z2006
23.06.09, 20:15
mateusz.pl/czytania/2009/20090621.htm
"Chyba żaden fragment Ewangelii nie zestawia tak wyraziście ludzkich
i boskich cech Jezusa. Najpierw czytamy, że Jezus cały dzień nauczał
tłumy. Możemy więc wyobrazić sobie Jego zmęczenie, gdy przez wiele
godzin, w upale, spragniony napoju i odpoczynku, przyjmował ludzi,
okazywał im zainteresowanie, pomagał. Nie ma więc co się dziwić, że
wieczorem chciał się oddalić od tłumów i wypocząć. I nic też
dziwnego w tym, że w łodzi kołysanej falami twardo usnął.
Ale łagodne fale pod wpływem wiatru, szybko zamieniły się w groźne
bałwany, zalewające łódkę. Apostołowie przerazili się nie na żarty,
zaczęli gorączkowo wylewać wodę z łodzi, by ratować się przed
zatonięciem. Pewnie nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Być
może, burza była dla nich zaskoczeniem, choć przecież jako rybacy z
Jeziora Galilejskiego, powinni znać jego zasadzki i niespodzianki
bardzo dobrze.
Ale Jezus był tak zmęczony, że nawet groźna burza Go nie obudziła.
Chyba słusznie uczniowie mieli do Niego pretensje, że się nimi nie
interesuje. Cały dzień miał czas dla wszystkich, a teraz, gdy grozi
im śmierć, beztrosko sobie śpi. Kiedy więc Go budzili, byli nie
tylko przerażeni, ale też i źli.
I trudno się im dziwić. Chociaż byli świadkami rzeczy niezwykłych –
uzdrowień, egzorcyzmów, ale pod wpływem szalejącej wichury
wspomnienia te stały się jak nierealny sen. W obliczu
niebezpieczeństwa realne były tylko fale i naczynia do wylewania
wody. I to, że jeden z nich bezczynnie spał, gdy inni walczyli o
życie. W tym momencie widzieli w Jezusie tylko człowieka i dwie
dodatkowe ręce do pracy.
Gdy wyrwany ze snu Jezus, bez wysiłku uporał się z wichrem i
kipielą, pierwszą rzeczą, jaką uczynił, było udzielenie Apostołom
ważnej lekcji.
O wiele groźniejszy od burzy był ich brak wiary. To wskutek braku
wiary ogarnął Apostołów strach. Brak wiary powoduje bowiem
osamotnienie człowieka wobec świata, a zwłaszcza śmierci. Bo cóż
może człowiek w obliczu ogromu wszechświata i swego nieuchronnego
końca, jeśli nie ma Boga, jeśli się w Niego nie wierzy? Człowiek
podejmuje wtedy rozpaczliwą walkę o ratowanie siebie, ale
nadaremnie. Bo samemu nie można się zbawić.
Walka ta wydaje się nam nieraz szlachetnym, prometejskim buntem, ale
w istocie wysiłek ten jest motywowany pychą, chęcią absolutnej
niezależności – zwłaszcza od Boga. A gdy człowiek nie widzi i nie
chce wierzyć w Boga, wszystko traci sens. Zatraca się wtedy poczucie
proporcji i ważności spraw, pogrążamy się w doczesności, w
gorączkowym szukaniu ratunku, nieraz zapomnienia. Stąd ludzki
niepokój, który próbuje się tłumić różnymi środkami: władzą,
bogactwem, sławą, przemocą. Ale są to tylko pozory, które jeszcze
dodatkowo pogłębiają rozpacz.
Skuteczny ratunek może przyjść tylko z zewnątrz – od Boga. Jego
rozwiązanie jest zawsze niezwykle proste i przekraczające wszelkie
nasze oczekiwania, jak w tej łodzi. Apostołowie liczyli na wylewanie
wody z wnętrza łódki, a Jezus po prostu uspokoił wodę w całym
jeziorze. Tylko On ma taką władzę i może tego dokonać.
Jego władza trwa także i dziś. Ale i dziś wymaga to wiary. Warto
wyciągnąć wnioski z zachowania Apostołów w czasie burzy. Zapomnieli,
co Jezus czynił i nauczał jeszcze parę godzin wcześniej. Dali się
pochłonąć aktualnemu zagrożeniu, zapominając, że nie są sami.
Sprowadzili Jezusa do tylko ludzkich wymiarów i możliwości. Właśnie
tak przejawia się brak wiary. Człowiek wie, że Bóg jest, ale nie wie
kim jest, co może zrobić, czego naucza. I dlatego się niepotrzebnie
boi. A rozwiązanie jest w zasięgu ręki."
Ks. Mariusz Pohl