plecaka z rzeczami, które mają nam
wystarczyć nierzadko na rok i dłużej..)!!! Nie zostałem o tym poinformowany
przez mojego Pośrednika (i skoro zapłaciłem za rzekomo lepszy bilet nawet nie
miałem zamiaru pytać...). Jestem pewien, że 99 % osób wyjeżdżających do szkoły
na tak długi okres będzie miało nadbagaż w postaci przynajmniej 10 kg. Linia
lotnicza obciąża wtedy podróżnego opłatą w wysokości 20 DM za każdy dodatkowy
kilogram! W ten sposób można pozbyć się sporej ilości gotówki przeznaczonej na
urządzenie się w nowym miejscu! A pamiętać należy, że wracając wieziemy
przynajmniej tyle samo.

Następną niespodziankę linia lotnicza zgotowała mi przy próbie zmiany daty
powrotu widniejącej na bilecie lotniczym.

Otóż zupełnie niezgodnie z wcześniejszymi ustaleniami z polskim
Organizatorem zażądano ode mnie 100 DM za takową zmianę. List napisany do
Polski poskutkował odpowiedzią, którą cytuję:

„Dziękuję za wiadomość. Mieliśmy już taki sam przypadek z ta sama linia - agent
nie ma prawa żądać od Państwa opłaty, ale robi to licząc, ze klienci zapłacą!
Zaraz napiszemy do biura w Niemczech, gdzie kupowaliśmy bilet - oni tam
zmienia Państwa rezerwacje. Kiedy chcieliby Państwo wylecieć z Australii?”

Było mi niezwykle miło, że pozytywna odpowiedź nadeszła szybko, ale
dlaczego mój Organizator pcha mnie w objęcia firmy, która oszukuje ludzi?!!

Podczas rezerwacji biletu powrotnego kolejny raz jestem zaskoczony – w
Bahrajnie (to już trzecie międzylądowanie, po 17 godzinach lotu) oczekujemy na
kolejny samolot przez 15 godzin!!! Mój Pośrednik, tradycyjnie już, nie
omieszkał poinformować mnie o tym szczególe.
Tak długa podróż jest prawdziwą mordęgą. Dodatkowe czekanie na
miniaturowym lotnisku, gdzie nawet fast-food ma ceny porządnej restauracji nie
należy do przyjemności... Tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności dowiedziałem
się, że w przypadku tak długiej podróży i przestoju linia lotnicza powinna
zapewnić (na ten czas) pokój hotelowy wraz z wyżywieniem. Szukałem i znalazłem.
Założę się jednak, że praktycznie nikt z Polaków w podobnej podróży nie ma
nawet pojęcia o istnieniu podobnej zasady i nie powiadomiony przez Organizatora
spędziłby przerwę cierpiąc nieludzko!!

Jeśli ktoś a jeszcze wątpliwości to zapewniam, że podroż do Australii jest
naprawdę męcząca.

Z niecierpliwością oczekujemy przybycia do mieszkania, za którego
znalezienie zapłaciliśmy A$ 200. Według zapewnień Organizatora znajduje się ono
w samym centrum Sydney. Biorąc pod uwagę centrum, nie oczekiwałem, że będę
dojeżdżał do niego 40 minut pociągiem. Równie dobrze można powiedzieć, że
Malbork leży tuż przy Gdańskiej Starówce. Okazało się jednak, iż miałem
szczęście. Mój czysty, spokojny (choć czynsz był dwa razy wyższy niż wynoszą
ceny rynkowe) dom na odległym przedmieściu zwanym Sutherland to pestka.
Niektórzy wylądowali w schronisku w
Obserwuj wątek
    • Gość: STrup Re: Australia - nauka i praca -duże rozczarowanie! Chciwy Perfect. IP: *.chem.uni.wroc.pl 26.09.01, 13:04
      Czytam z wypiekami...
      Czekam na ciag dalszy! (cos sie urwalo).
    • Gość: greg może od razu drukuj książkę kucharską w odcinkach IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 26.09.01, 13:11
      roberto, wysil się troche
      • Gość: Jureek To jest forum... IP: 62.8.156.* 26.09.01, 13:51
        ... a nie czat, ani irc, młody (jak przypuszczam) człowieku.
        J.
        • Gość: gwiazdka Dzieki za ostrzezenie! IP: *.phil.uni-sb.de 26.09.01, 16:06
          O czlowieku, niezlego miales pecha! Ale fajnie, ze ostrzegasz innych. Dzieki!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka